Daria Bułatnikowa „Dom nad strumieniem”

Zrobiło mi się wstyd, że nie mógł się dodzwonić, by poprosić o wysłanie potrzebnych papierów. Zapomniałam doładować baterię.

– Po co masz wracać nocą? Przenocujesz, a rano odjedziesz autobusem – zaproponowałam, pokonując własne opory. To nic, jedną noc jakoś przeżyję, sama sobie jestem winna.

– Nie chcę przeszkadzać – rzucił krótko i pomaszerował po mostku do furtki.

– Nie przeszkodzisz.

– No dobrze, zgoda. – Zatrzymał się przy ganku. – Prześpię się na werandzie, trzeba będzie odszukać zapasową kołdrę. O cholera!

Wyprzedzający nas Derek zatarasował drzwi. Nigdy tak się nie zachowywał – sierść na dolnej części grzywy stanęła dęba, a nos marszczył się, niedwuznacznie obnażając kły. Okazuje, że mój pies umie bronić mojego domu. Trzeba było znów przypinać smycz i przywiązywać psa do najbliższego drzewa.

– Leżeć!

Włączyłam czajnik i siedziałam w kuchni, póki Andrzej w pokoju grzebał w szafie i szeleścił papierami.

Wszedł jeszcze bardziej zasępiony, nie zdejmując kurtki, usiadł przy stole. Piliśmy herbatę, starannie unikając swych spojrzeń.

– Jak tam twoja praca? – zapytałam tylko po to, by przełamać uciążliwe milczenie.

– Nieźle. Jeśli zdążę na czas, to kupimy samochód. I na remont domu zostanie.

Tymi słowami przypomniał mi, kto jest tu prawdziwym gospodarzem. Zmieszałam się jeszcze bardziej.

– Wybacz, Żeniu – zdaje się, po raz pierwszy nazwał mnie po imieniu – tam, u ciebie, troszkę pogospodarowaliśmy. Rzeczy powkładaliśmy do szaf. No, sama rozumiesz.

Rozumiałam. Mojej ucieczce nie towarzyszyło choćby najmniejsze sprzątanie i w mieszkaniu wszystko było w pełnym nieładzie – moja i Pawła odzież, wszelkie niepotrzebne drobiazgi, nawet przyniesione przez Antona kwiaty umierały w wazonie.

– Mówiłaś, że mieszkasz sama – kontynuował Andrzej z niepasującą do niego ciekawością.

– Mieszkałam z mężem – burknęłam, czując powracający ból, który tak starannie nauczałam się trzymać na odległość. – Nie ma go już.

– Przytrafiło mu się jakieś nieszczęście? Wybacz, chyba nie chcesz o tym mówić.

– Nie, dlaczego… Mam nadzieję, że z nim wszystko w porządku. Po prostu znalazł sobie inną i zostawił mnie.

Tępy pazurek ostrożnie drapnął gdzieś wewnątrz mnie, jakby sprawdzając twardość duszy, serca albo co tam we mnie zostało. Coś widocznie jeszcze tam żyło, ponieważ skurczyło się i zamarło.

– Zgoda, nie wracajmy do tego – ze zrozumieniem zgodził się Andrzej, ale w jego słowach pobrzmiewała lekka, prawie niedostrzegalna nutka pogardy. – Już zupełnie ciemno, i do tego jeszcze ta mgła. Pora spać, muszę jutro wcześnie wstać na autobus.

– Znalazłeś wszystko, co trzeba? – zapytałam.

– Tak, wszystko, co trzeba, znalazłem. – Uważnie mi się przyglądał.

– Wobec tego racja, chodźmy spać. Poczekaj, odwiążę psa i zamknę w pokoju.

Derek siedział, naciągnąwszy smycz, i z napięciem wpatrywał się w dom, a kiedy położyłam rękę na jego głowie, poczułam, że cały drży z napięcia. Zdziczał, odzwyczaił się od obcych.

Odprowadziłam psa do pokoju i na wszelki wypadek owinęłam smycz dokoła nogi łóżka. Rano Andrzej na pewno wejdzie do kuchni, żeby wypić kawę, a drzwi pokoju otwierają się od jednego dotknięcia, tak że Derek może go wystraszyć.

Potem wyjęłam z szafy kołdrę i bieliznę pościelową, chwyciłam po drodze wielką kanapową poduszkę i zaniosłam wszystko na werandę.

– Zostaw, pościelę sam. – Wskazał tapczanik. Potem nachylił się i wyciągnął zza niego siekierę. – Dziwne miejsce znalazłaś dla niej. – Wzruszył ramionami. – Po co?

– Żeby uniknąć pokusy – spróbowałam zażartować.

– Pokusy? – Przerzucił toporzysko do drugiej ręki i obejrzał się, jakby wybierając miejsce, gdzie położyć narzędzie. – A ja myślałem… Zgoda, nieważnie. Samotne, piękne dziewczyny nie mogą żyć bez pokus. Czy się mylę?

Pokręciłam głową. Mylisz się. Nawet bardzo mogą.

– Jeszcze nie znalazłaś sobie kawalera? – ciągnął z niezwykłą dla siebie poufałością. – Morze, słońce, opaleni mężczyźni, czyż nie po to przyjechałaś?

Znów pokręciłam głową, nie odrywając wzroku od jego rąk, silnych i równocześnie wytwornych rąk malarza. Potem, jak we śnie, cofnęłam się.

Malarz, węgiel, czarny, brudzący palce napis „Suka!” na starej kopercie.

– Stój! – rozkazał niegłośno i władczo. – Nie ruszaj się!

– To ty je zabiłeś – wyszeptałam, nie słysząc własnego głosu. Ale on zrozumiał. I uśmiechnął się.

– Bystra suka – powiedział powoli. – Ale zdechniesz nie tylko dlatego.

– Dlaczego? Dlaczego je zabiłeś? Annę i Halinę?

– Były jeszcze inne, ale to nieważne. Nienawidzę brudu! Mężowie nie porzucają wiernych żon, a to znaczy, że trzeba je niszczyć! – W jego oczach ciemną wodą objawił się obłęd.

– Jesteś przekonany, że mężowie porzucają żony tylko dlatego? – Moje pytanie było bezużyteczne i odbiło się jak groch od ściany. – Naprawdę jesteś o tym przekonany?!

Prawie krzyczałam. On drgnął i zaśmiał się. Jakby miedziane monety wysypywały się i toczyły po drewnianej podłodze.

– Kochałem ją, wierzyłem… A ona… Z jakimś łotrem! Zobaczyłem ich. Ona nie powinna żyć – taka. Potem ją znalazłem…

Przestraszyłam się. Chociaż wydawałoby się, że bardziej już nie można się przestraszyć.

– Emma?!

– Emma jest świętą! Nie brukaj jej imienia swoją brudną paszczą! Ta nazywała się… Zresztą, nieważne! Ona niegodna tego imienia. Nikt jej już nie pamięta, jak i ciebie nie będą!

Płynnie i ostrożnie ruszył w moją stronę, jakby unosił się w powietrzu. Hipnotyzujące, przymilne ruchy. Za plecami poczułam drzwi, skrzypiące, rozsychające się drzwi werandy.

W domu zaczął wyć i szarpać się zamknięty pies.

Wybiegłam do ogrodu, w duszącą mgłę, wiedząc już, co będzie dalej. Wreszcie dowiem się, co mówiła kobieta i co odpowiadał jej mężczyzna. Ponieważ to nie była Anna. Słyszałam tyle razy własny głos, nie rozpoznając go.

– Bez sensu. – Andrzej dogonił mnie w ciemności i chwycił za ramię. – Jesteś taka sama dziwka jak one. Potwór!

Rzeczywiście, bez sensu było coś wyjaśniać, ale próbowałam. Nie usprawiedliwiałam się, nie. Odwrotnie, przeklinałam ten dzień, w którym spotkałam Pawła, kiedy uznałam, że warto zaufać jemu i jego słowom. Oskarżałam swoją miłość, dławiłam się mgłą, próbując uniknąć pokrytego plamami rdzy ostrza siekiery i wyrwać się z trzymających mnie rąk. Andrzej doniósł mnie do ogrodzenia i rzucił brzuchem na kamienie. W dole pogodnie szumiała woda.

Spróbowałam podeprzeć się i wstać, ale on znów mnie chwycił, tym razem za włosy, i przerzucił wpół za mur. Zostało niewiele… Trochę słów.

– Nie dotykaj jej – rozległo się z tyłu.

Znajomy do ostatniego szmeru fonogram z jakiegoś powodu zmienił się. Wplątał się w niego znajomy głos, łamiąc finałowe dźwięki – szmer kamieni, dźwięk upadku.

Czułam, że Andrzej drgnął i obejrzał się, próbując coś zobaczyć. Potem jego palce zacisnęły się mocniej i krzyknęłam z bólu, ale jakimś cudem zdążyłam odwrócić głowę i zobaczyłam, jak zawirowały kosmyki mgły. W następnej sekundzie siekiera poleciała w dół, dzwoniąc o kamienie, a na mnie, przyciskając i raniąc o mur, zwaliło się ciało Andrzeja. Ale zerwał się natychmiast, wypuściwszy wreszcie moje włosy.

Mogłam tylko, zwinąwszy się pod ogrodzeniem jak jeżyk, i zlizując krew z rozbitych warg, patrzeć, jak oni na chwilę się zwarli, a potem znów się rozdzielili i jeden, plecami do przodu, odleciał w kierunku strumienia. Na moment jego upadek zatrzymało ogrodzenie. Potem rozległ się brzęk tłuczonego szkła i potworny, zwierzęcy ryk. Postać zachwiała się i powoli upadła na wznak.

I natychmiast nastąpiła cisza.

Stali obok siebie – człowiek i pies z zakrwawioną mordą oraz dyndającym na obroży ogryzkiem smyczy. Stali spokojnie i nieruchomo w unoszącej się mgle. Potem Paweł położył rękę na głowie Dereka.

– Chroń go, Żeniu – powiedział. – I uważaj na siebie.

– Wrócisz? – zapytałam bez żadnej nadziei.

W odpowiedzi, tylko pokręcił głową i ruszył w mleczne kosmyki. Potem zatrzymał się na chwilę, odwrócił się i z uśmiechem poprosił:

– Naładuj wreszcie telefon, zgoda?

I została tylko mgła.

Noc w żaden sposób nie chciała stać się rankiem, rozciągając się jak niekończąca się gumowa opaska. Po ogrodzie i domu błąkali się jacyś ludzie, w milczeniu gapiąc się na mnie. Miałam wrażenie, że znajduję się wewnątrz akwarium i dokoła powoli pływają niewyraźne zarysy ryb. Czasami któryś z nich zbliżał się i domyślałam się, że trzeba coś wyjaśnić, ale tylko kręciłam głową.

Nie wiem, kto ich wezwał – prawdopodobnie wszechobecna Róża.

Potem zmuszono mnie, bym wsiadła do samochodu, i zawieziono dokądś, by nałożyć gips na złamaną rękę i szwy na rozdarty o kamienie policzek. Przy okazji zaszyli rany na mordzie Dereka. Starszy lekarz spirytusem obmywał ze mnie krew i gładził po głowie, bym nie płakała. Ale ja i tak nie mogłam zapłakać. Nie było łez, żadnych, zupełnie.

Pragnęłam tylko jednego – jak najszybciej wrócić do domu. Niepotrzebnie, ponieważ podjechaliśmy akurat wtedy, kiedy mężczyźni w kombinezonach wyciągali ze strumienia ciało Andrzeja. Świtało. Mgła powoli rzedła.

Po raz ostatni przeszłam się po ogrodzie. Rozdeptane morele, śliwki i ślimaki…

Trzeba było jeszcze coś zrobić. Ach tak, znaleźć ładowarkę i włączyć. Z trudem poradziłam sobie jedną ręką. Potem zabrałam się za porządkowanie rzeczy. W kącie Derek próbował zedrzeć z mordy bandaże.

Młodziutki lejtnant siedział przy stole i obserwował mnie niemrugającym, kocim spojrzeniem, starannie zapisując wszystko, co próbowałam mu opowiedzieć. Potem razem szukaliśmy koperty i znaleźliśmy ją w torbie Andrzeja, która została na werandzie.

Potem on szybko wyszedł.

Rano, kiedy już rozeszli się najbardziej natrętni gapie, zadzwoniła mama. Starając się mówić spokojnie, zakomunikowała, że trzy dni temu ciało Pawła znaleźli w tej samej karelskiej rzece. Anton już się przyznał do morderstwa.

Może jednak wrócić do domu?

 

 

 

Tłumaczenie: Tadeusz Rubnikowicz

Od tłumacza: „dziewiątka” to popularne w Rosji określenie Łady Samary.

Inne opowiadanie Darii Bułatnikowej w Fahrenheicie

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
Ebola

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Czas, jak zauważyła Babcia Weatherwax, jest przeżyciem subiektywnym.

— Terry Pratchett, Trzy wiedźmy

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Suren Cormudian w Warszawie
Aktualności
Empik Junior (Marszałkowska 116/122, Warszawa)
Kola 2018
od do
Aktualności
Arteteka (ul.Rajska, 31-124 Kraków)
Jakub Ćwiek w Szczecinie
Aktualności
Miejska Biblioteka Publiczna w Szczecinie ProMedia (Al. Wojska Polskiego 2, 70-471 Szczecin)
Konwent Fantastyki „KoKon” 2018
od do
Aktualności
Młodzieżowy Dom Kultury-Energetyk w Koninie, 3D, Przemysłowa, Niesłusz, Konin, województwo wielkopolskie, 62-510, Polska
Spotkanie z Martyną Raduchowską
Aktualności
Worek Kości, ul. Bagatela 10, 00-585 Warszawa
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!