Aleksiej Piechow „Szept morza”

Morze Masona

 

Zaczynał się przypływ i kamienie przy brzegu zrobiły się śliskie. Teraz przed każdym kolejnym skokiem będzie musiał dwa razy pomyśleć, zanim wybierze kamień, na którym może stanąć. Młodzieńcowi wcale nie uśmiechała się kąpiel w zimnej wodzie, na dzień przed rozpoczęciem święta Ryby. Oczywiście, nie ma nikogo w pobliżu i nikt nie będzie się naśmiewać z upadku, ale nowa, jaskrawo-ognista koszula bez wątpienia się zniszczy i na uroczystość trzeba będzie iść w starzyźnie.

Największa głupota — skakać po kamieniach w nowej i czystej odzieży, ale nic nie mógł na to poradzić. Nigdy nie rezygnował z pieśni. Już trzecie lato, każdego wieczoru, przychodził tu, skakał po śliskich, pokrytych wodorostami głazach, wspinał się na Palec i czekał, kiedy słońce dotknie morza.

W miasteczku nazywano go dziwakiem. Chłopakowi stuknęła osiemnastka, a on na okrągło przesiaduje nad morzem, podczas gdy inni dawno porzucili próżniactwo i wywlekają z morskiego odmętu sieci lustrzanej cefali i błękitnobokiego okonia. Ten zaś… Szkoda mówić! Dziwny jest, skoro zadaje się z Zimnokrwistymi, i czy w ogóle jeszcze jest człowiekiem, ten nasz Til? Czy morze, trzy lata temu, nie ukradło jego duszy? A może przygarnął w siebie stwora i tylko patrzeć, jak zacznie nocami pożerać niemowlęta?

Nie przejmował się i nie zwracał uwagi na łowców sensacji i plotkarzy. Niech strzępią języki i kłamią tak, że księżyc posinieje ze złości; a jemu co do tego? Chociaż nie do końca była to prawda, dla niego ważne było zdanie dwóch osób w miasteczku — szanownego oberżysty „Złotej kotwicy”, mistrza Rugo, i jego córki — czarnowłosej ślicznotki Mijki. Zakochał się w dziewczynie bez pamięci, ale szanowny mistrz Rugo (by go morskie diabły utopiły!) do nowego zalotnika córeczki odnosił się ze sporą dozą chłodu, nierzadko dając posłuch klientom-plotkarzom.

Młodzieniec nie tracił nadziei na przekonanie do siebie surowego oberżysty, ale…

Skoczył, zachwiał się i machnął rękoma, starając się zachować równowagę. Udało się, niech będzie chwała Morskiemu Królowi! Oczywiście, można było nie przelatywać jak rybka-skoczek z kamienia na kamień, a po prostu dotrzeć do Palca w bród, skoro wody jeszcze niewiele. Ale moczyć butów się nie chciało, a wlec się boso po dnie pełnym jeżowców znaczyło tyle, co pozbawić się przyjemności tańczenia jutro wieczorem z Mijką — dużo się napląsasz z pokłutymi nogami? Dlatego nie było innego wyjścia, jak skakać nadal i starać się nie upaść. Szczerze mówiąc, nie było to znowu takie skomplikowane. W ciągu trzech lat wycwanił się i pokonywał odległość od brzegu do Palca w niecałe cztery minuty.

Cichy, czuły szept nabiegających na rafę koralową fal budzącego się morza, ostry zapach soli i wodorostów cały dzień leżących na słońcu, zapach morskich kropli pozostających na miejskim pirsie po sztormach, zapach świeżego chłodu wieczornego przychodzącego na podmianę gorącego sierpniowego dnia, zapach ryby, zapach bryzy, zapach wolności, krzyki mew, spotykających co wieczór rybackie łodzie… Wszystko to było znajome z dzieciństwa. Trzy lata temu do tego wszystkiego doszło jeszcze jedno — jej pieśń.

Ostatni skok na płaski, pocięty czerwonymi żyłkami kamień, i oto ręce już dotykają Palca. Krab z wielkim ciemnozielonym pancerzem i małymi kleszczami, przestraszony niespodziewanym pojawieniem się człowieka, zwinnie ześliznął się ze skały, skrył się pod wodą i gniewnie zwichrzył piasek na dnie. Til uśmiechnął się. Okazuje się, że nie tylko on upatrzył sobie Palec do wieczornych nasiadówek.

Przy samej wodzie kamienna powierzchnia obrosła ostrymi dwuskrzydłowymi muszelkami i burymi strzępami wodorostów. Wyżej była szorstka, porowata i opalizująca zielenią jak stary ser, zapomniany na najniższej półce w piwnicy. Niewysoka, wystająca z morza, rzeczywiście wyglądała na czyjś ogromny palec. Nawet przy pełni księżyca, kiedy przypływ był szczególnie duży, a także podczas listopadowych sztormów, gdy wały wody morskiej z rykiem atakowały brzeg, Palec samotnie sterczał z wody i właśnie tu wspinał się teraz Til.

Znał go jak własną kieszeń — tutaj nieduży występ, tu zawsze można oprzeć nogę, a tam, tuż nad zagłębieniem podobnym do ludzkiej czaszki, żyje niegustująca w wodzie muszla, ostra jak brzytwa, i nie należy wsuwać tam ręki, jeśli, oczywiście, nie chce się jej stracić.

Do swego punktu dobierał się długo i kiedy znalazł się na płaskim szczycie, gdzie ledwie mogło pomieścić się dwoje ludzi, krwistoczerwone, stygnące po całym dniu niebiańskiej podróży słońce prawie osiągnęło horyzont.

Usiadł, zwiesił nogi i popatrzył w dół.

Tuż za Palcem zaczynała się głębia i koralowa bariera, o którą rozbijały się niedobiegające brzegu fale. Teraz nad morzem panował pełny sztil i nawet zaczynający się przypływ z trudem mógł nakazać falom przejść z czułego szeptu na groźny łoskot. Morska toń dzisiejszego wieczoru wydawała się lekko zielonkawa i niezwykle przejrzysta. Kamieniste, biało-brązowe dno, martwe szkielety korali, snujące się tu i tam stadka tęczowych rybek, zdobywających wieczorne pożywienie. Oto machnęła skrzydłami płaszczka piaskowego koloru, śmignęło ciemne, podłużne ciało morskiego szczupaka. Lubił obserwować podwodnych mieszkańców, to łagodziło oczekiwanie na pieśń.

Morze pod wpływem chylącego się ku zachodowi słońca przybrało liliową barwę i teraz zlewało się z niebem, które tuż nad horyzontem jarzyło się stygnącą stalą. Ostatnie promienie malowały brzuchy rzadkich obłoków na różowy kolor.

Pięknie, wprost cudownie. Kilkakrotnie chciał przyprowadzić tu Mijkę, ale za każdym razem uparcie mu odmawiała, bojąc się Zimnokrwistych.

Tego nie potrafił zrozumieć. Dlaczego ludzie boją się syren? Przecież morski naród nikomu źle nie życzy, a ta syrena nawet uratowała mu życie i na pewno nigdy nie uczyni krzywdy jego ukochanej! Ale Mijka, po wysłuchaniu kolejny raz historii o tym, jak syrena wyciągnęła go ze sztormowych fal, tylko z politowaniem pokiwała głową i odeszła.

Mieszkańcy miasteczka nazywali morski naród Zimnokrwistymi i nie przepadali za nim. W tawernach wśród marynarzy i rybaków o syrenach chodziły najróżniejsze historie, słuchy i bajki. Przeważnie straszne i ponure. O tym, że pieśnią kradną dusze młodzieńców, nasyłają na niemiłe im statki bezlitosny sztorm. Zwabiają nieostrożnych marynarzy w morskie głębiny i piją ich gorącą krew.

Proszę wieczorem odwiedzić choćby „Złotą kotwicę”, a usłyszycie ogromną ilość potwornych (i najczęściej zmyślonych) historii o Zimnokrwistych. Niedorzeczność niedorzecznością, bajki bajkami, ale nawet Til, który przyjaźnił się z istotą z morskiego narodu, znał cztery obiegowe prawdy. Po pierwsze, syreny nigdy nie napadają na ludzi. Po drugie, jeśli ktoś zabije syrenę i potem bezmyślnie zbliży się do morza, Zimnokrwiści wciągną go w głębinę. Po trzecie, w ciele każdej syreny znajduje się bezcenna perła, ale mało kto ośmiela się ją zdobyć, bojąc się przekleństwa Morskiego Króla. I wreszcie po czwarte, syreny wyczuwają zbliżanie się mordercy i uśmiercić kogoś z morskiego narodu — bardzo skomplikowana sprawa. Człowiek ma zaledwie kilka sekund, zanim syrena odczyta jego myśli.

Ludzie bali się, przeklinali, nienawidzili i nie decydowali się nawiązywać przyjaźni z morskim narodem. Tila nie lubiano właśnie za tego, że nie bał się syreny i nawet (Boże, uchowaj jego zbłąkaną duszę!) słuchał śpiewu Zimnokrwistej. Z każdym rokiem mieszkańcy miasteczka coraz częściej powtarzali, że z młodzieńcem nie wszystko jest w porządku.

Chłopięca głupota, zmuszająca do wypłynięcia kruchą łódeczką na morze przy sztormowej pogodzie, kosztowała go życie. Umarł, przedtem opijając się do woli gorzką morską wodą, i gdyby nie pieśń syreny, która przywróciła go do życia… Starał się nie myśleć, co by się stało, gdyby nie znalazł się w pobliżu jednego z morskich ludów. Pewne jest, że nie siedziałby teraz na Palcu, nigdy nie spotkałby Mijki i nie zakochałby się w niej bez pamięci.

Wtedy odzyskał przytomność już na brzegu, nie wiedząc, kto go uratował. Wyziębiony i słaby jak nowo narodzony kociak leżał na zimnych kamieniach i słyszał ryk szalejącego za plecami przyboju. Zebrał na tyle siły, by podnieść się i dokuśtykać do domu. Niezbyt pamiętał powrotną drogę — ulewa, ból w piersiach, nieustający męczący kaszel, który — zdawało się — lada chwila wykręci go na lewą stronę. Łóżko, do którego było daleko jak do księżyca. Koszmary zamiast snów.

Ale rano obudził się całkiem zdrowy. Pamiętał gorycz wody, czyjeś cienkie, blade ręce, które podniosły go do chłoszczącego z ołowianych chmur deszczu i ożywczego powietrza, delikatny i niezmiernie piękny śpiew. Przypisując wspomnienia minionego dnia nocnym koszmarom, wyrzucił je ze świadomości i podziękował Bogu za cudowne ocalenie. Ale po tygodniu nogi same przyniosły go w miejsce, z którego omal nie udał się do Morskiego Króla.

Czekała już na niego obok Palca i, jak tylko ukazał się na brzegu, zaśpiewała tę samą pieśń, co i podczas sztormu. Z początku przestraszył się, i nawet chciał uciec jak najdalej od grzechu, ale pieśń syreny była taka wspaniała, że ocknął się dopiero wówczas, gdy słońce utonęło w morzu. Od tamtej pory każdego lata, kiedy morski naród pojawiał się przy brzegach królestwa, przeczekawszy niekorzystny okres roku w jakichś innych, nieznanych ludziom krainach, Til przychodził na morski brzeg, właził na Palec i czekał, kiedy przypłynie jego syrena.

Krawędź słońca dotknęła horyzontu, morze na chwilę rozbłysło pomarańczową stalą i Til usłyszał znajomy plusk. Syrena podpłynęła do skały, i witając się, uderzyła po wodzie rybim ogonem, wzbijając w powietrze tysiące bryzg. W odpowiedzi pomachał ręką. Niektórzy uważają, że syreny są nabożnie piękne, ale ci „znawcy” ani razu nie spotkali się z morskim narodem. Syreny śpiewającej dla Tila nie można było nazwać wspaniałą. Nie pasowały także do niej słowa: śliczniutka, miła, urocza i piękna. Chudziutkie, mlecznobiałe ciałko dwunastoletniej dziewczynki kończyło się srebrzystym rybim ogonem, cieniutkie ręce z błonami między palcami, mokre i rzadkie włosy białego koloru, drobne, niewyraziste linie twarzy, granatowe wargi. Z wyglądu syrena jest prawdziwą topielicą, ale za to jej oczy… Ogromne, czarujące, wchłaniające w siebie kolor całego morza. Takich pięknych oczu nawet Mijka nie miała.

— Jak się masz? — zadał syrenie zwyczajowe już pytanie.

Jak zawsze nie odpowiedziała, tylko plusnęła ogonem, a potem zaśpiewała.

Pieśń — czysta jak zimny nurt, grzmiąca jak nasuwający się dziewiąty wał wody, wspaniała jak czarne perły, cicha jak morska gładź krzepnąca lustrem podczas sztilu, oszałamiająca i nęcąca jak historie starych rybaków. W śpiewie syreny splotło się wrzeciono morza, nić nieba i płacz zachodzącego słońca. Zawsze śpiewała to samo, ale nigdy nie sprzykrzyło mu się tego słuchać.

Czas przeleciał niepostrzeżenie, słońce skryło się w morzu, zachód leniwie rozlał się po fioletowym niebie i syrena, wzbijając na pożegnanie fontannę bryzg, skryła się w ciemniejącej wodzie. Tak działo się zawsze — pojawiała się w momencie, kiedy słońce dotykało wody, i odpływała, gdy skryło się w morzu. Zbyt długą i zbyt krótką chwilę przeznaczał im czas na pieśń. Nie wiedział, dlaczego prawie każdego wieczoru przychodził tu, nie wiedział, dlaczego ratująca go syrena śpiewa. Po prostu… może tak musiało być? Ani on, ani ona nie decydowali się zakłócić ustalonego w ciągu tych trzech lat porządku. On przychodził, czekał, słuchał. Ona pojawiała się, śpiewała i odpływała, by się skryć w sercu morza.

Wstał, przeciągnął się z przyjemnością, potem zdjął świąteczną koszulę i zaczął schodzić ze skały. Musiał podnieść ręce, by nie zmoczyć nówki — przypływ sięgał do pasa.

Ostrożnie kierował się do brzegu. Za każdym razem, kiedy szedł do Palca, jakiś barani upór zmuszał go do skakania z kamienia na kamień, żeby nie zmoczyć nóg. Każdy powie: po co te wygłupy, jeśli z powrotem i tak trzeba iść po pas w wodzie?! Nie prościej dotrzeć do Palca po dnie, kiedy i tak wcześniej czy później czeka kąpiel? Bez żadnych wątpliwości prościej, ale Til od dziecka był uparciuchem i nigdy nie szukał łatwych dróg.

Pod nogami, wiadoma rzecz, trafiały się ukryte pod wodą kamienie, i pomimo obuwia obił sobie wszystkie palce i omal nie wypuścił z rąk koszuli. Wygramoliwszy się na brzeg, wyżął spodnie, i nie wkładając koszuli, skierował się do miasta. Jutro wieczorem święto Ryby i rano musi spróbować uprosić mistrza Rugo, by pozwolił Mijce iść na tańce…

Podstawową klientelą Rugo byli miejscowi rybacy i marynarze z niespodziewanie zawijających do Cichej Zatoki drobnych stateczków. Miasteczko, które rozłożyło się na brzegu Winogronowego Morza, było zbyt drobnym i nieznaczącym, by zaglądały tu wielkie jednostki. Czego niby mają szukać w prześmierdziałym rybą miejscu, które każdy szanujący się mieszkaniec miasta nazwie nie inaczej jak wsią?

O nazwie karczmy świadczył szyld w kształcie kotwicy, wycięty z blachy i pomalowany żółtą farbą — z braku złotej. „Złota kotwica” stała niedaleko miejskiego pirsu i mistrz Rugo nie narzekał na brak klientów. Zawsze znajdzie się miły człowieczek, chętny skosztować kufelek pachnącego leśnym orzechem ciemnego piwa albo zamówić buteleczkę rumu o cierpkim, drażniącym język smaku. Dźwięczna moneta trzymała się gospodarza karczmy i można powiedzieć, że mistrz Rugo, według miar rybackiego miasteczka, był bogatym człowiekiem i odnoszącym sukcesy oberżystą. Wspaniała karczma, złoto w dzbanuszku schowane na czarną godzinę, córka ślicznotka, szacunek mieszkańców miasteczka. Wprost nie życie, a melasa!

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
Cintryjka

Nazgul Ortografii, redaktorka-hobbystka, okazjonalnie recenzentka. Długi staż recenzencki sprawił, że zrobiłam się bardzo wybredna i teraz czytam już tylko to, na co naprawdę mam ochotę. Jeśli jest to fantastyka, to bardzo rzadko polska. Jeśli już polska, to najczęściej z oferty wydawnictwa Powergraph. Strona językowa i stylistyczna utworu ma dla mnie pierwszoplanowe znaczenie, dobra fabuła to nie wszystko. Ważna jest również konstrukcja psychologiczna postaci. Moim ulubieni fantaści to Scott Lynch, Peter Watts, Neal Stephenson, Jim Butcher, Matthew W. Stover, Dan Simmons, Agnieszka Hałas, Anna Kańtoch i Wit Szostak.

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Mężczyźni kochają wiele razy, ale zawsze w istocie tylko siebie.

— Patrick White, Voss

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie
od do
Aktualności
Międzynarodowe Centrum Targowo-Kongresowe EXPO Kraków
Soundedit ’17 – I ty zostaniesz Numanoidem
od do
Aktualności
Klub Wytwórnia w Łodzi
The Symphony of Heroes - Music from Heroes of Might and Magic©
Aktualności
Narodowe Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu (Plac Wolności 1)
Opolcon 2017
od do
Aktualności
Zespół Szkół Elektrycznych i Zespół Szkół Ekonomicznych w Opolu przy ulicy Tadeusza Kościuszki
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!