Dorota Dziedzic-Chojnacka „Teleturniej”

Nominacja do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla za rok 2014

 

W związku z sygnałami o niemożności ściągnięcia opowiadania za pomocą linków pod tekstem, do czasu rozwiązania problemu udostępniamy Wam opowiadanie w formacie pdf

 

 

 

– Raz, dwa, trzyyy… idziecie! – Rozległo się po raz trzydziesty szósty.

Po drugiej stronie czarnej kurtyny, zakupionej w pobliskim supermarkecie za najmniejsze z możliwych pieniądze, znowu zawrzało. Tuż potem migotliwe światła reflektorów łaskotały po kolei nasze nogi, ręce, klatki piersiowe i na końcu twarze. Na wizji wyglądało to, jakby z ogromnej przestrzeni zatopionej w ciemności wyłaniały się nagle poszczególne części ciał naszych czterech jestestw, a potem – my w całej krasie. Prawda była znacznie bardziej trywialna – podduszeni wcześniej przebywaniem przez dobre pięć minut na ciasnym zapleczu, pozwalaliśmy naszym bezwładnym zwłokom dać się wypchnąć na scenę przez podmuch powietrza, ten sam, który jednocześnie w tym samym czasie na chwilę unosił kurtynę (specjalność programu). Otumanieni czadem, wymieszanym podobno w bezpiecznych proporcjach z CO2, w pląsach dochodziliśmy do klatki Superchampionów, przynależnej nam od trzydziestu pięciu programów. Wcześniej z ogromną przewagą pokonaliśmy małe płotki zasiadające w niej od jakichś tam głupich piętnastu odcinków. Bartex (imię Bartłomiej było za mało medialne) nazywał nas nawet czasem Megapieczarkami, bo podobno w jego rodzimych Czechach na te grzyby mówiono szampiony.

Nieważne zresztą, jak na siebie wołaliśmy. W krzyku, zwielokrotnionym przez dwieście głośników w hali, w tym wrzasku pięćdziesięciu zawodowych klakierów zatrudnionych za dziesięć dolarów dziennie, nie usłyszelibyśmy nic. Kącikami oczu, zerkającymi spod profesjonalnie wytuszowanych rzęs i połyskujących cieniami powiek, zauważyłam wówczas znajomo wyglądającą postać faceta w smętnych szarościach, przemykającego skrycie w kierunku ubikacji, ale postanowiłam to zlekceważyć. Nie miałam wtedy pojęcia, jak wielkie ta osoba będzie miała dla naszej drużyny znaczenie.

***

Szary facet był rzeczywiście ewenementem w studiu nagraniowym HIIIPER-TIWI. Tam wszyscy nie tyle chcieli, ile musieli się wyróżniać – bądź to krzykliwymi kolorami (jak na przykład wiszący dziś naprzeciwko mnie gość w zielonej koszuli w ogromne papugi), bądź to monolitem dostojnej czerni. Oczywiście ja poszłam trzecią drogą – fragmenty mojego czerwonego skórzanego garnituru widoczne były, jak zawsze, pod przezroczystym okolicznościowym kostiumem, innym na każdy odcinek teleturnieju. W drugim z nagrywanych dziś programów grałam osę i musiałam przyznać, że ten strój, przygotowany specjalnie dla mnie przez charakteryzatorkę HIIIPER-TIWI, był bardziej niż OK. Żółto-czarne pasy gustownie komponowały się ze smukłymi czułkami na mojej głowie, a rozmiar skrzydeł dopasowany był do rozpiętości ramion i wzrostu. Reszta drużyny, przebrana za inne robactwo, też prezentowała się nie najgorzej: Bartex był dziś pająkiem w stylu macho z południowej Polski (producent programu wolał ukryć czeskie pochodzenie uczestnika z uwagi na możliwości zamieszek), Syndor – ćwierćpasikonikiem i półintelektualistą, a Metaksa – grubym chrząszczem, przypominającym posturą drugoligowego wojownika sumo.

Do klatki Superchampionów przeniesiono nas tym razem na grubych żyłkach umocowanych w zagłowiach kostiumów. Wszystko poszłoby gładko, gdyby Syndor nie próbował się popisać przed fanami (był wtedy gejem – w zeszłym roku znowu stało się to modne) efektownym skokiem pasikonika do naszej budki. Podciął nogi sunącego przed nim Barteksa, po czym zaplątał się w żyłkach wychodzących z kostiumów ich obu i z przebrania Metaksy. Odwróciłam się wówczas na obcasie, by spojrzeć na ten mały powietrzny karambol, i wtedy zauważyłam tego dziwnego faceta w szarościach. Nie mógł być klakierem, gdyż nie wymykałby się ze studia podczas nagrania (listę obecności sprawdzano wyjątkowo dokładnie z zapisem na taśmach), a wszystkich członków ekipy po trzydziestu pięciu odcinkach zdążyliśmy już poznać. Szary kolor nierzucającego się w oczy stroju mógł sugerować kogoś naprawdę znaczącego.

Gość szybko zniknął za drzwiami toalety, a potem światła uderzyły mnie po źrenicach; na środek zaś sceny zaczął zjeżdżać po linie przebrany za anioła prowadzący ten program Max de Blanc.

***

Tak naprawdę nazywał się Maciek „Bielmo” Makśmiuk. Ksywę otrzymał podczas drugiej odsiadki w poprawczaku w Grudziądzu za kradzieże lusterek w beemkach, kiedy to jedna z zakochanych w nim koleżanek po fachu – i po tym samym ośrodku resocjalizacyjnym – rzekomo odkryła bielmo w jego lewym ślepiu. Ubodła tym do żywego miłość własną Makśmiuka, przekonanego dotychczas o swym pięknie absolutnym, a taka obelga nie mogła ujść ani płazem, ani żadnym innym kręgowcem. Nadmiernie spostrzegawcza dziewczyna zakończyła więc grudziądzką resocjalizację uboższa o dwa przednie zęby i bogatsza o wielkiej wagi doświadczenie życiowe, zgodnie z którym pewne prawdy należy zachować dla siebie.

Jeśli nawet coś z tym Maćkowym spojrzeniem było wówczas nie tak, w HIIIPER-TIWI nie miało to znaczenia, bo już dawno temu nauczono się retuszować komputerowo tę wadę i to tak skutecznie, że obecnie za cechę rozpoznawczą Maksa de Blanca uważano powszechnie jego przecudnej urody oczy. I nawet ja, mimo że sceptycznie podchodziłam do wszystkiego, co związane z telewizją, musiałam przyznać rację tym, którzy tak twierdzili. Oczy Maksa na wizji wydawały się ogromne; po zabiegach makijażystek zajmowały mu pół twarzy, ale widziałam je jeszcze przed tymi zabiegami i – uwierzcie mi – w naturze nie były o wiele mniejsze. Przyznaję, że głębię spojrzenia mógł wspomagać chemicznie tuż przed każdym występem – sama widziałam go połykającego dziwne fioletowe tabletki (tak, to TE FIOLETOWE TABLETKI o których myślicie) – ale któż ich nie brał w telewizji. Zresztą one tylko wzmagały to niesamowite wrażenie. Dragi muszą mieć mimo wszystko jakikolwiek podkład emocjonalny, by dać efekt spojrzenia, od którego wszystkim z osiemdziesięciu siedmiu procent widzów (bo taka była największa oglądalność odcinków, w których występowaliśmy) przechodziły ciarki od uszu po podeszwy. Nie wierzycie? Przekonajcie się sami.

Jako rasowy, choć niedoszły psycholog czułam się najbardziej uprawniona do snucia tez na temat istnienia w ślepiach Makśmiuka podstaw do takiego niedościgłego ideału spojrzenia. Mało oryginalnie, przyznaję, doszłam do wniosku, iż w tym przypadku ważna była jego przeszłość, niby pospolita: dorastanie na slumsowatych podwórkach Kępy Od Sasa Do Lasa, kolejne odsiadki za drobne kradzieże i bójki, jakieś popełnione za młodu dziecko, na które teraz pewnie płacił wysokie alimenty. Jednak Maciek jako jedyny spośród jego praskich kolegów umiał wykorzystać szansę daną mu przez naiwne społeczeństwo i kolejny głupawy program społeczny „Resocjalizacja poprzez media”.

Kiedy ruszyła ta inicjatywa, dwudziestoczteroletni zawodowy mechanik Maciek „Bielmo” Makśmiuk, odsiadujący wyrok tym razem już w normalnym więzieniu, od razu wyczuł szansę. Wyprosił u kierownictwa zakładu przepustkę, na której dał się schwytać jako prowodyr rytualnego zabójstwa trzech kogutów oraz zbiorowego gwałtu na czternastolatce, dokonanego na ołtarzu pomazanym krwią zwierząt. Temat był chwytliwy. Trąbiły o nim przez dwa tygodnie wszystkie dzienniki. Maciek bynajmniej nie działał rozmyślnie – nie był zbyt głupi, raczej zwyczajnie nie przywykł jeszcze wówczas do używania zwojów pod czaszką. Umiał za to podświadomie sterować emocjami innych, ujawniając coraz to nowsze okoliczności popełnienia tego, pożal się Boże, przestępstwa. Po pierwszej fali ogólnego wzburzenia Makśmiuk ujawnił, iż zgwałcona dziewczyna miała nie czternaście, a siedemnaście lat, trzy skrobanki na koncie oraz dwa promile alkoholu we krwi tamtego wieczora. Wszystkie te liczebniki zrobiły odpowiednie wrażenie na opinii publicznej, ale to był dopiero początek. Okazało się, że ofiara dwa dni przed tragicznym zdarzeniem deklarowała się jako dziewczyna kolegi Maćka, współuczestnika gwałtu. Kolejne rewelacje przyszły potem: koguty zostały rzeczywiście zamordowane, ale przez miejscowego rzeźnika, który zeznał także, iż sprzedał młodzieńcom litr kaczej krwi „luzem, na czerninę”. Badania laboratoryjne potwierdziły prawdziwość jego zeznań.

Makśmiukowi trafił się wtedy wyjątkowo niezły obrońca z urzędu – a w zasadzie jego substytut, bo jedynie aplikant adwokacki, który wyczuł medialność sprawy i chciał się wykazać. Zasugerował klientowi przybranie artystycznego pseudonimu, skontaktował się, celem zasięgnięcia informacji, z lokalną kolonią bezdomnych ćpunów-grafficiarzy, i podrzucił prasie określenie „performance”, uporczywie nazywając tak ów rytualny gwałt. Maciek „Bielmo” Makśmiuk, a od tamtej chwili Max de Blanc, powoli zaczynał się wcielać w rolę gwiazdy. Szerokim gestem wręczył nawet swojemu papudze pięćdziesiąt zeta na przekupienie domniemanej ofiary jego seksualnych ekscesów. Pieniądze oczywiście zostały spożytkowane w bardziej racjonalny sposób; trzeba przyznać, że przyszły sługa palestry był niezłym psychologiem i wiedział, iż wystarczy dziewczynę trochę postraszyć, aby wycofała wniosek. Prokuraturze nie pozostawało nic innego, jak umorzyć postępowanie.

Po powrocie do pokoju z drucianą firanką Maciek vel Max był już „gościem na topie”. Program „Resocjalizacja poprzez media” adresowano do jemu właśnie podobnych. Więzienie dostało jakiś grant akcesyjny (wtedy jeszcze istniała Unia Europejska), z którego musiało się rozliczyć, istniały zatem szanse na to, by po opłaceniu zwykłych haraczy dla dyrekcji stworzyć cykliczny program dla więźniów. „Zza krat, zza marzeń” zaczęło swą emisję co prawda w telewizji regionalnej, ale szybko zwrócono uwagę na medialne talenty Maksa. Już przy pierwszym kontakcie z kamerą realizator zauważył bowiem to niecodzienne spojrzenie nowego prezentera, którym ów dotychczas jedynie mroził przeciwników w bójkach albo dla odmiany rozgrzewał kobiety w łóżku. (Co ja zresztą piszę!? Poziom patosu poprzedniego zdania przewyższył tysiąckrotnie jakość nudnawego życia tego żulika). W każdym razie postanowiono zmienić obiekt ataku tęczówki Makśmiuka: z ludzi będących w jego bezpośrednim zasięgu na abonentów siedzących po drugiej stronie telewizyjnego odbiornika. Program przeniesiono do pasma ogólnokrajowego, gdzie otrzymał lepszy czas antenowy. (Wtedy Maćko po raz pierwszy sypnął wyrafinowanym dowcipem, przygotowanym mu przez jego nowego, całkiem łebskiego asystenta, komentując jak najbardziej á propos, iż w słowie „antenowy” jest wewnętrzna sprzeczność, bo i „ante”, czyli stary, i „nowy”). Wybrany po raz dziesiąty na kolejną kadencję prezes nie szukał akurat poparcia społecznego, ale dla odmiany postanowił po roku emisji „Zza krat, zza marzeń” okazać ludzką twarz wzorowo zresocjalizowanego więźnia. Nakazał swoim prawnikom wystarać się o przedterminowe zwolnienie dla Makśmiuka. Należycie posmarowany sąd penitencjarny przyklepał wszystko, co mu podsunęły prawnicze przedłużacze prezesa.

De Blanc wyszedł z więzienia w dobrej chwili, bo akurat w prasie dogorywał temat misji, którą winna realizować telewizja, w związku z czym prezes, uwolniony od ideologicznego ciężaru, mógł zaproponować pupilowi stworzenie całkowicie nowego show – teleturnieju, będącego esencją czystej rozrywki, w którym nie istnieją w zasadzie żadne reguły z wyjątkiem jednej: uzyskanie i utrzymanie największej oglądalności. No, oprócz tego obowiązywał oczywiście zakaz krytykowania prezesa telewizji.

***

Teoretycznie teleturniej miał nawet swój regulamin. Jak przez dwudziestowieczną, rasowo wyspiarską mgłę pamiętam, że dostaliśmy ten papier tuż przed pierwszym nagraniem, aczkolwiek z naszej trójki w całości przeczytał go jedynie Syndor, było nie było syn notariusza, w dodatku podobno w zamierzchłej przeszłości sam zamierzający zostać prawnikiem. Jednak to nie nasz czaruś odkrył najważniejsze postanowienie regulaminu. Biedak zagłębił się w lekturze szczegółowych postanowień, wszczął bezowocne dyskusje z pozostałymi chłopcami, gdy tymczasem ja, na maksa już znudzona, przypadkowo odczytałam ostatni akapit tuż nad miejscem na podpis uczestnika programu. Po dobrych paru tygodniach ostrego imprezowania nadpalone styki w środku czaszki znowu mi się połączyły, co okazało się całkiem przyjemnym uczuciem.

– Ha! – westchnęłam głośno. – Koledzy z czatu mieli rację. Słynna klauzula wizyjności znajduje się na samym końcu regulaminu.

Cała trójca w jednej chwili pochyliła się nad moją kartką, jakby żaden z nich nie miał identycznej przed sobą. Nie rozumieli jeszcze do końca, o co chodzi.

Pierwszy zorientował się Metaksa, który z założenia miał być naszym umysłem ścisłym.

– Świnie – wymamrotał, spluwając na posadzkę hallu w studiu nagrań.

Synd, z założenia czołowy humanista drużyny, był drugi w refleksie. Postanowił wykorzystać przewagę:

– Widzicie, mówiłem, że ona się może przydać – powiedział do kumpli.

Puściłam to mimo uszu.

Bart, jako rasowy karateka, z cudzego założenia potrafił się jedynie wydostać. I to w dodatku tylko z tego opasującego mu ciało w najczystszy z fizycznych sposób. Razem wytłumaczyliśmy mu zatem, o co chodzi.

***

W teleturnieju walczyły zawsze dwie czteroosobowe drużyny. Jedna z nich, Superchampioni, zwycięzcy poprzedniego programu, mierzyła się w każdym odcinku z nowym teamem, który usiłował ich zdetronizować. Dopóki Superchampioni zwyciężali, dopóty klatka była ich. Oraz dodatkowe wygrane z każdego odcinka.

Teleturniej składał się z paru części. Z ilu dokładnie, zależało od czasu trwania każdego z pojedynków. W czasie programu odbywały się potyczki zarówno siłowe, jak i umysłowe, z wyraźną przewagą tych pierwszych. Starano się przeplatać obie konkurencje, ale bez nadmiernej pieczołowitości.

W obydwu typach walk braliśmy udział i pojedynczo, i jako drużyna, jednak po dwudziestym trzecim odcinku, kiedy to zdemolowaliśmy podczas zbiorowej bijatyki całe studio HIIIPER-TIWI, producenci wyraźnie zaczęli ograniczać nasze grupowe wyczyny. Godzili się na nie tylko wtedy, gdy widzieli, że nasi przeciwnicy są bardzo słabi w starciach bezpośrednich i poddadzą się nam bez wyrządzania większych szkód w wystroju.

Za każdą z potyczek dostawało się określone punkty, zamieniane potem na pieniądze. Dodatkowo drużyna wygrywająca konkurencję siłową otrzymywała zestaw pytań teoretycznych i mogła na nie obstawiać zarobioną dotychczas kasę, a przez to ją pomnażać, o ile oczywiście dobrze odpowiadała. Wygrywali ci, którzy pod koniec programu zgromadzili na koncie więcej punktopieniędzy.

Zasady teoretycznie były dosyć proste. Problem polegał na tym, iż ostatni, nomen omen dwudziesty drugi, paragraf regulaminu przekreślał je wszystkie. Była to klauzula wizyjności, stanowiąca, iż dozwolone jest wszystko, nawet to, co sprzeczne z wymienionymi regułami, o ile nie zaprotestują producenci teleturnieju. A oni nigdy się nie sprzeciwiali, dopóki widzieli szansę na większą oglądalność programu.

***

Nie trzeba dodawać, że Max de Blanc skorzystał wtedy bez wahania z propozycji poprowadzenia takiego całkowicie nowego teleturnieju. Gdy oczekiwana wysoka oglądalność budowała się jednak bardzo powoli, Makśmiuk po raz pierwszy poczuł na własnej skórze, jak trudno w mediach przebić się na pierwszy plan. Wyznaczony czas nadawania programu uchodził za taki sobie, kanał, mimo że ogólnopolski, to jednak był najgorszy z możliwych, a publiczność – już znudzona formułą tych wszystkich show z elementami wiedzy. Widmo zdjęcia własnego autorskiego spektaklu z anteny stawało się coraz bardziej realne.

I wtedy pomógł Maksowi przypadek. Jedna z uczestniczek po przegranej rzuciła się na niego, uderzyła pięścią w lewy policzek, usiadła na nim okrakiem i powalonego na ziemię zaczęła dusić. „Bielmo” był tak zaskoczony, że w ogóle nie zareagował, choć taka sytuacja nie stanowiła dla niego zupełnej nowości. Na pomoc pośpieszyło mu pół ekipy, dziewczynę z rozmazanym makijażem odsunięto po piętnastu sekundach od (prawie skazanego onegdaj) gwałciciela, ale całe to zajście zdążyły już zarejestrować kamery. Nagrały również wcześniejszą „kurwę” rzuconą przez Maksa pod adresem dziewczyny tuż przed samym zajściem, ale o tym fakcie wszyscy w studio dyskretnie milczeli.

Na szybkiej naradzie padła myśl, aby wykorzystać ten materiał do spotów reklamowych, oczywiście bez kilku początkowych klatek. „Nasz teleturniej wywołuje takie emocje” – grzmiał donośny głos de Blanka na tle migawek z zajścia. Po udzieleniu przez Maksa dodatkowo kilku okolicznościowych wywiadów, zgłosił się do dyrektora programowego tego kanału młody dokumentalista. Chciał zrobić materiał o Maksie, udało mu się nawet nagrać jego spotkanie w areszcie z dziewczyną (na dzień przed jej wypuszczeniem). Maciek niby jej przebaczył, parę razy nawet pogłaskał po głowie, kupił paczkę chipsów i czekoladki. Tego chłopaka niedługo potem wywalili jednak z pracy, gdy wyszło na jaw, że miał ambicję zrobienia czegoś o ogólniejszym z założenia charakterze przekazu, a nawet – ba! – o wartościach. W przechwyconym od byłego już pracownika materiale znajdowała się także krótka wzmianka o przestępczej przeszłości Maksa.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.
Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości... przynajmniej dopóki pracują dla nas).
W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.
W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Człowiek w bieliźnie może kroczyć ulicami Moskwy tylko w jednym wypadku, w tym mianowicie, kiedy towarzyszą mu milicjanci, i tylko w jednym kierunku – na komisariat!

— Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!