W mieście Lisi Kamień było w ogóle wesoło, lecz najweselszym miejscem stała się piwnica „Pod Zerwanym Sznurem”. Do niej ściągali goście i owszem majętni, choć niekoniecznie z tych najwykwintniejszych i niekoniecznie z tych najspokojniejszych. Zapewne dzięki gościom owa piwnica była taka słynna w okolicy. Zapewne dlatego gwar w karczmie umilkł na chwilę, gdy w drzwiach pojawiła się trochę niesamowita postać wysokiego, chudego mnicha. Ten, rozejrzawszy się po biesiadującej wewnątrz kompanii, ruszył dość śmiało do wnętrza i zasiadł przy wolnej ławie. Mnich w takim przybytku – był to widok niezwyczajny. Jednak kiedy przywołał gestem dziewkę i rzucił jej grosz, bywalcy uznali, że nic niezwykłego się nie dzieje. Ponownie rozległy się najpierw głośne rozmowy, potem śmiechy, wreszcie swawolne śpiewy. Ktoś od czasu do czasu rzucał spojrzenie na przybysza, ale ów w ogóle nie reagował. Gryzł suchy chleb i popijał wywarem z ziół, o czym można było się zorientować po zapachu. Nie minęły dwa pacierze, a incydent został całkiem zapomniany. Toteż nikt nie zauważył, gdy wszedł gość, raczej zwyczajny, w czarnym, nie rzucającym się w oczy, choć pewnie drogim kaftanie, ze szpadą przy boku, i przysiadł się do mnicha.
Trzeciego, który przekroczył próg chwilę później, trudno było nie zauważyć i jeszcze trudniej zignorować: ubrany w bogaty kaftan, lamowany srebrnymi nićmi, jak na skarbnika miejskiego przystało. A do tego wrzeszczał od drzwi, żeby mu wszyscy święci na pomoc przybywali. Z rumorem usiał za stołem i, jak przystało na człowiek, którego dotknęło wielkie nieszczęście i chce je utopić w niekoniecznie szlachetnym trunku, zawołał dramatycznie:
– Wódki!
Wokół przybysza utworzyło się zaraz kółeczko ciekawskich oraz życzliwych, chętnych podzielić się brzemieniem losu.
– Ta szaławiła! Ten hultaj!
– Kto? – Niemal chórem spytali nieszczęśnika.
– Burmistrz!
– Cóż znowu, Marciszku, czego chcesz od naszego burmistrza?
– Chyba ci nie opróżnił kasy?
– Sprawy w mieści idą dobrze, straż opłacana regularnie.
– Dziury na mieście połatane – wyliczali zasługi.
– Dziewki „Pod Czerwoną Różą” czyste jak nigdy... – wyrwał się ktoś i zamilkł spłoszony.
– Ale bałagan w rachunkach! Jeśli strażnicy dostają swoje na czas, to tylko dlatego, że ciągle siedzę przy skrzyniach i złoto liczę. A ten raz coś do nich wrzuca, raz wybiera, i chyba tylko tyle sprawdza, czy dno nie wyziera. O wszyscy święci! Kiedyż ja z tym wszystkim do ładu dojdę?! O moje nieszczęście, wszystkie księgi od nowa zakładać trzeba, a jak założę, on przyjdzie następnego dnia z rana i znowu popsuje!
Skarbnik zalał się tak szczerymi łzami, że ktoś, nie czekając na szynkarkę, która przepychała się już z flaszką przez tłum, podstawił mu swoje naczynie, i lamet miejskiego urzędnika przemienił się w głośne gulgotanie. Dwaj przybysze, mnich i jego kompan w czarnym kaftanie, najwyraźniej nietutejsi, nie przyłączali się do zbiegowiska. Wszelako problem skarbnika w miarę opróżniania flaszek wódki i wina stawał się coraz bardziej problemem wszystkich obecnych w piwnicy. W końcu jakiś zrozpaczony mieszczanin, który najwyraźniej wyczerpał już wszystkie możliwe sposoby okazywania współczucia biednemu, skołatanemu Marciszkowi, dostrzegł dwie postaci, siedzące na uboczu pod ścianą, i schwycił jednego z nich za rękaw.
– Panowie! Wiem, żeście nie z tego miasta, ale wyglądacie na rozumnych i szlachetnych, poradźcie tedy, co my, biedni robaczkowie, mamy czynić?! – wychrypiał i zasnął.
Jednak nim rymnął na podłogę, mnichowi zdążyło się wyrwać:
– Obierzcie burmistrzem skarbnika, najprostsze!
Słowa te zrobiły na kimś wrażenie, bo zawołał z ciemności:
– No ale czy w takim razie burmistrza godzi się obrać skarbnikiem?
Jednak mnich nie odpowiedział. Zwrócił się bowiem do swego towarzysza:
– Czego chcesz ode mnie, czarnoksiężniku? – zapytał trochę kpiąco. – Cóż to za misja, w której z pewnością zechcę wziąć udział?
Czarnoksiężnik Poświst uśmiechnął się.
– Chcę odbić Twierdzę czerni. Jak dobrze pamiętasz legendy, Poświst siedzi w Twierdzy. Ale utraciłem ją. Teraz tam pełno hultajstwa, zwykłych bandziorów, przez co Północna Strona jest odcięta od świata. Jak wiesz, do Kamiennej Franków kupcy się udają przez przełom Niesy. A gdyby krótsza droga była możliwa, kto wie, może bałwochwalcy odeszliby nawet i z tego miasta?
– O jaką twierdzę ci chodzi? – zdziwił się mnich.
– O Twierdzę – powiedział Poświst, wyraźnie wielką literą.
– Bajasz, to legendy ludu. Nie ma żadnej Twierdzy!
– Sam ją zobaczysz... A w niej mrowie bałwochwalców, różnej miary rzezimieszków... Nie chciałbyś rozpędzić tej świątyni zła na cztery wiatry?
– Słyszałem też o górze, na której czarownice zlatują się na sabat – odparł z przekąsem mnich, dając do zrozumienia, że na opowieści, powtarzane przy darciu pierza, przestał się dawno nabierać.
– Góra jest, ale dużo dalej na północ. Co prawda czarownic na niej nie ma, ale owszem, wysoko stoi nad okolicą. – Poświst wyciągnął zza pazuchy poskładaną kartę. Mnich z ciekawością zapuścił w nią oczy. To była mapa.
– Patrz – pokazywał. – Tu masz swój dekanat Bystryna, gdzieś z Korbaczem na czarownice polował, tu diecezja Kocko. A tu wiedzie szlak na przełom Niesy, na Kamienną Franków. Kiedyś tędy bursztyny wozili. Ale teraz, na północy, za górami chaos. A góry w czyich rękach? – zapytał.
– Ludzie powiadają, że rozbójników i twoich.
– Góry są w moich rękach. Nie zapuszczają się w lasy ani wieśniacy, ani zbrojni biskupa, ani nawet rozbójnicy. Ale niestety... Bujałem sporo lat na południu, w cieplejszych krajach. Tu dzicz, uznałem, że nic tu po mnie. Zbyt zaufałem strachowi, jaki po sobie zostawiłem. I zbójcy zajęli Twierdzę. Nie siedziałem w niej, ale była moja. To znaczy mogłem nikogo do niej nie wpuścić.
– Sam, jeden?
– Sam jeden. Zobaczysz Twierdzę, zrozumiesz. Niestety. Rozbójnicy wleźli do niej. Przerwali drogę na Kamienną Franków. Przez to biskup faktycznie utracił to miasto. Przełomy Niesy zbyt strasznie wyglądają, żeby się ktokolwiek odważył posłać tam wojsko. – Stuknął w mapę. – Jak wróciłem z południa, odzyskałem bez trudu swoje lasy. – Zakreślił na mapie imponujący obszar. – Ale Twierdza to za twardy orzech. Zwłaszcza że usiłowałem zdobywać ją sam, a w środku siedzi ze trzy albo cztery tysiące hultajów.
Mnich spojrzał niezbyt przytomnym wzrokiem, lecz po chwili uznał, że jeśli rzecz jest istotna, to się w przyszłości wyjaśni, co czarnoksiężnik chciał powiedzieć przez to, że samotnie szturmował twierdzę.
– Do tej pory nie dbałem, co się za moim terytorium dzieje – ciągnął Poświst. – Widzisz, to granica zaznaczona czerwoną przerywaną kreską. Do niej skutecznie rozciągnąłem swoje władanie. Postraszyłem i wieśniaków, i wojskowych. Za nią, jak do tej pory, stoi zupełnie bezpiecznie i ten dworek, w którym pobierałeś nauki, i owa chatynka, do której cię przywiozłem. Nikt jej nie przekracza. Pamiętasz drogę wysadzaną topolami, musiałeś ją przekraczać, kiedyś maszerował na piechotę z naszej chatki do wioski, z której ledwoś uszedł?
– Nie pamiętam – przyznał z westchnieniem mnich Ubzym, po chwili intensywnego katowania rozumu.
– Nieważne, jest taka droga. Należy jeszcze do wioski, ale już poza jej skraj nikt się nie zapuszcza, tak się mnie boją.
Mnich spojrzał, trudno powiedzieć, czy z podziwem, czy z naganą.
– Tak wyszło. Nie chciałem ich aż tak wystraszyć – zaczął tłumaczyć się Poświst. – Ale na Twierdzę – przeszedł do meritum – musimy zorganizować całą wyprawę. Ludzi trzeba będzie przeprowadzić co najmniej w pobliżu tego miasta. – Wskazał czerwoną plamę oznaczającą Lisi Kamień. – A pewnie i Opuszan.
– Jaka moja w tym rola? – zapytał mnich. – Czyżbym miał błogosławić ruszające w bój wojska Pośwista?
– Nie. Przedsięwzięcia będą przeróżne. Potrzebuję uczciwego towarzysza, który na przykład murarzy dopilnuje. Albo dowie się, kto teraz w mieście najważniejszy, kto ma najwięcej grosiwa. Ot, takie rzeczy. Widzisz, Lisi Kamień to chyba najbogatsze miasto w okolicy. Mają i rzemieślników, i futrami handlują. Sprytnie się dogadali z Opuszańcami i swoje interesy na dalekim południu razem prowadzą. Wiem o nich niewiele, a chciałbym nająć tutejszych do robót. Otóż musi mnie wspomóc ktoś, kto całe przedsięwzięcie uzna za swoje.
– Znaczy mam bezbożnika wspierać? – pokiwał głową Ubzym.
– Dokładnie tak – potwierdził Poświst.
– Dlaczego ja?
– Bo jeśli nie odmówisz, będę mógł ci ufać.
– Dobrze – powiedział po chwili Ubzym.
– Posłuchaj. Mam plan, by wybudować warowne kaplice w lasach...
Poświst rozłożył szerzej mapę, by rzecz wyłożyć. W tej chwili podszedł do nich szynkarz i oświadczył, że mają wypłacić po srebrnej połówce albo się wynosić. Poświst, owszem, zapytał, co to za zwyczaj, jednak jednocześnie rzucił monety na stół. Chciał się jak najszybciej pozbyć natręta.
– Nie pożałujecie – ucieszył się szynkarz na widok złota i zrobił oko do Ubzyma. Ów spojrzał zdziwiony na Pośwista. Ten wzruszył ramionami i stuknął w mapę.
– Patrz, tu idzie stara droga na Twierdzę. Tu są jakieś ruiny – przerwał, bo zaczęto zasłaniać okna. – No... tak. Pewnie jakieś kuglarskie występy – stwierdził z rezygnacją. Złożył mapę i tłumaczył dalej:
– Chodzi o to, żeby móc bezpiecznie zgromadzić ludzi w niewielkiej odległości od tego gniazda os – znowu przerwał. Głos zaczynał głuszyć walący gdzieś w głębi piwnicy bęben. Ubzym powiedział głośno do ucha Pośwista, żeby przebić się przez hałas:
– Przeczekajmy to.
Bo czarnoksiężnik już się podnosił, żeby wyjść. Jednak drzwi były zamknięte, jeśli konspirowali, lepiej było nie zwracać na siebie uwagi.
– Jeszcze jedno – wydarł się z kolei Poświst w ucho mnicha. – Jakby kto pytał, jestem Peteronio Adalonzo.
Mnich machnął ręką, że może być. Chcąc nie chcąc, obserwowali atrakcję. Zapalano coraz więcej świec, a właściwie, jak się po chwili zorientowali, zapalała je kołysząca się w takt muzyki, ubrana na czarno od stóp do głów, tajemnicza osoba. Miała zasłoniętą twarz, tylko oczy błyszczały zza czegoś, jakby maski. To nie był kwef, a właśnie maska. Hałas się wzmógł, do jednego bębna dołączył drugi, potem trzeci. Zjawa tańczyła na zsuniętych stołach. Widzowie z nieznanych powodów tłoczyli się koło mnicha i czarnoksiężnika, niemal się gniotąc. Rytm stawał się coraz szybszy. Po chwili zobaczyli, że z postaci zsuwa się czarna chusta. Postać kołysała się, dając poznać, że pod skrywającą ją materią znajdują się zgrabne, dziewczęce kształty, jednocześnie zdawało się, że usiłuje powstrzymać zsuwanie się owej chusty. Ta jednak opadła i zebrani zobaczyli odsłonięte białe ramię. Rozległy się krzyki publiczności. Ubzym spojrzał zdziwiony na Pośwista. Za chwilę zaczął spadać drugi kawałek materiału. Ci, którzy jeszcze siedzieli przy swoich stołach, ruszyli ku tancerce. Z trzecią chustą zrobiło się ciemniej. Widać było już zgrabne łydki dziewczyny. I nagle przeskoczyła na stół Ubzyma i Pośwista, zawirowała im przed oczami, suknie się w pędzie uniosły, przez moment mogli ujrzeć to, co dla reszty było jeszcze skryte. Widzowie już rzucali się w jej kierunku, gdy grzeszna rusałka znów przefrunęła i tym sposobem uratowała ich i innych przed poturbowaniem. Poleciała kolejna chusta, i jak zauważyli Ubzym i Poświst, zgasły kolejne świece. Mężczyźni przepychali się, szarpali, gdzieś wybuchła gwałtowna sprzeczka. Bębny wspięły się o ton wyżej, dając znać kulminację atrakcji. Dziewczyna zgasiła jeszcze kolejne świece, aż zapanował mrok, i zgromadzeni zobaczyli, jak zrzuciła z siebie wszystko i przez moment majaczyła naga na stole. Wtedy zapadła całkowita ciemność i w niej rozległy się dzikie wrzaski.
– Gdzie jest? Puszczaj! Won z łapami!
– Wynosimy się. – Poświst pociągnął mnicha. Była to jak najbardziej słuszna decyzja. W piwnicy najwyraźniej rozpoczynała się druga, męska część atrakcji.
– Zupełnie nie rozumiem – stwierdził Ubzym, gdy się wydostali na zewnątrz. – Co oni w tym widzą, przecież mają tu kilka burdeli, gdzie można zobaczyć znacznie więcej.
– Ale widać to jest artystka – wyjaśnił Poświst.
– Że co?
– Artystka. My, niestety, jesteśmy chyba za starzy.
Mnich wzruszył ramionami. Świat szaleje nie od dziś, zdawał się mówić.
– To jak się zwiesz, Peteronio Adalonzo? Dobrze zapamiętałem?
***
Lato już było w pełnym rozkwicie, gdy w zachodniej bramie miasta pojawiła się tyczkowata postać mnicha. Wyglądał jak człowiek, który doskonale wie, dokąd zmierza. Po chwili wyglądał jak człowiek, który jeszcze chwilę temu był pewien, że dobrze trafił, lecz właśnie owa pewność umknęła z niego. Rozglądał się trochę jak zwierzę, które wróciwszy do swego legowiska, odkrywa obcy zapach, jak ptak, który dostrzega niewidoczne dla innych zmiany ułożenia gałęzi. Instynkt najwyraźniej ostrzegał, że zaszła tu jakaś zmiana. Lecz rozum nie potrafił jeszcze rozebrać, na czym ona polegała i czy była groźna, czy tylko kłopotliwa, a może obojętna? Ów rozum pracował intensywnie przede wszystkim nad tym, by wydobyć mrocznych głębin instynktu wieść najprostszą: co konkretnie się tu zmieniło, bowiem mnich, doznawszy uczucia niepokoju, nie był jeszcze w stanie wskazać jego konkretnych źródeł. Było inaczej niż poprzednim razem. Uchwycił kilka bacznych spojrzeń zawieszonych na jego osobie. Po chwili zorientował się, że z jakiegoś powodu otworzył się szerszy niż poprzednio widok ulicą wiodącą do rynku. Dlaczego? Zniknęły stragany. Mniejszy był tłok na ulicy. Było lato, zbliżał się wieczór, najlepsza pora do handlowania. W okolicy interesy szły dobrze, skoro poprzednio stały stragany, to tu też musiały dobrze iść. Cóż jeszcze? Miał dotrzeć do wesołej piwnicy. Poprzednio miał wyraźne obawy, czy tylko na podstawie opisu miejsca nie pobłądzi, lecz hałasy wypadające na wąskie uliczki nieomylnie wskazały właściwy kierunek. Teraz... było cicho. I w gruncie rzeczy to wzbudziło jego największy niepokój. Gdzieś w podświadomości hodował w sobie pewność, że nie ma sensu drogi sobie przypominać bo po raz drugi trafi za tumultem wesołej kompanii, jak po sznurku. Tak więc już na wstępie, nie mając swego drogowskazu, stracił całą pewność siebie. Rozejrzał się uważnie. Dostrzegł w dali dyndający na łańcuchach szyld. Jeśli nawet szynk z jakiegoś powodu zamknięto, to miejsce było właściwe, a że ponownie chodziło bardziej o spotkanie niż o wypicie kwarty wina, największy kłopot miał z głowy. Pomimo tego czujność go nie odeszła. Coś tu wisiało w powietrzu. Zaszły jakieś zmiany, których sensu nie rozumiał. Inaczej niż poprzednio wyglądały ulice, chyba nie było na nich wiechci owsianej słomy. Potem dostrzegł, że były, stare, zszarzałe, te, co widział poprzednim razem. Dostrzegł kępki trawy wystające spomiędzy kocich łbów, kolejny wyraźny znak, że ruch był o wiele mniejszy. Nagle chwycił go strach: zaraza?
Już zwrócił ku bramie, ale niemal stuknął się kosturem w głowę. Nie było możliwe, żeby się coś takiego nie rozniosło po okolicy. W przydrożnej karczmie, owszem, o jakiejś pladze, która dotknęła miasto, gadano. Mnich, który mało kiedy lubił ucha nadstawiać, i tym razem, gdy zorientował się, że źródłem rewelacji jest sukiennik z sąsiedniego, o wiele mniejszego miasteczka, rzecz całą zwalił na karb zwykłych kupieckich zawiści i chęci przekonania potencjalnych klientów, że z konkurencją nie ma co nawet zaczynać, bo wnet dopadną ją wszystkie ziemskie plagi. Kupiec jednak nie wymówił słowa „zaraza”. Zresztą, medycy, gdyby o sprawie się dowiedzieli, zamknęliby zaraz bramy. Coś było na rzeczy... Ubzym uznał w końcu, że tak czy owak, musi zająć się swoimi sprawami; może tutejsze nie wejdą z nimi w kolizję? Ruszył trochę czujnie w kierunku dyndającego na końcu ulicy szyldu. Lecz tym razem nie dane mu było dotrzeć bez przeszkód na miejsce. Przeszkoda jednak nie była zewnętrzna, lecz w gruncie rzeczy wzięła się z tego, co w głowie wędrowca się działo. Któż bowiem inny mógł zwrócić uwagę na płacze pod miejskim więzieniem? A któż inny, jak nie uczony mnich, nie zadziwił się dialogiem, który, co by nie powiedzieć, wymagał przynajmniej elementarnego wykształcenia. W lamentach słyszał: „Ach, moja Julio”, „Romeo, nie odchodź, zostań jeszcze chwilę”. Mnich nadstawił ucha. Nie, nie było „Romeo”. To dopowiedziała mu wyobraźnia. Jakaś dziewka wołała: „Romciu”. Znacznie zwyczajniej. Mnich miał już ruszyć dalej, ale stały się dwie rzeczy. Naprzeciw niego pojawiła się znana mu postać w czarnym kaftanie. Mnich podniósł kostur, a człowiek, na którego czekał, w odpowiedzi podniósł rękę. W chwilę potem z kierunku, z którego dobiegały rozczulające teksty, usłyszał wrzask. Nieartykułowany, właściwy człowiekowi, którego mordują. Mnich wskazał kosturem na hałaśliwą ulicę. Osobnik w kaftanie, choć ten sposób poruszania nie przystawał do godności jego postawy i ubioru, podbiegł.
– Kłopoty sobie prokurujesz – stwierdził krótko na powitanie, a potem z rezygnacją ruszył za duchownym w kierunku tajemniczej awantury.
Chwilę później podziwiali czterech miejskich strażników, próbujących ściągnąć chłopaka, wiszącego na kracie okna więzienia, mniej więcej na wysokości piętra. Kłuli go pikami, któryś zaczepił halabardą za spodnie. Wrzaski, przerywane dobitnymi perswazjami, odbijały się od murów, w końcu delikwent rymnął na bruk.
– Romek! – zawołała z góry dziewczyna i dwie alabastrowe ręce wyjrzały spoza krat i załamały się w geście rozpaczy.
– Moja dupaaa! – odpowiedział kochanek.
– Chodźmy – powiedział niecierpliwie ten w kaftanie.
– Zaczekaj, rozpytamy chłopaka, co tu się dzieje. – Mnich najwyraźniej nie rezygnował.
– Mało nam kłopotów? – Cywil stanowczo chciał zostawić sprawy swemu biegowi.
Widać było, że obaj godzą się, że tak byłoby lepiej. Jednak pół pacierza później naczelnik straży mierzył ich czujnym wzrokiem. Ubzym uprzejmie oświadczył:
– Wszelkie sprawy związane z czarami pierwej mają być badane przez Świętą Inkwizycję. Tak stanowią dekrety kościelne, a wszelka władza pochodzi od Boga, musi więc się owym Dekretom – trudno było nie poznać, że mówi wielką literą – jako i wszelkim prawom, stanowionym z woli Pana naszego najświętszego... – Ubzym uczynił krzyż w powietrzu i żołnierz musiał pokornie przyklęknąć i się przeżegnać – w imię wiary naszej przenajświętszej, podporządkować.
Mowa była twarda, i choć żołnierz przywykły był do różnych dziwnych żądań osób postronnych, ba, pism opieczętowanych, które w sumie warte były funta kłaków, na taką przemowę stracił poczucie władzy. Oszuści, którzy przybywali, byle tylko wydrzeć więźnia, zdradzali się zawsze czymś: niepokojem w oczach, ubiorem, słowem zawsze dostrzegał jakąś szczelinę, w którą mogła się wemknąć jego policyjna przebiegłość. Patrzył uważnie i tracił wszelką pewność siebie. Nieznany mnich, ubrany w połatany habit, klapiący drewniakami, mógł być tylko mnichem albo wieśniakiem z jakiegoś zapadłego sioła, twarz bowiem miała coś, co znamionowało wielce powściągliwy tryb życia. Gdyby był tu medyk, wyjaśniłby, że brak w niej zwykłych znaków nadużywania wina, które wokół wszyscy, będąc już w swoich latach, nosili. Żołdak nie bardzo wiedział w czym rzecz, lecz człowiek, który nań spoglądał dobrotliwie, acz nieustępliwie, zdał się mieć twarz świętego. Bardzo go to zaniepokoiło. Dalej wzrok przeniósł na cywila w bogatym kaftanie. Ów miał podobnie gładkie oblicze i prosty nos osoby, co czas trawiła raczej na rautach, na których także wszyscy do samego rana trzymali się na własnych nogach. Za same guziki przy kaftanie można było kupić konia i szkapę. Jeśli więc ich właściciel chodził samotnie, to najwyraźniej był z tych, co potrafili dla zabawy rapierem przystrzyc wąsa. Na pewno nie raz, zarżnąwszy w honorowym pojedynku oponenta na stronie, wracał i ze skonfundowaną miną tłumaczył się paniom z chwilowej absencji. Strażnik, widząc to wszystko, doszedł do wniosku, że wizytacja ma wysokie umocowania i trzeba potraktować ją z należnym szacunkiem.
– Wielmożni panowie... Wyrokiem sądu miejskiego jutro ma być spalona... Jutro... Wyrok zapadł... Sprawa jest jasna i...
– Poślij po burmistrza, mój panie – odezwał się Poświst. – Powiedz mu, że przybył ojciec Ubzym, sławny inkwizytor. I że chciałby się przekonać, jak sprawy z czarownicą załatwiono.
Strażnik pokiwał głową na znak, że tego właśnie od samego ich wejścia się obawiał. Trudno, cóż począć, służba nie drużba!
Minęło kolejnych kilka pacierzy. Burmistrz wydał się im znajomy. Człek niewielkiego wzrostu i wagi. Z twarzą zatroskaną. Albo przebiegłą. Nie pytał, sapał, przekładając księgi. Zdawało się, że samo oddychanie sprawia mu wielki ból, nie mówiąc już o jakiejkolwiek czynności.
– Ojciec Ubzym? – Wskazał na mnicha – Zechce wasza świątobliwość usiąść. Proszę wybaczyć, nie znam imienia towarzysza, zapewne ojciec podróżuje z kimś znacznym... Niestety, tu biedna dziura, zaścianek, rzadko kto zagląda... Nie znam imienia... Jeśli łaska, jak mam się zwracać?
– Peteronio Adalonzo, z tych Peteroniów – Poświst się skłonił.
– Szlachcic portugalski, w wielu krajach bywały, który wielkie usługi i wierze, i Inkwizycji oddawał, wojując i z diabłami, i czarownicami. – wyjaśnił mnich dostojnie.
Poświst uśmiechnął się skromnie i zaprezentował skomplikowany ukłon za pomocą kapelusza.
– Ach, tak, coś słyszałem – jęknął prawie burmistrz.
– Och niekoniecznie, nazwisko moje wolę i dla skromności, i dla bezpieczeństwa przed opętanymi złymi mocami pozostawiać w ukryciu, o co pokornie was – znów się skłonił – jako przedstawiciela prawa boskiego i ludzkiego proszę.
– Faktycznie... Chyba zdawało mi się, raczej nie słyszałem – przyznał burmistrz. – Więc powiadacie... ojcze, że chcielibyście zbadać dziewkę, oddającą się nieczystym siłom?
– Dla bezpieczeństwa naszej wiary najświętszej. Chyba... że macie tu większych ode mnie egzorcystów... W takim razie odejdę, uspokojony, że wszelkie niebezpieczeństwa zostały oddalone. Rozumiem, że tutejsze władze kościelne brały udział w badaniu sprawy?
Ostatnie zdanie było wypowiedziane z dogłębną troską, zachęcającą do wyznania prawdy. Burmistrz zrobił minę jeszcze bardziej boleściwą, choć zdawało się, że to niemożliwe.
– Wypadek nie budził żadnych wątpliwości. Dowody, które przedstawiła madame Adrane, zostały potwierdzone przez wiele osób, dziewki z przytułku, lekarza, sąsiadki. Sama... jakże jej to... Julia, przyznała, że to wszystko miało miejsce – burmistrz przerwał i spojrzał znacząco na mnicha. – Uznaliśmy, że szkoda niepotrzebnej zwłoki, zwłaszcza że dziewka może rzucić urok na kogoś, jeśli śledztwo potrwa zbyt długo i się skomplikuje. Oczywiście, gdybyśmy dysponowali tak znamienitą postacią...
Ubzym i Poświt spojrzeli na siebie i pokiwali ze zrozumieniem, acz z boleściwymi minami. Czegóż to innego w takiej dziurze można było się spodziewać?
– Tym niemniej – burmistrz kontynuował – miasto jest biedne, mamy wiele rachunków do zapłacenia i nie przeciągałbym sprawy...
– Wasza miłość – Poświst wtrącił się energicznie. – Nie zdajecie sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Samo... unicestwienie czarownicy to nie zawsze koniec sprawy. Wiele uroków, które rzuciła, może jeszcze przez miesiące dawać się ludziom we znaki. Wiele spraw trzeba naprostować... To nie takie proste, jak się ludziom wydaje, jak obwieszenie byle urwipołcia.
– Rzecz trzeba opisać dla Świętego Oficjum, to poważny wypadek. – Spojrzeli po sobie. – Ciąży na mnie obowiązek powiadamiania ojców przełożonych o wszelkich takich nieszczęściach. – Mnich zakończył znacząco, rozkładając w wyraźniej niemocy odwrócenia biegu wypadków ręce.
– Opisać... – Burmistrz niemal się rozpłakał. – Ile... To znaczy, jakie koszta trzeba będzie ponieść?
Ubzym spojrzał zgorszony na miejskiego urzędnika.
– Och, dla wagi tej sprawy, doprawdy, niewielkie – pośpieszył Poświst.
– To znaczy?
– Pióra, pergamin, chleb, wino i woda, jaką zużyjemy, bo mieliśmy już dziś ruszać w dalszą drogę.
– Drzewo na stos zakupione... – Burmistrz jęknął raczej niż powiedział.
– Wasza miłość, no właśnie – wyjaśnił Poświst. – Jeśli jeszcze jakieś osoby okażą się w sprawę zamieszane, najwyżej kilka polan dorzucim, i hurtem wszystko będzie załatwione!
– Ile!? – Miejski dostojnik wydusił to z siebie i niemal padł na biurko.
Ubzym z Poświstem spojrzeli na siebie.
– Karczmarzowi za łoże... śniadanie, obiad...
– Długo to potrwa?
– To zależy od złożoności sprawy... Tym niemniej i tak zasadniczym wydatkiem będzie dobrowolna ofiara na mszę.
– Co łaska?
– No... – Ubzym podrapał się w nos. – Co łaska z pięć talarów, żeby choć było na nowe dachówki nad prezbiterium...
– Aż pięć talarów? Złotych? Nnno. – Urzędnik zamilkł na chwilę, patrząc w księgi. – Oczywiście. Tak, oczywiście, boskie sprawy muszą mieć pierwszeństwo przed ludzkimi! Poślijcie po tę... czarownicę!
– Nieźle targujesz – przyznał Poświst Ubzymowi, gdy za burmistrzem zamknęły się drzwi.
– Lata przeżyłem na żebraczym groszu. – Mnich pokiwał głową i dodał: – Trzeba było zawołać piętnaście talarów. Widziałeś, jak szybko się zgodził?
– Masz chyba rację... Musimy się tym zająć jeszcze dziś... Skorośmy wetknęli nos w nie swoje sprawy. To trzeba szybko załatwić i oddalać się z tego miasta.
– Albo zrobić w nim porządek!
– Oj, Ubzymie, chybaś podczas nauk u mistrza Carizzo za mało rózg zebrał. – Pokręcił głową Poświst.
***
Usłyszeli krzyki i z łoskotem rozwarły się drzwi. Dwu brudnych żołdaków wepchnęło do izby dziewczynę. Obojętnie zamknęli za sobą drzwi i wyszli. Ubzym i Poświst podeszli. Więźniarka, brudna, z potarganymi włosami, usiłowała się okryć resztkami porwanego odzienia. Trzęsła się, raczej z zimna niż ze strachu, choć patrzyła wkoło wielkimi, czujnymi oczami, najwyraźniej szukając narzędzi tortur. Poświst zamoczył w misce szmatkę i przetarł jej twarz. Choć posiniaczona, pokaleczona, to jednak świadczyła dobitnie o piękności dziewczyny. Wcześniej musiała olśniewać.
– Otwórz usta – poprosił ją stanowczo, ale łagodnie. – Zęby chyba nie powybijane, nie jest tak źle jak...
Ubzym się skrzywił.
– Człowiek błądzi – odpowiedział głucho.
Poświst obrócił dziewczynę tyłem. Odgarnął włosy z pleców, dotknął karku.
– Nie bijcie, sama się rozbiorę – poprosiła.
– Zadali ci sromotę?
– Nie, tylko bili – powiedziała po chwili namysłu, gdy zrozumiała, o co chodzi. Sięgnęła po sznurki sukni na plecach i zaczęła posłusznie rozwiązywać.
– Nie trzeba, jeśli mówisz prawdę... Jestem także lekarzem, opatrzę rany...
– Nie... tylko bili...
– Długo cię trzymają?
– Od wczoraj... Wieczorem zabrali z sierocińca.
– Ile masz lat?
– Szesnaście. Będziecie mnie przypiekać?
***
Siedziała na okapie kominka, wesoło machała nogami i opowiadała z emfazą. Mnich i Poświst patrzyli na nią z lekką zgrozą.
– Więc madame Adrane powiedziała, że nas zamknie w piwnicy. Na to ja, że ją za to rozboli brzuch i na nosie wyrośnie śliwa – zachichotała. – Ażeby się jeszcze bardziej wystraszyła, to narysowałam na drzwiach kredą jej gębę z tą śliwą i dopisałam „Kare toru bum, wielka śliwa tu!”.
– Co to znaczy? – Ubzym zapytał bez wielkiej nadziei.
– No, takie przekleństwo. Wymyśliłam. Jak się rzuca urok, to musi być przekleństwo.
– I co, wyrosła jej śliwa? – zapytał ciut drwiąco, lecz z pewnym niepokojem Poświst.
– Nie... Ze śliwą nie wyszło – rozżaliła się. – Ale sraczki dostała. Z podwórka aż na stryszku było słychać, jak z niej flaki wydziera! O tak: prrr! – zademonstrowała, dmuchając i wysuwając język.
– Nno, a z Toliną i Julitą to było tak, że donosiły na mnie.
– Co donosiły?
– Że zrobiłam figurkę madame Adrane i że ją co wieczora nakłuwam.
– A zrobiłaś?
– Nno. Zabrali mi tę figurkę z pokoju. Tam, gdzie spałam z Violiną i Alicją. One nie donosiły. No więc powiedziałam, że Tolina i Julita dostaną boleści. Przy śniadaniu, za karę.
– Za karę przy śniadaniu?
– Nie, przy śniadaniu powiedziałam. Wszystkim w jadalni.
– I co dostały?
– Peewnie. I jeszcze pięć dziewczynek. Tych młodszych.
Ubzym przeżegnał się.
– I co o tym myślisz? – zapytał Pośwista.
– Trzeba się tam udać osobiście i zobaczyć, co się dzieje.
***
Kroczyli dostojnie poprzez długi korytarz. Za nimi dreptała drobna kobiecina, opowiadając z przejęciem, jak diabły latały od sali do sali. Ubzym odwracał się co chwilę i udawał, że słucha. Szli prosto do spiżarni. Kobiecina tuż przed drzwiami wyprzedziła ich i wielkim kluczem otwarła zgrzytający okropnie zamek. Poświst zapalił świeczkę w latarni. Rozejrzeli się. Pod ścianą na wielkim regale stały wory. Zanurzyli w nich ręce. Ubzym przyświecał Poświstowi. Mruczeli coś do siebie, kiwali głowami. Potem przesypali trochę ziarna do słoja.
– I co, jest diabeł? – dopytywała się kobiecina
– Sporysz, wołek, wszelkie chwasty – poinformował ją rzeczowo Ubzym. – Ot, przyczyna szaleństwa!
Kobieta popatrzyła nierozumiejącym wzrokiem.
– Co za ciemni ludzie! – jęknął mnich, gdy opuścili sierociniec.
– Ciemni? A ty, ileś kobiet spalił za takie ziarno? – ponuro zapytał Ubzyma rozzłoszczony Poświst.
– Ja? Żadnej! Święte Oficjum powstało właśnie po to, żeby bronić niewinne sieroty przed takimi ekscesami!
– Już ci wierzę!
***
Ubzym kończył smarować na wielkiej pergaminowej karcie. W kącie sali, trzymana za kołnierz przez żołdaków, dygotała Julia, kilkunastu rajców patrzyło z napięciem na czynności inkwizytorów. Ci ani trochę się nie spieszyli. Poświst posypywał dokument piaskiem, Ubzym topił lak, przystawiał pieczęcie, coś mu nie pasowało, znowu topił, znowu przystawiał. W końcu obaj uroczyście wstali, zdawało się, że już, już wyrok ogłoszą, lecz jeden drugiego w łokieć szturchnął, znów coś zaczęli sprawdzać. W końcu Ubzym stanął z pergaminem pośrodku sali, potoczył groźnie wzrokiem i odchrząknął. Na to Poświst poderwał się i dołączył, jakby nieposłuszny żołnierz do kaprala w szeregu.
– Świętej Inkwizycji posłannicy... Badając niezwykłe wypadki, jakie zaszły w tym mieście, doszli ich przyczyn i wszystkie zgłoszone, i opowiedziane co do jednego wyjaśnili, już to znanymi siłami boskimi, już to nieczystymi, takoż i ludzkimi, które obecne były! – Ubzym spojrzał pytająco na Pośwista, ten skinął głową.
– Niniejszym ogłasza się rajcom, szlachcicom i mieszczanom. Wypadki pośpiesznej biegunki, połączone z boleściami, głośnem oddawaniem gazów potężnie śmierdzących oraz innymi przykrościami zaznawanymi przy tejże chorobie, miały swój początek aż w niespodziewanym skąpstwie hojnie dotychczas utrzymujących sierociniec donatorów. Na jego skutek madame Adrane, osoba, która bezpośrednio sierociniec prowadzi, zmuszona była, dla utrzymania dzieciątek, zakupić zeszłoroczne ziarno, podłej jakości, w którem znaleziono rozliczne robactwo, wielce plugawe, ziela w tym nasiona sclerotium clavicepitis purpure, czyli sporyszu, także cząstki cicuta virosa, czyli cykuty jadowitej. Owymi to dzieci karmione były. Wszystkie wizje nieczystych istot wywołane zostały gorączką i maligną po zjedzeniu tychże plugawości, co również dotknęło wszelkie osoby w sierocińcu pracujące, które dzielnie strawę z biednymi dzieliły!
Tak więc w imieniu Świętej Inkwizycji ogłasza się, że Julia, lat szesnaście, oskarżoną o czary będąc, w samej istocie oraz w przedmiocie, nie jest stroną. Niewinność jej należy ogłosić wszem i wobec dla oczyszczenia jej imienia, imienia wychowawców oraz całego miasta, w którem nie znaleziono, mimo usilnych badań, żadnych działań sił nieczystych. Dla tej radosnej nowiny, jako przedstawiciel Świętego Oficjum, mocą danych mi ostatnio od naszego biskupa, w diecezji szczęśliwie panującego, pełnomocnictw oraz praw, zarządzam bicie we wszystkie dzwony w kościołach najmniej razy czterdzieści cztery, zaś obecnym udzielam błogosławieństwa i zalecam odmówienie „Zdrowaś Mario” w intencji... Szczęsnej intencji – dodał Ubzym, patrząc z niejakim zdziwieniem na dół pisma, które sam przecież przygotował. Potem wzniósł w górę uroczyście krzyż, czem stłumił rodzący się tumult. Rajcowie najwyraźniej odetchnęli. Kilku bardziej światowych chciało bić brawo, ale nie będąc pewnym obyczaju, oklaski przerwali. Z szumem wypowiadanych do ucha szeptów opuszczali salę, a ktoś uważny wypatrzyłby, że raczej wycofywali się, sapiąc z wściekłości, klęli, choć pokornie spuszczając oczy.
***
Siedzieli w piwnicy winnej, do której Ubzym chciał trafić już dnia poprzedniego. Po drugiej stronie ławy mieli człowieka postury może i mizernej, wystarczyły jednak spojrzeć na jego dłonie, by poznać, że to człowiek, co pracy się nie bał, i pewnie, choć niewielki, miał w sobie znaczną siłę. Jednak w twarzy była rezygnacja i niemoc.
– Źle panowie trafili. Kiepskie czasy. Robotników by się znalazło. Ale z resztą... kiepsko, oj, kiepsko.
– Czy chcesz powiedzieć, że nie znajdziemy cegieł, kamieni obrobionych i wapna... Czyżby cegielnikom nie trza było złota? – zdziwił się Poświst.
– Trzeba, panie. Oj, trzeba. A choćby i miedzi. Ale... Nowi w cechu nastali.
– Pracować wam zabraniają?
– Nie, panie. Nawet dziwią się, czemu nowej roboty nie bierzemy.
– Podatki na cech uchwalili! – domyślił się Poświst.
– Nie. Podatki to nie. Rzecz w tym, że bardzo pilnują, żeby klienta nie oszukać. Każą opisywać, ile cegieł położono, ile kamienia, ile wypalono, ile wywieziono.
– To źle? To opiszcie!
– Też mi się tak zdawało. Co szkodzi kilka pism wyskrabać, jak wszystko będzie jasne i uczciwe, jak kto przyjdzie z awanturą, to mu się pod nos podetknie. Samżem łapę za tym podniósł! – Złapał się za czuprynę z rozpaczą.
– I co?
– Mój panie! Po dniu przekładania ciężkich kamieni to pióro ledwo w ręcach utrzymam. A jak przyszło do czego, to się okazało, że ceglarz dziesięć cegieł więcej sobie zapisał, to było przy poprawie mostku nad rynsztokiem, przy plebani. Cztery dni my szukali tych cegieł, potem dwa dni grzebali w pismach rysunkach, żeby się zgodziło. Proboszcz powiedział, że już i za sto cegieł zapłaci, żeby to wszystko zakończyć. Ale cechowi chodzili, szukali. Aże my je znaleźli, pode płotem, bo trzeba było ułożyć w błocie, żeby taczki się nie zapadały. I to jeszcze nie był koniec, bo się znalazła jeszcze jedna. Dopiero mistrz Kielrzyn wyjaśnił, że musiała być ze dwieście lat temu wypalana, bo była większa i ręcznie formowana.
– A tu? – Ubzym wskazał w kierunku szynkwasu. – Pewnie piwa też liczą?
– A liczą, panie, liczą... Jabłka przekupkom na ulicach też liczą. Oj, co to się wyrabia, co za bałagan!
– I to wszystko, żeby wreszcie był porządek – domyślił się Poświst.
– A jakże, a jakże! – jęknął murarz.
***
– Gdybym chciał uczynić darowiznę, powiedzmy, jednego złotego talara?
Madame zrobiła chciwą minę. Nie, raczej kwaśną.
– Muszę zapisać wasze imię, nazwisko, skąd pieniądze pochodzą... No, że tak znaczna suma nie ukradziona...
– A jeśli bym chciał pozostać anonimowym darczyńcą?
– Tedy wszystko trzeba zapisać tak samo, z zaznaczeniem, że darczyńca jest anonimowym.
– A gdybyś pani natychmiast zakupiła, co niezbędne...
– Wszelkie zakupy muszę wprowadzić do ksiąg. Wszystko, co jest w magazynie, w spiżarniach, co zostało wydane i zjedzone. Wszystko musi być na bieżąco w księgach...
– No i masz przyczynę upadku hojności – powiedział Poświst do Ubzyma.
Ten kiwnął głową.
***
– Myślę, że znaleźliśmy sposób – powiedział Poświst do murarza. – Cegły nabędziemy u szlachcica nazwiskiem Remnto. Słyszałeś coś o nim?
– Co miałem nie słyszeć. Drogim jest. Jego ludzie dobrze cegły palą, ale i liczy sobie osiem, dwanaście groszy więcej na kubiku.
– Ludzi weźmiemy ze wsi. Wy będziecie ich tylko doglądać i przyuczać. Za to wam zapłacimy. Nijakiej budowy prowadzić nie będziecie, waszym zadaniem będzie tylko doradzanie wiejskiej drużynie, i na to spiszemy z wami umowę. W tenże sposób wszelkie cechowe przepisy zostaną zachowane. Wasza w tym głowa, żeby tak nauczać, że ekipa owa co trzeba postawi.
Mistrz podrapał się w czuprynę
– Krzywo patrzyć będą. Ale...
***
Minęło kilka dni. W karczmie przy rozstaju dróg, o pół drogi od miasta, Poświst incognito leniuchował w małej izdebce. Kiedy wpadł chłopak, czytał jakiś traktat grubaśny.
– Czego?
– Ojciec Ubzym powiedział, że raz: gotuniebędzie, dwa: mapan cokońwyskoczy domiastapędzić bojulięspalićmają – wyrecytował jednym tchem i wyciągnął dłoń po pieniądze. Poświst sięgnął po grosza do sakiewki, ale zatrzymał rękę.
– Powtórz, że co? Co koń wyskoczy?
– Mają palić czarownicę. No, chyba żeby sobie pan popatrzył, nie? Taką młodą, fajną, trochę szkoda...
***
– Co ty sobie wyobrażasz? Że co? Samotnie położę setkę konnych? – Ubzym spojrzał na Pośwista wzrokiem pełnym przygany. Wszędzie widzi tylko przeszkody.
– Pan nam daje czasem trudne zadania. Żeby nas wypróbować!
– Pan... Mówiłem ci. Jestem ateistą. Ba, w nocy, z więzienia, oszukać straże. Ale tu? Tłum żądny krwi. Ze dwie setki ludzi na rynku, gotowi skręcić każdemu kark, kto popsuje im widowisko – biadał.
Mimo tego szli jednak szybko prawie pustą uliczką.
– Słuchaj, mnichu. Gdyby ci się udało sprowadzić ją ze stosu do kościoła. Żebyś tylko wdał się w to widowisko, i swoją władzą rzecz całą zakłócił. A potem spróbuj przekonać tych wszystkich, co na atrakcję czekają, że powinna wejść do kościoła, o przebaczenie Pana błagać, coś takiego. W kościele...
– W domu Pana przemocy nie wolno używać.
– Któż mówi o przemocy. Kilku położę. Będą mieli nauczkę, a ty o planach nie musisz wiedzieć. Żartowałem. Rozumiesz? Zacna to sprawa, skazańcowi pociechy w domu Pana udzielić.
Ubzym fuknął zły, ale nic nie powiedział. Poprawił sznur, wydobył krzyż, bo zbliżyli się do tłumu. Stojący pod szafotem strażnik już naszykował miecz do zdzielenia po łbie dziwnego, prącego poprzez ludzi pielgrzyma, który z całą bezczelnością roztrącał mieszczan, gdy przed jego nosem pojawił się krucyfiks, podsunięty gestem, jakim przepędza się wszelkiego rodzaju złe duchy. Brakło jeszcze „precz, przepadnij w piekle!”, ale słowa te żołnierz sam sobie dopowiedział. Gdy zobaczył, że pojawienie się mnicha przyprawiło o konfuzję także jego dowódcę, potem sędziów, pogratulował sobie i obiecał, że na przyszłość podobnie czynił będzie, to znaczy ze wszystkich sił starał się będzie, żeby nigdy nic nie zrobić: owszem, zamieszania trochę, ale niech lepiej na tym się skończy. Mnich konferował chwilę z zebranymi, potem wkroczył na stos i odsunął kata od czarownicy. Tłum zawył, zaryczał. Poleciały kamienie. Straż zaczęła gapiów odpychać, to groziło, że lada moment na niewielkim placyku wybuchnie regularna bitwa. Wrzaski mieszały się z biciem w bęben, burmistrz chciał przemawiać. Ludziska zaczęli walić w dobosza. Trwało to pacierz, może dwa. Naraz Ubzym dostrzegł Pośwista w szatach przekupki tuż przy podwyższeniu dla skazanej.
– Zmiana planu. Przeciągnij to, ile się da, może niebiosa nam pomogą, spójrz na południe, tylko żeby ludzie nie zwrócili uwagi.
Ubzym zerknął przez ramię. Znad dachów wystawało kowadło kłębiących się chmur. Czyżby na to liczył Poświst? Nie pozostawał mu nic innego, jak się podporządkować. Upatrzył sobie grubą mieszczkę, wydzierającą się tak, że ledwie można było ją zrozumieć
– Obedrzeć ją z odzienia! Obedrzeć.
Wyciągnął do niej rękę i wyprowadził na szafot. Wyciągnął wielki różaniec.
– Mów ze mną – zażądał.
Cóż miała zrobić? Klęknęła i zaczęła mamrotać. Wkrótce dołączyło do niej kilka bliżej stojących osób, znacznych, które bały się stracić opinię pobożnych. Po pierwszej dziesiątce jedna trzecia placu klęczała. Wkrótce słychać było tylko miarowe „Zdrować Mario”, i w przerwach, rozpaczliwe szlochy dziewczyny przykutej do słupa. Ubzym spojrzał na kępkę siana, która dziwnie zaczęła się kręcić nad dachami i przefrunęła wysoko ponad wieżą ratusza. Słońce świeciło, ale pod nim stała już upiorna, rozczapierzająca się kolumna, czarna po środku. Nikt tam nie patrzył. Po co Poświstowi deszcz? Czyżby liczył na nawałnicę? Takie, co potrafią rozpędzić tłum, zdarzają się bardzo rzadko... Nagle pociemniało. To chmury dotknęły tarczy słonecznej. Jednocześnie przez rynek przebiegła fala zimnego wiatru.
– Dość tego, spalić ją wreszcie – wrzasnął jakiś bezbożnik z samego końca tłumu. Między ludźmi zaszumiało. Ubzym pomyślał, że chyba się nie uda. W tejże chwili jednak w ratusz trzasnął grom. Huk przytłoczył ludzi do ziemi.
– Spalić, szatan idzie jej na po... – Drugi grom uciszył bezbożnika, co śmiał różaniec przerywać. Ubzym dostrzegł odrywający się od chmury kłąb czarnego oparu. Pomyślał, że jeśli Poświst nie zawiedzie, to w tym zamieszaniu, które tu zaraz powstanie, uda się uratować dziewczynę. I jeszcze za chwilę melancholijnie żegnał się z nadzieją, gdy po pierwszych porywach już całkiem zimnego i mokrego wiatru kolejni ludzie ruszyli z krzykiem, by dziewkę spalić. Wcześniej kątem oka dostrzegł Pośwista, wspinającego się po wieży ratuszowej i najwyraźniej usiłującego puszczać latawiec. Ubzym słyszał o tym nieraz, jak ludzie, zebrawszy zwyczajnie po głowie, już z napięcia zwariowali. Najwyraźniej Poświstowi, który w tylu opresjach dzielnie stawał, tym razem szczęścia zabrakło. Coś trzasnęło w dzielnej głowie, albo w nią... Ha, cóż, tragedia ma swoje reguły, nie może być tragedia tragedią, gdy się Julia ratuje i węzłem małżeńskim wiąże, i szczęścia zaznaje. Że on zginie...? Przyszedł mu do głowy pomysł samobójczy, który mógł zwrócić mu jeszcze na chwilę władzę nad całym zamieszaniem. Porwał od kata przygotowaną pochodnię, podniósł w górę i ruszył do stosu. Spojrzał w zamarłą twarz dziewczyny. Pomyślał, że tak patrzył Juliusz Cezar na Brutusa, wyjąwszy może przerażenie. Jednak manewr poskutkował. Krzyki ścichły nieco.
– Na kolana! – krzyknął wielkim głosem i ruszył do drzew. Po drodze przemyśliwał, jakby jeszcze jakby sprawę opóźnić, ale nic mądrego nie przyszło mu do głowy. Ogień strzelił, niestety, drewna były dobrze wysuszone. Mnich popatrzył na Julię, na niebo, które nie spieszyło się z otwarciem swych spustów, i pomyślał: zgubiłem ją.
Kat, najwyraźniej postępując zgodnie z tutejszym obyczajem, podszedł do stosu i, ku zgorszeniu Ubzyma, zdarł z dziewczyny zgrzebną suknię. Ludziska wrzasnęli, poderwali się z kolan. Na skazaną poleciały kamienie. Gruba mieszczka, która jeszcze chwilę temu mamrotała pokornie pacierz, darła się wniebogłosy:
– Wytarzać ją w łajnie trzeba było! W łajnie, w świńskim łajnie – wrzeszczała.
Wtedy do uszu Ubzyma doszedł szum. To nie był deszcz. Niebiosa zesłały grad. Pociemniało nagle jeszcze bardziej, sypnęło białymi, lodowymi kulami, wielkości dużych gołębich jaj. Ubzym pomyślał, że gdyby ludzie zaczęli zmykać i Poświstowi się w głowie nie pomieszało, może dałoby się jeszcze coś zrobić. Ale ludzie, zamiast uciekać, darli się jeszcze bardziej. Lodowe jaja przelatywały przez drewna, nie gasząc ich. Ubzym miał jeszcze coś do zrobienia: zaczął się modlić. Tym razem cicho. Pochylił głowę, by oszczędzić sobie widoku szarpiącej się dziewczyny. Jeszcze nie krzyczała jak potępieniec, jeszcze ją nie paliło. Ale wiedział, że zaraz zacznie. I wtedy grzmotnęło znowu. Pomyślał, że źle słyszy.
– Uciekajcie! Uciekajcie! Ratuj się kto może! – Podniósł oczy. Na placu wybuchła panika. Gapie umykali wszystkimi uliczkami. Niebiosa pokazały, że stać je na wiele więcej. Poleciały z nich kawały lodu wielkości kurzych jaj. Uderzył jeszcze silniejszy wiatr, który, nie wiedzieć jakim cudem, z ziemi, która powinna być zalana wodą, podniósł kurz. Ludzie, depcząc po sobie na wpół oślepli, starali znaleźć sobie jakieś schronienie. Zewsząd dochodziły wrzaski i przekleństwa.
– Pomóż mi ją uwolnić – Poświst, który pojawił się jak diabeł spod ziemi, szarpnął go z kolan, postawił do pionu. Ciął strażnika trzymającego halabardę po ręce, aż ten ją wypuścił, a czarnoksiężnik rzucił mnichowi. Ubzym nigdy nie przypuszczał, że tak łatwo jednym ciosem potrafi wyrwać głęboko wbity w dębowy pal skobel.
– W nogi! – wrzeszczał Poświst, fechtując się z trzema naraz żołnierzami. Ubzymowi świsnęła koło nosa strzała z kuszy, huknęły pistolety. Pewnie cała straż miejska rzuciła się przeciw nim. Ubzym pomyślał, że widać jego towarzysz, który po chwilowym zaćmieniu odzyskał świadomość, teraz rozpaczliwie usiłując rzecz całą naprawić, całą nadzieję pokłada już tylko w sprawności swego rapiera.
– Do bramy! – Poświst miał jednak jakiś plan. Niebiosa wzmogły swe wysiłki. Lunęło jeszcze mocniej, widać było na kilka kroków. Choć zdawało się to niemożliwe, wiatr niósł wciąż kurz, choć pod nogami już było błoto. Ubzym, trzymając dziewczynę za rękę, roztrącając ludzi, rozwalając kramy, parł do przodu. Ktoś, kto próbował ich łapać, dostał kosturem po łapach. Mnich miał w głowie jedno: to się musi skończyć źle. Dla wszystkich, taka reguła tragedii.
Jednak mimo wszelkich przeszkód minął rynkową bramę i ruszył uliczką ku bramie miejskiej. Uda się? Byli tuż, gdy strażnicy z wieży ich zauważyli. Wielka krata z gruchotem spadła w dół. Ubzym rozejrzał się. Byli w potrzasku. Wtedy z uliczki biegnącej pod murami wyskoczył Poświst na koniu. Rzucił jakiś worek, który zawisł na kracie.
– Cofnijcie się! – krzyknął tak strasznie, że Ubzym z Julią schowali się za przyporę wystającą z muru domu. Huknęło jak kolejny grom, rzuciło kawałkami drewna, poleciały z brzękiem szyby. Kiedy kurz i dym opadły, zobaczyli, że w kracie wyrwało wielką dziurę. Poświst wciągnął dziewczynę na konia i oboje w niej zniknęli. Za nim, migając bosymi piętami, przepadł deszczowej w kurzawie mnich.
***
– To się nazywa, więcej szczęścia niż rozumu – podsumował rzecz Poświst, gdy dotarli do karczmy. Ubzym obejrzał swój habit i dostrzegł, że szerokie rękawy posiadają siedem dziur, jakie zwykle zostawiają po sobie kule.
– Chyba masz słuszność – przyznał. Dziewczyna trzęsła się. Poświst okutał ją tak kocem, że wystawał tylko nos. Poił winem.
– Upije się! – zaprotestował mnich, widząc, ile czarnoksiężnik w nią wlewa.
– Właśnie o to chodzi. O mało się nie usmażyła. Od tego, co przeszła, się może w głowie pomieszać.
– A tobie już się nie pomieszało? – Ubzym uznał, że sprawę trzeba jednak szybko wyjaśnić. – Puszczałeś sobie latawce z dachu, kiedy ja tę dzicz usiłowałem udobruchać!
– A puszczałem. Tyś dzicz usiłował udobruchać, a ja tłum rozpędziłem. Nie wiesz, że jak piorun uderzy, na kilkadziesiąt kroków ludzie to poczują? – dodał, widząc zdumione spojrzenie mnicha.
– Ale latawiec? Po co latawiec?
– Żeby piorun z chmury ściągnąć.
– A skąd wasza wielmożność wziął latawiec? – zapytała dziewczyna.
– Latawiec to małe piwo, najgorzej było z pięcioma funtami prochu.
– Skąd go wziąłeś?
– Od tych strażników, co bramę nam przed nosem zamknęli. Cały jeden złoty to mnie kosztowało.
– A latawiec?
– Latawiec dziewięć groszy.
– O rany, ale drogo. I co się z nim stało?
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią znacząco.
– Złoty to dla ciebie niedrogo? A dziewięć groszy tak?
– Nigdy nie miałam złotego. No... złoty... to cztery kopy miedziaków! – Uświadomiła sobie ze zdumieniem. – O rany, ale wydaliście pieniędzy. Za złotego... to z dziesięć dziewczyn w stroje złotlickie można ubrać! Ale sobie odbijecie. Jak mnie dobrze sprzedacie, to dostaniecie z dziesięć złotych. Madame mówiła, że tyle za dziewczynę można dostać.
– Gdzie mamy cię sprzedać, komu? – zdumiał się mnich
– Do burdelu. A ja to bym chciała do haremu... – rozmarzyła się.
– No masz, mnichu, za kogo ona nas ma? – Poświst, rozbawiony, palnął się w głowę.
– Jesteście rozbójnikami. Jeden przebrany za mnicha, drugi za panicza. Już ja tam nie dam się oszukać.
– Jesteśmy... Świętą Inkwizycją. Działamy w imieniu Kościoła, zgodnie z jego prawem dla pokoju wiary...
– Jesteś pewien? Teraz mamy całą miejscową policję na karku! – przerwał mu z przekąsem Poświst. – Z tego powodu zaraz trzeba się będzie zabierać z tej karczmy.
– To oni łamią prawo, nie my! – odparł duchowny z ogniem w oczach.
– Wytłumaczysz im to?
– Spróbujcie mnie sprzedać do haremu!
– Upiła się – stwierdził z przekonaniem Poświst.
Mnich najwyraźniej był innego zdania. Pokręcił głową ze zgorszeniem, choć może chodziło o inne uczucie, a minę zrobił z przyzwyczajenia, bo nie bardzo pasowała do tego, co nastąpiło potem.
– Wierzysz w miłość? – zapytał.
– Jaką miłość – odpowiedziała ostrożnie, przyzwyczajona, że mnichom chodzi zazwyczaj o coś całkiem innego niż miłość.
– No... Normalną. Taką pomiędzy mężczyzną i kobietą.
– Taką z romansów?
– No... taką – potwierdził Ubzym niespodziewanie dla niej.
– Lubię romanse!
– A jakie?
– Takie... o rycerzach i damach. Myśmy sobie z dziewczynami po nocy nawet takie swoje opowiadały.
– Tak? – Ciągnął za język Ubzym.
– Najpiękniejsze, jak rycerz bierze sobie damę serca. To jest taka miłość platoniczna. On jej śpiewa ballady pod oknem, ale nigdy do pokoju nie wchodzi. On broni jej imienia. Czytałyśmy historie rycerskie. Był taki sławny rycerz Stlaw. Miał piękną damę Dulcyneę i jak ktoś powiedział, że to jego dama serca jest piękniejsza od Dulcynei, Stlaw wyzywał go na pojedynek. Czytałam o tym. To były bardzo niebezpieczne pojedynki. Chciałabym mieć takiego rycerza! I żeby się pojedynkował o mnie!
– A jakby zginął? – Ubzym niespodziewanie skomplikował sprawę
– Wtedy opłakiwałabym go do końca dni swoich – odpowiedziała z przekonaniem.
Mnich podrapał się za uchem.
– No widzisz, marzysz o pięknej miłości, a dlaczego chciałaś do haremu?
– No, bo jak macie mnie gdzieś sprzedać, to już lepiej do haremu, jak do burdelu. W haremie lepiej się dziewczyny traktuje. Pewnie, że najlepiej mieć rycerza, co śpiewa pod oknem a potem walczy ze smokami...
– A męża?
– No... Męża mieć trzeba – odpowiedziała zgodnie z oczekiwaniem. – Ale skąd wziąć męża?
– Masz narzeczonego, tego, co z więzienia chciał cię wyrwać.
– Romcio?
– No... Niech mu tam będzie. Wiesz, gdzie mieszka?
– No pewnie!
– To udzielę wam ślubu.
– Masz lepszy pomysł, co z nią zrobić? – odparł na niezadane pytanie Pośwista. Ten podrapał się w głowę i stwierdził rzeczowo:
– Znaczy musimy w czasie, gdy wszystkie straże pod bronią, wejść ponownie do miasta. Po tym, co już zrobiliśmy, to doprawdy, drobiazg. Ciekawym, bośmy nawet wypytać nie zdążyli, w czyjąś figurkę teraz szpilki wbijała, że cię spalić postanowili?
– Nie wbijałam ani nie zaklinałam – odparła Julia wyraźnie obrażona. – Burmistrz powiedział, że mu bardzo przykro, ale żeby w książkach grało i było zgodnie z prawem, to najpierw mnie muszą spalić, a potem uniewinnią i o zrobienie świętą będą się starać.
– Eee, prześpij się, boś się całkiem upiła – stwierdził stanowczo także zrezygnowany Ubzym.
– Nie upiłam się! Tak było. Zabrali mnie sprzed sierocińca, o nic nie pytali, tylko zaprowadzili mnie do burmistrza. A ten powiedział, że muszą mnie spalić, żeby papiery były wyprowadzone. Tak powiedział: „żeby papiery były wyprowadzone”. I wrzucili mnie do ciemnicy. Nie bili, nie pytali, nic. Potem na stos wyprowadzili.
Poświst z mnichem patrzyli na nią wzrokiem pełnym wyrozumiałości, ale i oczekiwania, że wreszcie opowie, o co poszło.
– Po mojemu – odezwał się karczmarz – prawdę mówi. Tak ludzie powiadają. Żadnych czarów nie było, ino się w papierach coś nie składało, w ratuszu siedzieli nad tym do południa i uradzili, żeby rzecz całą wygładzić, dziewkę najlepiej spalić – zakończył obojętnie.
– Że co? – Zdumiał się mnich.
– Przecie papier ważniejszy od człowieka, nie? – Wzruszył ramionami karczmarz i wyszedł z izby. Poświst pokiwał głową.
– Ludzie różne rzeczy opowiadają, ale od tego człowieka ani od dziewki prawdy się nie dowiemy, to jakieś prawnicze zawiłości, które, jak to mawiają na dworach, gmin na swój rozum upraszcza. Pewnie chodzi o te pięć talarów, co miasto miało na dach nad prezbiterium w kościele wyłożyć. Skoro się bliźni mordują dla pary dziurawych chodaków, cóż dopiero dla pięciu talarów. Trzeba raczej pomyśleć o nowym zajeździe dla bezpieczeństwa i jak szybko przygodę z panną zakończyć, bo nasze sprawy przez to wszystko nie tylko na krok się nie posuwają, ale zdaje mi się, drogi mnichu, żeśmy sobie niezłej biedy napytali, jeśli chodzi o nasze interesa.
– Z dziewką... Załatwimy – powiedział Ubzym z zupełną pewnością w głosie.
***
Wychynęli zza krzaków. Poświst stał przy drzewie i przywołał ich ruchem ręki.
– Musisz tam podejść sama, bo jak nas najpierw zobaczy, to się może wystraszyć – instruował dziewczynę.
– On tam jest? – zapytała z niedowierzaniem.
– Widziałem, jak wchodził – poinformował Poświst sucho.
– Dlaczego to robicie? Naprawdę chcecie, żebyśmy się pobrali?
– Naprawdę. – Ubzym zniecierpliwiony pchnął Julię do przodu.
Dziewczyna zastukała w szybę szopy stolarza. Trochę pomyślunku i romantyczne spotkanie udało się zorganizować bez większego ryzyka. Za grosza przygodny urwipołeć pognał do miasta i odnalazł kochanka. Opuszczone domostwo za murami było idealne do takich schadzek. Mogli obserwować, czy rozglądającego się niepewnie po ciemnej drodze chłopaka nikt nie śledzi.
– Julka?
– Romcio!
Młodzi padli sobie w ramiona. Ubzym z Poświstem spojrzeli po sobie z radością, gdy tamci się obłapiali. Dobrze zrobić ludziom coś dobrego.
– Kochany, już myślałam, że cię nigdy nie zobaczę!
– Ja też już traciłem nadzieję, tak się cieszę!
– Jak ja się cieszę!
– Nie za młody? – zapytał szeptem Poświst, spoglądając kątem oka.
– E, dawałem już takim śluby – rozwiał wątpliwości mnich. – Trochę się poczubią, ale potem będzie dobrze!
– Ślub? – Chłopak postawił słuchy.
– Kochasz mnie, Romciu?
– Kocham! Bardzo cię kocham! – zapewnił gorliwie.
– W takim razie – Ubzym wyłonił się z ciemności i wyciągnął z kieszeni stułę – udzielę wam sakramentu małżeństwa – zakończył uroczyście.
– Romciu... Kochanie!
– Tak... Chwileczkę... Muszę na stronę... Zatkało mnie.
Ubzym zaniepokojony trącił Pośwista w łokieć. Ten spojrzał na mnicha, najwyraźniej niczego nie rozumiejąc.
– Uważaj!
– Że co? – Poświst w pełni zdezorientowany pomacał się po szpadzie.
– Niedobrze... Łap go! – wrzasnął Ubzym, gdy w ciemnościach już dudnił galop uciekającego na oślep narzeczonego.
Poświst odruchowo rzucił się w jego kierunku, ale po kilkunastu krokach palnął się w głowę i stanął.
– Ratunku!!! Pomocy! Mordują! – darł się chłopak. Po tym, jak głos się oddalał i słabł, można było poznać, jak imponującą rozwinął prędkość.
***
– Wina, gospodarzu – zażądał Poświst, rzucając monetę. Karczmarz spojrzał na nich, na dziewczynę współczującym wzrokiem.
– Co się stało?
– Narzeczony jej uciekł sprzed... ołtarza – wyjaśnił krótko mnich.
Oberżysta już miał na końcu języka jakieś pytanie, ale spojrzawszy raz jeszcze, tylko pokręcił głową. Wrócił z gąsiorkiem i szklanicą. Nalał bez słowa i podał Julii.
– E, za mocne, to wódka.
– Nie, spirytus, moi panowie. Mam doświadczenie z ludzkim frasunkiem – dodał tonem lekarza, który obwieszcza, że trzeba uciąć nogę. Poświst popatrzył z pewnym zdumieniem, jak dziewczyna pije husarski trunek niczym wodę.
– Jeszcze! – Po drugiej szklanicy wybuchnęła płaczem.
– Lepiej, żebym zgorzała! Utopię się! O, ja nieszczęsna!
Karczmarz, nic nie mówiąc, starannie zbierał ze stołów wszelkie ostre sztućce: widelce i noże.
– Czemuś go nie chwytał? – Ubzym spojrzał łakomie na gąsiorek, najwyraźniej gotów w nim też topić frasunek.
– Kogo?
– Romea!
– Po co?!
– Żeby go ożenić!
– Ze sztychem pod gardłem przysięga małżeńska nieważna!
– Ślubów żeś nie udzielał... Od razu ze sztychem! Doprowadzony, pod okiem panny, wyznałby, co trzeba!
– Co mi opowiadasz, wiał, aż się kurzyło.
– A widziałeś takiego narzeczonego, co nie miałby ochoty uciekać?
– Nigdy nie widziałem takiego, co uciekać chciałby... – powiedział Poświst i najwyraźniej stracił pewność siebie. – Powiadasz? Chcą uciekać?
– Ba! Ludziom się wydaje, że ślub dać to taka prosta sprawa. Że tylko wymamrotać po łacinie, pokropić święconą wodą. Wiesz, ile w to dyplomacji włożyć trzeba?
– Panowie pochowają pistolety. Przenocuje się ją w pokoiku na stryszku – przerwał enuncjacje karczmarz.
– Chyba będziemy musieli ruszyć dalej, nie wiem, czy tu jesteśmy bezpieczni – zafrasował się Poświst. – Chłopak na pewno wszystko wypaple. Będzie kurzawa!
– Do rana spokojnie możecie zostać. Dobrze karczma wybrana na takie termina. Najpierw będą szukać po znaczniejszych gospodach. Do świtania zejdzie, nim ruszą tutaj.
***
Karczmarz nie musiał nikogo budzić. Ubzym i Poświst pozbierali się sami jeszcze przed wschodem słońca. Dziewczynę postawił na nogi jeden z nich. Nie trwało i pacierza, jak wsiadali na konie. Poświst włożył w rękę gospodarzowi kilka monet.
– Będzie dobrze?
– Dobrze, dobrze. Dobre ludzie z was – powiedział szynkarz, nie wiedzieć czemu wzruszony. – A jak mnie będą pytać, to nic nie widziałem i nie słyszałem!
– Powiedz prawdę. Że byliśmy i że pojechaliśmy tą drogą i wzięliśmy trzy konie – poprosił Poświst.
– Eee – zdziwił się gospodarz.
– Powiedz im, niech idą po świeżych śladach, które zostawimy, rozumiesz? – Gospodarz skinął głową, że zaczyna coś rozumieć. – Gadaj szybko i chętnie, żeby ci karczmy nie spalili, to będziemy mieli gdzie wrócić! – krzyknął mu już z drogi czarnoksiężnik.
Galopowali dobrą chwilę, gdy Ubzym się zdziwił.
– Wracamy do miasta?!
– Pewnie! – Poświst dał do zrozumienia, że dokładnie o to mu chodzi. Mnich pokręcił głową. Pół pacierza później nagle skręcili w krzaki. W samą porę, bo zza zakrętu wyjechało dwunastu konnych ze straży miejskiej. Uciekinierzy przyczajeni odczekali, aż umilkło parskanie koni i stuk kopyt.
– Banalna sztuczka – wyjaśnił Poświst mnichowi i dziewczynie. – Tym sposobem im bardziej się śpieszą, tym bardziej od nas się oddalają. Dopiero jak dojadą do karczmy, przekonają się, że trzeba gnać w drugą stronę. Gnając z powrotem, będą zachodzić w głowę, jak to możliwe, że nas nie spotkali. Będą sprawdzać każdą boczną ścieżkę prowadzącą z gościńca w las. Pojedziemy jeszcze w kierunku miasta ze dwa pacierze. Potem skręcimy.
***
Około południa wjechali na wysokie wzgórze, na którym stał słup graniczny.
– No i dziękujemy władzom miasta za uwagę – roześmiał się Poświst.
– Dokąd teraz? – zapytał mnich.
– Do zagrody.
– Nie do zameczku?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo tam jest już ta panienka, co ją uratowałem z twoich i Korbacza rączek.
– To co?
– Jak to co? Wsadź dwie gołąbki do jednej skrzynki, a poleci pierze. – Mnich spojrzał zdziwiony. – Na ślubach może i się znasz, na narzeczonych także, ale na kobietach niewiele.
***
Kiedy słońce kładło się na las, byli już u celu. Dziewczyna, zdrożona i po przejściach, ledwie siadła, to i zdawało się, że zasnęła z głową na stole.
– A nam trzeba będzie jutro z powrotem – stwierdził z niewesołą miną Poświst. – Należy dokończyć układów z murarzem. Mam nadzieję – dodał – że nasza podopieczna przez czas naszej nieobecności nie spali dobytku i nie napyta sobie biedy.
– Pojadę z wami – zaproponowała Julia, niespodziewanie zrywając się ze snu.
– Po co?
– Będę wam gotować... Znam tamte okolice i ludzi, może wam co pomogę? Bo samej w takim odludnym miejscu straszno...
– Znasz ludzi? To co wiesz o murarzu, mistrzu Sturmierzu?
– A mówią, że solidny, tylko czasem marudny i robotę lubi przeciągnąć. Murował bramę do sierocińca, to się madame z nim kłóciła, że bardzo dużo wapna dał.
– Żonaty, dzieciaty?
– No... Pewnie. I powiadają, że żonka go bija łopatą od pieczenia ciasta. – zakończyła z miną dobrze poinformowanej. Ubzym z Poświstem spojrzeli po sobie.
– Może się nam nadać.
***
Murarz gapił się chwilę na nich jak na nieznajomych, potem poznał obydwu.
– No tak... Narobiło się i roboty od was nijakiej wziąć nie mogę. Poturbowaliście strażników... No, niedobrze.
Poświst jednak najwyraźniej nie raz pierwszy słyszał takie posłanie, bo zapytał:
– Co proponujecie, mistrzu?
Ten się rozejrzał i ściszonym głosem stwierdził rzeczowo:
– Teraz, to najlepiej trza by tej żabie, co w ratusz wlazła, po łbie czym dać.
Ubzym zrobił minę zgorszoną, ale i skupioną.
– Powiadacie? Innego sposobu nie ma?
– No... widzi mi się, że ten najlepszy i, jak nie patrzyć, ktoś będzie musiał to zrobić. Zresztą... Siłą żeście dziewkę wydarli i w mieście teraz się mówi, że to boska sprawiedliwość.
– Tak? – zdumiał się Ubzym. – Ledwom tłum przed kamienowaniem powstrzymał.
– E tam! Ludziska raz tak, raz inaczej. Nigdy u nas żadnej czarownicy nie spalili, to ciekawi byli, jak to jest. No a teraz ponoć sam burmistrz przyznał, że żadna z niej czarownica.
I obaj po raz trzeci usłyszeli historię o tym, że się w papierach nie zgadzało i że tego cały ambaras.
– Toż to się w głowie nie mieści – zakończył ze zgrozą murarz.
– E... Nie, tak to już chyba nie? – zaprotestowali obaj, choć o wiele bardziej z zapytaniem niż z oburzeniem w głosie, bo przecież tę wersję zdarzeń już znali.
– Moi panowie... Co u nas się wyrabia, co się wyrabia. – Mistrz murarski złapał się za głowę.
– No to weźcie się skrzyknijcie i burmistrza za bramę wywalcie – poradził prostodusznie mnich.
– Eee. Nam nie można. Nie można.
– Czemu? – zirytował się bardziej niż zdumiał Poświst.
– No jak to tak? Samem łapę podnosił i gardłował za nim...
– To kto to ma zrobić?
– No jakby wielmożni panowie... – zrobił wymowny gest – zapłaty bym od was za robotę nie wziął...
– Aż tak kiepsko z wami?
– Kiepsko? Panie, do domu strach wracać, kobita u drzwi stoi i pyta, com zarobił, a ja nic!
– I leje łopatą do ciasta?
– A skąd wielmożni panowie wiedzą? – zdumiał się.
– A ludzie powiadają.
– A co jeszcze powiadają?
– A trzeba by zapytać – odpowiedział Poświst z uśmiechem nader uprzejmym. – Powiadacie, że z powodu, żeście samemu łapę podnosili? I nie ma innego?
Mistrz Sturmierz wzruszył ramionami.
– Ni ma. No bo jak?
– Widziałeś? – szepnął Poświst Ubzymowi do ucha. – Udaje głupszego niż jest. Już języka w gębie zapomina, mówił „nie ma”, teraz już „ni ma”, żeby się zdawał dużo bardziej gminny.
Ubzym spojrzał uważnie na mistrza. Ten przecie widział, że szepczą między sobą, ale ze stoickim spokojem gapił się przed siebie.
– A może? Może ludzie co powiadają? – zapytał mnich, robiąc także możliwie najbardziej naiwną i przyjemną minę.
– Bo wiesz, mistrzu – wtrącił się Poświst – skoro mamy budować, lepiej wiedzieć, że na grząskim gruncie, wtedy zawczasu pale się wbije, a jak się nie wbije, mury mogą przywalić zupełnie niewinną osobę, a w szczególności dobrodzieja, co roboty zlecił...
– Co... racja to racja – przyznał po chwili mistrz niezobowiązująco. I dodał równie filozoficznym tonem: – A ludzie, jakby tu rzec waszym miłościom, różniste głupoty opowiadają, że czasem i nie chce się powtarzać.
– Ale kto wie, czasem w głupotach ziarno prawdy.
– Ano... Jedni gadają tak: że z rok i miesięcy kilka temu przybył do diecezji, znaczy do Kocka, mnich wielce świątobliwy. Onże takoż czarownic zaczął szukać. Tak se myślę, że ta biedna dziewka w termina straszne bez niego wpadła, wprzódzi, tutejsi w gusła nie bardzo wierzyli. To znaczy wierzyli, ale się im zdawały... takie swoje, nie czarcie. Może tak, może nie, to nie jest ważne, ale że także kazania głosił wielce ogniste... Znaczy ogromnie ludzi straszył. I ludziska walili do niego drzwiami i oknami, żeby się przekonać, jak on to straszy. Powiadają, że się im we łbach pokręciło od tego gadania. Co może być prawdą, bo sam byłem na mszy i słuchałem. I potem łapę podniosłem – przyznał ze skruchą. – Bardzo podobny był do waszej miłości. – Wskazał na mnicha – Głos miał takuteńko jak wy, ale gadał... O! Co on i jak gadał. Że ciarki po plecach chodziły, ło tak! – Poderwał się, żeby zademonstrować. – A drudzy powiadają, pewnie trochę po tym strachu, jaki mnich ludziskom napędził, że ktoś klątwę na miasto rzucił. – To ostatnie powiedział tonem człowieka, który wierzy w to, co mówi.
– Bo do tej pory wszystko szło dobrze. To czwarty burmistrz za mojego żywota. O pięciu tatulo opowiadał, dziadek jeszcze wcześniejszych pamiętał... Zawsze ludziska dobrze wybierali. A tu, naraz... I powiem szczerze, bywali u nas różni i nikt się nie nabierał na ich gadanie. Ktoś, kto zazdrościł nam naszych sukienników, snycerzy, murarzy, stolarzy, kupców, poszedł do jakiegoś złego, albo sam miał moc urok rzucić.
– Czy nie myślisz, że to jeszcze bardziej bez sensu? – zdumiał się mnich.
– Ależ, miłościwy panie! Przeciem też miał swój rozum. Jak tak dziś pomyśleć, to ten mnich takie głupoty wygadywał, że i dzieci by nie uwierzyły, a jakem w kościele siedział, to żem się bojał, aże mi galoty dygotały. Znaczy ktoś wcześniej klątwą rozum odebrał, bo jakby nie odebrał, to bym się w rękaw wyśmiewał, zamiast dygotać jak ta galareta, co ją kiedyś w mieście, w karczmie...
Ubzym położył ciężki kuchenny nóż i przeżegnał się, z wyraźnym strachem patrząc na ostrze, jakby dostrzegł tam jakiś znak. Mistrz murarski najwyraźniej obserwował całą scenę spod oka, bo westchnął jakby z ulgą, lecz to były jedyne oznaki incydentu.
– No to tak sobie tera myślę: skorom przedtem myślał dobrze, tera kto mi rozum odebrał, to lepiej, żeby takie przedsięwzięcia obcym powierzać, bo cokolwiek bym nie wymyślił, to przeciw mnie samemu się obróci. Bo co nie wymyślimy, to łod tego czasu, jak ów mnich był, całkiem głupio.
– Mistrzu... gadałeś z kimś w owej sprawie? – zapytał konfidencjonalnie Poświst. – To... w kwestii owego stawiania, na bagnie – wyjaśnił ciekawość.
– Gdalim, nie gadalim, tak się zastanawialiśmy w cechu. Że niedobrze i jakby kto pomógł... Nie... nie mówiłem o was, pary z gęby nie puściłem... Ma się rozumieć, całkiem durny, nawet mimo owej klątwy, to ja chyba nie jestem. No sami rozumiecie: wy macie interes, my mamy interes, jakby jeden drugiemu pomógł, sprawy dobrze pójdą...
***
Poświst zarządził odwrót. Był to dzień straty, ale ani Ubzym, ani Julia nie kwestionowali jego decyzji. Skoro uznał, że lepiej się wynieść z okolic Lisiego Kamienia, znaczy że faktycznie zaczyna się robić, może nawet nie tyle niebezpiecznie, co niewygodnie. Jak tłumaczył, wieści rozchodzą się po okolicy lotem błyskawicy. Starczy, by ktoś zobaczył jednego z nich. Przez dziesiątą gębę dojdzie do ratusza, policja zacznie szukać spisku w cechach. Kto wie, jak się wypadki potoczą. A jak po spiskowcach ślad zaginie, plotki zdechną same, tym, co je rozpuszczali, nikt nie da wiary, jeśli nie pojawią się nowe pogłoski. Nawet jeśli mieli interesa tam, w okolicy Lisiego Kamienia, lepiej było przepaść, choćby tylko na kilka dni. Wylądowali znowu po dniu bezustannej jazdy w skromnej chatynce. Julia tym razem postanowiła okazać się przydatną i zabrała się za krzątanie po kuchni. Poświst przyglądał się początkowo temu z wielkim sceptycyzmem, ale stwierdził, że dziewczynie idzie całkiem dobrze. Raz tylko wybuchł spór w kwestii rozmarynu albo lawendy. Poświst polecił rosnące pod chatą ziele. Twierdził, że jest to rozmaryn i należy go dodać do potraw, dziewczyna zaczęła się śmiać, aż sobie usiadła:
– Toż to lawenda!
Okazało się, że sadło do smarowania chleba, które Poświst sobie nagotował i po które tak ochoczo sięgali do glinianego garnka, woniało lawendą i zasadniczo nie powinno być jadalne. Przyjrzawszy się obu chwastom, czarnoksiężnik przyznał, że faktycznie, pomylić ich nie sposób, lecz gdy rosną obok siebie. Rozmaryn ciemniejszy drobniejszy i krzaczasty, lawenda wybija do góry prostymi łodygami i na fioletowo kwitnie. Niestety, liście obie roślinki mają wąskie i długie, zapach także intensywny, leśny. Taki tylko był ów zgrzyt niewielki, lecz jak potem się okazało, brzemienny w skutki. Na razie jednak mistrz sztuk diabelskich poburczał tylko coś pod nosem, oglądając zielska, rozcierając w rękach i wąchając je. W końcu najwyraźniej pogodził się, że lawenda jest lawendą, nie zaś rozmarynem, i sprawa została zamknięta. Zdegradowany w swej wartości smalec pozostał na dnie garnka i nic nie wskazywało, że pomimo strasznego odkrycia nie zostanie wyjedzony do ostatka. Te zdarzenia, a i pewnie wielogodzinne trzęsienie na koniach sprawiły, że sprawy ułożyły się każdemu z nich na swój sposób, jak się okazało, całkiem inny.
– Trza nam chyba innego mistrza murarskiego poszukać – stwierdził Poświst. – Wszystko się to robi zawiłe i śliskie. Nie uśmiecha mi się stawać między cechem a burmistrzem. Pomimo wszystko. To ich sprawy.
– A mnie się widzi, że rzecz trzeba rozeznać. Coś się tu dziwnego dzieje. Miasto było kwitnące, na ulicach stragany, ruch, teraz zamieszanie, czarownice chcą palić... Ciekawe czemu? – zadumał się Ubzym.
– Co do czarownic, to już wiem dlaczego.
– Ale ja ich do miłości bliźniego nawoływałem! – jęknął mnich. – Muszę to naprostować!
– Drogi Ubzymie... – Poświst przygotował się do dłuższej przemowy. – Ich głupota to nie nasza sprawa! – Zamknął niespodziewanie, nawet dla siebie, skomplikowaną kwestię, która zdawała się wymagać długiej przemowy, w jednym zdaniu.
– Kiedy się miłuje swego bliźniego, to wszystkie sprawy są nasze – powiedział z przekonaniem mnich.
– Powiedzże, że cię sumienie gryzie!
– Sumienie i chrześcijanina zawsze o czymś przypomina.
– Ubzymie, biedy sobie napytamy!
– Możliwe – przyznał duchowny – ale Święte Oficjum posłało mnie, żebym ścigał złego i wszystkie jego sprawki, oraz prostował ludzkie ścieżki. Nie mogę odstąpić od dzieła żniwa bożego...
– Wiesz, zadziwiasz mnie. Czasami gadasz rozsądnie jak człek życiowy.
– Kiedy? – zaniepokoił się trochę święty mąż.
– Ot, choćby kiedyś chciał ożenić tego chłopaka. A czasami jak...
– Boży szaleniec! – dokończył z pewną dumą mnich.
– Świr, powiedziałbym!
– Widzisz... synu, bo to zależy od tego, czy dotykamy spraw boskich, czy ludzkich. Boskie wymagają szaleństwa, ludzkie nawet przebiegłości. Jak dwa konie, czarny i biały, ciągnące wóz w wysokim zbożu, wychylają się na przemian, tak w postępkach mnicha mieszają się ze sobą boskie i ludzkie uczynki. – Umilkł, zadowolony ze swego wywodu.
– A mnie się widzi, że rozum i głupota. W jednym masz słuszność... Tutejsi murarze najbieglejsi. Lepszej drużyny nie zbierzemy, powiem szczerze, robota trudna, byłoby wielce pożytecznym, gdyby się ich właśnie udało nająć.
– Ach! Gdybyś to mógł ich przekonać! – Westchnął mnich.
– Że co?
– Pomyśl sam, Poświście, sprawy idą w złą stronę, Sturmierz rad by najbardziej, żebyśmy morderstwa dokonali. A tymczasem mogliby ludzie się zebrać, burmistrzowi odprawę dać sowitą, może i sam by sobie poszedł, nowego by obrali, bez gwałtów... Jakżesz proste i spokojne rozwiązania się nasuwają, byle tylko rozumowi pozwolić działać, o sercu już nie mówiąc...
– Więc co, kazanie im wygłosisz? Mało się to nasłuchali?
Julia niespodziewanie odwróciła się od garnków.
– Po mojemu, to żeby cokolwiek zacząć, to starego burmistrza z kamieniołomów trza wydobyć.
– Czemu z kamieniołomów? – zdumiał się Ubzym.
– Rewolucję chcecie zrobić, spiski knujecie, a najważniejszych rzeczy nie wiecie! – niemal się rozzłościła. – No bo burmistrza do kamieniołomów wsadzili, niby że złota nakradł. I żeby odpracował je.
– Sturmierz nic o tym nie mówił! – stwierdził Poświst. – Julio... Opowiedz nam po swojemu, co wiesz. Bo faktycznie, po prawdzie, chcemy stanąć po czyjejś stronie, a tak naprawdę wiemy tylko, że obrano burmistrza, co zachowuje się jak marna kramarzyna, ciebie chciał spalić...
– Normalnie. Jak nowy nastał, to starego przed sąd postawił – zaczęła opowieść.
Niestety, niewiele z niej się dowiedzieli o sprawkach w ratuszu. Może poza tym, co było wszędzie zwyczajne, że rajcowie bynajmniej nie orientowali się, co właściwie zaszło, choć Julia wiedziała detalicznie, co powiadał tamten lub ów. Jakkolwiek interesującą była skomplikowana historia o tym, co zaszło pomiędzy cechem kuśnierzy i mistrzów murarskich, oraz jak garbarze z kuśnierzami koty cichcem darli o miejsca pod kramy i podejrzewali jedni drugich o przekupywanie rejestrowego w ratuszu co je przydzielał, i że w tym geneza mogła być późniejszych dramatycznych zdarzeń, to jednak z końcówki opisu, jak to wszyscy gremialnie zaczęli się kłócić i winę za owe swary na burmistrza Kacpra zwalili, tonęła w oparze absurdu. Sam zaś wybór skarbnika Marciszka na burmistrza zdawał się być w jej słowach zbiorową histerią, jak też powszechna akceptacja dla jego rządów, oraz wzajemne donoszenie na siebie do ratusza. Partie zmieniały się z dnia na dzień, wczorajsi sojusznicy za łby się brali, wrogowie niespodziewanie godzili, dzięki czemu sąd grodzki miał pełne ręce roboty i znaczne wpływy do kasy z grzywien.
– A burmistrz Kacper niczego nie nakradł, bo nie było po nim nijakiego bogactwa widać. Każdy ma oczy, to sam może sprawdzić, w czym chodził, że miał czarną, prostą karocę, gdzie mieszkał. Tylko że nie pisał wszystkich wydatków, tak ludzie powiadają. I o to głównie poszło.
– A skoro mamy wetknąć nos w te sprawy: opowiedz nam, jak było przedtem, kto z kim trzymał? – zapytał Poświst, w nadziei znalezienia cienia porządku w tym chaosie.
– No... Było normalnie. Kuśnierze z kuśnierzami, a garncarze z garncarzami. Kupiec Grosik zawsze swoją partię organizował. Wiadomo, że najbogatszy. Nie chciał z nikim, tylko ze sobą, no to każdemu nogi podkładał. A teraz... jak wam mówiłam. Chyba pogłupieli. Ludzie różnie powiadają, że nawet rajcowie pomiędzy sobą donoszą do burmistrza, któren drzemał, gdy Marciszek miał mowę.
– To gdzie starego burmistrza trzymają?
– W Osinowej Górze.
– No tak... Człek się za światowymi sprawami ogląda, a nie wie, co się pod nosem dzieje – zamyślił się Poświst. – To niedaleko. Jak się rano wyjedzie, po południu jest się na miejscu.
***
Co sprawiło, że i na tę wyprawę zabrali dziewczynę ze sobą? Może Poświst obawiał się, że mu chatynkę spali. Fakt, że pojechała, mimo iż nijakiego zajęcia dla niej nie było. Mogła tylko zawadzać. Wyprawa miała bowiem na celu wywiedzenie się, jak wydobyć burmistrza z kamieniołomu. A jednak, gdy na wieść o tym, że ma zostać sama, jęknęła i zaczęła prosić, Poświst niespodziewanie powiedział:
– A wiesz ty choć, kim naprawdę jesteśmy i czego chcemy?
– Na czarownice polujecie! – odpowiedziała, co wiedziała.
I Poświst wprowadził ją w swe tajemnice. Wieść, że nie jest po prostu szlachcicem Peteroniem Adalonzo, a tym budzącym grozę czarnoksiężnikiem, zrobiła na niej niejakie wrażenie, ale dużo mniejsze niż się można było spodziewać. Tyle że rozgrzała w niej chęć wzięcia udziału w eskapadzie.
– To już będziesz musiała się jakoś trzymać naszej partii – oświadczył czarnoksiężnik. – Pomyślałem, że i tak trzeba cię wtajemniczyć, bo sam fakt, że przybywasz w naszym towarzystwie może ściągnąć na ciebie nieszczęście. Lepiej, żebyś wiedziała, co ci grozi.
– Przyjmijcie mnie do swej kompanii! – poprosiła.
Poświst podrapał się po głowie.
– Widzisz, wystawiamy się na groźne przygody... Ty jesteś kobietą. Trza by cię choć trochę bronią nauczyć robić. Inaczej, to będziem się ciągle o ciebie martwić. – Podał jej szpadę, pokazał, jak stanąć. Zmierzyli się.
– Pchnij niespodziewanie w głowę – zażądał.
Dziewczyna zastygła i nagle, niczym żmijka, wystrzeliła ostrzem. Poświst w ostatniej chwili zdołał sparować. Ubzym, widząc próbę, choć człek pokojowy, zaczął bić brawo, lecz Julia rzucił broń.
– E... To głupota! Co wy sobie wyobrażacie, że będę się fechtować lepiej od chłopaków, co już ledwo sznurki od portek im zawiążą, okładają się patykami!
– Julio, masz niejakie talenty! – zapewnił Poświst, który naraz zapałał ochotą wychowania jej na żołnierza.
– Wam, chłopy, to tylko w głowach rapiery, szable, pistolety i takie głupoty. Co, wy myślicie, że będę walczyła jak dragon? Kobiety mają swoje sposoby, dużo skuteczniejsze – zapewniła. Pomimo tej deklaracji stało się już oczywiste, że jedzie z nimi. Wyruszyli ze wschodem słońca, żeby za dnia się znaleźć około miejsca uwięzienia burmistrza. Jeszcze przed samym celem rozprawiali, jak się najlepiej do sprawy zabrać.
Ubzym miał pomysł, żeby przekupić któregoś ze strażników. Poświst jednak, najbardziej przecież biegły w takich przedsięwzięciach, stanowczo odradził.
– Nigdy nie wiesz, czyś dał dość złota, żeby za garść miedzi taki się potem nie wygadał. Najpierw obejrzyjmy to miejsce, zastanówmy się. I nikogo o nic nie pytajmy, dopóki nie zajdzie absolutna konieczność.
Zaprowadził ich na wzgórze, które dzieliło od kamieniołomu więcej niż pół mili. Kiedy wyszli na skraj lasu, kawałek łysego placu pod szczytem, Okazało się, że mieli prawie cały kamieniołom jak na dłoni. Poświst cofnął się między drzewa i wydobył lunetę. Nadział na koniec kawał czarnej tuby z tektury, żeby nie było widać blasku od szkieł, i rozstawił solidną drewnianą podstawę. Tym sposobem całkiem bezpiecznie można było zobaczyć, gdzie pracują więźniowie i którędy chadzają strażnicy. Pozostawił przy niej mnicha, sam udał się z Julią zakładać jakiś popas. Tym sposobem pod wieczór mieli i dach nad głową, co prawda płócienny, i jadło, i wiedzę, że strażników jest ze dwudziestu, więźniów około setki, że bloki wyłamanego kamienia wydobywa na górę zmyślna kolejka, napędzana strumieniem wpadającym do wyrobiska. Ubzym zauważył też, że jeden z więźniów został odprowadzony do stojącej osobno na środku wyrobiska szopy. Burmistrz? Kiedy zapadł zmrok, na stanowisku przy lunecie stanął Poświst. Trwał tam aż do świtu. Rano wiedzieli więc o zwyczajach panujących w więzieniu całkiem sporo: o której i jak ich do roboty wyprowadzają i że nocą ktoś robi obchód po krawędziach urwiska. Strażnicy nie bardzo się przykładali. Kamieniołom stanowił swego rodzaju twierdzę na odwrót. Prawie pionowe ściany, wyższe od kościelnych wież, stanowiły dla ewentualnych napastników poważną przeszkodę. W górę można było ją przebyć tylko po rusztowaniach. Wejście do kamieniołomu przegradzało jeziorko, które utworzyło się w wyłomie, jaki uczyniono pewnie ze dwie setki lat temu, gdy wybierano stąd pierwsze kawały marmuru. Rozlewało się pomiędzy dwoma ścianami, wznoszącymi się stopniowo, aż na wysokość dużej chałupy. Za wodą stały dwa murowane budynki, dla straży i dla więźniów. Dostać się do nich można było po wąskiej kładce.
Ubzym miał już plan.
– Gdyby tak zebrać za parę groszy grupę hultajów i spuścić się do środka. Nie wydaje mi się to trudne, jeśli weźmie tylko trochę mocniejszych powrozów.
– Spuścić się, powiadasz? Trzeba by z dala od budynków, strażników, po wysokich ścianach. Do takiej roboty trzeba linoskoczków albo murarzy, którzy stawiają kościoły. Zwykły zabijaka, jak zobaczy przepaść, złapie się zębami i pazurami ziemi, i nie zrobi kroku. Nawet nie wiesz, jak tam wysoko, bo ci szkła widok fałszują, to jest na stu chłopa.
– No, ale są tacy, co się nie lękają wysokości, jakby takich wyszukać? – Mnich nie ustępował.
– Wejść wejdziesz. – Pokiwał głową Poświst. – Wyobraź sobie, co dalej? Chyba nie wyrżniesz wszystkich strażników. Powiem ci: to nawet nie jest możliwe. Powiedzmy, że najmiemy wielką kupę, ze czterdziestu chłopa. Bez trudu przepędzą strażników z wyrobiska. Strażnicy cofną się do budynku więzienia. Murowany, warowny. Tam im nic nie zrobimy. Nie przejdziemy po kładce, bo nas wybiją już z muszkietów, już z kusz. Zechcemy wyjść do góry po powrozach, wyjdą za nami i tak samo będą palić do ludzi wiszących na ścianie i szyć bełtami. Trafią kilku, kilkunastu, ale dość, żeby się rzecz cała mogła załamać. Nawet jeśli zawczasu ustawimy ludzi na krawędzi przepaści, żeby ogniem z góry zatrzymali strażników, niewiele to da. Zobacz, że dno wyrobiska zasłane jest wielki blokami, za każdym można się ukryć.
– No to wpaść gwałtownie, złapać burmistrza i wyciągnąć go na linie zanim się połapią...
– Widziałeś, że każdy więzień ma łańcuchy i żelazną kulę przy nodze? Trzeba by ze trzech, czterech ludzi na dole, dwu do niesienia burmistrza, bo sam ledwo nogami powłóczy, i jeszcze kogoś, żeby w razie czego ogniem osłonił uciekinierów. To już mądrzejszy pomysł... ale tak samo niewykonalny.
– Może go tą kolejką wywieźć? – zaproponowała Julia.
– Po pierwsze... tylko podejrzewamy, który to. Rozpoznasz go? – Zwrócił się do dziewczyny.
– Pewnie!
– A co do kolejki... Jest trudność. Zobaczcie, że na drodze ponad wyrobiskiem, którą wywożą kamień, stoi wartownia. Droga idzie zawijasami, wykuta w dość połogim jak dla człowieka urwisku, pomiędzy skałami. Jest specjalnie tak poskładana, żeby ciężkie wozy nie szły pod ostrą górkę. Końmi skrócić się jej nie da. Otóż, choć budynek straży leży dużo niżej niż miejsce załadunku kamienia, to do wartowni, biegnie tam prosta ścieżka. Jeśli zaczniemy jakiś tumult, strażnicy bez trudu zagrodzą nam najwygodniejszą drogę odwrotu. Gdyby jakimś cudem przeprowadzić konie, przez te skały... – zamyślił się.
– Poświście, mnożysz trudności, skoro udało się nam wydobyć bez specjalnych planów dziewkę z miasta...
– I zarobić ledwie siedem dziur po kulach w habicie... Ubzymie. Opatrzność boska, w którą nie wierzę, sprzyjała mi tylko dzięki temu, żem rzecz dobrze zawsze obmyślał. Wilcy nas nie gonią. Więc popatrzmy jeszcze na owo kamienne przedsięwzięcie, może jakieś fortele same nam do głowy przyjdą.
Poświst przestawił trójnóg w inne miejsce. Trochę dla bezpieczeństwa, żeby choć z daleka nikt nie wypatrzył ich z kolei na podglądaniu, trochę dla wygody i żeby co nowego ujrzeć. Tym razem przy szkłach siadła Julia. Że w okolicy były jadalne borowiki, zagoniła obydwu do zbierania.
– A co byś Poświście powiedział, jakby ich wszystkich z wartowni wywabić? – zawołała nagle radośnie.
– Jak wywabić?
– No wiesz... może nie wszystkich. Ale pewnie mają tam jakieś swoje służby... Zostanie tylko kilku, co musi. A reszta uda się do najbliższej karczmy.
– Okoliczność byłaby wielce sprzyjająca, ale obawiam się, że musiałoby zdarzyć się coś szczególnego.
– Może na uroczystą mszę? – zawołał Ubzym i zamilkł pod spojrzeniami ich obojga.
– Chyba, żebyś jakiś cud ludziom obiecał – dodał kpiąco Poświst.
– Okoliczność... może się zdarzyć – powiedziała, wpatrując się z wielkim zainteresowaniem w szkła i rumieniąc, nie wiedząc dlaczego.
– Jaka? Chyba beczułka wina za darmo – zakpił Poświst.
– Wygłodniali są – zameldowała, wpatrując się uważnie.
– Jak... wygłodniali? – zaniepokoił się Ubzym
– Kobiety dawno nie mieli...
– A ty skąd takie rzeczy – jęknął mnich, jakby ugodzony w samo serce.
– Przecie widzę. Jeden owieczkę dorwał, a drugi sam...
– Córko, odwróć oczy od tych piekielnych otchłani!
– O! Już skończył. Szybko!
– Dziecino! – Mąż świątobliwy rzucił się ratować duszę i rozsypał wszystkie grzyby.
– A bo to raz takie rzeczy oglądałam? Normalne.
Ubzym, widząc, że wzrok od diabelskich szkieł oderwała, zwracając co chwila błagalnie oczy ku niebu, żegnając się, wrócił grzyby zbierać.
– O jakiej to szczególnej okazji myślisz? – zapytał rzeczowo Poświst.
– Pamiętacie tę dziewkę, co za waszej pierwszej wizyty w karczmie „Pod Zerwanym Sznurem” tańczyła taniec siedmiu zasłon? To ja byłam. Zapamiętałam was, bo byliście jedynymi na sali, co chyba najchętniej tyłek by mi sprali.
– Dziecko! – jęknął znowu Ubzym, najwyraźniej dla zachowania twarzy.
– Nasza madame to wszystko ułożyła. No bo dziewki muszą na posag zebrać. Inaczej to po wyjściu z sierocińca tylko mi na ulicę iść!
Mnich uczynił jakiś gest, ni to rozpaczy, ni potępienia. Poświst minę miał również nietęgą.
– Ale... żeby dla grosza nagość...
– Jaka nagość, ale z was głuptaki. Cycki miałam wymalowane na obcisłej koszuli. Jak spada ostatnia zasłona, to już jest tak ciemno, że nikt nie pozna. Jakbym była goła, to bym się chyba ze wstydu spaliła.
– No... Nie wiem, czy to jest właściwy sposób. – Pokręcił głową Poświst, także zbulwersowany, i nakazał odwrót. – Na razie damy temu pokój – zadecydował przy kociołku z grzybami. – Sposób Julii może i skuteczny... Ale to naprawdę niebezpieczne. Nic nas nie goni. A dla spokoju sumienia wolałbym zostawić ją w takich terminach pod opieką co najmniej kilku zbrojnych i pewnych drabów.
– Poradzę sobie! – zaprotestowała.
Poświst pokręcił głową:
– Gdyby istniała jakaś nagląca okoliczność... Nie. Nie ma potrzeby. – I na tym rozmowa się skończyła.
– Dobre grzyby! – powiedział tego wieczora Ubzym. W istocie, potrawa przygotowana przez Julię wabiła, wonnością i delikatnością wszystkim zmysłom obiecywała ucztę.
Strawa napełniła go pewnością, że wszystko dobrze pójdzie, lecz jak to w życiu bywa, dzień następny nie był taki piękny. Nie dość, że wstali bardzo wcześnie, co już samo w sobie jest przygodą niemiłą. Mnich, który obiecywał sobie załatwić sprawę z burmistrzem, gdy czarnoksiężnik zarządził całkowity odwrót, nie mógł ukryć swej irytacji.
– Taż tyle drogi! Odciski mi się porobiły na... No tam, gdzie się robią odciski na siodle – zmiarkował się, widząc, że dziewczyna pilnie słucha.
– Może ci dupę jakimś sadłem z rumiankiem wysmaruję? – zaofiarowała się poważnie. Panowie spojrzeli na nią wzrokiem, w którym była zarówno belferska przygana i ulga. To jedno małe i w sumie niewinne słówko, wypowiedziane tak naturalnie, wprowadzało atmosferę wzajemnego zaufania. Dzięki niemu zakonnik odważył się, choć jechał nieco przed damą, zrobić to, o czym marzył od wielu pacierzy: uniósł się i podrapał w wymienionym miejscu. Uruchomiony został ciąg drobnych zdarzeń, nieuchwytnych dla słów, prowadzących ku temu, że poczuli się kompanią. Dobrą kompanią, taką, do której się wraca, choć wczoraj ci dzban na łbie zbili.
– A tam! – Złościł się już zupełnie nieszkodliwie, bo po prawdzie kontemplując doznaną ulgę. – Trza było co wymyślić, zamiast tyle na darmo się telepać! Nająć jakiego hultaja...
– Mości Ubzymie, znasz przysłowie, co nagle, to po diable? – zmitygował go Poświst.
Mnich najwidoczniej nie tylko znał, ale i doświadczył słuszności porzekadła, bo westchnął i tylko obejrzał się za niknącym za drzewami wzgórzem kamieniołomu. Naburmuszony, niewiele gadał już przez całą drogę. Za to Poświst wywiedział się od Julii kilku rzeczy.
– Powiadasz, że umiesz maści przygotować?
– A umiem trochę... ale niewiele. Nie miałam dość czasu, żeby księgi, które zostały w sierocińcu, przeczytać.
– Księgi?
– No... kupiłam je za grosze, które mi wpadły za taniec „Pod Zerwanym Sznurem”.
– Grosze?
– Miedziaki. Księgi w strzępach, bo przekupki na targu wyrywały z nich karty i pakowały w nie ryby. To im dałam po miedziaku i mi odstąpiły. A tam różne ciekawe rzeczy, jak biegunkę zatrzymać. Albo jak złoto z ołowiu wyrabiać. Nie wszystko przeczytałam, bo w sierocińcu niewiele czasu było, a książki czytałam na strychu szopy, w której sienniki trzymają i słomę do nich. No to na chwilę mogłam się zakraść przed zachodem słońca, żeby poczytać. A że kartki poplamione, licho mi to szło. A tam dziwne rzeczy piszą, aż ciarki przechodzą. Że na przykład róg jednorożca miłość sprowadza. To ja bym dała Romkowi, tylko skąd wziąć jednorożca?
– A o sporyszu też tam było? – zapytał nagle Poświst.
– Tak, o tym jak truć, żeby nikt się nie połapał. Ale ten sporysz w ziarnie, w sierocińcu, mówię wam, to naprawdę z bidy. Madame pieniędzy z ratusza nie dostała, to ze spichlerza wydali jej to, co się przesypywało przez deski, zmiotki z wozów. Zresztą... gdybym to ja, dodała tego sporyszu, to bym go zmełła, żeby nie było widać, że sporysz. – Złapała ich obojętne spojrzenia – No – zmieniła nagle temat – ale te książki tam zostały.
– Gdzie?
– Na tym strychu.
– Nie martw się, kupimy ci nowe.
– Nie... Nie kupisz. To tajne księgi, nawet w bibliotekach ich nie ma.
– Skąd wiesz?
– No... bo szukałam w ratuszu. Myślałam, że jak znajdę, to przepiszę te kartki, które były wyrwane z moich. Ale bibliotekarz Anzelm mówił, że takich nigdy nie było. Mówił, że napisze do znajomych, ale oni też odpisali, że nie słyszeli, żeby gdzieś były. A był tam jeszcze jego pomocnik Dudała. No, tak na niego mówili – paplała dalej, przyzwyczajona widać, że ludzie dziwi to imię. – Ten Dudała to mi się wydał jeszcze mądrzejszy od Anzelma. I on powiedział, że wie, o jakie księgi chodzi, ale że to były tajne księgi, że bardzo dziwne, że trafiły do przekupek, bo tak naprawdę to wydrukowano ich kilkanaście na cały świat...
– Znasz dobrze bibliotekarza z ratusza? – Czarnoksiężnik przerwał jej, gdy usiłowała nabrać powietrza.
– No jasne. Chyba mnie lubi!
Poświst strzelił palcami.
– Jest nadal bibliotekarzem?
– Pewnie...
***
Mówiąc prawdę, nieszczęście Ubzyma wzięło się w znacznej części z tego, że nie rozumiał, cóż sprawiło takie ukontentowanie czarnoksiężnika, że aż strzelił palcami. Nie rozumiał do końca tych wszystkich jego knowań, po co udawali się do kamieniołomu, potem wracali. I co, że Poświst tłumaczył, Ubzym spróbowałby po swojemu, jeśli przedsięwzięcie sprawiedliwe, Pan dopomoże. Tak czy owak, pozostał sam w chatce, a Julia z czarnoksiężnikiem udali się do Lisiego Kamienia. Była to z pewnością wyprawa zuchwała, lecz zakonnikowi jakoś do głowy nie przychodziło, by się martwić o nich zbytnio, zwłaszcza po tym, czego do tej pory dokonali. Uznał, że stary rozbójnik najwyraźniej wie, czego chce, jak to zrobić, a skoro przedsięwziął, rzecz – jak wiele innych – doprowadzi do końca, a w każdym razie wróci cało, jak do tej pory bywało. Jednocześnie, mimo że nastrzępili języka, sprawę omawiając, wynik wyprawy był mu obojętny. Ani nie myślał nad tym, co się okaże, ani się nie niepokoił. I tymże sposobem znalazł się sam w chatce, pozbawiony trosk, z czasem, który postanowił poświęcić na pobożne rozważania, bo nic mądrzejszego, mówiąc prawdę, nie przychodziło mu do głowy. Jednak ich bieg zaskoczył go samego. Początkowo kręcił się po izbie, mamrocząc modlitwy, potem usiłując je wyśpiewywać. Szybko odkrył, że czegoś wyraźnie mu brak. Czy może była to potrzeba zagłębienia się w „Żywoty świętych”, opisujących jakie to męki przechodzili od niewiernych i sprzeciwiających się Bogu, nim aniołowie wnieśli ich na swoich rękach do przybytku boskiego? Ubzym zaczął sobie przypominać ulubioną lekturę z czasów nowicjatu. Potem przywołał przed oczy wspaniałe freski i witraże z kolegiaty, na których przedstawione było już to wyłupywanie oczu, już to wbijanie na pal, już to wypruwanie flaków. W końcu przypomniał sobie sen, w którym ujrzał siebie na witrażu nad chórem, gdzie w rzeczywistości było wielkie, ale oprawione tylko w białe szkiełka okno. Zamieniło się w lśniący purpurą i szafirową zielenią, turkusowymi fioletami, kolorami wszystkich klejnotów świata, obraz przedstawiający jego samego. Błogosławił w takt anielskich śpiewów ludożercom, pochylając się z wielkiego kotła, pod którym płonął ogromny ogień. Woda wrzała, czarni na twarzach ludożercy tańczyli, wymachując wielkimi łychami, przewracali głodnymi oczami, szczerzyli ogromne białe zębiska i czekali, aż rosół dojdzie. Senna wizja była zachwycająca, promienie przelatujące przez witraż mieniły się i falowały, aniołowie delikatnie wachlowali skrzydełkami, migotały gwiazdy na szklanym nieboskłonie. Aż on, podówczas młody mnich, gdy zbudził się, uznał, że to znak i, rzuciwszy się na kolana, żarliwie zmówił po wielekroć cały różaniec, by Pan swą obietnicę spełnił. Wszelako po latach, wspominając wszystko, Ubzym dostrzegł rozliczne felery w przedstawieniu. Niepokoiło go, że w tle niewątpliwie dominującego w anielskim wykonaniu „Dies Irae” musiałby brzmieć głos bębnów dzikich. Byłby dał głowę, że we śnie słyszał także ich śpiewy z powtarzającym się refrenem: „A-mniam, mniam, a-mniam, mniam!”. Kontemplując scenę, dostrzegł też sprawy bardziej zasadnicze. Bo na przykład durniami byliby ludożercy, gdyby wrzucili go do kotła, uprzednio nie wypatroszywszy, wszelako w takim stanie, nie urągającym zasadom kulinarnym, nie mógł błogosławić z kotła! Zaniepokoił go także brak wszelkich warzyw we wrzątku. W istocie, nie pamiętał ich, a obraz wrył mu się w świadomość tak mocno, że po latach nawet odrobił go w jakiejś książce dla ozdoby rozdziału, skromnie pomijając swą twarz. Warzyw nie było, zasadnicze danie nieoprawione, wszystko wskazywało na to, że rosół szykował się paskudny! Snuł tak pobożne refleksje, gdy jakimś sposobem znalazł siebie lustrującego garnki w kuchni. Po chwili zrozumiał. Tu była zakotwiczona przyczyna niepokoju. Owszem, obfitość jadła, ale brak grzybów, które znaleźli na wyprawie pod kamieniołom. Ten mankament spiżarni zaczął mnicha poważnie niepokoić. Niby nic... A jednak! Grzyby w spiżarni powinny wisieć w wonnych wiankach, gotowe w każdej chwili nadać potrawom ten jeden jedyny blask, jaki tylko borowiki, czy podgrzybki, rydze, smardze, kurki nadać mogą. Wspominając błogosławionego Orygynesa, którego przedstawiać z racji czynu, jaki w niebiańskie zastępy go wyniósł, można dopiero starszej młodzieży, a najlepiej, by uniknąć tumultu, w ogóle o nim nie wspominać, Ubzym zaczął się ubierać z niejasnym postanowieniem rozwiązania problemu grzybów. Wkrótce, popierając się kosturem, zniknął w chaszczach. Pech chciał, że grzyby były. Pięć pieczarek wciągnęło go w zieloną, wilgotną otchłań, potem pojawił kozak, borowik, jeszcze jeden kozak. Kosz napełniał się szybko. Mnich, który okolicy nie znał, szybko się zorientował, że byle nie stracił słońca z oczu, wróci do chaty bez kłopotu, a że niebo było niebieskie, nigdzie śladu chmurki, zagłębił się w las bez strachu. Gdy tak radośnie zbierał dary Pana, opadli go ludożercy. Owszem próbował uciekać, ale puścił się pechowo na największą gromadę. Złapali za ręce, odebrali kosz z grzybami i kostur. Przyjrzawszy się bliżej, Ubzym skonstatował, że ludożercy są wieśniakami, lecz byli brudni i spaleni słońcem tak, że gęby ich były równie czarne jak u tych z witraża, co mu się przyśnił. Porozumiewali się między sobą, jak to ludożercy, krótkimi okrzykami: „A trzym go!”, „Nie puscaj!”. Rychło się zorientował, że zwabiony grzybami, znalazł się w pobliżu wioski, z której przyszło mu już raz w pośpiechu się wynosić. Niestety, tym razem Poświst nie czekał pod wielkim dębem. Gdy mnich ujrzał przyprowadzony między chaty wielki kocioł, postawiony na belkach, zdał sobie sprawę, że Pan mógł potraktować poważnie młodzieńcze uniesienia. Zrozumiał także, że być może zauważone przez niego felery wizji były pozorne. Poczuł, że jeśli sprawy będą się nadal tak rozwijać, jego wnętrzności lada chwila same się oczyszczą, że patroszenie może być dla niezbyt wybrednych podniebień zupełnie niekonieczne. Lecz jakże wspominać potem o takim szczególe w „Żywotach świętych”? Jakże to potem odczytywać historię jego męczeństwa dziewczynkom z ochronki?!
– A sól i warzywa macie? – zdobył się na pytanie.
– Diabła mamy, mnichu! Diabła! – wrzasnął jakiś wąsaty kmieć, groźnie potrząsając drągiem.
– Wszystkie klechy nas opuściły – darła się za nim jakaś kobiecina.
Z tego powodu, że trzymali go za ręce i obrócić się nie mógł, tylko się domyślał, jakiej mogła być postury, ale i tak siła ich przeciw niemu była dostateczna. Tym niemniej otrzeźwiał nieco. Zaprowadzono go na budowę najwyraźniej kaplicy. Była już prawie wykończona, ale dzwonnicę pokryto tylko w połowie dachem. W części sterczały gołe belki w niebo. Ludziska pokazywali na nie i wrzeszczeli :
– Diabeł, ło tamok! Ześ klecha, to twoim łobowiązkiem przepędzić go, jak nasym łoroć!
– Probosc łuciek nom, ale ty juz nie łucieknies! – Wygrażali pięściami. Przywlekli pod dzwonnicę. Ubzym z ulgą stwierdził, że kocioł, atrybut jego męczeństwa, jest w rzeczywistości szaflikiem. Odzyskał jakąś pewność siebie. W ostateczności, całe życie wojował ze złymi duchami i to mu najlepiej wychodziło!
– Dlaczego myślicie, że tam siedzi diabeł – zapytał już zupełnie pewnie.
– Dzwony my powiesiły, a łun przylecioł i za dzwony tsyma. Mozes se targać, ile dusa zapragnie, a ten tsyma – tłumaczył jakiś jegomość ciut czyściejszy i lepiej ubrany. Zapewne kościelny.
– Znaczy... dzwony przestały dzwonić?
– Nie dzwony, ino diobeł złapał – tłumaczyli mu chaotycznie. Znalazł się tuż przy wejściu. Wepchnęli go do środka. Spojrzał na wysokie kręte schody.
– Kostur! – zażądał. Oddali. Ubzym wstąpił na drewniane stopnie i zaczął się piąć w górę. Gwar umilkł, słychać było tylko stukanie jego potężnej laski. Wieśniacy stali z zadartymi głowami, czekając, co się stanie. Stukanie miarowo wznosiło się w górę, coraz wyżej i wyżej, ktoś zobaczył, jak mija wąskie okienko, z kolejnego wyleciała spłoszona sroka. W końcu mnich spojrzał na nich z góry spod niedokończonego dachu dzwonnicy. Zniknął na dłuższy czas, ludziska zaczęli się żegnać, co niektórzy uklękli, kobiety powyciągały różańce.
– Eeee – powiedziała jedna, wyglądająca na stuletnią. – Zjadł go. Co dla diabła taki księżyna!
– Ksiądz zawsze mocniejszy od diabła!
– Tsa mu było dać święconą wodę! Ło Jezu, skąd my tera drugiego mnicha weźmiemy!
– A pociąg no który za sznur – krzyknął Ubzym z góry.
– Michał, ciągcie – zawołała stuletnia babka. Kościelny obejrzał się niepewnie. Trzeba było wejść do nawiedzonej dzwonnicy z zalanego słonecznym światłem placu.
– Eee, łod kosenia rece mi ustały. – Zademonstrował, że nie da rady ich nawet unieść.
– Wciórności! – Postawny wąsal zaklął szpetnie i popluwszy w ręce, ruszył odważnie do sznura. Rozległ się czysty głęboki ton.
– Cud, cud!
Ubzym po chwili zjawił się przed nimi. W ręku trzymał kawał lnianej szmaty. Spojrzał uważnie na gromadę i wyłowił z niej parę wielkich, czarnych oczu.
– Ty! – Wycelował w chłopaka. – Chodź na tu!
Po chwili obaj zniknęli w kaplicy. Ciekawi wieśniacy zaglądający przez okna, zobaczyli, jak mnich podszedł do figury świętego Piotra, obrócił ją z całym drewnianym postumentem. Rozciągnął obrus, na którym stał święty, i ukazało się spore rozdarcie. Przyniesiona szmata pasowała do niego jak ulał. Prowadzony za ucho chłopaka rozdarł się:
– Jakemy spsątały, Joncyk pociągnął, a się zacepiło za gwozdzia! Ja ni! A Franek namówił, zeby na dzwonnicy schować, a jesce serce dzwona pzywiązać zeby nie sukały, bo się diabła wystrasą! Ło Jezu jak boli!
– No i macie swojego diabła! – Roześmiał się mnich, popychając chłopaka do ludzi. Jednocześnie z jękiem podziwu rozległ się jazgot rodzinnej sprzeczki:
– Zabiję huncwota, zeby cię pokręciło zaprzańcu jeden!
– Mamusiu kochana, nie pierzcie mnie, litości! Ło Jezu, jesce siadać nie mogę, po tym jak mnie tatulo zrypali!
– I co, nikt z was nie miał odwagi, żeby zobaczyć, co się z dzwonem stało? – Zdumiał się Ubzym.
– E... Kiedyś to odwage mielim, ale tera się jakowyś czarownic tu nazlatywało – objaśnił wąsacz co za sznur ciągnął.
– Czarownic? Kto wam mówił?
– A wy, z przeproszeniem, ojczulku. Przecie was, będzie łońskiego roku, chcielim ukatrupić, żeście baby nam pobrali. Samiście się czarownic bali. A my, ciemne ludzie, myślelim, że to żarty...
– No przecie dziecięca krotochwila...
– Ale duchownej osoby trzeba było... – Ubzym chciał coś powiedzieć, wyjaśnić, ale strach go opadł, że cokolwiek z ust wypuści, w tych okolicznościach na złe może się obrócić. Wąsacz zniknął gdzieś tymczasem, otoczyły go wdzięczne baby.
– Prosim na plebanię, na rosół, proboszcza nie ma, ale gospodyni się ostała... Prosiemy. – Wieśniacy, wyraźnie uradowani, się kłaniali.
– Rosół? Wybaczcie, mam pilne sprawy, muszę wracać. – Ubzym, wyjąwszy krucyfiks, błogosławił wszystkim i czym prędzej się oddalał. Ktoś zwrócił mu usłużnie kosz z grzybami.
– Ha, aleś mnie wystraszył – powiedział do szaflika na odchodnym, wzbudzając niejakie zdumienie tych, co bliżej stali i usłyszeli.
Ubzym zaś raźnym krokiem ruszył w las i obejrzał się dopiero z bezpiecznej odległości. Zobaczył, że wieśniacy hurmem otaczali szaflik. Gęby mieli czarne, niektórzy coś trzymali w rękach, nie mogły to być wielkie łychy, lecz zdało mu się, że wiatr niesie „A-mniam, mniam! A-mniam, mniam!”. Zdumiało go też, jak lekko i szybko poniosły go nogi w kierunku chaty, zaś w głowie ułożyła mu się przypowieść na kazanie o tym, dlaczego nie wszystkie modlitwy mogą być wysłuchane.
***
Najpierw przybyło trzech ludzi. Widząc nieco zaniepokojoną minę mnicha, który wyszedł przed chatę na spotkanie i ujrzał nieznajomych – jeden z nich pośpieszył z wyjaśnieniami.
– Pan Adalonzo zaprosił nas, by rzecz w spokoju omówić, ja jestem Anzelm, bibliotekarz, to nasz najbogatszy kuśnierz, Kociakita, a to znakomity mistrz murarski.
Ubzym ostatniego jednak już rozpoznał i pozdrowił skinieniem. Widząc dojeżdżających Pośwista i Julię, uspokoił się całkiem i zaprosił gości do chaty. Rozmowy początkowo potoczyły się w niezbyt wygodnym, choć też ciekawym dla mnicha kierunku.
– Wapno mi całe wywaliły – biadał mistrz Sturmierz. – Mówili, że jakiś klecha wygnał diabła z dzwonnicy i wrzucił go do mojego wapna. No i wywaliły – narzekał w najlepsze, wyraźnie nie znajdując zrozumienia u swych towarzyszy. Ubzym siedział cicho. Skromnie częstował grzybami. Bibliotekarz Anzelm, który niczego we wsi nie postradał, w końcu wrócił do meritum.
– My wszyscy wiemy – zwrócił się do Ubzyma. – Wy jeszcze nie. Sprawy się od waszego zniknięcia mocno skomplikowały i poszły w bardzo złą stronę. Jak źle się ułoży, to miasto może przez naszego burmistrza popaść w ruinę. Grozi nam regularna wojna.
– Jakim to sposobem – zdumiał się mnich. – Przecie wszystko razem jedna diecezja!
– Diecezja może i jedna, ale posłuchajcie sami. Najlepsza droga do Kocka od nas idzie na Opuszany. Pod Wilczym Kamieniem jest najlepszy bród. Z Opuszańcamy my już kilka razy mieli się domówić, żeby z drugiej jego strony most postawić, ale mostu do tej pory nie ma. Staraniem Lisiego Kamienia wjazd i wyjazd do brodu wybrukowano, co prawda bród niby na naszych ziemiach, ale nikt nigdy myta nie pobierał. Doczytał się nasz burmistrz, że od myta świętopietrze trzeba płacić. No i budkę postawił i każdemu trzy grosze za przejście piechotą dawać każe, a co na kołach – to dziesięć groszy od koła. Podobno tak stoi w księgach. Nic by jeszcze nie było, choć ludziska drą gęby, że zdzierstwo, ale posadził tam Rzepika co by pieniądz liczył i pilnował, żeby przypadkiem fałszywej monety nie dawali. Wiadomo, że połowa pieniędzy u nas fałszowana, więc jak Rzepik nie chciał puścić kupców z Kocka, zrobił się tumult. Tym bardziej, że skoro jedne grosze mu się nie widziały, oni chcieli dać w zamian inne. A Rzepik wezwał naszych strażników, kupcy swoich sługusów, oczywiście nic nie dali, Rzepikowi garb złoili. No i burmistrz chce, żeby Kocko swoich rajców pod nasz sąd postawiło... Ci zaś oczywiście chcą przeciw nam wyprawę przedsięwziąć. Rzecz się niby w sądach ma rozstrzygać, ale że bród ciągle obstawiony strażami, kupcy z Kocka i Opuszanów już zebrali bandę, ze dwie setki najemników. Nasz burmistrz prócz straży najął gdzieś koło setki. Obie strony ciągle werbują ludzi. Idzie do tego, że kto wie, czy i miasto nie będzie oblegane, a wtedy pójdzie z dymem jak nic!
– A mnie zostanie tylko chłopskie chałupy murować albo kapliczki przy drogach, jeśli ciemnota wapna wcześniej mi nie wywali do gnoju – zakończył dramatycznie mistrz Sturmierz
– Wykupić się jakoś trza, skoro sprawy już tak daleko zaszły – stwierdził Ubzym po chwili milczenia.
– Opuszańcy powiedzieli, że o żadnym okupie nie może być mowy, póki jakiegoś uczciwego burmistrza, a najlepiej naszego starego sobie nie obierzemy. Machałem im złotem przed nosem i nic! – stwierdził rozpaczliwie Kociakita.
Ubzym spojrzał uważnie na kuśnierza i pomyślał, że ów na tym, w jakiej ilości złota użyć, musi się znać dobrze i widać sprawa naprawdę jest poważna, skoro nic nie wskórał.
– Więc co czynić i jaki nasz w tym udział? – zapytał mnich.
– Trzeba dać Opuszańcom znak, że poczciwie się sprawom zajmujemy.
– Czyli?
– Jeśli stary burmistrz jakimś sposobem wymknie się z kamieniołomów... – Kuśnierz zawiesił głos.
– Sprawy będą wyglądać znacznie lepiej – skończył za niego Anzelm.
– A nie lepiej, żebym do biskupa ruszył, żeby swoim majestatem burdę wstrzymał? – zapytał mnich i zamilkł. Doskonale rozumiał, że takie sprawy toczyły się poza władzą. Nawet na południu, a nie tylko tu, na dzikiej północy, wybuchały takie zbrojne awantury. Co więcej, zapobieżenie im okazywało się bardzo trudne. Najemnicy skutecznie unikali konfrontacji z wojskiem, bywało, okazywali się lepsi od regularnych oddziałów, książęcych czy nawet królewskich. Zresztą, nim biskup zdołałby zorganizować dość liczną wyprawę, by burdę ukrócić, rzecz zostałaby rozstrzygnięta, czyli po Lisim Kamieniu zostałyby tylko zgliszcza. Przemyślał to wszystko w mig, tak że gdy tylko Anzelm i Kociakita skrzywili się na jego słowa, więcej nie powiedział w obronie swego pomysłu.
– Pozostaje tylko jedna sprawa: czy aby mamy interes pchać palce między drzwi – postawił kwestię Poświst.
Ubzym podrapał się w czoło.
– Mówiąc prawdę... Tumult chyba może nam tylko zaszkodzić. Przynajmniej teraz – powiedział niebyt pewnie.
Dwaj mieszczanie spojrzeli na nich pytająco.
– Wy macie swoje sprawy, my swoje – wyjaśnił Poświst. Mnich pokiwał głową w taki sposób, żeby tamci o więcej nie pytali.
– Ile trzeba, żeby...? – zawiesił znowu głos kuśnierz.
– Myślę, że koło dwudziestu talarów – wypalił czarnoksiężnik, jakby już wszystko sobie przemyślał. – Ale bynajmniej nie w złocie meritum leży – dodał szybko. – Musimy rzecz całą ułożyć, i dopiero wówczas, gdy będziemy wiedzieć, że jest wykonalną, damy wam znać.
***
– Sprawy się skomplikowały bardziej niż oni relacjonowali – powiedział Poświst, gdy zostali w trójkę w izbie, on, Ubzym i Julia. – Nie tylko, że zbrojna rozprawa się szykuje, ale... wypytywano w mieście o ojca Orione. – Obydwoje spojrzeli na czarnoksiężnika pytająco. Julia, pewnie dlatego, że nazwisko słyszała po raz pierwszy, zaś Ubzym, bo nie rozumiał, w czym rzecz.
– Zapewne ktoś chce naszego burmistrza ukatrupić – stwierdził krótko czarnoksiężnik. – Orione – zwrócił się do Julii – to poczciwina, któremu nasz ojczulek – wskazał na Ubzyma – wyrobił markę słynnego truciciela.
– A którego burmistrza chcą otruć? – Z kamienną twarzą mnich rzecz wyjaśniał do końca.
– Myślę, że starego. Ktoś rozpytywał o sporysz i inne paskudztwa, któreśmy znaleźli w zbożu w sierocińcu. W bibliotece siedzi jeszcze kilku uczniów bibliotekarza, i to ich ów człowiek nachodził. Szukał najwyraźniej czegoś, co można dosypać do podłego jedzenia. Gdyby chciał wysłać na tamten świat urzędującego burmistrza, pewnie szukałby czegoś odpowiedniego do szlachetnych i mocnych trunków. To zresztą jest łatwiejsze, bo wódka maskuje smak i pomaga truciźnie rozejść się po organizmie. I takich mikstur wynaleziono więcej. Biedakom daje się po głowie, nikt nie zadaje sobie trudu wynajdywania wykwintnego sposobu pozbawiania ich życia. – Ubzym kiwnął głową, że się zgadza. – Jeśli więc potrzeba czegoś pasującego do kiepskiego jadła, to chyba może chodzić tylko o więźnia. Ale znacznego.
Pokiwali oboje głowami, wywód był trafny. Poświst miał jednak do powiedzenia więcej.
– Ten ktoś, zdaniem ucznia, z którym rozmawiałem, ledwo umiał czytać. Mężczyzna z licznymi bliznami. Wiecie, kto to mógł być? – Zapadła chwila ciszy – Zastanówcie się, kim może być zabójca, który nawet zyska na tym, że go rozpoznają?
– Najemnik? – zapytała cicho Julia.
– Właśnie. Ktoś z bandy najemników. Obojętnie, po której stronie się zaciągnął. Najmniej mu zależy na pokoju, bo płacone ma za wojnę. A prawdę mówiąc, pewnie i ci, którzy zaciągnęli się po stronie Opuszańców i Lisiego Kamienia, liczą, że w tumulcie zrabują co w mieście. To ludzie, którzy walczą raz tu, raz tam, nierzadko ci, co stali obok siebie, w następnej awanturze znajdą się naprzeciw we wrogich obozach. I krzywdy sobie nie zrobią. Zaś dla obcych nie mają litości, zabójstwo dla nich rzecz zwyczajna. No i pomyślcie: ktokolwiek otruje burmistrza albo mu zwyczajnie wsadzi sztych, Opuszańscy już nie odpuszczą. Chyba że Lisi Kamień wcześniej wypędzi swego burmistrza. Ale to o wiele trudniejsze niż zaduszenie bezbronnego więźnia.
– Wiesz coś więcej? – zapytał Ubzym.
– Tyle. Ktoś szukał w bibliotece, ktoś pytał „Pod Zerwanym Sznurem” o ojca Orione.
– Albo więc dał sobie spokój, albo udał się do kamieniołomów ze sztyletem w rękawie – podsumowała Julia. Więcej nie trzeba było mówić. Jeśli będą mieli szczęście, jeśli ten ktoś zamarudzi, to uratują burmistrza.
– Chyba trzeba ruszyć jutro... zaraz. – Podrapał się po głowie mnich.
***
Słońce stało jeszcze wysoko. Ubzym, który przecież nie był awanturnikiem, mimo że czekała go niebezpieczna eskapada, zachowywał całkowity spokój. Siedział za stołem, jak zwykły wędrowny mnich, który podróżuje od klasztoru do klasztoru, spoglądał przez brudne szybki okna karczmy i raczył się wielką szklanicą czerwonego wina. W izbie były pustki, jakichś dwu ostatnich przejezdnych żegnało się z oberżystą. Po chwili nie było już nikogo obcego.
Poświst podał mnichowi sztylet.
– Obawiam się, że będę musiał cię nauczyć zabójstwa.
Mnich wziął żelazo do ręki, sprawdził ostrze.
– Mam kogoś zadźgać?
– Może być taka konieczność... Aczkolwiek przyjrzyjmy się jej tylko, nazwałbym to... teoretycznie. Powiedzmy, że podejdziesz do strażnika nad urwiskiem. Jak sądzę, będzie on mizerniejszej od ciebie postury i wystarczy go związać, żeby nam nie wadził. Jak i tego dzieła dokonać, pokażę ci później, ale wpierw zajmijmy się gorszym przypadkiem, gdyby sprawy szły kiepsko. No więc, natkniesz się na strażnika, nie mogąc go związać z jakiegoś powodu, ale i cofnąć się już nie będziesz mógł. Pr