Archiwum FiF
fahrenheit  on-line     -     archiwum     -     archiwum szczeg馧owe     -     forum fahrenheita     -     napisz do nas
 
Andrzej 安iech Literatura
<<<strona 58>>>

 

Ostatnie dzie這 Kaina

 

 

Wi鏚 郵epy kulawego. Albo kulawy 郵epego? Tak czy inaczej dla tej historii najwa積iejsi s: gruby 造sol i siwy dziad. Niedobrani partnerzy na nuklearnej pustyni pomi璠zy dwoma miastami, kt鏎e widz na dw鏂h przeciwleg造ch kra鎍ach horyzontu. Dw鏂h ludzi, kt鏎zy wyszli przedwczoraj i prze篡li na pustyni dwie noce, cho powinni umrze ju pierwszego wieczora. Jeszcze kilka dni temu nie wiedzieli o sobie prawie nic. Jeden z nich by emerytowanym lingwist ze specjalno軼i informatyczn, a drugi specjalist od paliw ulotnych z podstawow znajomo軼i biologii fizycznej. A mo瞠 odwrotnie?

Gdyby ktokolwiek spyta ich, lub kogokolwiek obok, albo nawet samego autora – dlaczego takie, a nie inne wykszta販enie – nie potrafiliby odpowiedzie. Wiedzieli o sobie tylko tyle, 瞠 obaj pochodz z tego samego miasta i ze obaj maj jeden cel – zbawi 鈍iat. Cho po zako鎍zeniu tej historii obaj zacz瘭i si zastanawia, czy tamto rozwi您anie by這 zbawieniem. I kt鏎y z nich nacisn掖 przycisk.

 

– Ty, jak ty w豉軼iwie masz na imi? – zapyta 造sy dziada po dw鏂h dniach wsp鏊nej w璠r闚ki.

– Ja? – siwy zmarszczy czo這, daj帷 wyraz intelektualnemu wysi趾owi, jaki czyni pod czaszk. – Nie pami皻am, chyba Andreas albo co.... Nie pami皻am. A ty?

– Hmmmmm – zastanowi si gruby. Kojarzy co z zaj耩 j瞛yk闚 staro篡tnych mn鏀two lat temu... – Chyba te jako po grecku. Petros czy co. Czy to wa積e, tak w og鏊e?

– Chyba nie.

Ta uwaga pogodzi豉 ich ostatecznie. Ruszyli powolnym krokiem starc闚 zmierzaj帷ych ku znanemu od dawna celowi – na przyk豉d do ulubionej kawiarni. Siwy potyka si co jaki czas, a gruby komicznie ko造sa przy ka盥ym kroku. Szli mo瞠 z p馧 godziny, gdy s這鎍e zacz窸o dawa im si we znaki. Obaj w tym samym momencie pomy郵eli, 瞠by usi捷 pod jedynym w promieniu kilkuset metr闚 drzewem. Obaj w tej samej chwili po瘸這wali, 瞠 nie wzi瘭i ze sob wi璚ej wody. I obaj zastanowili si, jak to jest, 瞠 jeszcze nie pomarli, nie pij帷 od wczoraj. Mogliby zapomnie, po co wyruszyli i cho u obu z nich post瘼owa豉 szybko skleroza – tego jednego nie mogli zapomnie.

Wszystko przez nieznajomego.

 

Pojawi si znik康 przed domem Andreasa, a Petros by got闚 przysi璕n望, 瞠 w tym samym czasie pojawi si u niego. By豉 12:00, a mieszkali w dw鏂h ko鎍ach Krakowic, wi璚 nie by這 mo磧iwe, 瞠by go嗆 za豉twi wszystko z jednym i przejecha do drugiego w ci庵u kilku sekund. Wszystko wi璚 zwalali na skleroz drugiego.
- Witam – powiedzia nieznajomy i od razu bezczelnie rozsiad si przy stole, bior帷 ulubione piwo Andreasa z lod闚ki bez pytania.

Sam Andreas by tak zaskoczony bezczelno軼i, 瞠 nawet zapomnia zaprotestowa. Usiad tylko naprzeciw przy ma造m stoliku modnym w jego m這do軼i i patrzy. Podziwia blond w這sy rozsypane na ramionach m這dego, mniej wi璚ej trzydziestoletniego cz這wieka o niespotykanej urodzie. Andreas powiedzia豚y o nim, 瞠 to jaki po逝dniowiec, ale nie pasowa造 jasne w這sy – cho sk鏎a i oczy 鈍iadczy造 na korzy嗆. Nieznajomy by muskularny i Andreasowi przesz這 przez my郵, 瞠 sam ju nie pami皻a, kiedy jeszcze cokolwiek 獞iczy i kiedy jego mi窷nie by造 niezawodne.

– Kim jeste i czego chcesz? – wydusi w ko鎍u, bior帷 piwo na uspokojenie.

– I tak nie zrozumiesz, kim jestem, ateista z ciebie, czy nie? Wi璚 um闚my si, 瞠 jestem zwidem, pijackim omamem, a ty jeste got闚 dla mnie zgin望. Albo – wyja郾ijmy to sobie dok豉dniej – zginiesz, je郵i mnie nie pos逝chasz. Wiem, wiem, nie wierzysz mi i z czystej z這郵iwo軼i, albo tylko po to, 瞠by udowodni mi co, a sam nie wiesz co, albo dla samej idei – nie pos逝chasz mnie. Mam dla ciebie co, co mo瞠 Ci uspokoi – i nieznajomy wyci庵n掖 r瘯.

Andreas krzycza d逝go, bardzo d逝go i bardzo g這郾o, a mimo to nikt nie przyszed i nikt nawet nie zauwa篡, 瞠 co mo瞠 by z nim co nie tak. Zastanawia si potem, dlaczego nawet c鏎ka nie us造sza豉, cho potem by豉 tak przera穎na, gdy zobaczy豉 znami w kszta販ie ognia pal帷ego si pionowo do g鏎y, wysma穎ne na sk鏎ze.

– Zrobisz wi璚, co ci ka輳 – kontynuowa nieznajomy, jakby nic si nie sta這 i wszystko by這 w porz康ku. Andreas s造sza go przez dokuczliwy pryzmat b鏊u. – P鎩dziesz na drugi koniec miasta, pod adres, kt鏎y ci wska輳, tam zastaniesz cz這wieka, kt鏎y p鎩dzie z tob. Razem wybierzecie si do Rzeszy郵a i tam traficie pod adres, kt鏎y r闚nie wska輳. Pod tym adresem b璠zie mieszka kto, kogo trzeba zabi, a jego maszyn zniszczy, je郵i jeszcze chcecie 篡 na tej ziemi. To wszystko. On b璠zie czeka na ciebie jutro o si鏚mej rano.

I nieznajomy znik. Po prostu rozp造n掖 si w powietrzu.

Petros okaza si o wiele bardziej sk這nny do uk豉d闚 – tym bardziej, 瞠 jego 篡cie w豉郾ie straci這 sens po 鄉ierci 穎ny. Da sobie wypali p這mie, a nawet dym (prawdziwe dzie這 sztuki) – tylko zacisn掖 z瑿y, 瞠by nikt si nie dowiedzia. Wys逝cha uwag z kamienn twarz i zapomnia豚y o po這wie z nich ju rano, gdyby nie kartka papieru i znak na ramieniu. O sz鏀tej rano do jego drzwi zapuka cz這wiek – siwy dziad pomy郵a o nim wtedy. Brudne, wy鈍iechtane boj闚ki modne jakie siedemdziesi徠 lat temu i symuluj帷a wojskow kamizelka by造 jedynym ubraniem na obwis造m ciele. Pewnie nie wygl康am lepiej, pomy郵a Petros, przynajmniej nie jestem ubrany, jakbym 篡 kilkadziesi徠 lat temu i tak si czu.

Andreas, gdy zobaczy swego partnera, pomy郵a, 瞠 tak pewnie b璠zie wygl康a za kilka lat. Nie wiedzie czemu by pewien od samego pocz徠ku, 瞠 Petros jest od niego starszy. Nawet si nie ogoli, cho na pewno wiedzia, 瞠 ma dzi spotkanie. I te oczy – to nie by造 oczy normalnego cz這wieka, a co najwy瞠j oczy samob鎩cy. Tak, z pewno軼i, nie by to partner, z kt鏎ym Andreas chcia豚y wsp馧pracowa.

– To ty? – odezwa si Petros.

– Ja – potwierdzi Andreas. I to by這 na tyle, zanim wyruszyli.

 

– Ju je wida – powiedzia Andreas, przes豉niaj帷 oczy. – By貫 tam kiedy?

Petros spojrza na majacz帷e kilka kilometr闚 dalej budynki. Kolejny raz kl掖, 瞠 nie wzi掖 okular闚 i widzia tylko zarysy zamiast ca這軼i. Spo鈔鏚 tej d簑ngli betonu wy豉nia豉 si wie瘸, albo co w tym gu軼ie, pewnie jeszcze jeden z tych pomnik闚 epoki, o kt鏎ych wszyscy zapomnieli, gdy tylko zeszli pod ziemi. Swoj drog, wszystkie miasta wygl康aj dzi tak samo i dlatego nikt nigdzie nie podr騜uje, skoro wszyscy maj dost瘼 do sieci, a wychodz帷 mo積a si tylko natkn望 na grupy takich, co to nie maj nic lepszego do roboty, jak tylko poturbowa kogo, kogo nie znaj.

Petros wyobrazi sobie osiedla otoczone p這tami pod wysokim napi璚iem, tereny patrolowane przez ochroniarzy, opancerzone ci篹ar闚ki z towarem zam闚ionym przez mieszka鎍闚, przemykaj帷e chy趾iem przez puste ulice centrum. Zastanowi si, dlaczego wszyscy bogacze mieszkaj na obrze瘸ch. Pewnie dlatego, 瞠 w centrum powietrze jest tak brudne, 瞠 nie da si nim oddycha. Przynajmniej tak jest w Krakowicach, gdzie ju nikt nie pami皻a, jak pi瘯ny kiedy by Rynek. Planty usch造... Nie czas 瘸這wa r騜...

– By貫 tam kiedy, pytam – odezwa si znowu Andreas. – Bo jak mamy znale潭 tego go軼ia, skoro ty by nie wiedzia?

– Nie by貫m tu nigdy. Nikt nie by. Przecie sam dobrze wiesz, 瞠 nie wyje盥瘸my. Mamy sie...

– To po co mi ciebie podrzuci, skoro nie wiesz?

– A mo瞠 to ja mia貫m i嗆, a ty si przypa喚ta? – Petros wypr篹y si, w ten spos鏏 patrz帷 z g鏎y na Andreasa.

Przeczuwaj帷 dyskusj z gatunku "kt鏎a-skleroza-jest-wi瘯sza", Andreas odwr鏂i si i pochyliwszy nieco mocniej plecy, ruszy przed siebie nieco pow堯czystym krokiem. Mamrocz帷 pod nosem przekle雟twa, Petros powoli, nie chc帷, by partner pomy郵a, 瞠 mu zale篡, poszed za nim, ko造sz帷 si komicznie.

A gdzie tam...

 

...samotny cz這wiek, w samotnym pokoju, przed samotnym terminalem usilnie wpatrywa si w ekran. Wiedzia, 瞠 ju niewiele ma czasu. Zawsze powtarza, 瞠 jego serce potrzebuje mocnych uderze, lecz wytrzymywa這 ju coraz mniej. Poci庵n掖 przylepionego do wargi papierosa. Dym mile podrapa go w gardle, wi璚 瞠by poczu przyjemno嗆 mocniej, wypu軼i go nosem. Si璕n掖 po szklank z bursztynowym p造nem stoj帷 tu obok ekranu. Wiedzia, 瞠 koniak jest dla niego tak samo szkodliwy, jak papierosy.

– Nie b璠zie przysz這軼i na tej planecie – powiedzia do siebie, my郵帷, 瞠 gdyby us造sza je od kogo, wzi掖by go na pewno za szale鎍a.

Tylko 瞠 on – wiedzia to z ca陰 pewno軼i – nie by szale鎍em.

 

– Szale雟two – podsumowa Petros. – Nie wiemy, gdzie jeste鄉y i tylko brakuje, 瞠by鄉y wpadli w 豉py...

– Ju wpadli鄉y – ponuro doda Andreas. – Id tu.

Petros pod捫y za palcem wycelowanym w koniec ulicy. Rzeczywi軼ie, nadchodzi豉 do嗆 du瘸 grupa g豉dko wygolonych m這dych ludzi, a to nie wr騜y這 niczego dobrego. W dzisiejszych czasach walk plemiennych...

– Spadajmy – wyszepta p馧g瑿kiem Andreas. – Mo瞠 jeszcze zd捫ymy.

– Nie wiemy... – pr鏏owa indagowa Petros, ale pos逝sznie ruszy k逝sem za Andreasem. Tupot n鏬 w podkutych butach upewni go, 瞠 tamci r闚nie wpadli na pomys 軼igania swej zdobyczy w nieco szybszym tempie.

– Tutaj – wysapa Andreas, wskakuj帷 w cudem chyba wypatrzon dziur. – Mo瞠 si uda.

– Co mi.... odbi這....? – zapyta, dysz帷, Petros ledwo przecisn患szy swoje grube kszta速y przez dziur. Nie wiedzia, czy kierowa swoje pytanie do siebie, czy do Andreasa. Ociera obfity pot z czo豉 grubym ramieniem. – Za stary..... jestem na takie.... eskapady....

– I za gruby – zgodzi si z nim Andreas. Obj掖 chude i pokrzywione kolana r瘯ami i ko造sa si miarowo.

– Obaj jeste鄉y tylko... par obrzydliwych staruch闚... – o dziwo nie zaprotestowa Petros. – Nie wiem...

Nie zd捫y dopowiedzie, czego nie wie, gdy przerwa mu odg這s grzmotu tak pot篹ny, 瞠 zatrz瘰豉 si nora, w kt鏎ej si ukryli. Obaj skulili si odruchowo, czekaj帷, a wszystko zwali im si na g這w. Chwil s造cha by這 tylko nie鄉ia貫, wstrzymywane oddechy. Gdy tylko si uspokoi造, obaj staruszkowie zorientowali si, 瞠 panuje ca趾owita cisza. Nie ma nic, poza cisz.

– Co robimy? – szeptem spyta Andreas.

– Nie wiem – odpar, r闚nie szeptem Petros. – Ale ta cisza mi si nie podoba.

– Mnie te – szepn掖 nieco g這郾iej Andreas. – Ale mo瞠 wyjrzysz?

– Wyjrzyj ty.

– Ty jeste starszy, wi璚 b璠zie mniej 瘸l.

Petros nie potrafi znale潭 logicznego kontrargumentu. Tym bardziej, 瞠 przypomnia sobie 穎n i nagle zapragn掖 uwolni si od tego starucha i w og鏊e uciec z tego 鈍iata. Wyjrza przez okienko...

.... poczu tylko, 瞠 jaka ogromna si豉 wyci庵a go z pomieszczenia na 鈍iat這 dzienne i...

... chwil potem sta obok niego Andreas, a wok馧 w ka逝瘸ch krwi wala造 si kawa趾i zw這k 軼igaj帷ej ich grupy.

– Tylko was zostawi na chwil – nieznajomy, kt鏎y zleci im t misj, sta przed nimi , kiwaj帷 g這w z politowaniem. – Od razu wpadacie w tarapaty. My郵a貫m, 瞠 wystarczy was ochroni na pustyni i ju sobie poradzicie. Jak dzieci...

– Bo my... – pr鏏owa t逝maczy Petros.

– Bo wy jeste軼ie gorsi ni dzieci – przerwa mu nieznajomy. – Wszystko by這 proste. Znale幢i軼ie adres?

– No w豉郾ie – pomy郵eli鄉y, 瞠 ani ja, ani Petros nie znamy tych okolic i... Nawet nie wiemy, gdzie si tu schodzi do mieszka...

– Tu macie terminal, znajd嬈ie sobie – nieznajomy machn掖 r瘯 i jak spod ziemi wyr鏀 przed nimi laptop na niskim stoliku. – I 瞠by to by豉 ostatnia fuszerka.

– Ja mam pytanie – Andreas a skuli si pod wzrokiem nieznajomego. – Jak mog... Ot騜 zastanawia mnie.... Skoro pan tak szybko i 豉two sobie poradzi z tymi lud幟i tutaj.... Dlaczego sam pan nie p鎩dzie i nie zabije go? – wypali przera穎ny w豉sn 鄉ia這軼i.

– Widzisz – nieznajomy u鄉iechn掖 si, jakby przywo造wa mi貫 wspomnienie. – To akurat pytanie, kt鏎ego nie powiniene zadawa. Po prostu w waszym 鈍iecie... Albo inaczej – wbijcie sobie obaj do g這wy tylko tyle: mog zabi wszystkich tutaj, nawet naraz. Tylko jego jednego nie mog – rozumiecie? Mam wobec niego co na kszta速 d逝gu wdzi璚zno軼i. Za豉twi mi kiedy pot篹ny protektorat.

Obaj starcy zgodnie kiwn瘭i g這wami.

– Wobec tego, g瑿y na k堯dk – ci庵n掖 nieznajomy. – I do roboty. On zaraz sko鎍zy, a wtedy b璠zie za p騧no.

I znik.

Petros patrzy jak oniemia造 w miejsce, gdzie jeszcze kilka sekund temu sta nieznajomy. Jakby post瘼uj帷 poza 鈍iadomo軼i, nie wiedz帷 co robi, podszed do terminala i wyszuka potrzebne informacje. Ca造 czas po g這wie kr捫y豉 mu uporczywa my郵, 瞠 jeszcze zbyt wielu rzeczy nie wie. Na przyk豉d, dlaczego to oni maj zabi tego cz這wieka, a nie kto m這dszy. Mia這 si jeszcze okaza, 瞠 to tajemnica, o wiele mniejsza ni imi nieznajomego. Co nie znaczy, 瞠 dane im b璠zie j pozna.

 

Stary, samotny cz這wiek przed terminalem czu, 瞠 jego praca dobiega ko鎍a. Poci庵n掖 solidny 造k z butelki. 畝這wa, 瞠 wypali ju wszystkie papierosy. Patrzy z podziwem na rz璠y cyfr, kt鏎e stanowi造 dzie這 jego 篡cia i 鄉ierci. Szkoda tylko, 瞠 nikt nie b璠zie pami皻a, poza t przyrod, pierwotn si陰 i energi...

Najch皻niej pog豉ska豚y wszystkie swoje zabawki, lecz wiedzia, 瞠 to niemo磧iwe -znajdowa造 si w wielu r騜nych miejscach, a jakby to nie wystarczy這, jeszcze pod najczujniejszym okiem stra積ik闚. Stary cz這wiek poczu wielk, dzik rado嗆 na my郵, 瞠 w豉郾ie uda這 mu si oszuka tysi帷e najwi瘯szych umys堯w na 鈍iecie. To on potrafi unikn望 ich wymy郵nych zabezpiecze, kart wciskanych jednocze郾ie w dwa otwory, i wpisywanie podw鎩nych kod闚 w tym samym momencie. Uda這 si. Wszystko gotowe. Czas tylko nacisn望.

Wtedy pomy郵a, 瞠 warto by jeszcze poci庵n望 z butelki – nie zd捫y.

 

– Zd捫yli鄉y – p馧g瑿kiem wycedzi Petros, wi捫帷 r璚e staremu cz這wiekowi.

– Zd捫yli鄉y – potwierdzi Andreas, spogl康aj帷 t瘰knie na butelk.

Spojrzeli po sobie. Obaj nie rozumieli, dlaczego mieliby zabija staruszka, takiego jak oni. Tak samo starego i z pozoru nieszkodliwego. Ot, cz這wieczek siedzi sobie przed komputerem. Pewnie ogl康a pornografi, je郵i jeszcze mu si chce.

– To jak to zrobimy? – zada wreszcie to pytanie Andreas. – No, jak go tego.... – przejecha d這ni po szyi w dawno zapomnianym ge軼ie.

– Sam nie wiem – zawaha si Petros. – Mnie on wygl康a na spokojnego. Ale tamten m闚i...

– Tamten? – wtr帷i si nieznajomy. – Kto "tamten"?

– No... – Andreas nie wiedzia, jak ma opisa, bo nagle zorientowa si, 瞠 widzi przed oczami twarz cz這wieka, kt鏎y sprawi mu b鏊... Nie potrafi jednak opisa tej twarzy 瘸dnymi s這wami. Nie potrafi dobra s堯w do wspomnie, albo nie potrafi po prostu sobie przypomnie. Kto go w tym wyr璚zy.

– Ja im kaza貫m – nieznajomy zn闚 pojawi si nie wiadomo sk康. – A wy zamiast wdawa si w niepotrzebne dyskusje, zabijcie go. Teraz.

– A mo瞠 oni nie chc mnie zabija? – odezwa si cz這wiek przy terminalu. – Jak s康zisz bracie Ablu?

– Ablu? – obaj staruszkowie popatrzyli po sobie. To przecie dobry brat. I wtedy przestali ju cokolwiek rozumie.

– Pozw鏊 mi kontynuowa – powiedzia ten, kt鏎y powinien by Kainem. – Mo瞠 oni si przekonaj i jednak mnie nie zabij?

– Nie przekonaj si. Wybra貫m ich w豉郾ie dlatego, 瞠 s starzy i nieprzekonywalni inaczej, jak b鏊em i cierpieniem.

– A jednak powinni wiedzie, za co mam umrze? – stary cz這wiek przed monitorem u鄉iechn掖 si blado. – Nazywam si Kain. Sk康 si tu wzi掖em? Troch za d逝ga historia – jakie kilka tysi璚y lat do opowiedzenia, a m鎩 brat nie da mi tyle, wi璚 od razu przejd do sedna sprawy. Najog鏊niej m闚i帷 – to, co tu widzicie, to doj軼ie do kilkuset bomb wodorowych, rozsianych po ca造m 鈍iecie. Ukryte w najg喚bszych miejscach podziemiach wywiad闚 – strze穎nych przez najlepsze jednostki i teoretycznie odci皻e od 鈍iata.

Wsz璠zie znajd si ekolodzy, walni璚i w m霩g ekstremi軼i, kt鏎ym da si wcisn望 ka盥y kit. Wsz璠zie znajd si szale鎍y, kt鏎ym uda si wcisn望 wtyczk w odpowiednie 陰cze. Nikt z tych zakutych 豚闚 w centrach dowodzenia nie spodziewa si, 瞠 陰cza podczerwieni mog by tak u篡teczne. Uda這 mi si je wszystkie po陰czy, skoordynowa i uzbroi. Chc je wysadzi. Teraz nie przerywajcie, ani Ty mi nie przerywaj, Ablu. To najwa積iejsze.

Pewnie pytacie teraz siebie – dlaczego ten szaleniec to zrobi? Nie, nie jestem szale鎍em. Jestem cz這wiekiem, kt鏎y dawno temu zgrzeszy i teraz chce odkupi swoj win. Chce odda ziemi to, co zmyje krew jego brata.

Wiecie, jak to jest z traw? Ekolodzy krzycz, 瞠by nie depta trawnika jak t瘼og這wi urz璠nicy miejscy. Gdyby tak chcieli cho troch si pozna na ekologii, nie pr鏏owaliby nawet protestowa przeciwko elektrowniom atomowym wiedz帷, 瞠 to najbardziej ekologiczne 廝鏚這 energii. Wracaj帷 do traw – traw, wbrew niedouczonym ekologom trzeba depta, 瞠by nie pozwoli jej realizowa w豉snym zamierze. My郵icie, 瞠 trawa nie ma zamierze? Ma co jak instynkt, ostateczny, pierwotny rozkaz, kt鏎y ka瞠 jej rosn望 i rosn望... Jak las, kt鏎y jest pierwotnym stanem ekosystemu. Gdyby nie depta trawy, wyros豉by tak wysoka i tak szeroka jak las. Tylko jej pozwoli – natura ju taka jest... Dlatego staramy si okie透na natur i nie pozwoli jej wr鏂i do swojego stanu. Tak oto my, proklamuj帷y powr鏒 do natury, piel璕nuj帷y ogrody na przedmie軼iach i pieszcz帷y kwiatuszki, przeciwstawiamy si naturze. Postanowi貫m to sko鎍zy. Postanowi貫m wr鏂i, pozwoli wr鏂i. Skoro istnieje pierwotny stan dla traw, musi istnie pierwotny stan dla 鈍iata, czy nie? I takim w豉郾ie pierwotnym stanem...

– Zabij go – sykn掖 przez z瑿y Abel. Nie powiedzia, do kogo si zwraca, ale obaj poczuli jako dotkni璚ie w samym centrum m霩gu.

Rzucili si do gard豉, do oczu, ust, krew, tylko krew... Szarpali, gryz帷 i drapi帷 bez planu i ogranicze, jak dzikie bestie w strachu przed b鏊em i przed samym sob. Szale雟two, kt鏎e nie mia這 ko鎍a. A mo瞠 najwi瘯szy strach by przed tym, 瞠 si obudz?

Gdy pod ich stopami zosta這 tylko kilka krwawych och豉p闚, zn闚 spojrzeli swoimi oczami. I nie wiedzieli, czy 瘸這wa swojego pierwotnego stanu mordercy i my郵iwego, czy p豉ka nad swoim nienaturalnym humanizmem.

– I to by這by na tyle – powiedzia nieznajomy. Potem znik.

To chyba Petros pomy郵a, 瞠 kusi go klawisz "Enter"...

 

Ok豉dka
Spis Tre軼i
Justyna Kowalska
Andrzej Kozakowski
Andrzej Kozakowski
Andrzej Kozakowski
Andrzej Kozakowski
Andrzej Kozakowski
Ryszard Krauze
K.Kwieci雟ka
Marcin Lenda
Pawe Leszczy雟ki
Pawe Leszczy雟ki
Pawe Leszczy雟ki
Pawe Leszczy雟ki
Pawe Leszczy雟ki
Pawe Leszczy雟ki
K.Leszczy雟ki
Jakub Lipie
LouSac
Lucy
Krzysztof Mandrysz
Krzysztof Mandrysz
Krzysztof Mandrysz
Krzysztof Mandrysz
A.Mason
Micha Maza雟ki
Rafa Mroczek
S豉womir Mrugowski
S豉womir Mrugowski
Barbara Og這dzi雟ka
Barbara Ogodzi雟ka
Kamil Olszewski
Pacek
Tomasz Pacy雟ki
Tomasz Pacy雟ki
Tomasz Pacy雟ki
Andrzej Pilipiuk
Eryk Ragus
Eryk Ragus
RaV
Pawe Rogiewicz
Anna Romanowicz
Jacek Rostocki
Jacek Rostocki
Tomasz J. Rybak
Ryh
Andrzej Siedlecki
Agnieszka 奸iwiak
Tomasz Stypczy雟ki
Tomasz Stypczy雟ki
Tomasz Stypczy雟ki
Tomasz Stypczy雟ki
Tomasz Stypczy雟ki
Robert J. Szmidt
Robert J. Szmidt
Roman Szuster
W.安idziniewski
Andrzej 安iech
K. i K. Urba雟kie
K. i K. Urba雟kie
K. i K. Urba雟kie
K. i K. Urba雟kie
K. i K. Urba雟kie
K. i K. Urba雟kie
Vanderberg Club
Tomasz Winiecki
Tomasz Winiecki
Marek Wojaczek
Milena W鎩towicz
Milena W鎩towicz
Milena W鎩towicz
Milena W鎩towicz
Robert Zang
Roger Zelazny
Dawid Zieli雟ki
Dawid Zieli雟ki
Zubil
Zubil
Zubil
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Grzegorz 畝k
Artur 畝rczy雟ki
Artur 畝rczy雟ki
K.痂uda-Niemiec
K.痂uda-Niemiec

Archiwum cz. I
< 58 >