Daria Bułatnikowa „Dom nad strumieniem”

– Bo nikt więcej nie mógł tu zamieszkać, ten dom trzy razy odsprzedawano, póki ona z mężem nie kupiła. Mówią: nieczysto tam. Wszyscy uciekali, nie mogli wytrzymać. A ci wcześniej przyjeżdżali rokrocznie, pokoje wynajmowali. Ostatecznie dom im się dostał za bezcen, bo innych nabywców nie było. I trzeci rok mieszkają. Dopiero teraz po raz pierwszy sublokatorkę wpuścili

Wzruszyłam ramionami. Wyjaśniać ciekawskiej emerytce, dlaczego nie mam powodu do obaw, nie chciało mi się.

Potem jeszcze nieraz cierpliwie wysłuchiwałam Róży, która prawdopodobnie ciągle wypatrywała mnie na drodze, by napędzić mi strachu. Historia zagłady Anny, oprócz skręconego karku, została ubarwiona potworną raną na głowie, a Haliny – tym, że zadarła z wariatem. Woskową twarz człowieka, którego w Gornym uważano za szaleńca, czasami widziałam za dawno niemytymi szybami okien narożnego domu. Mieszkał samotnie i tylko kuzynka odwiedzała biedaka, by przynieść mu jedzenie.

Musa, tak go nazywano, wydawał mi się nieszkodliwy i nieszczęśliwy. Mówili, że od trzydziestu lat nie wychodzi z domu – boi się. W dzieciństwie matka za coś go skarciła i nie pozwoliła wychodzić z domu przez trzy dni, a on nie posłuchał i wybiegł na podwórze, gdzie z drzewa rzucił się na niego ogromny, czarny ptak. Chłopak doznał takiego szoku, że od tego czasu przy próbie wyprowadzenia go za drzwi padał na ziemię i dostawał drgawek. Rodzice Musy dawno umarli, a on nadal mieszkał samotnie, nie opuszczając czterech ścian.

– Napadła go kawka, pewnie chciała dziobnąć agrafki, przypięte do oślinionego kaftanika – domyślała się Róża. – Jaki tam dla niej wstyd? Była rozwódką, rozpustnica. Nie brzydziła się, że Musa żółty i straszny. Kiedy ją zabito, on tam, u siebie, miotał się jak w klatce, płakał. A mimo wszystko nie wyszedł. I milicja do niego przychodziła, ale zostawili go w spokoju i tyle. Czego można od niego wymagać – szalony.

Nie wiem dlaczego, ale słuchać historii nieszczęśliwej miłości Musy nie potrafiłam obojętnie. Odwracałam się i uciekałam do swego azylu za strumieniem, siedziałam na starej ławce, patrząc, jak Derek ugania się za ważkami, słuchałam, jak obsypują się morele i krzyczą w niebie mewy.

Wieczorami czytałam. Właziłam z nogami na wgnieciony fotel i dosłownie połykałam książkę za książką, nie pamiętając tytułów ani treści. Czasami tak i zasypiałam, zwinąwszy się w kłębek. Budziłam się dopiero o świcie, dlatego, że Derek zaczynał skomleć i skrobać drzwi, domagając się spaceru.

W domu był raptem jeden pokój, ale ogromny, z czterema oknami, symetrycznie rozmieszczonymi z dwóch stron. Na ślepej ścianie, zwróconej do zbocza, wisiały rysunki Andrzeja, wykonywane węglem i sangwiną. Z przeciwległej strony była wydzielona nieduża kuchnia i kabina prysznicowa. Toaleta – drewniana budka – znajdowała się w ogrodzie. Gazowa kuchenka, piecyk gazowy do prysznica, wodociąg i elektryczność. Więcej żadnych udogodnień w domu nie było, nawet telefonu. Nieraz, przytuliwszy się policzkiem do nierówno otynkowanej ściany, słuchałam cichych skarg domu na nietrwałość dachu, pęknięcia w murze, nieobecność normalnego pieca, z braku którego zimą trzeba było ratować się ogrzewaczem. Chociaż zima tu krótka i ciepła.

Nigdy nie włączałam radia, nie żałowałam, że nie ma telewizora albo najprostszego odtwarzacza. Ale za to nauczyłam się słyszeć miękkie ślizganie się grubych pasiastych ślimaków po gałęziach krzewów.

Okres deszczowy rozchwiał się – z rana mogło świecić słońce, a po obiedzie nadciągały płaczliwe chmury i znów brudne strumyki płynęły po ogrodowych ścieżkach, zabierając opadające z krzaków kwiaty. Pod wieczór deszcz zwykle ustawał i następował czas dusznych, mlecznobiałych mgieł, podnoszących się od ziemi do stopniowo ciemniejącego nieba. Zawilgocone meble, pęczniejące od wilgoci książki, pleśń na chlebie. Teraz czas odmierzał deszcz lub jego brak.

Miesiąc takiego życia zdecydowałam się jakoś uczcić, dlatego kupiłam na targu butelkę różowego ubiegłorocznego wina i pitę.

Od wina głosy stały się wyraźniejsze, ale słowa nadal były nierozróżnialne. Wytłumaczyłam sobie, że być może przyczyna tkwi we mgle, i wyszłam do ogrodu. Na próżno – usłyszałam tylko szmer osypującego się żwiru i miękki dźwięk upadku ciała na kamienie. Przechyliłam się przez mur, który otaczał strumień, ale na dole wszystko tonęło w białym kisielu. Na początku bałam się, że Derek może spaść z wysokości. Niepotrzebnie – pies nawet nie zbliżał się do ogrodzenia.

W głowie lekko mi się kręciło. Po drugiej stronie strumienia poryw wiatru wstrząsnął niewidoczną w ciemności magnolią i poleciały na mnie zimne krople. Wiatr znad morza rozdmuchiwał mgłę i studził moje płonące policzki. Odwróciłam się w stronę domu, do jego przytulnie świecących okien. Zasłonięte różnokolorowymi storami, wyglądały jak witraże.

Co to jeszcze mówiła Róża o zaczarowaniu Emmy?

To wszystko bzdury. Przypadkowe, niepodobne do siebie śmierci dwóch kobiet. A w ogóle, trzeba by zadzwonić do Moskwy, dowiedzieć się, jak sobie poradzili Andrzej z żoną. Przez cały miesiąc jakoś nie zdążyłam tego zrobić. Ale gdyby coś było nie tak, zadzwoniliby sami, dałam im numer komórki. Tylko że telefon dawno się rozładował. Chociaż… wcale mnie to nie martwiło. Jeśli jutro sobie przypomnę, naładuję.

We mgle głucho krzyknął ptak i zamilkł, jakby przestraszył się własnego głosu. Pora spać. Ciekawe, dlaczego Emma zgodziła się żyć w takim odosobnionym miejscu? Rozumiem siebie. Ale ona? Na pewno Róża ze dwadzieścia razy zdążyła opowiedzieć jej wszystko o morderstwach.

A przecież, jeśli przyjeżdżała tu od kilku lat z Andrzejem, to zupełnie możliwe, że nie dowiedziała się o tym od sąsiadek, tylko mogła być w tłumie gapiów, zbiegających się, by obejrzeć cudzą śmierć.

Dziwne myśli zaprzątały głowę. Opędziwszy się od nich, wróciłam do domu i znowu usłyszałam w ogrodzie kobiecy krzyk. A może mi się zdawało? Ponieważ intonacja była inna, wyglądało na to, że Anna chciała coś przekazać tylko mnie. Potem wszystko ucichło. Mgła jest wielkim oszustem i mistyfikatorem, zniekształcającym realność i dziwacznie przemieszczającym dźwięki. Dlatego lepiej nie ulegać tej prowokacji.

Dopiłam wino i z wahaniem spojrzałam na regał z książkami. Był zapełniony, czym się dało – od starych podręczników szkolnych i powieści detektywistycznych, po dzieła naukowe i filozoficzne. Stary, solidny, pamiętający licznych właścicieli stróż podniszczonych tomów. Pamiętam, że zaczynałam czytać od górnej półki. Teraz, dla odmiany, sięgniemy po te z dołu.

Usiadłam po turecku na podłodze i otworzyłam dolne skrzydła mebla. Od zleżałych papierów rozszedł się zapach butwienia i zbyteczności. Przebierając pożółkłe teczki z rysunkami, broszury i albumy, zapragnęłam natychmiast wszystko rzucić i wleźć pod ciepły pled. Ale uparcie grzebałam dalej, jakbym czegoś szukała. Stara koperta wyśliznęła się z jakiegoś czasopisma i upadła na podłogę. Zwykła koperta, naddarta niecierpliwą ręką. W poprzek adresu i znaczków na ukos napisane było czarnym flamastrem „Suka!”.

Wewnątrz tkwił list – kartka papieru w kratkę, na której niejaki Michał nabazgrał długopisem, że przyjedzie za tydzień. Na końcu znalazły się całusy i różne czułości. Nadawcy nie było, więc odwróciłam kopertę. List był adresowany tu, do Anny Brusiłowej, data na stemplu – sprzed sześciu lat. Poczułam się niezręcznie, jakbym z ciekawości zajrzała przez dziurkę od klucza i zobaczyła nieznanych sobie ludzi zajmujących się seksem.

Innych śladów bytności Anny nie znalazłam. Dziwne, jak ocalał list, skoro w domu nie raz zmieniali się właściciele, i kto zostawił na kopercie ten dyszący nienawiścią napis? Emma mówiła, że mebli nie wymieniali – zbyt dużo kłopotów sprawiałoby przeciąganie szafy i łóżka po chwiejącym się mostku. A zresztą, po co? O, kiedy już przebudują dom, wtedy trzeba będzie zająć się umeblowaniem, a tymczasem… I tak jest przytulnie.

Podszedł pies, bodnął szerokim łbem w ramię, jakby mówiąc: „Pora spać!”. Rozciągnął się obok, kładąc mi mordę na kolanach.

Rzeczywiście, pora spać, gdzieś wysoko, na zboczu, już zaczęły nawoływać się pierwsze ptaki.

Rano sama odnalazłam Różę, kopiącą w swoim ogrodzie odprowadzające wodę rowki.

– Rozwarły się czeluście niebieskie – poskarżyła się, wbijając szpadel w ziemię. – Boję się, że truskawki całkiem zmyje. A jeśli nie zmyje, to korzenie zgniją. A ślimaków zatrzęsienie. Ich rok…

– Różo, opowiedz mi o Annie – poprosiłam. – Jakie miała życie?

– No jakie? Takie, jak wszyscy. Chłop od niej odszedł, zaciągnął się do marynarki. Dzieciaczków nie było, więc żyła sama. Wesoło żyła, jak ptaszek, o jutrzejszym dniu nie myślała.

– A Michał to kto?

– Michał? – Ściągnęła wargi, poprawiła spinkę we włosach i wzruszyła ramionami. – Przyjeżdżał tu do niej taki jeden. Mówiła, że lokator. Tylko że pokój miała jeden, sama wiesz. A na werandzie to on nie spał. Tak że wiemy, co to za lokator. Po jej śmierci jeszcze raz się zjawił, przyjechał na pogrzeb. Na twarzy się zmienił, kiedy trumnę na podwórku zobaczył. Ale Anki nie zabił, milicja sprawdzała. W tym czasie jeszcze w swoim Murmańsku się znajdował. Taka to smutna historia – zakończyła z patosem.

Postałam chwilę, przyjęłam w podarunku trzy wilgotne, rumiane brzoskwinie i wróciłam do siebie. To znaczy że list otrzymała Anna krótko przed śmiercią. Po co chciałam się tego dowiedzieć, nie wiedziałam sama. Cały czas miałam przed oczyma czarne słowo „Suka!”

Znowu polazłam do szafy i wyjęłam kopertę. Teraz, w świetle dnia, napis wydał mi się bledszy, jakby rozmyty. Przeciągnęłam po nim palcem, na opuszku został brudny ślad. Paskudztwo jakieś!

Chwyciwszy z półki pierwszą lepszą książkę, wyskoczyłam do ogrodu. Nieufnie obejrzałam stary, szary od przeżytych deszczy hamak, i ostrożnie usiadłam. Wytrzymał.

Potem deszcz zapędził nas z Derekiem do domu. Za oknem płakały krzaki.

Pod wieczór spostrzegłam, że braknie chleba, i biorąc ze sobą psa, udałam się do sklepu. Purpurowe, niepokojące słońce tonęło w morzu, próbując w ostatniej chwili oddać wybrzeżu chociaż trochę ciepła. W powrotnej drodze wstąpiliśmy do Mopsy.

– No, co tam u ciebie? – niespodziewanie zainteresowała się zazwyczaj oszczędna w słowach starucha. – Nie chcesz wrócić?

Pokręciłam głową. Nie, potrzebny mi właśnie ten dom, wieczorna mgła, szemranie strumienia i głosy… Złudne, wymykające się życie, wilgotne powietrze i smak dojrzałych, pękających od najmniejszego dotknięcia śliwek.

Ale zwykły tryb życia dzisiaj został zakłócony. Zmarszczyłam się, widząc, że koło mostku czeka na mnie Andrzej. W jasnych spodniach i kurtce z czarnego materiału byłby podobny do zwykłego playboya, gdyby nie zasępione, zmęczone spojrzenie. Przywitaliśmy się.

– Wybacz, przyjechałem nie na długo, powinienem tylko coś zabrać, książki i stare szkice. Nie będę cię krępować, jeszcze dzisiaj wyjadę.

Obejrzałam się. Samochodu w pobliżu nie było, a ostatni autobus z osiedla odszedł ze dwie godziny temu. Andrzej zrozumiał moje spojrzenie i wzruszył ramionami:

– Wieczorem powinien być kuter. Nocą będę na dworcu, rano pociąg. Próbowałem połączyć się z tobą, ale telefon masz wyłączony.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
Ebola

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Mężczyźni kochają wiele razy, ale zawsze w istocie tylko siebie.

— Patrick White, Voss

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Suren Cormudian w Warszawie
Aktualności
Empik Junior (Marszałkowska 116/122, Warszawa)
Kola 2018
od do
Aktualności
Arteteka (ul.Rajska, 31-124 Kraków)
Jakub Ćwiek w Szczecinie
Aktualności
Miejska Biblioteka Publiczna w Szczecinie ProMedia (Al. Wojska Polskiego 2, 70-471 Szczecin)
Konwent Fantastyki „KoKon” 2018
od do
Aktualności
Młodzieżowy Dom Kultury-Energetyk w Koninie, 3D, Przemysłowa, Niesłusz, Konin, województwo wielkopolskie, 62-510, Polska
Spotkanie z Martyną Raduchowską
Aktualności
Worek Kości, ul. Bagatela 10, 00-585 Warszawa
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!