Daniel Drob „Wyjątkowo szary listopad”

Grafika: Adam Cebula

Stopniowo zbliżał dyszę myjki ciśnieniowej do karoserii. Jakimś cudem stary lakier nie schodził razem ze świńską krwią i błotem. Najpierw umył zakrwawiony grill i maskę, następnie, z większej już odległości, wycelował strumień w szybę. Gdy wymieszana z wodą i błotem jucha spłynęła, Zgrab mógł dokładnie obejrzeć straty. Jedna albo dwie świnie – nie pamiętał dobrze – przekoziołkowały po samochodzie, ale w tamtej krótkiej chwili błoto nie pozwoliło dostrzec dewastacji. Teraz stoi i myje, i patrzy, jak nici pajęczyny rozchodzą się od wycieraczek aż po dach. Katastrofa, szyba do wyrzucenia, okazja, by znaleźć inną, być może nigdy nie nadejdzie. Tak to wygląda w naszych czasach.

Zgrab otworzył drzwi jeepa i przesunął przednie siedzenia jak najbliżej deski rozdzielczej, następnie usiadł z tyłu, z podłogi podniósł opasły Słownik terminów technicznych. Zaczął kasłać, ostatnio coraz częściej mu się to przytrafia, ale na razie się nie przejmuje, nie należy do ludzi, którzy przejmowaliby się napadami kaszlu. Poza tym to od palenia – mówił sobie – za dużo fajek, ale jak tu nie palić, jak nie palić teraz, w naszych czasach? Na twardą okładkę Słownika terminów technicznych wysypał garstkę tytoniu i przeszukał kieszenie kurtki. Gdy niczego nie znalazł, ostrożnie odłożył słownik z tytoniem na siedzenie obok. Wyginając ciało między przednim fotelem a sufitem, sięgnął do schowka i wyjął z niego nieduży pakiet.

Niewątpliwą zaletą słownika była jego twarda oprawa, wadą zaś objętość i waga. Czasem, jak Zgrabowi trafiło się jakieś dłuższe przeczekanie, zaglądał do niego i czytał definicje wyrazów, które po chwili zapominał. Zwykle jednak wyrywał te słowa. To znaczy, nie same słowa, tylko kartki nimi pokryte. Wyrywał i sztukował, żeby mieć w co zawinąć tytoń albo trawkę, albo tytoń z trawką. O ile zatem do głowy terminy techniczne mu nie wchodziły, płuca wchłaniały je niczym powietrze.

Nad słownikiem zaczął rozdzierać i kruszyć zielonkawy susz. Zgrab lubił zapalić i piwo wypić lubił, szkoda tylko, że piwo trudno było dostać, bliżej Zamku czasem coś rzucili. Gorzej tutaj, w gminie, za Wielkim Lasem, tutaj piwo w sklepie to święto. Zgrab lubił też czasem coś wciągnąć i jakąś wyruchać, nawet jak ona nie lubiła, a jak żadnej w pobliżu nie było, lubił sam sobie dogodzić. Lubił przypierdolić od czasu do czasu, nażreć się i pokrzyczeć. Czasem też pomilczeć, ale jak milczał, zaczynał myśleć, a jak myślał, zwykle nie rozumiał obiektów, o których myśli, i to go bolało. Bardzo go bolało, że nie rozumie, czym jest ten świat, czym jest on i dlaczego robi to, co robi. Czy mógłbym robić coś innego? – męczył się.

Zgrab nie mógłby robić niczego innego, nie z taką historią. Zgrab nie mógłby być kimś innym. Zgrab może być tylko Zgrabem.

Już mu się przysypiało, gdy z ręcznego CB radia wydobył się trzask. Usłyszał głos Michałowskiego.

– Zgrabie! Zgrab! Nie śpij, wpadnij do mnie na herbatę. No chodź, chodź, mam dobrą herbatę, serio, napijesz się gorącego, no chooodź.

Jak Edmund Michałowski zaprasza na herbatę, to może oznaczać wszystko poza herbatą.

Mimo dużej niechęci hycel wstał. Nie obchodził go interes Michałowskiego ani gorący napój, którego i tak pewnie nie będzie. Zgrab od rana nie miał niczego w ustach i liczył na jakiś posiłek. Bo choć wójt słynie ze skąpstwa, to przecież sam go wezwał. Nie byłby, myślał, takim chujem przecież, żeby wzywać i nawet cienkiej zupy nie podać.

Michałowski mieszkał nieopodal starej rogatki. Niedawno zrobił remont mieszkania, ludzie mówią, że wziął z gminnego budżetu. Ludzie nie są głupi, nawet w naszych czasach. Obok domu Michałowskiego jest urząd, nie ma więc daleko do pracy. Ale to już zwykły zbieg okoliczności – mieszkał tam, jak jeszcze nie był panem gminy.

– Cześć! Wchodź, wchodź, nie zdejmuj butów, siadaj. No! Co tam słychać, dużo roboty dzisiaj?

­– Normalnie – odpowiedział i usiadł przy stole. Ku jego zaskoczeniu Michałowski postawił przed nim kubek z herbatą. W domu było ciepło, okna były szczelne i mimo liszajów na suficie można było za taki kąt zabić. Jeśli jednak Zgrab miałby to zrobić, to nie dlatego, że podobało mu się siedzenie w cieple. Jeśli kiedykolwiek Zgrab zrobi to, co tak często sobie wyobraża, czyli zmiażdży głowę Michałowskiego pięścią z kastetem, to za co innego. Zabije go za te wszystkie „Zgrabie! Zgrab! Zgrabciu kochany!”, to za tę familiarność podszytą pogardą rozerwie mu kiedyś ciało i rozrzuci po gminie, nakarmi nim szarych ludzi, którzy jak świnie jedzą wszystko. Widzi, jak zjadają jego twarz, wysysają krew z szyi, rozrywają brzuch i wchłaniają trzewia.

Na myśl o rozszarpaniu wójta Zgrab zaczął się pocić z ekscytacji. Łaskoczące strużki spływały po skórze i wsiąkały w ubranie.

– Powiedz mi, kolego, jak mają się sprawy z tymi bandziorami? – Michałowski rozproszył jego wizję. – Coraz bardziej mnie wkurwiają. Że człowieka w lesie ktoś czasem w naszych czasach zaatakuje, to się zdarza, ale żeby pocztę napadać? Pomyślałem sobie, że ktoś z nimi musi w końcu zrobić porządek, no a powiedz, kto, jak nie ty? Nie mamy tu u nas zbyt wielu rozsądnych ludzi, rozsądnych i z jajami. Natomiast ty, Zgrabciu, jako szef gminnego wydziału stabilizacyjnego, nadawałbyś się do tego idealnie. Żebyś zrozumiał, pieniądze ekstra dostaniesz, na wszystko napiszemy nowy kontrakt, nie chodzi, żebyś ich ganiał po lasach, ale żeby tak wybadać, o co im biega. Rozumiesz? Czemu nie pijesz herbaty?

Zgrab podniósł kubek do ust. Wiedział, o czym mówił Michałowski, wiedział dużo więcej niż on. Ludzie zawsze dużo mówili, nawet jak nie powinni, a Zgrab zawsze słuchał. Nawet jak nie powinien. Dlatego był najlepszym hyclem po tej stronie Wisły. Dlatego wiedział, że żadna banda nie napadła poczty, tylko jeden facet z psami, facet, którego tu nie powinno być. Nie wiadomo, gdzie był i co robił, wiadomo tylko, że wrócił do Bomanowa ze swoim insurgenckim projektem. Przynajmniej Zgrab wiedział. Hycel może nie był geniuszem, ale więcej słuchał, niż mówił, a to zwykle wystarcza, by wiedzieć.

– Sprawdzę. Gotujesz jakiś obiad, czy coś? – zapytał, wypluwając na podłogę fusy, które zatrzymały się na zębach.

Michałowski spojrzał na niego, jakby nie rozumiał pytania. Po chwili namysłu poszedł do kuchni i wrócił z kawałkiem kiełbasy długości kciuka. – Mogę ci jeszcze dolać herbaty – powiedział.

Zgrab niewiele pamięta z dzieciństwa, ale wydaje mu się, że wtedy było normalniej. Na pewno widywało się mniej szarych ludzi, kurczaków, marszczków czy jak ich tam jeszcze naród nazywa. W ośrodku nie było co prawda wesoło, ale z drugiej strony, nie musiał tyle myśleć; żeby przeżyć, wystarczyło napinać w odpowiednim momencie mięśnie. Jeśli raz na jakiś czas pojawiał się chaos, personel przez lata wypracował metody, by sobie z nim sprawnie poradzić. Wtedy umiejętność napinania mięśni przydawała się najbardziej. „A przede wszystkim w ośrodku nie było świń, które wpadają stadem pod samochód” – pomyślał, zbliżając się do jeepa. W poprzednim życiu Zgraba nie było też wielu innych rzeczy: głodu, Michałowskiego, innych hyclów i w ogóle hyclowania. Był za to strach. Zgrab urodził się kilka lat po rozpadzie Unii, kiedy było już wiadomo, że amerykańscy naukowcy nie wymyślą niczego nowego w kwestii kurzej grypy. Zgrab pamiętał, jak w telewizji, bo była jeszcze telewizja, pokazywali chorych. Widział ich szare, pomarszczone ciała. Ciała trzydziesto-, dwudziesto-, dziesięcioletnie, ciała niezdolne do samodzielnego życia, ciała szare od urodzenia lub ciała nagle szarzejące. Bo tak działała zaraza, chyba tylko dla oswojenia się z jej paskudnością nazywana kurzą: niektórzy się z nią rodzili, inni nabywali, jeszcze inni, jak Michałowski, wyszarpywali dzięki niej kawałek władzy.

Zgrab miał czas przygotować się do zawodu. Już wtedy, w ośrodku, przed telewizorem, zastanawiał się, po co oni żyją, przeczuwał, że nic dobrego z ich istnienia nie wyniknie, już wtedy był gotowy na tę robotę. Później, po wyjściu ze schroniska dla nieletnich w Bomanowie, przemianowanego po jakimś czasie na ośrodek dla nieletnich w Bomanowie, spotkał Michałowskiego. Michałowski, jeszcze nie wójt, jeszcze nikt (ale z zadatkami na kogoś), dał mu trochę grosza za pobicie jakiegoś faceta, starszego referenta ds. gospodarki komunalnej w gminie Bomanów. Później Michałowski wygrał wybory. Zgrab nie wiedział, że to były pierwsze w Polsce wybory po 89’, w których wygrywał ten, co wiedział, kogo pobić, a nie ten, który wiedział, komu lizać tyłek. Michałowski wtedy stał się prawdziwym Michałowskim, a niejaki Piotrek, prosty, ale nie jakiś bardzo głupi chłopak, stał się Zgrabem, hyclem z papierami. Marszczków przybywało, była robota, ani dobra, ani zła, po prostu robota.

Zgrab wsiadł do samochodu i dokończył skręta. Wyłączył CB, wydłubał z nosa jakąś obrzydliwość i zasnął z nią na palcu.

Bocian przeżył, mimo że po drodze z gniazda zahaczył łbem o krawędź wiaty. Gdy Zgrab, rozbudzony hukiem, do niego podszedł, ten bezdźwięcznie otwierał i zamykał dziób, jakby ostatkiem sił próbował zaklekotać. Hycel spojrzał na jego gołą skórę, szarą, jakby ugotowaną, i spróbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widział ptaka z piórami. Jest ich coraz mniej, zwłaszcza bocianów. W pierwszych zimach epidemii widywało się ich mnóstwo, bo nie miały sił na lot do Afryki. Później zdychały, dziesiątkami, setkami. Niedługo zdechną wszystkie, bo te, co maja pióra i siłę do latania, zawsze po zimie wracają do zarazy. Zgrab nie mógł tego zrozumieć, dlatego poszedł po nóż do samochodu i zrobił krótkie ciach na długiej szyi ptaka. Zawsze tak robi, gdy nie rozumie.

Noc, a właściwie ciemny przedświt, był chłodny, nawet jak na połowę listopada. Zgrab rozpiął ortalionową kurtkę na wysokość mostka i opatulił się grubą chustą. Nie było już sensu kłaść się spać, podniósł więc maskę jeepa i kilka razy ścisnął gruszkę pompki – gdy silnik nie pracuje, ropa gdzieś spływa i trudno odpalić. Następnie uruchomił samochód i znowu dostał ataku kaszlu. Gdy mu przeszło, jeszcze raz obejrzał rozbitą przez świnie szybę. Po lewej stronie nitki pęknięcia były rzadsze, jazda z pozostawioną szybą – choć niezbyt komfortowa – była możliwa. Ta diagnoza, zwłaszcza w kontekście zimy, która zaraz nadejdzie, poprawiła Zgrabowi humor do tego stopnia, że na chwilę przestał myśleć o rzucaniu Michałowskiego marszczkom na pożarcie. Usiadł za kierownicą i ruszył w stronę Dołów.

Lubił tę osadę. W jego rewirze, który składał się aż z pięciu dużych wsi, Doły były właściwie jedynym miejscem, gdzie niemal zawsze znalazł się ktoś szary do wyłowienia. Trudniej było radzić sobie z upartymi mieszkańcami, ale Zgrab zawsze ich przekonywał. Jak nie pałką, to pistoletem. Jeśli gdzieś rzeczywiście istnieje jakaś partyzantka, to tylko w tym sołectwie, cichym, ukrytym między drzewami skupisku domów i chat, w większości pustych.

Droga prowadząca do lasu była w całkiem niezłym stanie. Dopiero kilkaset metrów przed pierwszymi drzewami zaczynała się rozpadać; dziury gęstniały i pogłębiały się z każdym metrem, ominięcie wszystkich stawało się niemożliwe. Zgrab zwolnił do 10 km/h, samochód toczył się z wolna, podskakując co rusz na ubytkach. W końcu skręcił w polną ścieżkę, która otaczała las, i zatrzymał jeepa za niewielkim zagajnikiem na środku pola. Wyjął ze schowka dwa zapasowe papierosy i pistolet, wrzucił do swojego plecaka na jednej szelce. Nóż już w nim leżał.

Zgrab przedarł się przez pierwsze chaszcze, minął pierwsze drzewa, po czym zastygł w bezruchu, aby rozeznać się w terenie. Najbezpieczniejsza, ale i bodaj najdłuższa droga wiodła wzdłuż wysokiej skarpy, przecinającej sporą połać ziemi na północy lasu. Wieśniacy zwykle się tam nie pojawiali; niewiele rosło tam drzew, które można by było wyrąbać na opał, niewiele było owocowych krzewów i grzybów, rzadko też widywano w tej części lasu zwierzynę. Zgrab szedł najciszej, jak potrafił. Po latach spędzonych na stawianiu buciorów tam, gdzie  go nie chcą, wiedział, jak ważne jest zaskoczenie. I mimo tych przepracowanych lat nadal był pod wrażeniem sprytu wieśniaków, którzy potrafili organizować skrytki pod ziemią, w ścianach domu, w kominach, psich budach, śmietnikach i szambach. Umieli też bardzo szybko reagować, gdy tylko usłyszeli bądź zobaczyli cokolwiek, co nie należało do ich codziennego krajobrazu.

Hycel miał przed sobą jeszcze ponad kilometr marszu, musiał trochę przyspieszyć. Nie miał planu, co zrobi, gdy już będzie w wiosce, ale zwykle tak jest, że się nie planuje. Po prostu się wchodzi: do mieszkania, do pokoju, do piwnicy, a później samo jakoś leci: zrywa się podłogę, rozbija ścianę, łapie pomarszczone, szare ręce, ogłusza, czasem się strzela na miejscu. I się odchodzi, zostawiając krzyk, głośny i niezrozumiały. Po co? Za czym oni się tak drą? — zastanawiał się i im dłużej wyławiał, neutralizował, sprzątał, tym trudniejsze wydawało mu się znalezienie odpowiedzi na to pytanie.

Dom sołtysa Dołów – Kołodziejskiego, Kołodzieja, Kołodziejczaka, Zgrab nie mógł sobie przypomnieć nazwiska – stał przy głównej drodze, będącej przedłużeniem popękanej szosy, po której wcześniej toczył się jeepem. Obok sołtysowej posiadłości stały tu jeszcze dwa inne, nowsze i brzydsze, postawione nie dawniej niż pięć lat temu budynki. Budowniczowie tych surowych, pustakowych brył-straszydeł rysowali projekty kredą na dyktach, albo w ogóle się projektami nie przejmowali. Dom, za którym stał Zgrab, składał się z wystających we wszystkie kierunki klocków, można było się domyślić, że każdy z nich jest oddzielnym pomieszczeniem. Hycel rozejrzał się po okolicy i szybkim krokiem podszedł do furtki bez zamka. W głębi podwórka, po prawej stronie, stała drewniana komórka, z której dochodził dźwięk uruchomionej szlifierki. Zgrab bez pukania otworzył drzwi. Szlifierka ucichła.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

  • Brak powiązań. Teczki musiały zostać spalone.
NOTKA BIOGRAFICZNA:
Cintryjka

Nazgul Ortografii, redaktorka-hobbystka, okazjonalnie recenzentka. Długi staż recenzencki sprawił, że zrobiłam się bardzo wybredna i teraz czytam już tylko to, na co naprawdę mam ochotę. Jeśli jest to fantastyka, to bardzo rzadko polska. Jeśli już polska, to najczęściej z oferty wydawnictwa Powergraph. Strona językowa i stylistyczna utworu ma dla mnie pierwszoplanowe znaczenie, dobra fabuła to nie wszystko. Ważna jest również konstrukcja psychologiczna postaci. Moim ulubieni fantaści to Scott Lynch, Peter Watts, Neal Stephenson, Jim Butcher, Matthew W. Stover, Dan Simmons, Agnieszka Hałas, Anna Kańtoch i Wit Szostak.

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Zawsze, jak magnes opiłki żelaza, przyciągałem wariatów.

— Stanisław Lem

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Igrzyska Wolności 2017 - „RE:wolucja / Cyfrowa rzeczywistość”
od do
Aktualności
6. Dzielnica, ul. Piotrkowska 102
Spotkanie autorskie z Jackiem Dukajem
Aktualności
Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (ul. Zachodnia 93, 90-402 Łódź)
Spotkanie z Maciejem Parowskim
Aktualności
Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (ul. Zachodnia 93, 90-402 Łódź)
21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie
od do
Aktualności
Międzynarodowe Centrum Targowo-Kongresowe EXPO Kraków
Soundedit ’17 – I ty zostaniesz Numanoidem
od do
Aktualności
Klub Wytwórnia w Łodzi
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!