Fahrenheit nr 54 - sierpień-wrzesień 2oo6
fahrenheit on-line - archiwum - archiwum szczegółowe - forum fahrenheita - napisz do nas
 
Na co wydać kasę

<|<strona 30>|>

Prawo Odwetu. Tom II Wojny Vattów (fragment)

 

 

O KSIĄŻCE
okladka

Kylara Vatta, lubiąca ryzyko i łamanie zasad bohaterka „Handlu w zagrożeniu”, wraca do swojego fachu – a nie jest to typowe zajęcie – w nowej powieści Elizabeth Moon.

Porywająca kariera wojskowa, o której marzyła, nie miała się nigdy ziścić. Jednak wystarczyło, by objęła dowodzenie na jednym z rodzinnych frachtowców, aby okazało się, że nie może narzekać na brak walki. Zdobyte w tej próbie ognia doświadczenia bardzo jej się przydadzą, ponieważ tym razem wojna przyszła do niej. Nieznany wróg przypuścił frontalny atak na Transport Vattów, międzygwiezdne imperium przewozowe jej ojca. Wkrótce większa część rodziny Ky zginęła, a kolejne napaści zerwały łączność, zmuszając Ky do walki o przetrwanie.

Zdecydowana poznać tożsamość bezlitosnego, tajemniczego nieprzyjaciela i pomścić rodzinę, Ky potrzebuje nie tylko większej siły rażenia, ale i informacji. Zdobywa jedno i drugie dzięki odciętej od kwatery głównej grupie najemników, z którą zawiera sojusz; prowadzącej podwójne życie kuzynce Stelli, będącej czarną owcą rodziny, oraz jej byłemu kochankowi, awanturnikowi Rafe’owi. Razem penetrują zawiłą pajęczynę politycznej intrygi wymierzonej w InterStellar Communications, od którego prawidłowego funkcjonowania zależy ich pomyślność i życie.

Lecz walka w zwarciu okazuje się zaraźliwa. Wkrótce wynajęci przez Ky najemnicy rzucają podejrzenie na tajemniczego Rafe’a, którego rozległa wiedza o zwalczających się frakcjach wewnątrz ISC i zdumiewających nowych technologiach sprawia, iż zaczyna pachnieć jak szczur, czy raczej... jak kret. W obliczu czyhających na nią zagrożeń podziały we własnej drużynie są ostatnią rzeczą, jakiej Ky potrzebuje. Jest gotowa użyć wszelkich środków, by zapewnić Vattom pozostanie na rynku i to w jednym kawałku.

Okazuje się jednak, że nie jest przygotowana na kryjącą się za napaściami wstrząsającą prawdę oraz konfrontację z morderczą w skutkach zdradą ze strony równie nieoczekiwanej, co nieubłaganej.

 

ISA

Rozdział pierwszy

Kylara Vatta objęła spojrzeniem stertę dokumentów z Biura Rozwoju Ekonomicznego Belinty i westchnęła. Oto prawdziwe życie kapitana statku kupieckiego: papiery i jeszcze raz papiery, negocjacje ze spedytorami, klientami, celnikami. Nie takiego życia chciała, wstępując do Akademii Sił Kosmicznych, a do którego musiała powrócić po wydaleniu z uczelni. Nudnego. Przyziemnego.

Co prawda, ostatnie wydarzenia na Sabine trudno byłoby określić mianem nudnych lub przyziemnych – już prędzej: przerażających – i nikt nie chciałby powtórki z takiej wyprawy.

Oprócz niej. Doskonale pamiętała tę falę podniecenia, radość walki, pełną poczucia winy rozkosz, towarzyszącą zabijaniu Paisona i Kristoffsona. Albo więc ona nie była zdrową psychicznie jednostką, albo... nic. Pomyślała o diamentach, ukrytych w szufladzie z bielizną. Nie wystarczą, żeby całkowicie wyremontować jej stary statek, lecz dzięki nim mogłaby znaleźć się gdzieś indziej, gdzie mogłaby prowadzić życie, jakiego naprawdę chciała. Być może najemnicy zaakceptowaliby jej skłonność do przemocy; złożyli jej przecież propozycję. Może ktoś inny. Zirytowałaby rodzinę, choć nie w takim stopniu, jak uczyniłaby to prawda.

Nie. Musiała dokończyć przynajmniej jedno zadanie. Odpowiadała za załogę. Statek również należał do jej rodziny, a ona raczej nie zarobi w najbliższym czasie tyle, żeby go odkupić. Westchnęła ponownie, podpisała kolejną kartkę i wczytała się w następną. No dobrze. Zabieraj tego gruchota na Leonorę, dostarcz cargo, a potem leć na Lastway. Jeśli do tego czasu nie zdoła zgromadzić środków na remont kapitalny, wróci do oryginalnego planu i poleci do domu pasażerskim liniowcem. Jeśli zarobi wystarczającą kwotę, by sfinansować naprawy, zrobi to, a po powrocie na Slotter Key złoży rezygnację. Albo... wpatrzyła się w dal, nie zważając na gródź kajuty. Mogła odesłać statek do domu pod dowództwem kogoś innego. Na przykład Quincy, która wiedziała wystarczająco wiele, by poradzić sobie z samodzielnym dowodzeniem jednostką.

Na dłuższą metę jej rodzinie będzie lepiej bez niej. Gdyby tata wiedział, co czuła, zadając śmierć... nie. Nawiedzały ją senne koszmary, w których usiłowała wytłumaczyć się temu łagodnemu człowiekowi, mając nadzieję na zrozumienie, lecz na jego obliczu nieodmiennie malowało się przerażenie. Nawet dusząca, nadopiekuńcza miłość, która tak ją denerwowała podczas ich ostatniej rozmowy, była stanowczo lepsza od tej grozy, wstrętu, odrzucenia. Gdyby wróciła do domu, wyczułby coś; próbowałby ją sondować, nakłaniałby do zaufania mu i w końcu dopiąłby swego. A nie było niczego gorszego od widoku ojca, który zaczyna żałować, że w ogóle się urodziła.

Powinna zwyczajnie odejść. Być może za kilka lat zdoła mu to wyjaśnić, a on pogodzi się z faktami. Upływ lat może pokryć skórą nagą prawdę o tym, kim jest Kylara Vatta.

Przebiła się przez resztę formularzy i postanowiła osobiście zanieść je do najbliższej skrzynki pocztowej. Stacja Belinta miała niewiele uroku, niemniej spacer powinien ją odświeżyć.

– Quincy, idę nadać dokumenty – rzuciła do interkomu.

– Idziesz znaleźć jakiś ładunek, czy mamy zacząć wnosić to, co tutaj zostawiliśmy?

– Niczego jeszcze nie znalazłam – odparła Ky. – Możliwe, że będę musiała udać się w tym celu na dół. Bierzcie się za ładowanie... poszukaj tutejszych dokerów do pomocy. Zwyczajowe stawki i tak dalej.

Przejrzała się w lustrze i uznała, że prezentuje się wystarczająco okazale. Potrzebowała nowego munduru – temu brakowało już szyku i doskonałego krawiectwa, za które zapłaciła jej matka – lecz wyłącznie w przypadku, gdyby zostawała z Vattami. Jeśli zaciągnie się do najemników, założy ich mundur; jeżeli pozostanie niezależna, będzie musiała wymyślić własny wzór. Niemniej na spacer mający na celu nadanie nieco papierów do właściwego biura, szara tunika i luźne spodnie powinny w zupełności wystarczyć. Przypięła identyfikator umożliwiający poruszanie się po Stacji Belinta.

Na stacji działo się niewiele. W dokach cumowały zaledwie trzy statki, z czego dwa pozostałe były zwykłymi, wewnątrzukładowymi holownikami, obsługującymi kopalnie na satelitach Belinty. Przy ich stanowisku Quincy rozmawiała ze zwalistym mężczyzną we wszechobecnej, zielonej tunice miejscowych dokerów. Towarzyszący jej Beeah trzymał przenośny komputer, gotowy do zarejestrowania danych pracowników, gdyby negocjacje Quincy zakończyły się sukcesem. Ky szybko minęła dwóch siedzących na ławce i pogrążonych w rozmowie mężczyzn, stojącą przy windzie kobietę, z trudem radzącą sobie z dokazującym dzieciakiem, kilka wyblakłych plakatów, zachęcających do odwiedzenia kurortów Belinty, i skręciła w lewo, w szeroki korytarz główny. Mieściły się tutaj kantory wymiany walut, banki, usługi telekomunikacyjne – lokalne i ansiblowe – zarząd Portu Belinta, giełda pracy oraz – na samym końcu – poczta. Był środek wachty; mijała nielicznych przechodniów. Mężczyzna z teczką właśnie wchodził do oddziału Belinta Savings&Loan, dwie rozszczebiotane kobiety opuszczały kantor Allsystems Exchange.

Dalej ciągnęły się rzędy pustych miejsc, gdzie pojawią się nowe usługi, sklepy i ludzie, jak tylko Belinta zacznie lepiej prosperować. W tej chwili nie było tam nikogo.

Ky wkroczyła do pomieszczenia poczty i podeszła do lady, gdzie na wyświetlaczu widniało: W TEJ CHWILI OBSŁUGUJEMY NUMER SZEŚĆ OSIEMDZIESIĄT DWA. Jedyny urzędnik w zasięgu wzroku nawet nie podniósł głowy.

– Proszę pobrać numerek – wymamrotał. Uprzejmość typowa dla Belinty – pomyślała Ky, rozglądając się za podajnikiem numerów. Stał przy wejściu. Wyciągnęła karteczkę; na wyświetlaczu pojawiło się: W TEJ CHWILI OBSŁUGUJEMY NUMER SZEŚĆ OSIEMDZIESIĄT TRZY.

– Numer sześć osiemdziesiąt trzy! – wydarł się urzędnik rozdrażnionym tonem, jakby kazała na siebie zbyt długo czekać.

– Mam przesyłkę do Biura Rozwoju Ekonomicznego – oznajmiła.

– Do kogo? – zapytał urzędnik.

– Nieważne. Po prostu BRE.

– Musi być zaadresowana na osobę – oświadczył urzędnik. – Nie można wysyłać poczty do biura.

– Tak jest na formularzu – stwierdziła Ky, wskazując na rubrykę ODESŁAĆ DO. – Żadnego nazwiska, tylko nazwa biura.

– Musi być nazwisko – upierał się urzędnik. – Takie są przepisy. Wszystkie przesyłki do agencji rządowych muszą być kierowane do konkretnych osób.

Ky kusiło, żeby wymienić konkretne nazwisko. Zamiast tego zapytała:

– Ma pan książkę adresową?

– Klientom nie wolno korzystać z poufnych spisów teleadresowych, ani urządzeń komunikacyjnych – zaintonował urzędnik. – Wymogi bezpieczeństwa. Uprasza się klientów o ustalenie nazwiska właściwego odbiorcy przed wizytą na poczcie. Następny!

Ky obejrzała się przez ramię. Nikogo.

– Zajrzenie do książki nie zajęłoby zbyt wiele czasu.

– Następny, proszę. – Urzędnik nadal na nią nie patrzył. Ky miała ochotę przechylić się przez kontuar i skręcić tę jego chudą szyję, lecz nie uległa chwilowemu impulsowi. Była to część profesji kapitana-handlarza; musi liczyć się z takimi pozbawionymi sensu, śmiesznymi, irytującymi bzdurami.

– Doskonale – powiedziała w zamian. – Dostarczę je osobiście. – I tak musiała polecieć na dół, żeby dowiedzieć się, czy nie mają jakichś godnych uwagi ładunków do zabrania z tej śmierdzącej planety.

– Miło mi było pomóc miłego dnia – wyrzucił z siebie jednym tchem urzędnik.

Ky wróciła tą samą drogą, minęła korytarz do doków, jadłodajnię „Goodtime Eats”, „Prawdziwe Jedzenie Jerry’ego” i „Szybkie Danie”, gdzie mijane wcześniej dwie kobiety siedziały przy małym stoliku, niemal stykając się głowami, po czym dotarła do promowej kasy biletowej. Nie pamiętała, kiedy odlatywał prom...

– Za dwie i pół godziny – poinformował ją bileter. – Proszę być w porcie na pół godziny przed odlotem.

Co dawało jej czas na powrót na statek i przebranie się. Odwróciła się, by wyjść, gdy powstrzymał ją donośny zgrzyt.

– Co to?

– Nie wiem – odparł mężczyzna.

Prosimy pozostać na swoich miejscach – zagrzmiał donośny głos. – Cały personel proszony jest o pozostanie na swoich miejscach. Ekipy ratownicze numer jeden i dwa natychmiast do doków. Cały personel...

– Mój statek! – zawołała Ky. – Muszę wracać...

Lecz wejście do kasy biletowej było już zamknięte, a metalowa krata opadła z łomotem w chwili, gdy zrobiła krok w jej kierunku.

– Słyszała pani – odezwał się bileter. – Mamy wszyscy pozostać na miejscach.

– Cóż, ja nie mogę – odparła Ky. – Proszę to otworzyć.

– Nie mogę – odrzekł. – Działa automatycznie, jak grodzie bezpieczeństwa. Kieruje nimi Ochrona Stacji. Chyba, że zna pani kod priorytetowy, jak ekipy ratunkowe...

Komunikat ucichł. Piętnaście minut później krata uniosła się z cichym skrzypieniem.

– Prosimy o powrót do swoich zadań – nastąpiło obwieszczenie. – Cały personel proszony jest o powrót do swoich zadań.

Żadnego wyjaśnienia, co spowodowało zamknięcie. Ky pospieszyła do doków. Nie zauważyła nic szczególnego, z wyjątkiem oficera Ochrony Stacji, stojącego w pobliżu otwartego luku ładowni Gary’ego Tobai i pogrążonego w rozmowie z Quincy.

– Co się stało? – zapytała, podchodząc do nich.

– Nic, co mogłoby panią obchodzić – odparł oficer. – Proszę odejść.

– To jest nasz kapitan – pospieszyła z wyjaśnieniem Quincy, prawie zagłuszając Ky, mówiącą:

– To mój statek, który bardzo mnie obchodzi.

– Och. – Mężczyzna zrobił zakłopotaną minę. – Nie ma pani munduru.

– Wymagał oczyszczenia – wyjaśniła. – Oto mój identyfikator. – Wyciągnęła plakietkę do przeskanowania. – Co się stało?

– Uważamy, że doszło do próby okradzenia pani statku – odrzekł oficer. – Pewne podejrzane, znane nam osoby zostały wynajęte w charakterze ładowaczy, a ta osoba – wskazał na Quincy – powzięła pewne podejrzenia w stosunku do jednego z kontenerów i zapytała o to osobnika, który go przenosił, przypuszczając, iż doszło do podmiany. Dwaj osobnicy uciekli; ta osoba wszczęła alarm.

Ky doskonale wiedziała, że kradzieże dokonywane przez okazjonalnie wynajmowaną siłę roboczą były ciągłym zagrożeniem dla kupców.

– Schwytaliście ich?

– Nie zostali jeszcze zatrzymani – odparł. – Uciekli w niezagospodarowane rejony stacji. Konfiskujemy kontener, który starali się wnieść na pokład i szukamy właściwego pojemnika, którego zaginięcie zgłosił członek pani załogi.

– Jestem pewna, że zajmie się pan tą sprawą we właściwy sposób – stwierdziła Ky.

– Czy będzie można zastać panią tutaj później? – zapytał mężczyzna.

– Nie – odrzekła Ky. – Muszę polecieć na dół, aby dostarczyć raporty waszemu rządowi. Mój prom odlatuje... – sprawdziła czas. – Przepraszam, ale muszę się pospieszyć. Quincy zastąpi mnie na czas mojego pobytu na planecie. W porządku, Quincy?

Starsza kobieta skinęła głową.

– Poradzę sobie. Będziesz kupować cargo?

– Całkiem możliwe. Zakładam, że spędzę tam kilka dni. Będziemy w kontakcie. – Ky pospieszyła do statku. Założyła ostatni pozostały jej mundur z oficjalnym kapitańskim płaszczem i wykonała dwa szybkie telefony, by zarezerwować pokój w Gildii Kapitańskiej oraz obstawę, mającą oczekiwać na nią w porcie promowym na planecie. Zawahała się, po czym wsadziła do kieszeni kilka diamentów. Nie spodziewała się odcięcia od zasobów finansowych Vattów, lecz na wszelki wypadek nie zawadzi mieć ze sobą paru kosztowności.

Zdążyła na prom i poleciała na dół wraz z grupą pracowników stacji, udających się na planetę na weekend. Zaklasyfikowała ich odruchowo – urzędnik, urzędnik, operator urządzeń, serwisant – zastanawiając się, co ją niepokoi. Taką samą nudną mieszankę mogła spotkać gdziekolwiek w galaktyce. Dojrzała ochroniarza przy wyjściu dla pasażerów. Wymienili hasła i sprawdzili nawzajem swoją tożsamość – kolejne doskonale jej znane, rutynowe czynności. Droga do miasta biegła wśród pól zieleńszych od zwyczajowych strojów mieszkańców Belinty. W jednej z pracujących na polach maszyn rozpoznała sprzęt przywieziony przez nią z Sabine i poczuła przypływ satysfakcji. Gdyby tylko nauczyła się doceniać dobro, płynące z przewiezionych przez nią towarów, patrzeć na rzeczy pod tym kątem, to może...

 

* * *

 

Gerard Avondetta Vatta obserwował pilota, ładującego jego teczkę na pokład lekkiego samolociku. Wrócą do miasta przed zmierzchem; zje ze Stavrosem służbową kolację, a nazajutrz zajmie się delikatnymi problemami natury politycznej, wywołanymi gwałtownym opuszczeniem Akademii przez jego córkę. Teraz, kiedy nie groziło jej niebezpieczeństwo, a on widział jej twarz i rozmawiał z nią, powrócił do motywów skrytych za oczywistymi przyczynami.

Czemu Miznarii skarżyli się na religijną dyskryminację w Akademii? Pewnie, Miznarii byli trudną sektą, ale przez ostatnich trzydzieści lat służyli w Siłach Kosmicznych Slotter Key, nie stwarzając żadnych problemów, o których by słyszał. I dlaczego wybrali sobie Ky na narzędzie? Oczywiście, jej zwyczaj pomagania zbłąkanym owieczkom czynił ją podatną na manipulacje, ale taka przyczyna nie do końca go zadowalała. Tak, od urodzenia była uczynną osobą, niemniej dostrzegł w niej rys twardego charakteru, dzięki któremu mogła przetrwać w dżungli międzygwiezdnych przewozów. Kiedy wróci, być może nadejdzie pora, by wyjawić jej parę rzeczy, których nie zawierała podstawowa baza danych Vattów w jej implancie.

Miznarii... czyżby byli częścią odradzających się nastrojów skierowanych przeciwko człomodelom, o których meldowali niektórzy kapitanowie Vattów? Bez wątpienia byli fundamentalistycznymi purystami, wyrzekającymi się nawet najpowszechniejszych modyfikacji i ulepszeń, na przykład implantów czaszkowych, nie słyszał jednak, żeby mieszali się do polityki pozaplanetarnej. Poza tym, Ky nie miała zbyt częstego kontaktu z człomodelami; raczej nie powinna zostać celem napaści wymierzonej przeciwko nim.

Było jeszcze InterStellar Communications. Vattowie zawsze wspierali ISC, a on w pełni doceniał, co ISC zrobiło dla Ky na Sabine, zastanawiał się jednak, czy ich osąd odpowiadał ich sile. Próbował powiedzieć coś takiego Lewisowi Parminie podczas jego ostatniej wizyty na Slotter Key, lecz ten zbył jego troskę wzruszeniem ramion.

– Płacimy naszym badaczom wystarczająco dużo, żeby siedzieli cicho – odparł. – Wiesz, najedzone woły nie włażą w szkodę.

A jednak... w galaktyce istniały jeszcze inne źródła bogactwa. Byli tacy, którzy z ochotą zapłaciliby niemal każde pieniądze za sekrety laboratoriów ISC. Był pewien, że część z nich sama opłacała badania, mające na celu skopiowanie technologicznych rozwiązań ISC, bądź rozwinięcie ich. Atak na ansible Sabine był mało subtelny, lecz zdaniem Gerarda najprawdopodobniej była to swego rodzaju próba. Jak silne jest ISC, jak szybko potrafi zareagować?

Piraci... wiadomości z Sabine były niepokojące. Sojusz piratów? Ich agenci w legalnie działających firmach? Jak to funkcjonowało? Vattowie zatrudniali tysiące pracowników na tuzinach statków i w dziesiątkach biur. Czy któryś z nich był zdrajcą, przekazującym informacje piratom? Jak dotąd, piraci skupiali się na mniejszych przewoźnikach, eliminując kilku z nich z rynku. Według danych Gildii Kapitańskiej – o ile były wiarygodne – najwięksi przewoźnicy nie padali ich ofiarą. Lecz był pewny, że taka sytuacja nie potrwa długo. Skończą się im łatwe łupy i zasadzą się na grubszego zwierza. Potężne kompanie kupieckie – wśród nich Vattowie – nigdy nie przekonały rządów planetarnych, że prowadzony przez nich handel służył utworzeniu prawdziwych sił kosmicznych, zdolnych zapewnić bezpieczeństwo na gwiezdnych szlakach. ISC dysponowało odpowiednimi zasobami, odmawiało jednak wykorzystywania ich do akcji wykraczających poza utrzymywanie własnego stanu posiadania.

Gerard zaprogramował implant, by przypomniał mu o telefonie do Gracie Lane podczas podróży do miasta. Siatka szpiegowska Vattów – jak nazywał ją Stavros, choć jej oficjalny tytuł brzmiał: specjalna asystentka prezesa.

– Spodziewa się pan towarzystwa? – zapytał nagle pilot.

– Słucham? – Gerard obejrzał się. Pilot przepatrywał czysty, popołudniowy nieboskłon.

– Mój implant utrzymuje, że naziemne skanery wykryły dwie niezidentyfikowane jednostki. Nadlatują ze wschodu.

Znad oceanu? To nie miało sensu. Krążący po archipelagu rejsowiec już odleciał, a poza tym, nigdy nie latał nad tą częścią wyspy. Najbliższy zamieszkany łańcuch wysp na wschód od Corleigh to Archipelag Merrill, którego linie powietrzne raczej omijały lukę o szerokości półtora tysiąca kilometrów, latając na południe, do Rafy Obrzeża, a potem wzdłuż niej z powrotem na zachód. Pomiędzy Merrill a Corleigh znajdowały się jedynie niezamieszkane, pojedyncze skały, będące wierzchołkami podmorskich wulkanów.

Jego implant nie był podłączony do skanerów prywatnego lądowiska i musiał przedrzeć się przez zabezpieczenia systemu. Zanim dotarł do skanerów naziemnych, Gerard gołym okiem mógł dostrzec dwa błyskawicznie powiększające się punkciki. Usłyszał też ich przenikliwe wycie.

– Gaspard, masz choćby blade pojęcie... – zaczął, gdy wtem jego implant zapiszczał ostrzeżeniem przekazanym przez naziemne skanery. Broń. Te niewielkie, latające obiekty były uzbrojone... okręcił się na pięcie i ruszył w stronę wznoszącego się przy lotnisku biurowca.

– Nie! na ziemię, sir! – Gerard nie zwracał na niego uwagi, lecz pilot, młodszy i szybszy, szarpnął go za ramię na samym skraju trawy. Uderzył o ziemię ciężko, ze złością... szydercze wycie nad głową było coraz głośniejsze, zbliżało się. Poczuł w ustach kwaśny smak strachu. Zakrył głowę dłońmi, uświadamiając sobie, jaki był bezradny.

Implant wyświetlił mu wygląd obiektów – pozbawionych okien, bezzałogowych pojazdów o krótkich skrzydłach – na chwilę przed rozbłyskiem, grzmotem i niosącym śmieci podmuchem powietrza, który poturlał go po asfalcie. Po chwili drugi rozbłysk, wybuch i znacznie cichszy grzmot.

Zamrugał oczami i podźwignął się na kolana. Gaspard złapał go za ramiona; wyprostowany pilot był biały jak śnieg. Biurowiec zamienił się w kłębowisko płomieni i gęstych tumanów kurzu. A za nim, po prawej, gdzie niegdyś wznosił się wygodny dom, teraz biła w niebo kolumna ognia i dymu.

– Myris! – wyrzucił z siebie. – San! – Wyrwał się Gaspardowi i pognał do biurowca, ponieważ był bliżej. Tuż koło siebie czuł biegnącego Gasparda, choć nie słyszał jego kroków, zagłuszanych wypełniającym uszy rykiem i trzeszczeniem płomieni.

Ktoś wypadł chwiejnie ze środka i Gerard zwolnił, żeby się przyjrzeć. Jedna z recepcjonistek; z okopconej twarzy wyzierały białka wytrzeszczonych oczu.

– Co...?

– Zajmij się nią – rzucił do pilota. – Wezwij... – Lecz służby ratownicze obsługujące ten kraniec wyspy mieściły się po drugiej stronie biurowca. Jeśli przeżyli, mieli pełne ręce roboty. – Dzwoń do miasta. Po pogotowie medyczne. Dzwoń do miasta... ostrzeż Stava... – Na zewnątrz wytoczyły się dwie kolejne postacie, jedna trzymała drugą wpół; Gerard ruszył w ich stronę.

– Ma pan telefon czaszkowy! – wrzasnął do niego Gaspard.

Zamrugał oczami, podrażnionymi gryzącym dymem. Zgadza się. Miał. Trzęsącymi się palcami mentalnymi wybrał numer brata.

– Gerry? – odebrał Stavros. – Co się stało... nie przyjeżdżasz po południu?

– Zarządź ewakuację budynku – powiedział Gerard.

– Co?

– Ktoś właśnie zbombardował naszą siedzibę w Corleigh – wyjaśnił Gerard. – Jakieś bezzałogowe samolociki. Opróżnij kwaterę główną – będzie następnym celem.

– Właśnie otrzymałem ansiblem wiadomość o kłopotach na Allway – stwierdził Stavros. – Powiązanie?

Na dłoni Gerarda wylądował rozżarzony węgielek; strzepnął go niecierpliwie.

– Oczywiście. Do licha, opróżnij budynek.

– Uruchomiłem już alarm, Gerry. Wychodzą. Wiesz doskonale, że to musi zająć trochę czasu.

Nie mieli czasu. Zdawał sobie z tego sprawę, zbliżając się do szalejących płomieni i przygotowując się do wejścia do środka, by ratować ocalałych.

– Ogłoś alarm powszechny. Niech nasi ludzie wiedzą...

– W porządku. Już. Jesteś cały?

– Żyję. Muszę tam wejść i sprawdzić, czy San...

– Gerry... nie rób tego. Pozwól zrobić to ratownikom...

– Nie ma ich – odparł Gerard. Popołudniowa bryza odepchnęła kolumnę dymu na bok i ujrzał, że bomba spadła dokładnie na tamten koniec budynku.

– Myris?

– Dom też trafili. Nie wiem. Po obiedzie wybierała się na basen popływać; modlę się, żeby to zrobiła. – Nawet basen dawał jakąś ochronę. Poza tym, był jeszcze personel, sprzątający po lunchu. Zamknął na chwilę oczy i zmówił krótką, żarliwą modlitwę. – Stav... słyszałem, co mówiłeś. Wychodzą. Ty też wyłaź. Zejdź do bunkra.

– Zaraz to zrobię – obiecał Stavros. – Jak tylko skończę. Wysyłam ostrzeżenie do wszystkich systemów... w porządku. Zostawiam resztę zadań ochotnikowi i wychodzę.

Żar był zbyt wielki; płomienie paliły mu twarz wiele metrów od pożogi. Przypomniał sobie o zbiornikach z paliwem dla pojazdów ratowniczych w chwili, gdy kolejna eksplozja zbiła go z nóg i cisnęła na coś twardego i ostrego, a następne trzy obruszyły na niego fragment budynku.

Ocknął się, kiedy Gaspard i stary George wygrzebywali go spod gruzu. Z każdym oddechem lewy bok przeszywał ból. Podejrzewał złamanie żebra. Albo dwóch. Rozkaszlał się i poczuł kolejne dźgnięcie bólu. Z ruin wciąż buchał dym, ale większość płomieni przygasła... pozostawiając resztki ścian i szpice niemożliwych do zidentyfikowania fragmentów zbrojenia. Wpatrywał się w pogorzelisko wraz z żałośnie nieliczną grupką ocalałych. Gdzieś tam był San, jego jedyny syn na tej planecie. Zapewne martwy... odwrócił się, nie chcąc więcej patrzeć.

Gaspard towarzyszył mu w chwiejnej wędrówce do domu. Nie pozostało z niego nic, oprócz dziury w ziemi. Ogród pokryty był warstwą śmieci; spod ramy okiennej wystawał nietknięty krzak orchidei. Obeszli gruzowisko i dotarli na tyły, gdzie fragmenty dachu zburzyły mur otaczający zieleniec. Na powierzchni olbrzymiego basenu unosiła się zbita masa szczątków... kawałki drewna, kartki papieru, strzępy ubrań, różowe liście kwitnących jabla oraz szerokie haricondów, każdy pokryty warstwą pyłu i nierozpoznawalnych odłamków. Na jego oczach część z nich zatonęła, gdy wiatr poruszył wodę.

Klęczał na skraju basenu, oślepiony i niezdolny wykrzyczeć jej imienia ustami pełnymi strachu i udręki. Ktoś płakał, ktoś powtarzał w kółko jej imię, ktoś miał mokre ręce. Szczypiąca woda omywała oparzenia. Ktoś ciągnął ją za ramię, starając się wydobyć jej twarz spod powierzchni, nie zważając na czerwone smugi, różowiejące w brudnej wodzie.

A potem leżał na plecach, przygniatając kogoś mówiącego do niego i widział ją, spoczywającą w blasku słońca przyćmiewanego kłębami dymu. Woda wypływała spod niej, tworząc powiększającą się, zabarwioną na czerwono kałużę, a ona nie odwróciła ku niemu głowy, nie krzyknęła, nie zapytała, co się stało.

Ktoś przytknął mu butelkę do warg. Wyczuł ostry zapach whisky, na którą nie miał ochoty, niemniej pociągnął łyk, ponieważ miał wyschnięte gardło i zakrztusił się, gdyż okazało się zbyt wysuszone. Przeszył go ból, niemal równie intensywny jak ten, który szarpał jego serce. Poczuł zapach ziemi i cebuli, i zobaczył, że przytrzymujące go ręce są uwalane błotem i sokiem roślin. Ogrodnik. Jego umysł dryfował, powoli rejestrując i kojarząc obrazy.

A potem wszystko nagle wróciło. Atak. Eksplozje. Zniknięcie domu i jego żony. Zniknięcie biura i jego syna. Ostrzegł Stavrosa. Musiał... spróbował usiąść; zakłuły go żebra. Dłonie pomogły mu, delikatnie go popychając.

– Nie żyją – usłyszał swój głos. Nadal dźwięczało mu w uszach; mówił z metalicznym pogłosem. – Wszyscy... kto przeżył?

Gaspard miał listę. Soler, Tina i Vindy z recepcji. Bonas, przebywający w toalecie w drugim końcu budynku, który nie został bezpośrednio trafiony. Gaspard. Stary George. Wszyscy trzej ogrodnicy. Mały Ric, zamiatający frontowy ganek i podjazd, którego podmuch cisnął w okalającą drogę gęstwinę palm i jabla.

Wszyscy patrzyli w niebo. Musiał coś zrobić, zabrać się za przywracanie porządku.

– Woda – usłyszał starego George’a. – Trza nam wody.

– Sprawdzę zbiorniki – odezwał się podtrzymujący go ogrodnik. – O ile może pan stanąć o własnych siłach?

Mógł stać. Musiał. Nadal byli ludzie, którzy od niego zależeli.

– Idź – powiedział. – Sprawdź zbiorniki. Dziękuję.

Woda. Schronienie. Jedzenie. Obrona przed tym, kto to uczynił. Transport. Pomoc medyczna. Szturchnął swój ociężały umysł. Trzeba podjąć decyzje. Podejmij je.

Zanim zdążyli przybyć ratownicy z miasta, jedna z ocalałych osób zmarła. Gerard próbował rozmawiać z urzędnikami przybyłymi razem z ratownikami. Wciąż dzwoniło mu w uszach i z trudem stał na nogach, a oni wypytywali go o przyczynę ataku. Skąd miałby to wiedzieć? Zupełnie jakby to była jego wina. Dlaczego do akcji nie przystąpili ratownicy, ani strażacy? Dlaczego stacjonowali w biurowcu? Dlaczego pod budynkiem znajdował się rezerwowy zbiornik paliwa? Dlaczego, dlaczego, dlaczego?

Implant również nie podsuwał mu żadnych odpowiedzi. Kto to zrobił? Jak tego dokonali? Przyleciał następny samolot, wyładowany inspektorami śledczymi. Jednych znał, innych nigdy wcześniej nie widział. Ktoś przyniósł mu nadpalone krzesło z biura, żeby mógł sobie usiąść. Samolot odleciał, zabierając rannych pracowników. Mijało popołudnie; na lądowisku położył się cień wzgórz. Ktoś dokładnie go obejrzał i poradził położenie się do szpitala. Odmówił. Był otępiały i oczadziały od dymu, lecz nie mógł stąd odlecieć, jeszcze nie.

Wtem przez mgłę przebił się znajomy papuzi skrzek.

– Zabierzcie go stąd, idioci. Jest celem. – Głos przybliżył się. – Gerry... Gerry, spójrz na mnie. Skup się.

Wyglądała na równie zbzikowaną, jak przez ostatnich dwadzieścia-trzydzieści lat: rozwiane, siwiejące włosy, sukienka z drukowanego jedwabiu, sznury korali i pobrzękujące bransolety. Lecz oczy pozostawały bystre.

– Gracie – wymamrotał.

– Wyglądasz okropnie – oświadczyła. – Wstawaj, Gerry.

– Nie wiem, czy... – Lecz już był na nogach, podpierany przez czyjeś ramię i podążał za szybkim stukotem absurdalnie wysokich obcasów Gracie o asfalt. Przy każdym kroku kłuło go w boku. – Nie mogę stąd odejść – powiedział do jej pleców. – Myris... San... reszta...

– Nie żyją – rzuciła przez ramię. – Ty tak. I tak musi pozostać. Potrzebujemy cię, Gerry.

Po plecach przebiegł mu lodowaty dreszcz, nie mający nic wspólnego z obrażeniami.

– Stavros?

– Później. – Po czym dodała do pomagających mu ludzi: – Wsadźcie go do środka i podajcie tlen.

Poczuł, jak wnoszą go do samolotu. Ból tak straszliwy, że omal nie zemdlał, zamienił jego prawy bok w rozżarzoną do białości masę. Dyszał ciężko w fotelu i nie podniósł powiek, nawet gdy poczuł pod nosem chłodny podmuch tlenu.

– Oddychaj – usłyszał Gracie. – I nie przestawaj, do jasnej cholery. – Czuł pod sobą wibrację samolotu, rozruch silników, podskoki na asfalcie podczas kołowania, wbijające noże cierpienia w jego bok i ramię, a potem skok naprzód, gdy oderwali się od ziemi.

– Dokąd? – zapytał. To jedno słowo zupełnie go wyczerpało.

– W bezpieczne miejsce, mam nadzieję – odparła Gracie. Usłyszał jej westchnienie i ciche chrząknięcie, gdy poprawiała się w swoim fotelu. – O ile jest jeszcze takie miejsce. Myśleliśmy tak o schronach kwatery głównej...

– A nie są? – zapytał.

– Tylko leż spokojnie, Gerry. Twoje jedynie zadanie aż do wylądowania to przeżyć.

– Nie pozwól im... – zdołał z siebie wydusić. Nagle usta wypełnił mu słony płyn; zakrztusił się, przełknął i omal nie zwymiotował.

– Cholera – powtórzyła ciszej Gracie. Poczuł, jak maska tlenowa odsuwa się i coś miękkiego ociera mu kącik ust.

– Zabierz implant – powiedział. Przejaśniło mu się w głowie. Implanty jego i Stavrosa. Ktokolwiek to uczynił, nie może przejąć ich głównej bazy danych. – Gracie... weź implant. Kluczową bazę danych.

– Wiem, kochanie – odrzekła. „Kochanie”? Gracie zwróciła się do niego per „kochanie”? Ta sama Gracie, która oznajmiła mu kiedyś, gdy oboje byli znacznie młodsi, że nawet na łożu śmierci nie doczeka się uznania z jej strony?

– Jestem ranny – powiedział, wstydząc się brzmiących w jego głosie słabości i zmieszania.

– Owszem – przytaknęła Gracie. – Jak tylko będziemy bezpieczni, postaramy się ściągnąć do ciebie doktora. Nie lecimy do szpitala, więc nie trać sił na wyjaśnienia. – Westchnęła ponownie. – Gerry, Stavros nie żyje. Nastąpił atak na naszą siedzibę główną; schrony nie wytrzymały. Ktoś musiał sporo o nich wiedzieć. – Usłyszał jakiś pisk, jakby tarcie metalu o metal. – Ktoś chce zniszczyć Vattów, Gerry. Musisz się trzymać.

Śladu zwątpienia w jej głosie. Jak długo nie wątpiła, może tego dokonać. Oddychał, nie zważając na ból, pełznącą od nóg słabość i próbującą spowić go chmurę mroku.

Pozostały pytania. Kto? Dlaczego? Jak?

 

* * *

 

Gracie Lane Vatta zmusiła się do nie zwracania uwagi na ratującą Gerarda ekipę medyczną i skupienia się na ataku, metodach i znaczeniu. Bezzałogowe samoloty – system bezpieczeństwa lądowiska zachował wystarczające dane wizualne. Broń wojskowa, jakiej nie używały planetarne siły Slotter Key; tak przynajmniej utrzymywali. Zdjęcia satelitarne ujawniły miejsce startu: Wyspa Kości, niezamieszkany, nagi, skalny wierzchołek wulkaniczny, około 430 kilometrów na wschód od Corleigh. Ktoś był na tej wyspie wystarczająco długo, by wysłać samolociki w powietrze. Jeden z jej ludzi w administracji rządowej badał już zdjęcia z poprzednich dni, by ustalić, kiedy i jak tam się znaleźli. Oraz – choć wątpiła, żeby było to możliwe – kim byli.

Atak na siedzibę główną korporacji był zupełnie inny, choć równie druzgocący. Od strony przebiegających pod miastem tuneli technicznych... podkopy pod same fundamenty kwatery Vattów, okalające schrony, które zaprojektowano z myślą o przetrwaniu trzęsienia ziemi, burzy, a nawet ataku z powietrza i zawalenia się budynku.

Lecz nie przeciwko materiałom wybuchowym zdetonowanym bezpośrednio pod podłogą i za ścianami bunkrów. Według najbardziej wstępnych szacunków wykonanie tych podkopów i umieszczenie w nich ładunków musiało trwać co najmniej kilka tygodni.

Do tej pory uważała, że największym zagrożeniem dla Vattów jest rosnąca aktywność piratów na szlakach handlowych oraz zamach na córkę Gerarda, Ky, w odwecie za jej udział w konflikcie w systemie Sabine. Dopiero co skończyła raport o piratach, który planowała zaprezentować Gerardowi i Stavrosowi w nadchodzącym tygodniu. Kilka tygodni temu ostrzegała najwyższych menedżerów przed rosnącym prawdopodobieństwem zamachów. Atak o takiej skali nawet nie przyszedł jej do głowy i była wściekła na siebie za to, że nie dostrzegła tej możliwości.

Samolot, na pokładzie którego się znajdowali, eskortowany był przez wojskową maszynę sił Slotter Key – co nie sprawiało, by czuła się tak bezpieczna, jakby sobie tego życzyła – i nie zmierzał wcale do stolicy, lecz do jej prywatnej posiadłości pod Corleigh. Zbilansowała zwiększoną ochronę, jaką rząd zapewnił miastu stołecznemu z bezbronnością kilkugodzinnego pobytu w powietrzu nad otwartym morzem... w obliczu łatwości wyśledzenia samolotu z kosmosu... oraz ze stanem Gerarda.

Kto to zrobił? Dlaczego? I czemu w taki sposób: otwarcie wypowiadając wojnę nie tylko Vattom, lecz również całemu Slotter Key? Jak brzmiała wiadomość? Czy nastąpią kolejne ataki, a jeśli tak, to kiedy i gdzie?

Dostosowany do jej pracy implant dostarczył uzyskane dane w postaci zwyczajowej matrycy. Jakie środki zostały wykorzystane przy danym wyborze broni i miejsca startu. Jakie warunki były niezbędne, żeby atak się powiódł i jak wyglądały punkty krytyczne, grożące fiaskiem całego planu. Którzy ze znanych wrogów Transportu Vattów dysponowali takowymi środkami?

Opracowując rutynowe analizy, zdawała sobie sprawę z czającego się szoku. To nie miało tak być. Takie rzeczy nie zdarzały się naprawdę, zwykłym ludziom. Ale wiedziała lepiej. Widziała już wojnę, znała jej przerażające pragnienie siania śmierci i zniszczenia.

Zanim wylądowali, nabrała pewności, że taki atak byłby niemożliwy bez pomocy kogoś z rządu Slotter Key. Jej gniew rozszerzył się z niej samej i napastników na tego jeszcze nie zidentyfikowanego zdrajcę. Ktoś nie dopuścił do złożenia przez Służbę Kosmiczną meldunku o lądowaniu na planecie promu z orbitującego statku lub schował taki meldunek do szuflady. Ktoś nie dopuścił do złożenia przez satelitarny system śledzenia meldunku o budowie instalacji na Wyspie Kości. Ktoś – ktoś stąd, pozostający w jej zasięgu – udzielił tej napaści cichego poparcia, chciał zniszczyć jej rodzinę i jej życie.

Gracie Lane Vatta uśmiechnęła się do siebie uśmiechem, który długo pamiętali jej starzy wrogowie, obecnie od dawna nieżyjący. Nieprzyjaciel zdobył inicjatywę. Nieprzyjaciel zadał im wielkie straty. Bez wątpienia nieprzyjaciel tańczył teraz, śmiał się lub w jakiś inny sposób fetował swój triumf. Lecz Gracie Lane Vatta zetrze ten uśmiech z jego oblicza, zepsuje mu taniec, wtłoczy śmiech z powrotem we wraże gardło. Nie dokona tego zupełnie sama, a jej środki były obecnie ograniczone. Lecz przynajmniej zdrajca lub zdrajcy na Slotter Key... ci, których może dosięgnąć... zajmie się nimi niezależnie od tego, co się jeszcze wydarzy.

 

Rozdział drugi

 

Głos w słuchawce dousznej Gammisa Tureka powiedział to, co ten spodziewał się usłyszeć:

– ...nieoczekiwany atak na naszych obywateli. Oburzające. Nie wolno tolerować...

Ależ będą to tolerować. Nie podejmą żadnych efektywnych działań, jednocześnie wylewając z siebie powódź słów, ponieważ wiedzieli to samo, co on – że w rzeczywistości nie mogą nic zrobić. Ich śliczne Siły Kosmiczne, takie błyszczące i dumne, nie zrobią nic, gdyż nie miały środków, aby działać poza własnym systemem. Ich kaprzy, tak znienawidzeni i budzący postrach, nie mogą zrobić nic, ponieważ brakuje im struktur dowódczych. Slotter Key postępowało z resztą sektora na swój własny sposób: arogancko. Posługiwali się kombinacją szachowej ostrożności – wykorzystując kaprów do akcji pozasystemowych, co było tańsze od utrzymywania floty kosmicznej z prawdziwego zdarzenia – i często szydząc z zasad, regulujących podejmowanie takich działań. Żaden system planetarny nie przyjdzie im z pomocą tylko dlatego, że jedna z ich najbogatszych korporacji padła ofiarą terrorystycznego ataku.

Czas na pełny zwrot. Zmianę kierunku. Najwyższa pora, aby Slotter Key uświadomiło sobie, że – podobnie jak Transport Vattów – nie dysponuje żadnymi możliwościami odwetu. Może to być niewiele znaczące wydarzenie na peryferiach większej wojny, lecz ten drobiazg dawał istotną satysfakcję któremuś z sojuszników. Nie miał wątpliwości, że w ciągu pięciu – sześciu lat Siły Kosmiczne Slotter Key staną się czynnikiem, z którym będzie trzeba się liczyć, lecz jeszcze nie teraz, a to właśnie chwila teraźniejsza miała znaczenie.

– Słuchaj no – warknął na rozmówcę, przerywając mu w pół słowa. – Nic nie zrobicie. Czasy się zmieniły, a Vattowie dobrze nam posłużą jako ostrzeżenie dla innych. Trzymaj się od nich z daleka. Nic im nie dawaj. Każdego, kto znajdzie się zbyt blisko nich, czeka taka sama katastrofa.

– Ale to nasi...

– Wspierali ciebie i twoją partię – oczywiście, że o tym wiem. Uważają, że jesteś im coś winien. No cóż, nie będzie to pierwsza obietnica, której nie dotrzymasz. – Gammis dysponował całą listą, na wypadek, gdyby kiedykolwiek okazało się to potrzebne.

– Ale...

– Jeśli wystąpicie przeciwko nam – oświadczył Gammis – zniszczymy nie tylko Vattów, lecz całe Slotter Key. Mamy okręty. Mamy broń. Zapytaj swoje Siły Kosmiczne – śmiało, nie krępuj się. Powiedzą ci. Mamy wielu sojuszników, których ucieszy widok dymiącego krateru w miejscu twojego prezydenckiego pałacu, jak to miało miejsce w przypadku kwatery głównej Vattów, i którzy z radością przyjmą śmierć twoich rodaków od chorób i głodu. – Urwał; stremowany głos w słuchawce milczał. Pozwolił sobie na złagodzenie tonu. – Poza tym, jest coś pozytywnego w uwolnieniu was od handlowej dominacji Vattów. Jeśli Vattowie upadną, handel nie umrze... po prostu ktoś inny zacznie czerpać zyski z ich plantacji tiku...

Milczenie trwało. Gammis liczył sekundy. Złapią przynętę, tylko jak długo będą się nad tym zastanawiać?

– Vattowie – odezwał się tym razem spokojny głos – niczym nie zasłużyli sobie na coś takiego. Gdybyście zaatakowali kaprów...

– Uderzenie w niewinnego stanowi bardziej wymowne ostrzeżenie – oświadczył Gammis. Nie, żeby Vattowie byli absolutnie niewinni. Przez te wszystkie lata głupio wspierali InterStellar Communications, zgłaszali obecność podejrzanych statków i osób... a poza tym, to jeden z nich ich zdradził, nalegając, aby to właśnie z Vattów uczynić przykład dla innych. Na dłuższą metę osoba ta zostanie zlikwidowana jako niegodna zaufania, na razie jednak była przydatna i warto było oddać jej tę przysługę. – Nic nie zrobisz – powtórzył. – Jeżeli chcesz, żeby twój rząd przetrwał.

– Nie wiem, jak mamy to wytłumaczyć... – stwierdził głos.

– Wymyślisz coś. – Gammis przerwał połączenie.

– Zachowają się? – zapytał jego zastępca. – Czy puszczą farbę?

– Za jakiś czas pękną – odparł Gammis. – Vattowie mają na swoim świecie sporo zwolenników. Lecz nie uda im się tego rozgłosić. Choć jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy... – zachichotał, a jego zastępca odwzajemnił uśmiech. Tak właśnie powinni byli zrobić od samego początku. Zamieszanie na Sabine było wielkim błędem; Gammis świadomie ignorował fakt, że sam głosował za zniszczeniem platform. Tym razem... tym razem mieli lepszy plan. Wiedział, że koalicja nie będzie trwać wiecznie, wytrzyma jednak przez czas wystarczający do powalenia InterStellar Communications na kolana i umocnienia ich potęgi.

Nie musieli zabijać wszystkich Vattów, niezależnie od tego, co bełkotał tamten idiota. Wystarczyło zabić wystarczająco wielu, za jednym zamachem lub w krótkim okresie czasu, by przerazić pozostałych: powiązanych i niezależnych od Vattów przewoźników, Slotter Key i rządy innych planet. Koniec z małymi napaściami i sporadycznymi rajdami. Jedna wielka, paraliżująca, budząca grozę, tajemnicza eksplozja... Uśmiechnął się jeszcze promienniej. Wyobrażał sobie tę szaleńczą przepychankę, panikę na korytarzach Gildii Kapitańskich, rządowych biur i siedzib korporacji w całym sektorze. Każdą jedną osobę, usiłującą domyślić się: kto, dlaczego i co jeszcze może się wydarzyć? Tylko on i jego sojusznicy znali odpowiedź.

Zanim się zorientują – o ile w ogóle – będzie już za późno. Wiedział wszystko o prezydencie Slotter Key; prezydent Slotter Key nie znał nawet jego imienia. Pewnego dnia poznają je wszyscy.

 

* * *

 

Ky zameldowała się w Gildii Kapitańskiej i zaniosła torbę do pokoju; eskorta zaczekała na dole. Rozpakowanie się i odświeżenie zajęło jej tylko parę minut. Najpierw zaniesie dokumenty do Biura Rozwoju Ekonomicznego, a potem złoży kurtuazyjną wizytę w przedstawicielstwie Slotter Key. Przy odrobinie szczęścia będzie miała wolne popołudnie i może rozejrzeć się za jakimś ładunkiem do przewiezienia. Załadowała sobie listę ostatnich wysyłek, lecz towary eksportowe Belinty nie bardzo pasowały do jej wyobrażeń o rynkowych zainteresowaniach Leonory. Lastway pozostawało dla niej zagadką; z danych można było wywnioskować, że tamtejszy rynek przeżywał dramatyczne wzloty i upadki, w zależności od tego, co przywiózł ostatni statek.

W Biurze Rozwoju Ekonomicznego wręczyła papiery znudzonemu urzędnikowi i otrzymała potwierdzenie przelewu reszty kwoty na konto Vattów. Była już w drodze do przedstawicielstwa, gdy zwrócił się do niej ochroniarz:

– Kapitanie, pilna wiadomość z Gildii Kapitańskiej. Pani statek chce się z panią skontaktować, a nie ma pani implantu.

– Zadzwoń do przedstawicielstwa i uprzedź ich, że mogę się spóźnić – powiedziała Ky. – Idziemy do Gildii Kapitańskiej.

Kilka minut później znalazła się w zabezpieczonej kabinie komunikacyjnej w lobby Gildii Kapitańskiej i rozmawiała z Quincy, przebywającą na pokładzie Gary’ego Tobai.

– Zwolnij – powiedziała w końcu. – Myślałam, że to byli zwykli złodzieje, a teraz mówisz mi o sabotażu?

– Tak utrzymuje tutejsza policja. Usiłowanie sabotażu. Znaleźli nasze cargo – część dostawy na Leonorę – w zsypie. Są pewni, że to ten sam kontener – zgadza się ID na taśmie. Lecz w kontenerze, dostarczonym przez tamtego typka, znajdowała się bomba zegarowa. Twierdzą, że wystarczyłaby do rozwalenia całego statku. Oraz tej części stacji, gdzie dokujemy. Gdybym nie zauważyła – mało brakowało, był przecież zwykłym ładowaczem – moglibyśmy wszyscy zginąć!

– Ale zauważyłaś, dzięki czemu żyjemy – stwierdziła Ky. Zakręciło się jej w głowie. Sabotaż nie był czymś niezwykłym, a poplecznicy Paisona mogli uznać, że mają motyw. Wiedzieli – jak każdy, kto śledził wiadomości – dokąd udała się po opuszczeniu systemu Sabine. Sądziła jednak, że Belinta nie jest zbyt odpowiednim miejscem na zasadzkę. Niewielki światek na uboczu, z małym ruchem i wyizolowanym, podejrzliwym społeczeństwem. Gdzie indziej taki zamach byłby tańszy i łatwiejszy do zorganizowania.

– Chcą, żebyśmy odlecieli – oznajmiła Quincy. – Twierdzą, że to dla naszego własnego bezpieczeństwa, ale widać jak na dłoni, że są przerażeni.

Podobnie jak Quincy, sądząc po jej minie i tonie. I nic dziwnego.

– Dobry pomysł – uznała Ky. – Kiedy skończymy załadunek?

– Za sześć do ośmiu godzin.

– Tyle właśnie zajmie mi powrót na stację – orzekła Ky. – Chyba, że wyczarteruję przelot. – Czy w tych okolicznościach taki wydatek można będzie zaklasyfikować jako niezbędny? – Powiadomię konsula, że wydarzyło się coś ważnego i muszę osobiście dopilnować załadunku.

– Nie zapomnij zgłosić tego do zarządu – powiedziała Quincy.

– Do zarządu?

– Każde fizyczne zagrożenie dla statku Vattów musi być natychmiast zgłoszone przez ansibl. Jeśli uznają, że nie jest to sprawa lokalna, ostrzegą pozostałe jednostki.

– Nieco skrajna reakcja – oceniła Ky. – Uważam, że ma to związek z Sabine; nie powinno dotykać nikogo innego.

– Gdybyś miała implant Vattów, uruchomiłaby się procedura alarmowa, kapitanie. Piractwo, sabotaż – cokolwiek. Natychmiast zgłoś się do kwatery głównej – zrobiłabym to sama, gdybym w ciągu godziny nie zdołała nawiązać z tobą łączności.

– Nadal możesz... – zaczęła Ky.

– Nie, to zadanie kapitana; będą chcieli otrzymać meldunek od ciebie.

– Powinnam wstrzymać się do powrotu na statek i otrzymania raportu policji – upierała się Ky. – Zadadzą mi pytania, na które nie będę znała odpowiedzi.

– Natychmiastowe powiadomienie jest absolutnym priorytetem – odparła Quincy. – Tak zaprogramowano implanty.

Gdyby zrobiła to, co planowała, nigdy nie miałaby implantu Vattów. Lecz nie był to najlepszy czas na takie rozmyślania.

– W porządku. Zaraz do nich zadzwonię, a potem sprawdzę, jak szybko zdołam do was wrócić. Odcumuj nas, jak tylko załadujesz statek. Czy policjanci wystawili straże wokół naszego doku?

– Tak. Jeden wciąż tam sterczy.

To już jakaś pomoc. Przynajmniej taką miała nadzieję.

– Wrócę możliwie najszybciej – obiecała i rozłączyła się. Pora zadzwonić do domu. Procedury dostępu do ansibla Belinty przebiegały prawidłowo, światełka zapalały się we właściwej kolejności. Nie miała pojęcia, która była godzina w biurach siedziby Vattów, lecz nie miało to większego znaczenia. W dziale łączności dyżurowano przez całą dobę. Zielone światełka zamrugały trzykrotnie i ekran zaświecił się, nie pokazując jednak żadnego obrazu.

– Siedziba Transportu Vattów – rozległ się głos. – Ta rozmowa pochodzi z Belinty. Kapitan Kylara Vatta, zgadza się?

– Tak – potwierdziła Ky. Nie wyglądało jej to na standardową procedurę. – Czy wysyłacie obraz? Ekran jest pusty.

– Proszę przygotować implant na pilną transmisję danych – przemówił głos, nie odpowiadając na pytanie.

– Nie mam implantu – odparła Ky. – Co się dzieje? Miałam zgłosić zagrożenie...

– Uch... proszę mówić. Proszę opisać zagrożenie. – W tle usłyszała inne głosy, zupełnie jakby nie uruchomiono ekranowania. Nie rozumiała jednak, co mówią.

– Nieznane osoby, podające się za pracowników doków, próbowały wnieść na mój statek ładunek wybuchowy – wyjaśniła. – Statek jest bezpieczny i nieuszkodzony, lecz udało się im zbiec.

– Zrozumiałem – odrzekł głos. – Mamy tutaj trudną sytuację, kapitanie. Wysyłamy ostrzeżenie do wszystkich statków: możliwe, że zagrożony jest cały personel Vattów.

– W jaki sposób? – spytała Ky.

– Ja... nie jestem uprawniony do przekazywania takich informacji – odrzekł głos.

– Czy może pan połączyć mnie z moim ojcem? – poprosiła Ky. Dowie się od niego więcej, niż od jakiegoś łącznościowca. – Z Gerardem Vattą? Albo z moim wujkiem?

– Uch... obawiam się, że w tej chwili jest to niemożliwe – odparł głos.

– Dlaczego? – chciała wiedzieć Ky. – Przecież ma telefon czaszkowy.

– Jest... – Chwila ciszy. – Jest czasowo niedostępny. Wiadomość od pani zostanie przekazana natychmiast i jestem pewny, że zechce skontaktować się z panią.

Przeszedł ją chłód.

– Co się dzieje? – zapytała. – Wspomniał pan o zagrożeniu – co się stało?

– Kapitanie... – Kolejna pauza. – Nie mogę nic powiedzieć. Mamy tutaj Sytuację.

– Czy wszystko w porządku z najwyższym kierownictwem? – upewniała się Ky.

– Tak sądzę. – W głosie nie brzmiała pewność, tylko wątpliwość.

– Lecz nie jest pan pewny...

– To jest... – Ekran ściemniał, a światełko połączenia zmieniło kolor na żółty i zaczęło mrugać. Na monitorze pojawił się napis: UTRATA SYGNAŁU. CZY CHCESZ PONOWIĆ POŁĄCZENIE? T/N. Ky odchyliła się na krześle; czuła przyspieszony puls. Cokolwiek się wydarzyło, wydarzyło się – niezależnie od tego, jak błyskawiczna była łączność, coś zaszło i teraz należało do przeszłości. Nie mogła na to nic poradzić. Spróbuje zadzwonić bezpośrednio do taty – było to znacznie droższe, lecz w tej chwili pieniądze nie miały znaczenia.

Uchyliła drzwi kabiny, chcąc dać znać ochronie, że zamierza wykonać jeszcze kilka rozmów, zanim jednak otworzyła je do końca, ujrzała trzy zamaskowane postacie, wchodzące do lobby z bronią w rękach. Przekomarzający się z recepcjonistką ochroniarz obrócił się na pięcie, lecz za późno: oboje byli martwi, zanim któreś z nich zdążyło nacisnąć guzik alarmu. Ky zanurkowała z powrotem do kabiny, nie zamykając jednak drzwi, gdyż wówczas uruchomiłby się napis ZAJĘTE. Zamarła.

– Który pokój? – usłyszała pytanie jednego z napastników. Mamrotanie, po czym ten sam głos: – Na górze. – Chwila spokoju. Obróciła się i wyjrzała przez szczelinę. Jedna z postaci kucała nad ochroniarzem i przetrząsała mu kieszenie. To przekreślało jej szanse na dobiegnięcie do drzwi i wezwanie pomocy. Niemal czuła uderzenie w plecy, gdyby tego spróbowała. Niemniej jak tylko przekonają się, że nie ma jej w pokoju, przeszukają budynek, nie pomijając kabiny łączności.

W środku nie było niczego, co nadawałoby się do użycia w charakterze broni. Z kabiny nie można było wykonywać połączeń lokalnych, a poza tym i tak nie funkcjonowałaby, dopóki Ky nie zamknęłaby drzwi, podświetlając jednocześnie napis na szczycie. Wszystko to przemknęło jej przez głowę kaskadą logiki, prowadzącą do jednego wniosku – a ona była już w ruchu, gdy go sobie uświadomiła.

Zamaskowana postać, przeszukująca martwego strażnika, kucała tyłem do niej... wystarczyło jej pięć kroków, by przebyć lobby. Po trzech zauważył coś i obrócił się, lecz Ky biegła tak szybko, że pospiesznie oddany strzał chybił. Spadła na niego. Najpierw rozbrojenie – broń wyfrunęła mu z dłoni i potoczyła się po podłodze. Jej cios w gardło napotkał twardą powierzchnię – nosił zbroję pod ubraniem. Zrewanżował się paskudnym kopnięciem. Ky zwinęła się w uniku, dostrzegając ruch ręki przeciwnika w stronę biodra. Druga broń! Zamiast próbować temu zapobiec, rzuciła się ku martwemu strażnikowi, wyszarpnęła mu w przelocie broń i odtoczyła się na bok, wypalając jednocześnie napastnikowi prosto w zamaskowaną twarz, zanim zdążył się uzbroić. Rozpoznała przeszywający ją spazm emocji, ostry i słodki, po którym nastąpiła fala poczucia winy: tylko nie to. Otrząsnęła się z niego.

Mijały sekundy. Zdążyli już dotrzeć na jej piętro. Zaraz otworzą drzwi do jej pokoju. A ilu czekało na zewnątrz, na wypadek, gdyby jednak zdołała uciec? Gdyby miała implant, mogłaby wezwać pomoc. Ky przechyliła się przez ladę recepcyjną do telefonu. W słuchawce zaszumiało; wdusiła przycisk alarmu. Ciche, rytmiczne buczenie... trzy, cztery, pięć. Za recepcją znajdowało się biuro – nigdy nie była w środku, lecz szybkie spojrzenia, jakie rzucała, gdy wchodziła tam recepcjonistka, zdradzały standardowe pomieszczenie do pracy, które mogło – ale nie musiało – być wyposażone w osobne wyjście. Korytarz po lewej prowadził do jadalni, a stamtąd do kuchni i prawdopodobnie tylnego wyjścia, które również mogło być obstawione przez zabójców. Niemniej biura, jadalnie i kuchnie oferowały mnóstwo kryjówek. Które...?

Nagle zaszumiała winda i ruszyła ze szczękiem na dół. Zamachowcy? Czy jakiś niewinny gość? Dopiero teraz pomyślała o innych kapitanach, którzy mogli tutaj przebywać. Było ich dwóch, ale wcale nie musieli pozostawać w swoich pokojach. Obiegła ladę i rzuciła okiem na leżącą bezwładnie na podłodze recepcjonistkę oraz na ekran monitora. Winda zatrzymała się, a jednocześnie usłyszała tupot stóp na schodach. Nie miała czasu, by zanurkować w korytarz. Skoczyła do biura pełnego biurek, szaf i półek zawalonych materiałami biurowymi. Następne drzwi prowadziły do mniejszego pomieszczenia, pełniącego funkcję schowka na pościel i środki czystości. Weszła tam, upewniła się, że żadna zwierciadlana płaszczyzna nie ukaże jej nikomu na zewnątrz, po czym położyła się za kartonami z papierem toaletowym.

Głosy na zewnątrz:

– Piet nie żyje... ktoś uruchomił alarm.

– Głupiej dziwki nie było w pokoju... może to ona?

– Nieważne. Nie ma czasu – zmywamy się.

– Piet?

– Zostaw go. Idziemy.

Kroki w lobby, skrzypienie otwieranych drzwi wewnętrznych, a potem syk towarzyszący ich zamykaniu się, będący oczywistym zaproszeniem dla kogoś, kto się ukrywa, by opuścił schronienie. Ky nie ruszyła się z miejsca, licząc w myślach. Pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia. Coś zgrzytnęło i cichutko zastukało. Włosy na jej przedramionach zjeżyły się; wstrzymała oddech. Tym razem nie czuła nudności po zadaniu śmierci, tylko żołądek zacisnął się boleśnie. Zewnętrzne drzwi do biura otworzyły się gwałtownie i łupnęły o ścianę.

– Hej! Jest tu kto? Co się tutaj dzieje?

To nie byli funkcjonariusze. Głos był inny, lecz nie należał do policjantów, ponieważ nie słyszała drzwi wejściowych.

– Widzęęęęęęę cięęęęęę... – zadrwił głos. – Lepiej wyłaź, kochanie...

Ky pozostała w bezruchu. Nie mógł jej zobaczyć; wiedziała, że tak było. Usłyszała wciągnięcie i wypuszczenie powietrza.

– Jeśli tutaj jesteś, to dopadniemy cię później, dziwko – oznajmił głos, poważniejąc. – Lecz nie wydaje mi się, żeby tutaj była – dodał, najwyraźniej do siebie. – Poza tym, nadciągają gliny. – Kroki wycofały się. Nie odważyła się wyjrzeć za odchodzącym mężczyzną i sprawdzić, dokąd poszedł, lecz chwilę później usłyszała krzyk od strony kuchni.

Dopiero teraz rozległo się sapnięcie drzwi frontowych, tupot i zdyszane głosy kilku osób. Ky wyszła na trzęsących się nogach z magazynku i wyjrzała z biura, by napotkać wzrok zaskoczonego mężczyzny w mundurze.

– Nie ruszaj się! – wrzasnął, unosząc broń. Ky zamarła. – Rzuć broń!

– Ale to ja...

– Rzuć broń!

Było ich pięciu i wszyscy w nią celowali. Upuściła broń strażnika.

– Na ziemię!

– Ale to ja zadzwoniłam...

– Natychmiast! Twarzą w dół! Na ziemię!

– To ja do was zadzwoniłam! – powtórzyła Ky. – Próbowali mnie zabić...!

– Kładź. Się. Na. Ziemi.

Doprowadzali ją do szału. Jak mogli myśleć, że to ona to zrobiła? Z drugiej strony, zabiła jednego z nich. Westchnęła i położyła się na podłodze. Stopy zbliżyły się do niej. Patrząc na nie, uświadomiła sobie, że to wcale nie muszą być policjanci.

– Kim jesteście? – zapytała. – Mam nadzieję, że policjantami.

– Zgadza się, jesteśmy z policji – odezwał się głos nad jej głową. – A teraz po prostu nie sprawiaj mi żadnych kłopotów.

– Widziałam trzy osoby – powiedziała Ky. – Wszystkie zamaskowane...

– Ręce na plecy – polecił głos.

Posłuchała w nadziei, że nareszcie ją wysłuchają. Oni jednak skuli ją, przewrócili na plecy, oparli o ścianę i kazali pozostać w tej pozycji. Dłoń, którą rozbiła sobie o zbroję napastnika, nieprzyjemnie pulsowała bólem. Przynajmniej mogła zobaczyć... mężczyzn w ciemnozielonych mundurach z nieznanymi jej oznaczeniami na mankietach i kołnierzach. Pochylali się nad martwą recepcjonistką za ladą.

Jeden z nich wrócił do niej.

– To twoja broń? – zapytał, wyciągając zabrany ochroniarzowi pistolet.

– Nie, należał do mojej eskorty.

– Twojej... pracował dla ciebie? To dlaczego zabrałaś mu broń?

– Wtedy był już martwy – wyjaśniła. – A tamten drugi próbował mnie zabić.

Mężczyzna zmierzył ją ponurym spojrzeniem.

– Tak przynajmniej twierdzisz... – Przerwał mu krzyk z korytarza.

– Shem! Tutaj jest jeszcze jeden!

Mężczyzna opuścił lobby. Ky przestraszyła się. Najwyraźniej nikomu nie przychodziło do głowy, że zatrzymana osoba może być niewinna. Jej instruktorzy omawiali tę prawdę, pouczając kadetów, jak powinni zachowywać się w przypadku zatrzymania przez stróżów prawa. Zdążyła już pogwałcić zasady numer jeden i dwa: nie znaleźć się na miejscu przestępstwa i nigdy nie dać się złapać z bronią w ręku.

I oto siedziała tutaj unieruchomiona. Co będzie, jak wrócą zamachowcy? Zadrgały jej mięśnie; wzięła głęboki wdech, starając się uspokoić.

Mężczyzna powrócił.

– Twierdzisz, że to ty nas wezwałaś?

– Tak – odparła Ky.

– Kiedy? Dlaczego?

– Z powodu napaści – odrzekła. – Widziałam, jak zabili mojego ochroniarza i recepcjonistkę, a potem...

– Oni? Ilu?

– Trzech w środku – sprecyzowała. – Byłam tam, w kabinie łączności... – wskazała podbródkiem... – kiedy weszli. Mój strażnik rozmawiał przy ladzie z recepcjonistką. Zabójcy zastrzelili ich oboje, a potem dwóch poszło na górę. Prawdopodobnie szukali mnie. Trzeci przeszukiwał ciało strażnika. – Przerwała, zbierając myśli.

– Mów dalej.

– Nie mogłam skorzystać z kabiny, ponieważ wówczas zaświeciłby się napis i dowiedzieliby się, gdzie jestem.

– Dlaczego uważasz, że chodziło im konkretnie o ciebie?

– Nie wiem – odparła Ky. – Dopiero co zadzwonił mój inżynier z informacją, że w podmienionym kontenerze, który miał znaleźć się na moim statku, ukryto bombę zegarową. Pańscy koledzy ze stacji orbitalnej powiedzą panu więcej na ten temat. – Czy powinna wspomnieć również o rozmowie z kwaterą główną Vattów i przerwaniu łączności? Tak. – Właśnie dzwoniłam do siedziby mojej firmy – dodała. – Najwyraźniej ktoś wziął na celownik Transport Vattów. Rozsyłali ostrzeżenia. A potem urwała się łączność, więc nie wiem nic więcej na ten temat. Tak czy owak, nie mogłam skorzystać z kabiny, ani uciec tak, żeby mnie nie zauważył.

– Czemu nie użyłaś implantu? – zapytał policjant.

– Nie mam – odparła. – Rana głowy – musieli go wyjąć, a nowy będzie można zainstalować dopiero za sześć miesięcy.

– Aha. A więc... próbowałaś uciec i... naprawdę mam uwierzyć, że zawodowy zabójca nie zdołał cię trafić?

– Nie. Pomyślałam, że jeśli rzucę się na niego, może zdołam go ogłuszyć. – Policjant spojrzał na nią z widocznym niedowierzaniem. – Mogło się udać – dodała. – Poza tym, nie miałam broni.

– I udało się?

– Nie. Zaskoczyłam go, ale okazało się, że nosił pancerz pod ubraniem. Zepchnął mnie z siebie, upadłam koło broni strażnika, podniosłam ją i... zdążyłam strzelić przed nim.

– Hmmm. – Wyraźnie się zastanawiał.

– Shem, te rany zadano różną bronią – odezwał się jeden z jego kolegów. – Strażnik i recepcjonistka zostali trafieni kulami ze Staysila, podobnie jak kucharz i jego pomocnik na zapleczu; zamaskowanego zastrzelono z Conroya.

– Kule do Staysila. Wygląda na robotę bandy Edmundsa – mruknął policjant. Spojrzał na Ky i potrząsnął głową. – Jeśli przyszli tu po ciebie, to ktoś bardzo chce twojej śmierci. Edmunds i jego zbiry nie są zwyczajnym problemem – to bardzo kosztowny kłopot. – Westchnął ciężko i pochylił się, by uwolnić Ky. – Nie próbuj uciekać. Kajdanki nie będą potrzebne. Ani kłopoty dyplomatyczne. Bez wątpienia będziesz chciała zobaczyć się z konsulem Slotter Key. Nie przypuszczam również, abyś wiedziała, kto poluje na kapitanów Vattów?

– Nie – odparła Ky, rozcierając nadgarstki. Zerknęła na obolałą dłoń. Była opuchnięta i posiniaczona. Miała nadzieję, że nie złamała sobie żadnej kości. – Nie wiem. Muszę wrócić na mój statek...

– Jeszcze nie – stwierdził. – Było nie było, zabiłaś człowieka. – Obrócił głowę w stronę drzwi wejściowych. – Mógł być kryminalistą i chcieć cię zabić, lecz najpierw musimy ustalić, czy w świetle naszego prawa usprawiedliwia to pozbawienie go życia przez ciebie. Musisz liczyć się co najmniej z nocką, kapitanie Vatta. Możesz poinformować swoją załogę, lecz będziemy monitorować rozmowę. Oczywiście, możesz udać się do przedstawicielstwa Slotter Key, ale z naszą eskortą. Podejmiemy odpowiednie środki bezpieczeństwa, gdyż – o ile faktycznie byli to ludzie Edmundsa – twoje życie może być zagrożone.

Ky zwalczyła chęć spiorunowania go wzrokiem.

– Zamierzacie wsadzić mnie do więzienia, ponieważ zostałam napadnięta?

– Niedokładnie. Ponieważ zabiłaś kogoś oraz zostałaś napadnięta. I nie do więzienia, tylko w miejsce bezpieczniejsze od Gildii Kapitańskiej.

– Chodźmy sprawdzić, co zrobili w moim pokoju – zaproponowała Ky. – Mój bagaż...

– Świetnie. Pójdziesz z nami. Nie próbuj niczego dotykać. Nie leżałoby to w twoim dobrze pojętym interesie. – Kiwnął głową pozostałym i pozwolił jej pójść przodem.

– Korzystali ze schodów – powiedziała. – Oraz windy, jak sądzę. – Starała się nie dotykać poręczy.

– Z pewnością założyli rękawiczki – stwierdził ponuro policjant.

W jej pokoju brakowało kapy na łóżku, a pusta torba leżała rozpięta w kącie. Szafka była otwarta; jej ubrania zniknęły, a wszystkie szuflady opróżniono. Z łazienki wyparowały ręczniki.

Policjant odchrząknął.

– Typowe – oznajmił po tym, jak już się rozejrzał. – Zabrali wszystko, żeby sprawdzić DNA. Mam nadzieję, że nie zostawiłaś im nic wilgotnego.

Ky znowu przewróciło się w żołądku. Fizyczna napaść to jedna sprawa, ale kradzież wszystkich rzeczy, co do jednej, była w pewnym sensie znacznie bardziej irytująca.

– Kosztowności znajdują się w sejfie na dole. O ile się do niego nie włamali.

– Nie – odrzekł. Naciągnął rękawiczki i maksymalnie wysunął szuflady, sprawdzając, czy coś w nich nie zostało, po czym sprawdził szafki w łazience. – Jesteś więc przezornym podróżnym... przypuszczam, że należałoby tego oczekiwać od kapitanów statków kosmicznych.

– Nie byłam wystarczająco przezorna, by wsadzić do sejfu zapasowe majtki – burknęła Ky. – Mam nadzieję, że w więzieniu dysponujecie dobrym odświeżaczem.

– Jestem pewny, że ktoś może dla ciebie zrobić niezbędne zakupy – stwierdził.

– To bez sensu – uznała. – Ktoś musiał zauważyć zamaskowanych mężczyzn, taszczących tobół wyglądający na kapę hotelowego łóżka...

– Wątpię, żeby nieśli go daleko – odrzekł policjant. – Albo mieli ze sobą coś innego, w co schowali twoje rzeczy, używając kapy jedynie dla ułatwienia sobie pakowania.

– Mało brakowało, a wróciłabym tutaj, żeby zadzwonić – oznajmiła Ky. Znowu zmiękły jej kolana. – Wracając do Gildii, myślałam sobie: „Ale mnie bolą nogi, zaraz wejdę na górę i zdejmę buty”. Na szczęście, kabina łączności w lobby była bliżej. Gdybym weszła na górę, nic by mnie nie ostrzegło...

– Proszę usiąść, kapitanie Vatta – polecił jej oficer. – Zbladła pani. – Ky usiadła na łóżku – stało bliżej niż krzesło. Nakazała sobie wziąć się w garść, lecz nie mogła powstrzymać drżenia. – To naturalna reakcja... choć u pani trwało to dłużej niż zazwyczaj.

– Ja... myślałam, że wszystko jest w porządku – odparła Ky. Wciąż bolała ją dłoń rozbita o zbroję napastnika.

– Za pozwoleniem, zadzwonię w pani imieniu do przedstawicielstwa – zaproponował. Jego głos brzmiał teraz niemal przyjaźnie. Ky próbowała się skupić i zrozumieć dlaczego, ale nie mogła.

– Dziękuję – wykrztusiła. Dygotanie ustało, wciąż jednak było jej zimno i niedobrze.

Konsul pojawił się kilka minut później.

– Kapitanie Vatta, kapitan opowiedział mi wszystko, co wiedział o tym zajściu. Jak możemy pani pomóc?

Nie wyobrażała sobie proszenia konsula o zakupienie dla niej bielizny, a w tej chwili to właśnie brak majtek na zmianę urósł w jej oczach do największego problemu.

– Nic mi nie będzie – odparła, w pełni świadoma, że złożyła oświadczenie w najlepszym razie niezbyt sensowne. – Muszą dowiedzieć się na statku.

– Myślę, że jest w szoku – usłyszała policjanta. – Z początku myślałem... ale potem zbladła i zaczęła się trząść.

– Reakcja – orzekł konsul. – Pan sam jest nieco blady. – Ky nie potrafiła przypomnieć sobie jego imienia. Jego twarz jakby przyskoczyła bliżej. – Kapitanie... pamięta pani moje imię?

– Przykro mi – odrzekła Ky – ale nie. – Powinna je pamiętać, przynajmniej tyle wiedziała. Zaraz po przylocie zadzwoniła do niego ze Stacji Belinta; omawiali sytuację na Sabine. Umówiła się z nim z samego rana na spotkanie. Lecz teraz wszystkie krawędzie zamgliły się i starczało jej sił wyłącznie na siedzenie.

A później policjant przechylił się powoli na bok i przewrócił. Ludzie zaczęli krzyczeć i biegać w kółko, co Ky oglądała z dystansem, który – wiedziała – był całkowicie nienaturalny. Potem ktoś podniósł ją i położył na noszach, a ona zasnęła.

 

Rozdział trzeci

 

W pomieszczeniu unosił się znajomy zapach tropikalnych kwiatów, upojny i korzenny. Kwiatowy ornament na pościeli, toaletce z niską ławeczką i abażurze lampy. Ściany barwy bladej brzoskwini z delikatnym, kremowym paskiem. Ky leżała oparta o stertę poduszek, zastanawiając się, gdzie była. Ostatnie, co pamiętała, to Gildia Kapitańska... ludzie w maskach z pistoletami... policja... wtem wszystko do niej wróciło w nagłym rozbłysku przypomnienia. Zamrugała. Była pewna, że nie przebywała w więzieniu. Nigdy przedtem nie widziała tego pokoju, lecz znajoma z dzieciństwa woń sugerowała przedstawicielstwo z jego ogrodem pełnym pochodzącej ze Slotter Key roślinności.

Zanim zdążyła pomyśleć o sięgnięciu po stojący na stoliku nocnym komunikator, ktoś otworzył drzwi ramieniem i do środka weszła postawna kobieta w kwiecistej tunice. Postawiła przy łóżku tacę i zaczęła zestawiać z niej talerze z jedzeniem.

– Och, jak to dobrze, że już się obudziłaś. Pewnie zastanawiasz się, gdzie jesteś i co się stało – odezwała się kobieta. – W przedstawicielstwie Slotter Key. Chce rozmawiać z tobą lekarz, konsul i policja Belinty. Tak przy okazji: jestem Carla, a ty powinnaś wykorzystać ten czas na najedzenie się i nabranie sił przed rozmowami. Polecenie lekarza. – Nalała jej herbaty do filiżanki. Ky usiadła, wzięła filiżankę do ręki i napiła się gorącego płynu.

– Powiedz mi, co się stało w Gildii Kapitańskiej – poprosiła Ky. – Na piętrze.

– Bolą mnie stopy – stwierdziła Carla, ignorując pytanie. Usiadła w wyściełanym fotelu i zzuła buty. – Nie powinnam rozmawiać z tobą o tym, co się stało; moje zadanie, to upewnić się, że wstałaś i zjadłaś posiłek. – Odchyliła głowę na oparcie i westchnęła. Ky przyglądała się jej przez chwilę, po czym sięgnęła po pasztecik. Już chciała go ugryźć, gdy nagle znieruchomiała. Niezależnie od tego, co wydarzyło się po ostatnim momencie, który pamiętała, ktoś usiłował ją zabić i to nie raz, lecz dwukrotnie, wliczając próbę przemycenia na statek ładunku wybuchowego. A teraz miała jeść i pić wszystko, co jej podadzą?

Odstawiła filiżankę. Zadzwoniła o spodek i wtedy kobieta – Carla – otworzyła oczy.

– Przepraszam... mogę ci coś podać?

– Skąd mam wiedzieć, że jesteś tym, za kogo się podajesz?

– Słucham?

Po odrzuceniu kołdry Ky przekonała się, że miała na sobie cudzą koszulę nocną. Nigdy nie posiadała stroju w barwach lawendy i zieleni, a poza tym, ta była o wiele za obszerna. Przez chwilę kręciło się jej w głowie, zaraz jednak odzyskała jasność myśli.

– Twierdzisz, że to przedstawicielstwo Slotter Key...

– Tak, oczywiście. Gdzież indziej mogłybyśmy być?

– A ty... pracujesz tutaj?

Kobieta wyprostowała się, a na jej policzki wystąpiły rumieńce. Obrzuciła Ky wrogim spojrzeniem.

– Jestem żoną konsula – oznajmiła. – Carla Maria Inosyeh.

Ky poczuła, że się czerwieni.

– Tak mi przykro – wyjąkała. – Nie było pani... to znaczy, nie spotkałyśmy się na kolacji.

– Byłam niedysponowana. – Niecierpliwemu poruszeniu fotela towarzyszył skłon kobiety, szukającej swoich butów. – I zanim zapytasz: owszem, to jest moja sypialnia i masz na sobie moją koszulę nocną. Jak słyszałam, twoje rzeczy zostały skradzione.

– Przepraszam – rzuciła Ky. – Nie wiedziałam... jestem kompletnie zagubiona... próbowali mnie zabić i obawiałam się, że...

Oblicze kobiety złagodniało.

– Przypuszczam, że to w pełni zrozumiałe. Jak słyszałam, był to bardzo dziwny dzień. Może jednak powinnaś zobaczyć się teraz z Parinem – moim mężem, konsulem. Będę musiała powiedzieć mu potem, że udało mi się wystraszyć groźnego kapitana Vattę. – Uśmiechnęła się i ruszyła w stronę drzwi.

Herbata musiała zacząć działać; Ky poczuła napływ sił.

– Zaczekaj – poprosiła. – Wierzę ci. Proszę, zostań i usiądź, a ja coś zjem... – Ponownie wzięła pasztecik i ugryzła go. Był przepyszny.

– Skoro nalegasz – mruknęła Carla ze szczerym uśmiechem na twarzy. – Mąż opowiadał mi o twojej wyprawie na Sabine. Wiadomości o tamtejszej wojnie były przerażające. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak ktoś mógł zniszczyć platformy ansiblowe. – Podniosła wzrok, jakby mogła przebić nim dach i dosięgnąć ansibla Belinty.

– To było straszne – zgodziła się Ky, przeżuwając kolejny pasztecik, tym razem z mięsem. Z każdym kęsem czuła się coraz lepiej.

– Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś miałby wysadzać ansible w powietrze – dodała Carla. – To tylko rozjusza ISC, a Parin zawsze powtarza, że są klejem spajającym galaktykę.

Ky pokiwała głową z ustami pełnymi jedzenia.

– Podali w wiadomościach, że pojmali cię najemnicy.

– Tak – odparła Ky, wycierając usta. – Podejrzewam, że właśnie dlatego ktoś usiłuje mnie teraz zabić. W odwecie. – Uznała, że jeszcze jeden pasztecik nie zaszkodzi i wzięła go z talerza.

– Widzę, że czujesz się lepiej – zauważyła Carla. – Wracają ci kolory. Twoje ubranie zostało wyprane, o ile czujesz się na siłach, żeby opuścić łóżko.

– Tak – stwierdziła Ky. – Czuję się... wciąż jednak chciałabym wiedzieć, co się stało. Czy ja po prostu... zemdlałam?

– Trucizna dotykowa – wyjaśniła Carla pełnym satysfakcji tonem kogoś, kto wie o czymś niezwykłym. – Ten policjant, który był z tobą, padł na oczach mojego męża jak ścięte drzewo; ty zbladłaś i zrobiłaś się szara. Tak mówił Parin.

– Trucizna dotykowa! Oprócz strzelaniny?

– Tak. Nie zostawili nic przypadkowi, tak właśnie ujął to konsul. Przeniknęła przez rękawiczki, jakby ich w ogóle nie było. – Ky przypomniała sobie, jak policjant otwierał szuflady, podnosił prześcieradła i dotykał wszystkich powierzchni. – Potem znaleźli zwiniętą w kłębek kapę, wciśniętą do kubła na śmieci. Też była cała pokryta trucizną. Padło trzech policjantów. Ty tylko usiadłaś na łóżku – trucizna nie przeniknęła całkowicie przez ubranie. Antidotum zadziałało bardzo szybko; skończyło się na kilkugodzinnej utracie przytomności. Lekarz zajmuje się teraz pozostałymi.

– Czy złapali zabójców?

– Nie. Oczywiście, szukają ich, lecz z wyjątkiem tego, którego zastrzeliłaś, cały gang rozpłynął się w powietrzu.

– Czy z moim statkiem wszystko w porządku? I z załogą? Czy coś się tam stało?

– Nic im nie jest – odparła Carla. – Żadnych ataków na orbicie, a loty promowe zostały zawieszone, żeby zamachowcy nie mogli dostać się na górę. W garderobie obok jest konsola łączności. Na rozmowę z tobą czeka policjant; zapewnili konsula, że nie zamierzają już cię aresztować. Kiedy ich koledzy ucierpieli od trucizny, uznali, że zastrzelenie jednego ze zbirów wcale nie było takie złe.

– Muszę połączyć się ze statkiem. Czy możesz zatrzymać tego policjanta na parę minut?

– Pewnie – odrzekła Carla. – Przecież jesteśmy na terytorium Slotter Key. – Mrugnęła okiem. – Ubierz się – strój znajdziesz za tamtymi drzwiami.

Jak było do przewidzenia, Quincy była przerażona rozwojem sytuacji i chciała, żeby Ky natychmiast wracała na orbitę.

– Jestem tutaj bezpieczna – odparła Ky. – Obiecuję, że nie zamierzam wychodzić na zewnątrz. Wiesz, że zawiesili połączenia promowe.

– Owszem, ale ty... nie możesz załatwić czarteru?

– Raczej nie, najwcześniej jutro. Nie masz zastrzeżeń do ochrony policyjnej w dokach?

– Podwoili posterunki – poinformowała ją Quincy. – Myślę, że jesteśmy bezpieczni. Ale ty...

– Nic mi nie jest – powtórzyła Ky. – Połączyłam się z kwaterą Vattów, zanim to się stało... – Czy powinna powiedzieć Quincy, czy to tylko pogorszyłoby sprawę? – Wygląda to na zagrożenie o charakterze ogólnym; przekażę ci szczegóły po powrocie na statek. A skoro już utknęłam tutaj na kilka dni, to równie dobrze mogę rozejrzeć się za jakimś ładunkiem.

– Ładunek! Gra idzie o twoje życie! Nawet nie waż się wyściubić nosa z ambasady!

– Nigdzie nie pójdę. Mogę prowadzić rozmowy stąd. Konsul pomoże mi wszystko załatwić. Nie powiem, żebyś się nie martwiła, ale przynajmniej złap trochę snu.

Quincy prychnęła i rozłączyła się.

 

* * *

 

Przesłuchujący Ky policjant miał równie poważną minę, jak jego koledzy, których zdążyła spotkać wcześniej.

– Jesteśmy przekonani, że była pani niewinną ofiarą zamachu i zabiła w obronie własnej – oświadczył. – W świetle naszego prawa jest to dopuszczalne, poza tym zabitym okazał się mężczyzna, którego chcieliśmy aresztować w związku z innymi zarzutami. Oszczędzimy na kosztach procesu. Mimo to, nie możemy zgodzić się na pani swobodne przemieszczanie się po mieście, ani dalszy pobyt w przedstawicielstwie Slotter Key.

– Nie mogę ukrywać się tutaj całą wieczność – zaprotestowała Ky. – Mój statek jest zagrożony...

– Możemy zapewnić pani ochronę i bezpiecznie przetransportować na orbitę – oświadczył policjant. – Lecz przedłużanie pobytu... Jak rozumiemy, szukała pani ładunku do przewiezienia...

– Nie w obliczu zamachu na mnie i próby sabotowania statku. Chcę stąd odlecieć najszybciej, jak to możliwe. Gdybym z jakichś powodów musiała tutaj pozostać, poprosiłabym konsula o pomoc w poszukiwaniu cargo, jeśli jednak wolno by mi było zaraz odlecieć...

– Czy czuje się pani wystarczająco dobrze, by podróżować?

– Tak – potwierdziła Ky. – Lekarz zaleca dwudziestoczterogodzinną obserwację, lecz noc powinna wystarczyć.

– Może czarter promu... oczywiście, sprawdzilibyśmy załogę...

– Brzmi dobrze – orzekła Ky. Towary, które do tej pory obejrzała, tłumaczyły ujemne saldo Belinty w wymianie handlowej.

Po wyjściu policjanta rozważała udanie się na poszukiwanie konsula, postanowiła jednak jeszcze chwilkę odpocząć – znów poczuła się dziwnie. Położyła się na pościelonym łóżku. Po jakimś czasie przebudziła się i przekonała, że ktoś przykrył ją robionym na drutach szalem i postawił na stoliku nocnym kolejną tacę. Z czajniczka z herbatą unosiły się obłoczki pary.

Ky nie była zanadto głodna. Borykała się z reakcją organizmu na wydarzenia dnia. Złość na pracownika poczty wydawała jej się teraz wielce odległa w czasie, zupełnie jakby przydarzyło się to komuś innemu. Ktoś próbował wysadzić w powietrze jej statek. Ktoś próbował ją zabić. Coś wydarzyło się w trakcie jej rozmowy z kwaterą główną Vattów. Musiała uznać te wydarzenia za powiązane ze sobą, a jedyne, co była w stanie wymyślić, to zemsta grupy przestępczej, do której należeli Paison i Kristoffson, za zabicie ich.

Podskoczyła na dźwięk poruszającej się klamki, zaraz jednak rozluźniła się na widok konsula. Wszedł do środka i zamknął drzwi.

– Jak się pani czuje? – zapytał.

– Znacznie lepiej – odparła.

– To dobrze – stwierdził i westchnął. Nie rozchmurzył się. Ścisnęło ją w żołądku.

– Coś nie tak? – zapytała.

– Utraciliśmy kontakt ze Slotter Key – odparł konsul Inosyeh i usiadł ciężko na krześle.

Przypomniała sobie nagle, że chciała zadzwonić do taty, lecz przerwali jej zabójcy.

– Całkowicie? – upewniła się. Zaschło jej w gardle.

– Tak. Wygląda na to, że coś się stało z ich ansiblami. Nie wiem, czy ta sytuacja przypomina Sabine... – głos mu zamarł.

Ky obserwowała jego twarz – wpatrywał się w dłonie.

– Co jeszcze? – zapytała w końcu, kiedy nie podnosił głowy.

– Jest... jeszcze jeden problem. Przed utratą kontaktu zameldowałem o napaści na panią – absolutna rutyna; zrobiłbym to samo w przypadku każdego mieszkańca Slotter Key, który ucierpiał w bójce w barze – i usłyszałem coś, co mną wstrząsnęło. – Przerwał. Ky czekała. – Vattowie zawsze pozostawali w dobrych stosunkach z rządem. Z pewnością doskonale o tym pani wie. Oczywiście, miało miejsce wsparcie finansowe, lecz poza tym pani firma cieszy się znakomitą reputacją w międzygwiezdnym handlu. Stąd wszelkiego rodzaju pomoc, uprzywilejowana pozycja – jakkolwiek by to określić. Ponadto, polubiłem panią osobiście, od naszego pierwszego spotkania. Z przyjemnością oczekiwałem na obiad w pani towarzystwie.

– I...? – ponagliła go Ky, kiedy znowu zamilkł. Podniósł na nią wzrok. Miał ponurą minę.

– Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn dokonał się zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Na najwyższym szczeblu. Według słów mojego przełożonego, Vattom nie należą się już żadne przywileje. „Pozbądź się jej” – powiedział. „Nie wolno ci mieć nic wspólnego z Vattami.”

Zaszokowana Ky tylko wpatrywała się w niego.

– Co...

Potrząsnął głową.

– Nie wiem, kapitanie. Zażądałem odpowiedzi, lecz dowiedziałem się jedynie, że sytuacja się zmieniła, a ja mam wykonywać polecenia. Wskazałem, że jest pani chora i nieprzytomna, a pani życiu zagraża niebezpieczeństwo. Usłyszałem, że mam pani wynająć pokój w hotelu. Cokolwiek się wydarzyło, przeraziło rząd. Podejrzewam, że coś zagraża tak im, jak i Vattom. – Westchnął i kontynuował. – Próbowałem dzwonić do innych znanych mi osób. Jedna z nich powiedziała mi, że krąży pogłoska o atakach na budynki Vattów, nie znała jednak żadnych szczegółów. Przy trzeciej rozmowie urwała się łączność. Poprosiłem policję, żeby sprawdziła nagrania z kabiny łączności w Gildii Kapitańskiej; stało się to sześć godzin po tym, jak przerwano pani połączenie z siedzibą waszej firmy.

Sześć godzin. W tym czasie mogło się wiele wydarzyć... tak samo, jak w sześć minut, czy sześć sekund.

– Podejrzewam, że za awarią ansibli stoją wrogowie ISC, nie mam jednak pojęcia, czy ma to coś wspólnego ze zmianą polityki wobec Vattów.

– Na pewno – orzekła Ky. – Atak na ansible Sabine był z pewnością wymierzony w ISC, tak przynajmniej uważają oni. Jestem w stanie uznać, iż ludzie, którzy to uczynili, mają do mnie określone pretensje. Zabiłam dwóch z nich. Może to podwójny atak.

Konsul Inosyeh pokręcił głową.

– Nie ta skala działań. Zbrodniczy syndykat, chcący panią ukarać, owszem, mógłby nasłać zespół zabójców – choć raczej wynająłby jakiegoś miejscowego osiłka, żeby porachował pani kości w spelunce – ale nie pozbawiałby pani planety łączności ansiblowej. – Przerwał, a Ky pokiwała głową. Konsul podjął wywód. – Problem w tym, że wydano mi rozkaz, abym wyrzucił panią na ulicę. Nie zamierzam tego uczynić. – Spojrzenie, którym ją obrzucił, było pełne przekory.

Ky patrzyła na niego w milczeniu.

– Zamiast tego, odbędę małą podróż w czasie i przeprowadzę z panią rozmowę, która miała odbyć się przed tamtym połączeniem ansiblowym. Co oznacza, że już ją odbyliśmy. Gdyby ktoś się pytał, to miała ona miejsce rano. Czy to jest jasne?

W tej chwili nic nie było jasne, lecz ciężar jego spojrzenia sugerował konieczność udzielenia odpowiedzi.

– Tak... tak sądzę.

– Świetnie. – Konsul Inosyeh odchylił się na krześle i przyciągnął sobie stopą podnóżek, by oprzeć na nim nogi. – Zamierzam podzielić się z panią tym, czym mógłbym, gdyby nie obecne instrukcje, ponieważ z mojego punktu widzenia jeszcze ich nie otrzymałem. A jeśli uzna pani, że to tylko dowodzi elastyczności dyplomatów, bardzo proszę zachować tę opinię dla siebie. – Przeczesał palcami włosy, mierzwiąc czuprynę.

– Eee... tak, oczywiście. – Jak mogła kiedykolwiek uznać tego faceta z Północnego Wybrzeża za sztywnego i aroganckiego?

– Ile pani wie na temat polityki zagranicznej Slotter Key, ze szczególnym uwzględnieniem zapewnienia bezpieczeństwa na szlakach kosmicznych? – To ostatnie mogło równie dobrze zostać napisane dużymi literami, z takim naciskiem to powiedział.

– Po to właśnie mamy flotę kosmiczną – odparła szybko Ky. – Nasze Siły Kosmiczne są wystarczająco potężne, by odeprzeć... – umilkła, widząc jego minę. – Nie?

– Zawsze zastanawiałem się, czego uczą kadetów – westchnął konsul Inosyeh. – Wie pani co, wszechświat funkcjonowałby znacznie lepiej, gdyby ludzie zwyczajnie mówili prawdę. Może pani uznać, że to najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszała z ust dyplomaty, ale naprawdę tak jest!

– Mój ojciec zawsze powtarzał, że w handlu uczciwość jest lepsza od oszustw – stwierdziła Ky. – O ile chce się utrzymać stałych klientów.

– Miejmy nadzieję, że ta uczciwość go nie zabiła – powiedział konsul. – W porządku. Oto, jak wygląda prawda. Slotter Key, nasze wspólne domostwo, jest powszechnie nielubiane za sposób, w jaki zapewnia sobie międzygwiezdne bezpieczeństwo. Ze względu na przeznaczane na nie środki, Siły Kosmiczne chronią jedynie nasz rodzimy system. Jeden układ słoneczny, trzy zamieszkane planety, kilka skolonizowanych satelitów i tak dalej. W charakterze systemu wczesnego ostrzegania utrzymujemy posterunki przy kilku pobliskich punktach skoków. Nie wysyłamy okrętów do innych systemów bez wcześniejszych, długich przygotowań – gdybyśmy po prostu tam wlecieli, nazwaliby to inwazją. Tak to zresztą określano.

– Ale sądziłam... – Ky znowu zamilkła. Prawdę mówiąc, nic, czego jej uczono, nie zaprzeczało słowom konsula Inosyeha, który jednakowoż prezentował dosyć dziwną interpretację rzeczywistości. – Cóż więc powstrzymuje piratów przed napaściami na nasze statki handlowe?

– To właśnie, kapitanie Vatta, jest przyczyną złej reputacji, jaką cieszy się Slotter Key. Nasz świat utrzymuje kaprów – prywatne, uzbrojone okręty, uprawnione przez rząd do ścigania i zwalczania nieprzyjaciół Slotter Key. Co w szerokim rozumieniu tego terminu oznacza każdego, kto utrudnia nam handel. Nie jesteśmy jedynymi, którzy tak postępują, lecz my wykorzystujemy to w najbardziej agresywny sposób.

Wstrząs, jakby ktoś wylał jej na głowę kubeł lodowatej wody, odebrał Ky mowę.

– Kaprzy! Przecież to... zwykli korsarze, tyle że ze świstkiem papieru w łapie!

– Dokładnie tak określają ich inne systemy. Zgadza się. My również nazywamy tak cudzych kaprów, gdy napadną na nasz statek. Niemniej, kapitanie Vatta, w pewnych sytuacjach każdy rząd potrzebuje armii – tajnej, nieoficjalnej, której zawsze można się wyprzeć. Straż obywatelska, kaprzy, łowcy nagród, najemnicy – ktoś, kto wykona brudną robotę, od której zawsze można się odciąć, gdyby coś poszło źle.

– Ale... to jest głęboko niewłaściwe. – Mówiąc to, miała świadomość, jak naiwnie i niedojrzale zabrzmiały jej słowa. Konsul Inosyeh nie wyśmiał jej, ani nawet się nie uśmiechnął.

– Z pewnością nie jest to rozwiązanie idealne – stwierdził. – W najlepszym razie, takie metody powinny być zarezerwowane na nieliczne, wyjątkowe okazje. Niemniej ze względów ekonomicznych, Slotter Key oraz kilka innych układów planetarnych wprowadziły ten sposób finansowania kosmicznej policji. Z pewnością wyobraża sobie pani wynikłe z tego problemy dyplomatyczne. Zagarnięcia niewinnych statków, spory o dowody winy, tego typu sprawy. W Kodeksie Handlowym Rada Kupiecka wprowadziła rozróżnienie pomiędzy piratami a kaprami, którzy zobowiązani są, na przykład, stosować się do takich samych zasad traktowania więźniów, jak najemnicy. Od dziesiątków lat kaprzy zapewniają jedyną kosmiczną policję, a kupcy wolą ich od prawdziwych piratów.

– Powinna istnieć policja kosmiczna z prawdziwego zdarzenia – orzekła Ky. – Różne systemy z pewnością potrafią razem...

– Jak dotąd, nie doszły do porozumienia – odparł konsul Inosyeh. – Najbliższe tej formacji są siły zbrojne ISC, które nie występuje jednak przeciwko piratom, chyba że tamci zaatakują ich bezpośrednio, a poza tym, nie patrzą z sympatią na czynione przez systemy próby łączenia sił. A teraz najważniejsze: kompanie kupieckie, w tym część znanych pani, wzięły udział w tworzeniu flotylii kaperskiej, oddając na ten cel ułamek własnej floty. Strata na powierzchniach ładunkowych wyrównywana jest z łupów. Siły Kosmiczne zwykle oddelegowują własnego oficera – zawsze na największy statek lub do grupy okrętów – by miał na wszystko oko. Służby dyplomatyczne otrzymują zaś listę kaprów działających w ich rejonach, na wypadek, gdyby konieczny był kontakt z nimi.

Wbrew początkowemu niesmakowi na myśl o kaprach, Ky wyobraziła sobie siebie na takim statku – niemal równie dobrym, jak prawdziwy okręt bojowy – strzegącą flotyllę kupiecką Slotter Key przed piratami. Może wcale nie było to aż takie złe.

– Jak pani widzi, potrafię wyobrazić sobie przyczyny napaści na Slotter Key, nawet nie biorąc pod uwagę ataku na ISC. Zirytowaliśmy mnóstwo ludzi, nie tylko nasze potencjalne cele.

– Czy wśród kaprów znajdują się również... uch... statki Vattów?

– Nigdy nie figurowały na żadnej otrzymanej przeze mnie liście – odparł konsul. – Sądzę, iż podczas tworzenia sił kaperskich przyjęto zasadę, iż co najmniej jeden przewoźnik ma nie brać w tym udziału, by jego nieskazitelnie kryształowa reputacja mogła stanowić przykrywkę dla pozostałych. – Kwaśny głos konsula aż ociekał sarkazmem. – Nie znam całej historii, lecz wygląda na to, że to Vattowie zostali wybrani na nieskalaną owieczkę w pstrokatym stadzie. – Przyjrzał się jej uważnie. – Rozumiem, że nie miała pani o tym pojęcia.

– Nie – odparła Ky. Niemniej, w świetle tego, co usłyszała, nabrały sensu pewne reakcje, z jakimi spotkała się na Sabine i tutaj. Jak również tamten naszpikowany modułami elektronicznymi model okrętu wojennego, przesłany jej przez starszego sierżanta MacRoberta przed jej wylotem ze Slotter Key. Jeśli będziesz potrzebować pomocy – napisał w liście, a przecież służył w Siłach Kosmicznych. Musiał wiedzieć o kaprach; z pewnością usiłował umożliwić jej kontakt z nimi. Czemu jednak ojciec nic jej nie powiedział. Przecież musiał o tym wiedzieć?

– Cóż... teraz powinna to pani wiedzieć. W wielu sektorach spotka się pani z wrogością i podejrzliwością, a obecny spór Vattów z rządem tylko pogorszy sytuację. Nie przypuszczam, żeby miała pani w załodze doświadczonych weteranów?

– Nie – odparła Ky. – Mój ojciec myślał, że wysyła mnie z banalnie prostą misją; wybrał załogę doskonale znającą statek.

– Potrzebuje pani ludzi, którym będzie mogła zaufać, kapitanie. Najlepsze, co może pani teraz zrobić, to wynająć kilku tęgich zabijaków. Takich, na których będzie pani mogła polegać, zamiast wynajmować ochronę w każdym porcie.

A gdzie niby miałaby kogoś takiego znaleźć? I skąd miałaby pewność, że taki ktoś nie należy do spisku, mającego na celu zgładzenie jej? Musiał coś wyczytać z jej miny.

– W naszym przedstawicielstwie pracuje jeden strażnik bliski emerytury – oznajmił. – Może brakuje mu nieco ogłady, ale jest bardzo doświadczony i silny jak niedźwiedź. Mógłbym z nim porozmawiać, gdyby pani chciała.

W jej pamięci wciąż były żywe wspomnienia wydarzeń, do jakich doszło, gdy ostatnim razem chciała pomóc dyplomacie w potrzebie. Omal nie zginęła przez Caleba Skeldona. Czy teraz miała brać sobie na głowę kolejnego narwanego idiotę?

– Byłych żołnierzy charakteryzuje dyscyplina i trening – powiedział konsul, jakby czytając jej w myślach.

– Tak naprawdę, to potrzebuję specjalisty od załadunków – stwierdziła. – Kogoś dobrego w kupowaniu zapasów i nadzorze nad ładowaniem cargo.

– Zna się na tym – zapewnił ją Inosyeh. – O ile zaufa mi pani w świetle oficjalnego stanowiska naszego rządu.

Zdążyła już wyjść na idiotkę w oczach żony konsula. Musiała komuś zaufać, a Inosyeh zmarnował już lepsze okazje, by jej zaszkodzić.

– W takim razie proszę go zapytać – powiedziała. – Jeśli jednak wyrazi zgodę, będę chciała osobiście z nim porozmawiać.

– Oczywiście. I proszę pamiętać: odbyliśmy tę rozmowę rano, jak tylko przyleciała pani na planetę i zanim skontaktowałem się z moim rządem.

– Tak – potwierdziła Ky. Czuła się zobojętniała i wykończona. Co mogła zrobić z jednym małym, powolnym, nieuzbrojonym statkiem kupieckim? Jak miała ustalić, co się dzieje? – Hm... czy chce pan, żebym się stąd wyniosła?

– Teraz? Oczywiście, że nie. Jest noc, a pani nie nabrała jeszcze sił. Proszę się dobrze wyspać. Spodziewam się, że rano władze Belinty wymyślą, jak zapewnić pani bezpieczny powrót na statek. – Odepchnął podnóżek, wstał i przeciągnął się. – Muszę wziąć udział w nudnej kolacji, podczas której będę udawał, że nic się nie stało, a pani nadal jest bohaterką, za jaką wszyscy tutaj ją uważają. Po powrocie porozmawiam z naszym pracownikiem – będzie na służbie – pani zaś może spotkać się z nim rano.

Ky była pewna, że nie zaśnie. Przez jakiś czas błądziła myślami, potem jednak zmęczenie wzięło górę. Następnego ranka na tacy ze śniadaniem znalazła notatkę od konsula, że sierżant Martin chciałby z nią porozmawiać przed jej wyjazdem oraz że ma zarezerwowane miejsce na promie odlatującym o 10:15 czasu lokalnego.

Sierżant Gordon Martin był wysokim, barczystym mężczyzną o siwiejących, jasnych włosach i szarych oczach, przypominających zmrożone kamyki. Choć nie miał na sobie munduru, każdy rozpoznałby w nim wojskowego po postawie, minie i zachowaniu. Ky zerknęła na papiery, które jej wręczył – był młodszy, niż sądziła, miał doświadczenie zarówno w zakupach, jak i ochronie, i tylko podsumowanie raportów sprawnościowych sugerowało, dlaczego odchodził na emeryturę w tak młodym wieku. Ani słowa o nieuczciwości czy kradzieży, jedynie „nagminna niesubordynacja”. Szczególnie utkwiło jej w pamięci zdanie jednego z jego byłych dowódców: „Ten człowiek nie wie, gdzie kończy się inicjatywa, a zaczyna monstrualna głupota”. Obrzuciła go spojrzeniem.

– Nie oczekuję awansu, kapitanie – stwierdził. – Jestem zbyt niezależny.

– Nie potrzebuję narwanego pistoletu – odparła. – Miałam już takiego i omal przez niego nie zginęłam.

– Nie jestem narwanym pistoletem, madame. Wiem, do której opinii pani nawiązuje. Oficer, który ją wydał, wolał raczej dopuścić do obrabowania magazynu, niż przyznać się, że zaufał niewłaściwemu cywilowi. Ja tylko uderzyłem wyżej, kiedy nic nie zrobił. – Twarz przeciął mu skąpy uśmiech. – Pani nie mógłbym ominąć, bo znajduje się na czubku piramidy dowodzenia.

Wbrew sobie odpowiedziała mu uśmiechem.

– Czy konsul mówił panu, że zostałam napadnięta, a mój statek zaatakowany? Nie mam zbyt bezpiecznej koi do zaoferowania.

– Tak jest, madame... kapitanie. Z przyjemnością zapewnię bezpieczeństwo pani i statkowi. Poza tym, potrzebuje pani doświadczonego speca od ładunków, jak rozumiem?

– Tak. Mój główny ładowacz został zabity podczas ostatniej podróży; jego zastępca jest świetny, ale brakuje mu doświadczenia w zakupach. Do tej pory robił to Gary.

– Zajmowałem się zaopatrzeniem zarówno tutaj, jak i w innych miejscach.

– Prom odlatuje za półtorej godziny – powiedziała Ky. – Nie mam pojęcia, jak się tam dostać...

– Zajmę się tym, jeśli sobie pani tego życzy, madame.

To było czyste szaleństwo. Niemniej w tym solidnym, ewidentnie doświadczonym mężczyźnie było coś takiego, co pozwoliło jej odzyskać pewność siebie po utracie łączności z siedzibą Vattów. Absolutnie nie wyglądał też na kogoś oczekującego ratunku – chociaż raz nikt nie zarzuci jej chęci przyjścia komuś z pomocą.

– Nie spóźnijmy się na prom – rzuciła. – Miło mieć pana w zespole.

Podróż na Stację Belinta na pokładzie rządowego promu zaopatrzeniowego okazała się tak nudna i pozbawiona jakichkolwiek wydarzeń, jak tego oczekiwała. Otoczona przez policyjną ochronę i z Martinem u boku bez przeszkód przebyła korytarze stacji i dotarła do doku, a po chwili na pokład statku.

Nie zastała tam oczekiwanego spokoju, tylko chaos i napięcie, panujące w okupującej mesę grupce najwyraźniej przerażonych i rozgniewanych ludzi.

– Nie zostaję – perorował właśnie Riel Amat, jej główny pilot. – Nie zmusisz mnie do tego. To zbyt niebezpieczne.

– Nie możesz odejść! – rzuciła chrapliwie Quincy, jak gdyby zaschło jej w gardle od długiego mówienia.

– Co się dzieje? – zapytała Ky. Jej załoga odwróciła się gwałtownie w jej stronę. Zauważyła, że Martin zajął pozycję przy grodzi, osłaniając ją przed Rielem.

– Kapitanie... – Riel zaczerwienił się, ale brnął dalej. – Ja już po prostu nie mogę. Wcześniej było źle, ale teraz ktoś omal nie wysadził statku. Nie zniosę tego. Na stacji twierdzą, że do systemu zmierza statek Pavrati. Chcę się na niego przenieść.

Quincy zmierzyła wrogim spojrzeniem Martina.

– Kto to jest?

– Nasz nowy główny ładowacz i szef ochrony – odrzekła Ky. – Potrzebujemy kogoś, kto zajmie się bezpieczeństwem statku... poznajcie Gordona Martina. Były żołnierz Sił Kosmicznych, obecnie w stanie spoczynku. Ma również doświadczenie w zakupach. – Obróciła się do Riela. – Nie wiem, czy wiesz, ale urwała się łączność ze Slotter Key. Coś się dzieje i nie wiadomo, czy w najbliższym czasie przyleci tu jakiś nasz statek.

– Nic mnie to nie obchodzi. Nie chcę zostać na tym statku, a Pani nie może mnie do tego zmusić.

– Ja mogę zająć się pilotowaniem, kapitanie – zaofiarował się Lee. Nie zauważyła go wcześniej; w odróżnieniu od reszty załogi, siedział rozluźniony na ławce. – Ja zostaję.

– Kto jeszcze chce odejść? – spytała Ky.

– Gdyby był inny statek – zaczęła Sheryl Donster, nawigator – chciałabym przesiąść się na niego. Ale nie ma. A nie mam ochoty zostawać na tej stacji; już raz nas na niej zaatakowano. Czyli raczej zostanę...

– Zebranie załogi za godzinę – zarządziła Ky. – Powiem wam, co wiem. W międzyczasie zajmijcie się przygotowaniami do startu. Riel, chcę spotkać się z tobą w mojej kabinie.

– Madame? – odezwał się tkwiący pod ścianą Martin.

– Mamy ochronę policji. Alene, gdybyś mogła pokazać sierżantowi, jak dostać się do zapisów o cargo... a przy okazji, Quincy, czy policja oddała nam brakujący ładunek?

– Nie. Powiedzieli, że jest im potrzebny.

– Nie tak bardzo, jak nam. Pogadam z nimi po rozmowie z Rielem. Jak wiesz, Quincy, chciałabym odlecieć stąd jak najszybciej.

Riel pomaszerował za nią do kajuty. Pomimo milczenia bił od niego uparty sprzeciw.

– Usiądź – zaczęła Ky, gdy już sama zajęła miejsce za biurkiem. Przysiadł na brzeżku drugiego. – Posłuchaj, Riel: wiem, że się boisz i rozumiem to. Masz powody przyjmować, że moje towarzystwo jest niebezpieczne i faktycznie może tak być. Zanim jednak postanowisz zmienić statek, musisz wiedzieć, co wiem na temat ogólnej sytuacji.

– To bez znaczenia – oświadczył.

– Możliwe, że nie ma to znaczenia, ja jednak poczuję się lepiej, kiedy mnie wysłuchasz. – Rozluźnił się lekko, a Ky kontynuowała. – Rozmawiałam właśnie z kwaterą Vattów o próbie sabotażu, kiedy urwała się łączność. Wtargnięcie zabójców do Gildii Kapitańskiej uniemożliwiło mi połączenie się bezpośrednio z ojcem. Później – oceniamy, że jakieś sześć godzin – konsul rozmawiał ze Slotter Key, gdy zamilkły tamtejsze ansible. Nie działają do tej pory. Konsul nie wie, czy jest to efekt takiego samego ataku, jaki miał miejsce na Sabine, czy chodzi o coś zupełnie innego. Ze strzępków informacji, jakie zdążył uzyskać wynika, że albo ktoś ma coś przeciwko ISC, Slotter Key i Vattom, albo dziwnym zbiegiem okoliczności kilku ktosiów ma jakieś żale, którym postanowili dać wyraz w tym samym czasie. Pierwszą możliwość uważam za bardziej prawdopodobną. Służyłeś w Siłach Kosmicznych, tak?

– Tak, ale... nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim. W życiu nie widziałem walki.

– A masz jeszcze może jakieś kontakty w Siłach Kosmicznych? Albo przysługi do oddania?

– Nie – odparł z naciskiem Riel. – Ja tylko... chcę wykonywać swój zawód. Nie potrzebuję takich wzruszeń.

– Mam nadzieję, że ci się powiedzie – stwierdziła Ky. – Zatwierdzę wypłatę dla ciebie i możesz odejść.

– Zaraz? – Spojrzał na nią.

– Zaraz. Skoro nie lecisz, nie musisz uczestniczyć w odprawie, a my będziemy zajęci przygotowaniami do startu. Natychmiast skontaktuję się z bankiem. Pzygotują wypowiedzenie dla ciebie. Pod warunkiem, że jesteśmy ci winni tylko pensję... choć z drugiej strony mamy sytuację kryzysową, zamierzam więc wypłacić ci za jeden miesiąc ekstra. Tata zbeszta mnie za to później.

– To jest... bardzo wspaniałomyślne z pani strony. Nie wiem, czy powinienem...

– Nie sprzeczaj się, Rielu. To moja decyzja. A teraz spakuj się, ja zaś zadzwonię do banku.

Autoryzacja przelewu zajęła moment. Ky udała się na mostek, gdzie Lee i Sheryl przechodzili procedurę przygotowania do startu.

– Naszym celem nadal jest Leonora, kapitanie?

– Nie jestem pewna. Wytycz kurs, Sheryl. Do punktu skoku dzieli nas kilka dni, podczas których mogę jeszcze zmienić zdanie. Lee, o której możemy zacząć odliczanie?

– W gruncie rzeczy o dowolnej. Życzą sobie jedynie powiadomienia z półgodzinnym wyprzedzeniem. Na tej stacji nie ma zbyt wielkiego ruchu.

– Do tego czasu Riel powinien zdążyć opuścić statek. – Im szybciej znajdą się w przestrzeni, tym lepiej. Połączyła się z Quincy. – Jak wygląda sytuacja?

– Od wczoraj pozostajemy w stanie czuwania, kapitanie. Jesteśmy gotowi do startu i – zanim zapytasz – owszem, w pełni zaopatrzeni.

– Świetnie. Skontaktuję się z władzami stacji. Niech Beeah upewni się, że Riel opuścił statek, dobrze?

– Nie powinien był odejść – oświadczyła Quincy. – Twój ojciec mu ufał...

– Ja już nie – stwierdziła Ky. – Nie chcę mieć pilota z musu. – Quincy głośno parsknęła. – Niech Beeah upewni się, że odszedł.

– W porządku.

Uzyskanie od dowódcy stacji pozwolenia na start odbyło się dokładnie tak szybko, jak Ky oczekiwała – najwyraźniej lokalne władze z przyjemnością stracą Gary’ego Tobai z oczu. Ky poinstruowała Crown & Spears, by przelali jej pieniądze na konto na Lastway. Leonora była tylko przystankiem; nie powinna potrzebować tam zbyt wielkich środków finansowych. Ponownie spróbowała połączyć się z tatą poprzez zabezpieczoną konsolę pokładową. KONTAKT NIEMOŻLIWY – to wszystko, co uzyskiwała, niezależnie od wybieranego numeru.

Gary Tobai wysunął się z doku. Brama stacji zamknęła się, wypuszczając pozostałe wokół statku powietrze. Lee wystartował gładko. Napęd wewnątrzukładowy uruchomił się bez zarzutu, a ona raz jeszcze objęła dowodzenie nad własnym statkiem w przestrzeni.

 

Rozdział czwarty

 

Teraz, kiedy wróciliśmy do bezpiecznej przestrzeni – Ky zwróciła się do zgromadzonej załogi – musicie poznać najświeższe informacje. Wiecie o usiłowaniu sabotowania statku oraz napaści na mnie.

– Czy to ma związek z Sabine? – zapytała Quincy.

– Nie sądzę – odparła Ky. – Nie teraz. Zbyt wiele się wydarzyło. Od wczoraj nie działa ansibl Slotter Key. Rozmawiałam z siedzibą Transportu Vattów i łączność została przerwana, lecz miało to miejsce na kilka godzin przed atakiem zamachowców. Nie wiem, czemu Vattowie stali się czyimś celem, lecz najwyraźniej tak właśnie jest.

– Co możemy zrobić? – zapytał Mitt.

– Najważniejsze jest dokładne rozpoznanie sytuacji – orzekła Ky. – W tej chwili nie wiemy, czy platformy ansiblowe Slotter Key zostały zniszczone, czy może jest jakaś inna przyczyna ich milczenia. Nie mamy wystarczającej ilości informacji, by opracować plan działania. Wiemy jedynie, że grozi nam niebezpieczeństwo, a ruchomy cel jest zawsze trudniejszy do trafienia.

– Trzeba być szybkim i czujnym – odezwał się Martin. Pozostali spojrzeli na niego. – Ma pani rację, kapitanie – dodał.

– Nasza marszruta wiedzie z Belinty na Leonorę i Lastway – kontynuowała Ky. – Zapasy wystarczą nam jednak na bezpośrednią podróż na Lastway...

– Po co w ogóle tam lecieć? – spytała Quincy. – Czemu nie mielibyśmy wrócić na Slotter Key i dowiedzieć się, co naprawdę tam się dzieje?

– Wolę trzymać się z dala od systemu, w którym nie działają ansible – oświadczyła Ky. – Byliśmy już w takiej sytuacji. Nic zabawnego. Lastway jest wystarczająco daleko, na krańcach wszechświata... Założę się, że tamtejszy ansibl będzie działał nawet wówczas, gdy umilkną wszystkie inne. To także bardzo uczęszczany układ; panuje tam spory ruch. To może oznaczać dla nas kłopoty, lecz również przysporzyć informacji i sojuszników. A jak sytuacja się uspokoi, to możemy stamtąd przeskoczyć z powrotem na Leonorę.

– Jakimi wewnętrznymi systemami bezpieczeństwa dysponuje ten statek? – zapytał Martin.

– Standardowymi dla jednostki cywilnej – odrzekła Ky. – Niestety, po buncie na Sabine część z nich nie działa. Dostęp wideo i audio do każdego pomieszczenia, choć raczej w celach komunikacyjnych. A o co chodzi?

– Ktoś próbował wnieść na pokład materiały wybuchowe – wolałbym upewnić się, czy na statku nie znalazło się przypadkiem coś jeszcze. Nie zamierzam obrażać twojej załogi; to tylko tak, na wszelki wypadek.

– Dobra myśl – zgodziła się Ky. – Chcesz osobiście sprawdzić każde pomieszczenie?

– Tak, również za pomocą sprzętu, który mam ze sobą – poklepał się po tunice.

Ky przyszło do głowy, że powinna zapytać go, skąd ma takie zabawki, uznała jednak, że nie czas teraz na to.

– Bierz się do roboty – powiedziała. – Ładunek jest zabezpieczony; zbiorę raporty z pozostałych sekcji, a ty zorientuj się, co gdzie jest.

– Tak jest, madame – rzucił, a ramię drgnęło mu w geście, w którym Ky rozpoznała powstrzymany odruchowy salut.

Mitt był w połowie zdawania swojego raportu, gdy ich uwagę przyciągnęły stłumione łupnięcia. Interkom szczęknął i rozległ się głos Martina:

– Intruz w ładowni numer dwa. Związany. Oczekuję rozkazów.

– Już idę – rzuciła Ky. – Beeah, chodź ze mną.

Tuż za otwartym włazem do ładowni numer dwa Martin pilnował zwiniętej w kłębek postaci w obszarpanej zielonej tunice i kilcie, związanej w kostkach i nadgarstkach elastycznymi taśmami do owijania ładunków.

– Gdybyście mogli go popilnować – odezwał się Martin – rozejrzę się, czy nie ma innych.

– Mitt, zostań z nim; Beeah, bądź gotowy, na wypadek gdyby Martin potrzebował twojej pomocy.

Martin poświęcił kilka godzin na upewnienie się, że nie mieli więcej pasażerów na gapę.

– Nadal nie mam stuprocentowej pewności – stwierdził. – Rozejrzałem się dosyć pobieżnie.

Do tego czasu Ky zdążyła dokładnie obejrzeć więźnia – nieciekawego młodziana o skołtunionych włosach i co najmniej jednodniowym zaroście. Na jednym policzku ciemniał siniak. Po ubraniu sądząc, pochodził z Belinty, lecz to wszystko, co była w stanie wywnioskować.

Martin szarpnięciem postawił go na nogi i oparł o kontener.

– Podaj mi choć jeden powód, dla którego nie miałbym wyrzucić cię za burtę!

Wzrok więźnia spoczął na Ky.

– Błagam! Nic nie zrobiłem! Nie pozwól mu mnie zabić.

– Nic nie zrobiłeś? – powtórzyła drwiąco. – Zakradłeś się na mój statek. Co zamierzałeś zrobić? Podłożyć kolejne bomby?

– Nie! Przysięgam! Nic z tych rzeczy.

– Jak masz na imię, chłopcze? – zapytał Martin.

– Jim. Jim Hakusar. I nie jestem chłopcem...

– Doprawdy. – W tym jednym słowie Ky usłyszała ton, który wielu zielonych rekrutów zamienił w żołnierzy. Martin obejrzał się na nią. – Kapitanie, ten pasażer na gapę twierdzi, że jest dorosły, co w świetle prawa oddaje go do pani całkowitej dyspozycji. Z przyjemnością pozbędę się go dla pani.

– Nie! Proszę, nie! Ja... mogę robić różne rzeczy. Mogę... pracować dla pani. Tylko tego chciałem, otrzymać szansę...

– Chcesz powiedzieć, że zamierzałeś zaciągnąć się na statek?

– Tak... wszystko, byle tylko uciec z Belinty. Naprawdę potrafię robić mnóstwo rzeczy.

– Na przykład? – zapytał Martin.

– No, mogę... mogę budować różne rzeczy. No wiecie, stodoły, płoty i takie tam. – Mitt parsknął zduszonym śmiechem, Ky udało się stłumić chichot. – I mogę zajmować się bydłem. Karmić je, oporządzać... – Ucichł, rozejrzawszy się po ładowni, gdzie ewidentnie brakowało drewnianych zabudowań, płotów i trzody. – Myślałem... słyszałem... że na statkach sami hodujecie żywność, a to oznacza zboże. Znam się na uprawie i hodowli, i gracowaniu...

– To chodzi o duże statki – wyjaśnił Mitt. – Na dużych statkach mają hydroponiczne uprawy. My hodujemy algi w zbiornikach. Nie gracujemy ich...

– Ale ten statek jest duży... widziałem w wideowizji. Jest... o wiele większy od naszego domu; pomieściły się w nim te wszystkie traktory i inne maszyny. – Rozejrzał się po ładowni. – No sami popatrzcie. Jest olbrzymi.

– Obawiam się... – zaczęła Ky, lecz natychmiast jej przerwał.

– Proszę panią! Proszę pozwolić mi tutaj zostać. Obiecuję, że będę ciężko pracował.

– To jest kapitan – zwrócił mu uwagę Martin. – Masz zwracać się do niej per proszę pani.

– Proszę... proszę panią...

Dlaczego coś takiego zawsze przytrafiało się jej? Już słyszała komentarz Quincy. Lecz Martin patrzył na nią uspokajająco.

– Skoro nie ma dowodów na udział tego człowieka w próbie sabotażu, nie mam powodów wyrzucać go w kosmos – oznajmiła. – Odpowiadasz za niego, Martin. Ustal to. A do tego czasu zamkniemy go w... – Gdzie niby mieli go zamknąć? A może mógłby robić coś pożytecznego, zamiast być tylko kolejną gębą do wyżywienia.

– Zajmę się nim, madame – obiecał Martin. – Ustalę, co zrobił, do czego może się przydać i dam mu coś do roboty. – Pochylił się nad więźniem i rozwiązał go, po czym postawił na nogi. – A teraz posłuchaj mnie uważnie, chłopcze. Kapitan powiedział, że będziesz żył – na razie. Ale pozostajesz pod moimi rozkazami, rozumiesz?

– Ja... – Więzień przeniósł wzrok na Ky. – Proszę nie pozwolić mu mnie skrzywdzić! Zrobię wszystko, co pani powie.

– Mówię ci więc, że masz go słuchać. Martin, pamiętaj: statek jest najważniejszy.

– Tak jest, madame. – Ky odwróciła się, zdecydowana nie zwracać uwagi na dalsze poczynania Martina, lecz jego stentorowy ryk sprawił, że omal podskoczyła. – Wyprostuj się! – Zacisnęła szczęki, nie chcąc wybuchnąć śmiechem. Podskoczyła, kiedy MacRobert po raz pierwszy na nich ryknął. Doskonale wiedziała, co ten młody człowiek będzie czuł przez następnych kilka godzin i pierwszy raz od opuszczenia Akademii wspomnienie o niej ukoiło ją, zamiast zasmucić.

 

* * *

 

W okolicach trzeciej wachty upewniła się, że statek leci równo. Z pomocą reszty załogi Martin dokończył przetrząsanie pomieszczeń i upewnił się, że nie mają więcej pasażerów na gapę, ani żadnych bomb. Młodzieniec spędził kilka godzin na szorowaniu pokładu, po czym po przyzwoitym posiłku został zamknięty w składziku, gdzie wstawili mu materac z poduszką i koc.

– Stanowi nie lada wyzwanie – zameldował jej Martin zadowolonym tonem kogoś, kto uwielbia wyzwania. – Nie urodził się na Belincie. Jego rodzina przeniosła się tam, kiedy był niemowlakiem. Biedni koloniści z pogranicza. Znam ten typ, madame. Na naszym świecie nazywamy takich tułaczami. Żyją z zakładania wnyków i pieczenia żab na patykach. Niemniej można z nich zrobić całkiem dobrych pracowników. Powiedział mi, że potrafi strzelać. Sprawdzę to później.

– Jeśli zaoszczędzi mi szorowania – odezwała się Alene, opierając łokcie na stole – to głosuję za nim.

– Och, będzie szorował – zapewnił ją Martin. – Na razie to jedyne, co potrafi. Nie jest zbyt edukowany i wątpię, aby przykładał się do nauki w szkole.

– Zajmiemy się tym – oznajmiła Ky. – Jeśli ma należeć do mojej załogi, musi otrzymać świadectwo. – Rozejrzała się po zgromadzonych w mesie. – Wiem – czekają nas kłopoty. Lecz właśnie dlatego potrzeba nam wykwalifikowanych ludzi na pokładzie, a nie tylko pomywaczy. Chcę, żeby osiągnął przynajmniej podstawowy poziom astronauty.

– Spróbujemy – rzuciła Quincy.

– Tak doświadczoną załogę stać na więcej niż tylko próbowanie – uznała Ky.

 

* * *

 

Podróż przebiegała bez zakłóceń. Gordon Martin pilnował, aby ich więzień miał zajęcie przez dwie wachty dziennie, wliczając w to cztery godziny nauki. Martin zdawał się dobrze rozumieć z resztą załogi. Mężczyźni ćwiczyli razem z nim. Ky, która przestrzegała własnego systemu ćwiczeń, zauważyła, że kobiety dołączają do niej – nie wszystkie, lecz nawet Sheryl, która wcześniej deklarowała nienawiść do fizycznego wysiłku, teraz codziennie korzystała z urządzeń. Ky pełniła służbę pilota razem z Lee. Martwił ją każdy punkcik na skanerze – była przekonana, że czyhają na nich piraci, gotowi przejąć statek. Jak dotąd, alarmy okazywały się przedwczesne: a to zmierzający na Stację Belinta statek Pavrati, a to rudowiec Belinty lub jednostki pomocnicze.

Czwartego dnia Gary Tobai mijał się z transportowcem Pavrati. Ky grzecznościowo nawiązała łączność z innym kupcem.

– Spokojnie możecie darować sobie Leonorę – obwieścił jej kapitan jednostki Pavrati. – Nikogo nie wpuszczają. Lecieliśmy w tę stronę z Darttinu, a oni zawrócili nas, jak tylko wyszliśmy z hiper.

– Co... dlaczego?

– Jakieś kłopoty z komunikacją. Są przekonani, że spotka ich to samo, co Sabine, jeśli będą wpuszczać obcych do swojego układu.

– Nie powiedzieli nic konkretnego?

– Nie powiedzieli nic, oprócz: Odejdźcie stąd i przekażcie innym, żeby zostawili nas w spokoju. System zamknięty do odwołania, mówili. To było trzy tygodnie temu. Obraliśmy zły wektor i musieliśmy skorzystać z punktu pośredniego. Mają parę uzbrojonych statków i zachowywali się tak, jakby mieli ochotę nas zestrzelić, gdybyśmy nie odlecieli. Ale, jeśli chcecie... po prostu przekazuję przyjacielskie ostrzeżenie.

– Dzięki – odparła Ky. – Doceniam to. O ile wiem, Belinta jest nadal otwarta, ale możecie mieć kłopoty, jeśli kierujecie się na Slotter Key. Najwyraźniej padły tam ansible.

Kapitan Pavrati mruknął coś, czego Ky – ku swemu zadowoleniu – nie dosłyszała.

– Przeklęci piraci – dodał. – Czy kto tam to robi. To zrujnuje handel. Potrzebujemy zapasów; zamierzałem uzupełnić je na Leonorze, a teraz okazuje się, że będziemy musieli zadowolić się kapustą z Belinty.

Po wyłączeniu się, Ky odwróciła się do Sheryl:

– Lecimy na Lastway. Daj mi znać, jak prędko możemy tam dotrzeć.

 

* * *

 

– Niewąskie zamieszanie – stwierdził Gerard Avondetta Vatta. Cały był obolały, a wyglądał równie źle, jak się czuł – czytał to w otaczających go twarzach – lecz nie miał czasu zajmować się własnym bólem, ani żalem po utracie tak wielu. Jak również troską o najmłodsze dziecko, które dopiero co przetrwało swoją pierwszą podróż, o mały włos nie zakończoną katastrofą. Musiał myśleć o przyszłości – tylko to wyciągnie go z posępnego mroku rzeczywistości klęski.

– To hańba. – Gracie Lane Vatta, niepowtarzalna i niezwyciężona, siedziała wyprostowana na krześle. – Nie jestem w stanie pojąć, co myśli sobie rząd, tolerując takie rzeczy.

Pytanie, którym Gerard nie chciał na razie się zajmować, brzmiało: jak bardzo rząd był w to uwikłany. Lub jego część. Albo co znaczyły klęski, wciąż spadające na Vattów, dla tej części rządu, na którą – jak sądził – miał jeszcze wpływ.

– Jakie wyniki połączeń? – zapytał wdowę po swoim bracie, Helen Stamarkos Vattę. Lubił Helen; był pod wrażeniem jej umiejętności, choć nadal nie mógł uwierzyć, że Stavros odszedł i nigdy więcej nie poczuje na swym ramieniu uspokajającego dotyku jego dłoni.

– Dwieście dziewiętnaście odpowiedzi – odrzekła. Ciemne obwódki wokół oczu były jedyną oznaką żałoby; to oraz czarna opaska na włosach. Straciła męża, starszą córkę i syna. – Wiemy o trzydziestu siedmiu zgonach.

Będzie jednak więcej śmierci, był tego pewny. Te, o których już wiedział, były wystarczająco okropne. Żona, syn, służba domowa, mężczyźni i kobiety w biurowcu.

Odepchnął wspomnienia. Myris nie żyła, wciągnięta w sam środek kuli ognia; kawał gruzu zgniótł jej czaszk