Aleksiej Piechow „Niebieski płomień. Latarnia morska”

Raz, dwa, trzy – latarnio, znów
Świeć i wszystkim wokół mów,
Że jak zwykle – cztery, pięć –
Micław  ma na spacer chęć.
Micław w nocy umarł nagle
I odszukać ciebie pragnie!

Dziecięca wyliczanka księstwa Letos
Wiersz Andrieja Szirajewa

 

Na ulicy wył wiatr. Stukał deszczem po dachu, próbował wyrwać ciężkie okiennice, i wraz z dudnieniem grzmotu przedostać się do domu przy wtórze drapieżnego ryku szalejącego na morzu sztormu.

Szeron przestała wycierać dopiero co umyty talerz, pochyliła głowę, przysłuchując się niepogodzie, i kolejny raz podziękowała Pięciu za to, że żyje daleko od brzegu. Doskonale wiedziała, co tam się teraz dzieje.

Ogromne, ołowiane wały pędziły po rozległej zatoce i nieubłaganie, jak stado trupich ogarów, zbliżały się do miasta. Pragnęły pożreć śpiących ludzi, pociągnąć za sobą we wściekający się żywioł. W lodowatą wodę, w odmęt, na pożywkę krakenom, rusałkom i utopionym rybakom. Tylko stojące wzdłuż brzegu kamienne kły falochronu, zbudowanego jeszcze w epoce Jedynego Królestwa, chroniły przed niebezpiecznym sąsiedztwem szalonego, jesiennego morza. Na stworzonej przez dawnych magów konstrukcji łomoczące fale traciły przerażającą potęgę.Rozsypywały się jak piechota pod zwartym uderzeniem przeciwnika, pluły płatami wzburzonej, syczącej piany i zimnymi bryzgami, zalewając wszystko, czego mogły dosięgnąć. Złośliwie ryczały, cofały się na pełne morze, żeby po chwili, bez litości i zmęczenia, znów ruszyć do ataku.

Od takich myśli dostała dreszczy; ostrożnie schowała talerz w szafce, wzięła z krzesła ciepły szal z owczej wełny i narzuciła na plecy. W tym momencie ze stojącego na piecu czajnika buchnęła para i kobieta pośpiesznie zdjęła go z ognia. W blaszanym kubku były już przygotowane utarte korzenie dziewięćsiła, wystarczyło tylko zalać wrzątkiem. Po pokoju rozpełznął się gorzkawy zapach leku. Pomyślała, że przydałby się też przeziębionej Ausze.

Wiatr ruszył do kolejnego ataku. Rzucił się na ścianę, jak rzuca się na rybacką łódź trafiona harpunem orka, rozpaczliwie i brutalnie. Okiennice zadrżały od uderzenia. Zastygła w napięciu, ale z góry, z pokoju dziecinnego, nie rozległ się płacz. Najli nie obudziła się.

Wziąwszy książkę, kobieta usiadła przy małym stoliku i zagłębiła się w lekturze. Lubiła czytać i dokształcać się, często pożyczała od Józefa książki, ale ta okazała się trudna i pewne jej akapity musiała czytać po kilka razy, by lepiej zorientować się w zawiłościach tekstu.

Niedawno skończyła dwadzieścia siedem lat, ale wyglądała dużo młodziej, może dlatego, że była niewysoka i szczupła, a być może z powodu krótkich, jasnych włosów, upodabniających ją do chłopaka. Duże, orzechowe oczy, ostry podbródek i zadarty nos tylko wzmacniały podobieństwo. Ale wystarczyło popatrzeć na jej wargi, wspaniałe, kobiece – i wcześniejsze wrażenie znikało raz na zawsze.

Szalejący wiatr kilkakrotnie rozpraszał uwagę, traciła wątek, ściągała brwi, na jej czole pojawiała się zmarszczka, a ona odwracała przyjemnie szeleszczącą kartkę i  zaczynała od nowa.

Cicho zaskrzypiały rozsychające się schodki. Na dół, stękając, zeszła stara Ausza. Napotkała pytające spojrzenie gospodyni domu, rozciągnęła wargi w bezzębnym uśmiechu i wyszeptała:

– Śpi, niech będą dzięki Pięciu. Już myślałam, że do rana trzeba będzie się wozić.

Szeron posłała jej uśmiech pełen wdzięczności. Wstała, ostrożnie wzięła kubek z wywarem i podała staruszce. Ta zakasłała, usiadła w ulubionym, plecionym fotelu i zaczęła ostrożnie popijać wyciąg, marszcząc się z powodu nieprzyjemnego smaku. Służąca milczała, Szeron czytała, ale obie słuchały wiatru i morza, ciesząc się, że chronią je solidne ściany, za którymi niestraszna każda niepogoda.

– Jej już lepiej – powiedziała wreszcie Ausza, zwracając opróżniony kubek.

– Kiedy wyrzynają się ząbki, niektóre dzieci stają się nieznośne. Też byłaś taka.

Szeron w odpowiedzi uśmiechnęła się, nie podnosząc oczu znad strony.

– Powinnaś się przespać, córeczko. Drugą dobę jesteś na nogach – skarciła dziewczynę staruszka i zakasłała. W jej piersi odezwało się bulgoczące chrypienie. Dziewczyna odrzuciła książkę i pośpieszyła z pomocą, ale atak przeszedł równie nagle, jak się zaczął.

– Ze mną wszystko w porządku. Daj mi chwilkę, żebym oprzytomniała. – Wypłowiałe oczy Auszy wpatrywały się w ogień tańczący w palenisku. Sprawiała wrażenie tak samo starej, jak miasto, w którym żyła od urodzenia.

– Nie podoba mi się twój kaszel – westchnęła Szeron. – Nie powinnaś była iść na jarmark w zeszłym tygodniu. Z kupnem wełny można było poczekać. Przeziębiłaś się.

Ausza uśmiechnęła się ze skruchą i rozbrajająco rozłożyła ręce.

– Pójdę, jeśli niczego nie potrzebujesz. Zmęczyłam się. – Podniosła się z trudem i dziewczyna, wziąwszy służącą pod ramię, zaprowadziła ją do pokoju.

– Żółtych latarni, kochana.

– Spokojnej nocy, nianiu.

Zamknęła za wychodzącą ciężkie drzwi, przekręciła w zamku rzeźbiony klucz, wsunęła zasuwę i okręciła na klamce różaniec ze znakiem Pięciu. Za każdym razem, robiąc to, odczuwała palący wstyd. Było jej niezręcznie zamykać starą kobietę na noc, ale innego wyjścia nie widziała.

Auszy minęło już dziewięćdziesiąt sztormów, jej życie zbliża się ku końcowi i droga, z której nie ma powrotu, już ją woła. Oby Pięciu nie pozwoliło, by to się zdarzyło, kiedy na niebie nie będzie słońca. Szeron tego po prostu nie wytrzyma. Staruszka dawno już stała się członkiem rodziny.

Ale teraz jest noc. Długa, słotna, ciemna, potworna. I nawet Wskazującej Drogę nie będzie się chciało ryzykować i narażać na niebezpieczeństwo swojego domu. Może gdyby na górze nie spała mała dziewczynka, to Szeron postępowałaby inaczej. Ale bezpieczeństwo Najli, teraz, kiedy jest jedynym, co pozostało po Dymitrze, dla niej jest najważniejsze. Właśnie z tego powodu Ausza będzie musiała siedzieć pod kluczem do świtu.

Pomimo zmęczenia spać jej się nie chciało. Złe przyzwyczajenie, nabyte przez lata pracy. Wielu Wskazujących Drogę, kiedy przychodzi ich tydzień dyżurów, stara się wykroić czas na sen w ciągu dnia, by czuwać nocą. Szeron już dwa dni była w domu, ale nie potrafiła zmienić reżimu.

– To nic – powiedziała cicho do swego odbicia w starym lustrze, które przywiózł jeszcze jej ojciec ze swojej jedynej podróży do księstwa Waren. – Mam miesiąc, by pożyć jak wszyscy ludzie.

Teraz nastał czas dyżuru Józefa i Klary, i dziewczyna im nie zazdrościła. W taką pogodę wątpliwa przyjemność  wychodzić z domu. Nie będzie im łatwo, jeśli Pięcioro nie będą łaskawi i gdzieś w półpustym mieście zapali się niebieska latarnia.

Szybko jednak odsunęła od siebie myśli i znowu wzięła się do czytania. Gruba, żółtawa świeca na stole powoli topniała, okiennice drżały, strony zmieniały się jedna po drugiej i dopiero po chwili dotarło do niej, że ktoś dobija się do drzwi. Najpierw wydawało jej się, że to wciąż ten sam wściekający się obok domu wiatr próbuje spłatać figla i wyciągnąć ją na zewnątrz, by plunąć w twarz deszczem. Ale kiedy kołatka stuknęła po raz  dziesiąty, zerwała się z miejsca i jednocześnie usłyszała dochodzący  z góry płacz Najli.

Klnąc pod nosem, posyłając na głowy tych, którzy nie siedzą w domu, wszystkich zbłąkanych tego świata, kobieta doskoczyła do drzwi.

– Kogo czarne owce tu przywlokły?!

I ledwie dosłyszała odpowiedź:

– Szer! Otwieraj! To ja, Wocław!

Z trudem odsunęła ciężką zasuwę. Poryw wiatru wdarł się do domu, przewiał ją do szpiku kości, przywlókł na ogonie deszczową wilgoć, gorzki zapach morza, zgasił świecę i przestraszył ogień w palenisku.

Pomimo kapturów i bezkształtnych mokrych płaszczy poznała ich. Farmer Wocław, przewoźnik Mik i rybak Dżun. Dzisiaj ich kolejka chodzić nocnymi ulicami okręgu i obserwować latarnie.

– Nieszczęście, Szer! Ktoś z domu Uwego umarł! – wychrypiał rybak, przestępując z nogi na nogę, nie decydując się na przekroczenie progu.

– Wchodźcie! Żwawo!

Walcząc z wiatrem, z trudem zamknęła za nimi drzwi, gniewnie ocierając trafiające na czoło deszczowe krople.

– Dawno?

– Nie wiemy. – Nabrzmiała twarz Wocława była blada. – Gdy tylko zobaczyliśmy, natychmiast ruszyliśmy do ciebie. Sama wiesz, jak tam jest!

Niezadowolona, zacisnęła wargi. To znaczy, nie pomyśleli, by powiadomić kogoś z domu Uwego. Może teraz jest tam już nie jeden błądzący, a dwoje. Idioci! Jak tak można? Dżun w tych sprawach nowicjusz, ale od Mika i Wocława można wymagać więcej. Stróżują nocą nie pierwszy rok, a dzisiaj zachowali się jak niedoświadczeni nastolatkowie.

Trzech mężczyzn wyglądało na bezradnych i przestraszonych. Woda z ich brezentowych okryć spływała na podłogę, wsiąkając w podniszczony dywan.

– Dlaczego nie poszliście do Józefa albo Klary? Dzisiaj jest ich dyżur! – zżymała się i wyglądała na bardzo rozgniewaną.

Na górze Najli płakała bez ustanku. Chrońcie ją, Pięciu! Jakże to wszystko nie w porę! Nie w porę!

– Józefa wezwano na wieś godzinę temu. Do Lidy. Tam kuśnierz umarł. A Klara jest zajęta na drugim końcu miasta. W więzieniu jeden zbzikował i grozi, że się zabije.

– A Kryza?!

– Burmistrz ma kolkę nerkową. Więc ją też wezwano.

– Idźcie do Niklasa albo Mateusza! Mam małe dziecko, nie mogę!

– Szeron, jesteś najbliżej latarni morskiej. Jeśli pójdziemy do któregoś z nich i z powrotem, zajmie to dużo czasu… – Mik zrobił niezręczny gest, zająknął się i zamilkł.

Był wyższy od niej o dwie głowy, ale zawsze w obecności dziewczyny czuł się niezręcznie. Przewoźnikowi było łatwiej samotnie wypłynąć w sztormową pogodę, niż z nią rozmawiać. I problem wcale nie krył się w jej darze, a w tym, że mu się podobała, a jemu nigdy nie wystarczyło śmiałości, by przyznać się do tego. Szeron, ma się rozumieć, wiedziała o jego uczuciach, ale pomimo tego, że od śmierci Dymitra minęły dwa lata, samotną teraz gospodynię wielkiego domu interesował tylko los małej Najli, a nie jej własny.

– Ty… popatrzysz? – w jego głosie prześliznęły się żałosne, błagalne nutki. – Pójdziesz z nami?

Rzuciła ponure spojrzenie na zaniepokojone, blade twarze. Mała zaroślowa kotka, stojąca przed trzema przesiąkniętymi morską solą psami.

– Niech to licho! Jakże to wszystko nie w porę! Dlaczego dzisiaj?! Czekajcie! – powiedziała znacznie ostrzej, niż wypadało.

– Kochana, wszystko w porządku? – zapytała zza drzwi zaniepokojona Ausza.

Szeron musiała się zatrzymać , by powiedzieć:

– Uwego spotkało nieszczęście, nianiu. Powinnam pomóc, póki nie przyjdzie ktoś inny. Nie przejmuj się. Wrócę za godzinę. Zostawię kogoś przy Najli.

– Dobrze. Bądź ostrożna.

Wbiegła szybko po schodach do pokoju dziecinnego i pochyliła się nad łóżeczkiem.

– Już dobrze, Najli. Jestem tu.

Dziecko, widząc jej twarz, uspokoiło się natychmiast. Szeron cicho zanuciła kołysankę i nie odchodziła, póki dziewczynka nie zasnęła. Mogła zostać i nikt nie obwiniałby jej o nic. Miała pełne prawo, by odesłać petentów z kwitkiem, ponieważ z Najli nie miał kto zostać. Wcześniej, kiedy szła na dyżur, odnosiła dziewczynkę do salowej, która mieszkała na sąsiedniej ulicy, by nie zostawiać dziecka ze starą Auszą. Jednakże teraz, nocą, w taką burzę, niebezpiecznie było wynosić malucha za drzwi.

Ale nie wolno zostawiać ludzi w nieszczęściu i musi udzielić im pomocy.

Wbiegła do swego pokoju, ubrała się, jak można najcieplej, chwyciła z półki torbę z cielęcej skóry – tę, która zawsze leżała przygotowana na takie właśnie niespodziewane wypadki.

Zeszła na parter, gdzie niecierpliwie czekali mężczyźni. Podeszła do wieszaka, zdjęła z haczyka czerwony płaszcz przeciwdeszczowy, jaki nosili wszyscy Wskazujący.

– Dżun, zostaniesz tu. Gorąca woda w czajniku. Jedzenie na stole. Nie hałasuj. Proszę, nie wypuszczaj też Auszy. Jeśli Najli znowu zapłacze, musisz ją uspokoić.

Rybak sposępniał, wyraźnie nie wyobrażając sobie, jak trzeba obchodzić się z dziećmi, ale się zgodził.

– Czekaj na mój powrót.

Jeszcze jedno skinienie głową.

Dziewczyna narzuciła na głowę kaptur.

– Zamknij drzwi i nikomu oprócz mnie nie otwieraj. Liczę na ciebie. Pięciu widzi, że mam nadzieję wrócić jak najszybciej. Chodźmy!

W dawnym, zapomnianym przez wszystkich bogów mieście, które dożywało ciężkiej starości w głębokim zamroczeniu, panowały wiatr i deszcz – najbardziej nieprzyjemni i niezmienni towarzysze jesiennych sztormów, obruszających się każdego roku na przeklęte księstwo Letos. Pragnęły zniszczyć skały, pożreć ziemię i zgarnąć pod siebie, zalewając słoną wodą, żeby nawet skąpa pamięć o tych brzegach na wieki została wytarta ze świata.
Szeron nienawidziła nocy tak, jak tylko może nienawidzić ten, kto zna wszystkie jej straszne tajemnice. Nie lubiła opuszczać przytulnego domu z nadejściem ciemności i teraz szła na przekór sobie, wyłącznie z powinności, która była nadrzędna wobec jej życzeń.

Jej służba – sprawa przetrwania ziomków. Sprawa życia i śmierci całego Letosu, którego tak boją się, nienawidzą i wolą nie pamiętać o nim mieszkańcy innych księstw. I właśnie z tego powodu nie jest teraz z Najli, a kolejny raz idzie ratować miasto.

Okna domów, koło których przechodzili, kryły się za ciężkimi okiennicami, potężne drzwi wyglądały na tak samo niezniszczalne jak Ziemne Góry. Mętne, rozmazane plamy światła na ścianach domostw, z rozkołysanych na wietrze latarni, jako jedyne chociaż trochę rozcieńczały maślany mrok. Zresztą ich żałosne wysiłki trudno było ocenić: ogniki blado migotały za grubymi szkłami, po których spływała deszczówka, a ich sił wystarczało tylko na to, by tworzyć złudne majaki na ciemnych, wilgotnych ulicach.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

  • Brak powiązań. Teczki musiały zostać spalone.
NOTKA BIOGRAFICZNA:
Fahrenheit Crew

Tutaj powinna być notka biograficzna redakcji Fahrenheita, ale ponieważ nikomu z nas nie chciało się jej napisać, zostawiamy tekst, który właśnie teraz czytacie. Jeśli spodziewaliście się czegoś ciekawego, przepraszamy!

Facebook.

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Prawda jest kobietą, albowiem prawda to piękno, nie przystojność. To dobrze tłumaczy powiedzenie, że kłamstwo może cały świat oblecieć, zanim prawda włoży buty. Musi przecież zdecydować, którą parę włożyć – pomysł, że kobieta z taką pozycją miałaby tylko jedną, wykracza poza granice racjonalnej wiary.

— Terry Pratchett, Niewidoczni akademicy

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie
od do
Aktualności
Międzynarodowe Centrum Targowo-Kongresowe EXPO Kraków
Soundedit ’17 – I ty zostaniesz Numanoidem
od do
Aktualności
Klub Wytwórnia w Łodzi
The Symphony of Heroes - Music from Heroes of Might and Magic©
Aktualności
Narodowe Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu (Plac Wolności 1)
Opolcon 2017
od do
Aktualności
Zespół Szkół Elektrycznych i Zespół Szkół Ekonomicznych w Opolu przy ulicy Tadeusza Kościuszki
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!