Jagna Rolska „Duch”

rolska1Zapach włosów matki. Można powiedzieć, że to wspomnienie na zawsze zapadło w pamięć Ducha i nie raz uratowało mu dupę w kanałach. Tylko tak czyste, niezabarwione winą i smrodem fekaliów doznanie pozwalało na żelazny bezruch bladego ciała walczącego z nurtem płynących po burzy, cuchnących rozkładem zwłok.

Ale zacznijmy od początku.

Duch był dzieckiem słabym. Akuszerka odbierająca poród cmoknęła z niezadowoleniem, klepiąc malca w pupę. Pokój, wypełniony po brzegi służkami, kwiatami i sielankowymi obrazami w złoconych ramach zastygł w oczekiwaniu. Kukułka w zegarze ogłosiła znienacka południe, a jakby ktoś podszedł bliżej, ujrzałby w zatrzaskujących się drzwiczkach zegara refleks ogromnego łoża. Otoczona piernatami matka krzyknęła przejmująco, zapominając o dobrym wychowaniu, a położna wcisnęła maleństwo w ręce służącej i przypadła do bladych, pokrytych gęsią skórką ud rodzącej. Nic na to nie wskazywało, ale najwyraźniej była to ciąża bliźniacza. Z nieplanowanym wrzaskiem na świat pchało się kolejne dziecko. Kobieta, wycieńczona długotrwałym wysiłkiem, nie powstrzymała opadających powiek. W gasnącej świadomości zanotowała tylko, że jej pierwsze dziecko walczy o oddech w ramionach młodej akuszerki. Ta, gdy wreszcie Duchowi udało się powrócić do świata żywych, owinęła dziecko i położyła obok śpiącej matki.

Adelajda z Raczewskich Jadczak kochała obydwu swoich synów równie mocno, choć każdego inaczej. Jej codziennym rytuałem była wizyta w pokoju dziecięcym tuż po podwieczorku. Siadywała w fotelu pomiędzy dwoma drewnianymi kołyskami i nuciła. Duch uwielbiał jej matowy, kojący głos, choć nieustannie mrużył oczy przy każdym fałszu, zastanawiając się, czemuż owa wybrakowana nuta ma służyć. Nie wiedział również, po co przymyka powieki. Nic przecież się nie zmieniało. Wewnątrz i na ŚWIECIE panowała dokładnie taka sama czerń. Matka śpiewała, tylko to się liczyło.

Nie od razu zorientowano się, że Duch jest ślepy, ale gdy w końcu to nastąpiło, bliźnięta miały już po kilka tygodni. Pan Wiktor, ojciec, momentalnie stracił zainteresowanie ułomnym dzieckiem i skoncentrował swoje dynastyczne, acz parweniuszowskie oczekiwania na zdrowym potomku. A żonie nakazał troskliwą opiekę nad rokującym synem, równie surowo upominając, by kwestię pielęgnacji Ducha pozostawiła w gestii opiekunki. Wiktor Jadczak był człowiekiem traktującym wszystkie słabości jak osobistą urazę. W jego życiu wszystko musiało być najlepszego gatunku. Po żonie, zdobytej pieniędzmi zubożałej szlachciance, spodziewał się rasowych, pełnowartościowych potomków. No cóż, można powiedzieć, że małżonka spełniła oczekiwania połowicznie.

Chłopcy rośli, podobni do siebie jak krople wody, a jednym co ich odróżniało, były oczy. Zdrowe dziecko miało figlarne i błękitne a Duch ukryte za firanką rzęs mętne gałki, które widywał tak naprawdę jedynie doktor Woroniecki, zaglądając badawczo w twarz dziecka.

– Nie będę państwa oszukiwał – wzdychał nieodmiennie lekarz. – Chłopcu wzroku nic nie zwróci.

– Może do Szwajcarii? – smagnął pytaniem pan Wiktor.

– Niestety, próżna wyprawa – odpowiadał zwykle lekarz.

Adelajda przyglądała się synkowi siedzącemu na kanapie obok lekarza. Miał spokojny, nieodgadniony wyraz twarzy i pomimo zaledwie dziesięciu lat sprawiał wrażenie dorosłego. Chętnie przytuliłaby syna, ale surowy wzrok małżonka osadzał ją na krześle stojącym obok biurka.

Każda wizyta kończyła się w ten sam sposób. Wiktor uderzał ze złością pięścią w blat mahoniowego biurka i gestem nakazywał lekarzowi, dziecku i stojącej za otomaną służącej natychmiastowe wyjście. Adelajda kiedyś podrywała się, chcąc iść za nimi, ale kilka lekcji otrzymanych skórzanym pasem skutecznie oduczyło ją spontanicznego działania. Trwała więc na swoim krześle sztywno. Starając się nie prowokować małżonka nawet głośniejszym oddechem, czekała na reprymendę. Ostatnio popadł w jakąś niewątpliwie wspomaganą opium melancholię, bo patrzył apatycznie na żonę, prześlizgując się wzrokiem po jej twarzy równie obojętnie, jakby była meblem.

– Możesz odejść – ogłaszał.

– Dziękuję. – Skłaniała się sztywno, i podgarniając poły spódnicy, kierowała się w stronę drzwi. pamiętając, by nie wykonywać gwałtownych ruchów, które mogłyby skłonić męża do zatrzymania jej w gabinecie na dłużej. Tego dnia osiągnęła już dłonią upragniony mosiądz klamki, gdy głos Wiktora sparaliżował ją wpół ruchu.

– Nasz syn… – powiedział cicho Wiktor.

– Tak, mężu? – zapytała łagodnie kobieta.

– Mówię o naszym prawdziwym synu.

– Oczywiście, mężu – skinęła potulnie głową.

– Chcę, żebyś dopilnowała jego lekcji jazdy konnej. W przyszłym miesiącu zamierzam posłać go do szkoły kadetów.

Adelajda skłoniła się przed Wiktorem, spuszczając wzrok. Dziesięcioletnie dziecko do szkoły wojskowej? Wiedziała, że jej mąż użyje swoich wpływów i z pewnością uda mu się umieścić chłopca w placówce, ale… na Boga! Dziesięciolatka? Za wcześnie. Wiedziała, że ojciec zawiedziony nieudacznym synem pokłada ogromne nadzieje w drugim, ale to nadal było małe dziecko! Miała ochotę rzucić się na Wiktora i przegryźć mu gardło.

– Oczywiście, mój drogi – odparła zamiast tego. – Czy mogę teraz odejść, by dopilnować lekcji naszego syna?

– Możesz.

– Dziękuję. – Ponownie położyła dłoń na klamce.

– Adelajdo! Ten drugi nie rokuje. Oddasz go kucharce.

– Ależ… – Niechciany jęk wydobył się z kobiecych ust. W tej samej sekundzie z przerażeniem przytknęła do nich drżącą dłoń.

– Sprzeciwiasz mi się? – warknął Wiktor, z trzaskiem wysunął szufladę i wyjął z niej skórzany pas.

Nie tylko dla Ducha zapadła tego dnia aksamitna i nieprzenikniona ciemność.

Można powiedzieć, że pomimo odtrącenia ze strony ojca Duchowi z kucharką było dobrze. Spędzał całe dnie w przytulnej kuchni, a wieczorem kobieta brała go za rękę i prowadziła do swojego pokoiku na poddaszu. Tam sypiał, w kącie pokoju, na drewnianym, białym łóżku. Skąd wiedział, że było białe? Kucharka cierpliwie uczyła go świata, w swej naiwnej, dobrodusznej prostocie sądząc, że wystarczy podać nazwę tego, co widzi, by chłopiec zobaczył to, co ona, swoimi ociemniałymi oczami. Opowiadała mu o błękicie nieba i czerwieni bukietów róż, które pan kazał całymi pękami sprowadzać do domu po każdej bolesnej lekcji danej swej cichej małżonce. Z zapałem tłumaczyła mu, że sałata jest zielona jak spódnica pomywaczki Maryśki, a skórka chleba mieni się złociście, gdy smaruje się zimną wodą bochny wyciągnięte na dwa pacierze z pieca. Kucharka, gdyby kiedykolwiek usłyszała o synestezji, z pewnością w końcu by pojęła, że w świecie chłopca jedynymi wzajemnie się dopełniającymi bodźcami są dźwięki i zapachy. I nieśmiały, ostrożny dotyk. O ile badanie opuszkami palców znajdujących się w domu przedmiotów uchodziło chłopcu zazwyczaj na sucho, o tyle próba zbadania rysów twarzy któregokolwiek z domowników spotykała się zawsze z ostrą reprymendą. Duchowi przyszło żyć w czasach, w których dotykanie innych ludzi nie było mile widzianą praktyką. Ludzi zresztą cechowała w tych dniach jakaś nerwowość, którą chłopak bezbłędnie wychwytywał w podniesionym tonie rozmów, niecierpliwych i hałaśliwych odgłosach życia codziennego. Lokaj zamykał głośniej drzwi, ojciec tupał w posadzkę gabinetu, maszerując po nim w kółko, a pomywaczka Kryśka, chlipiąc cichutko, tłukła kolejne talerze. Duch nie wiedział, czy jego matka także uległa tej dziwnej atmosferze. Nie widywał jej od tygodni. Najmniejsza próba kontaktu, tak z jego, jak i z Adelajdy strony była srodze karana przez ojca. Duch tęsknił za nią rozpaczliwie i desperacko przywoływał z zakamarków pamięci jej zapach. Pod koniec upalnego lata nawet to się nie udawało. Dom parował duszącymi woniami, z których najsilniejszą był strach domowników. Jakby wszyscy przeczuwali zbliżające się nieszczęście.

Piątki w domu były postne. Państwo byli wierzący, choć Pan bynajmniej nie zachowywał się jak prawdziwy katolik, czego najlepszym przykładem były sińce Pani i to, jak traktowano w tym domu tego nieszczęsnego chłopca. Kucharka dźwignęła się z łóżka jeszcze przed piątą i wraz z towarzyszącymi jej niewesołymi myślami zeszła skrzypiącymi schodami dla służby do znajdującej się w suterenie kuchni. Chłopca zostawiła pogrążonego we śnie w jego białym drewnianym łóżku. Kobieta pospiesznie zakrzątnęła się wokół pieca, nastawiła sagan z wodą i już po chwili wyjmowała ze spiżarki bochny chleba, gomółki sera, po czym, stękając z wysiłku, wyciągnęła na środek drewnianej podłogi cynową balię, w której pływały żywe ryby. Trzeba je będzie sprawić i zrobić w galaretach. Pan do postu, tak jak do traktowania domowników, podchodził inaczej niż wszyscy ludzie. Jakby plując Panu Bogu w oblicze, obżerał się w piątki od rana do nocy i zadowolony z siebie powtarzał, że nie spożywa mięsa, więc pości. Jakby się cieszył, że Stwórcę przechytrzył. Kucharka przeżegnała się trwożliwie i porzuciła niebezpieczne myśli. Wyprostowała się i podeszła do kuchennych drzwi, by wnieść do środka kanki ze świeżym mlekiem. Za progiem było jednak pusto. Kobieta wyszła przed dom i w pierwszym brzasku wypatrywała chłopca od mleczarza. Zastanawiała się w duchu, czy to ten gałgan zaspał, czy też to ona wstała dzisiaj wcześniej niż zwykle. Problem pozostał nierozwiązany, bo w ciszę śpiącego miasta wbił się nieznany odgłos. Kucharka odwróciła wzrok od ulicy i spojrzała w różowe niebo. Nad sąsiednią willą mignął czarny cień. Samolot przepłynął majestatycznie nad dachami. A potem na warszawski Rakowiec spadły bomby.

W ciągu kilku minut wszyscy domownicy zerwali się na nogi. Pokojówki zbiły się w stadko w progu salonu, Pani, otulona szlafrokiem tkwiła na otomanie, tuląc Panicza, a Pan usiadł koło radia i nerwowo kręcił gałkami. Po chwili trzeszczący głos przeczytał straszny komunikat, którego przecież wszyscy tak naprawdę już od jakiegoś czasu się spodziewali. Co innego jednak strach, a co innego ziszczenie się sennych koszmarów.

– Jezus Maria! Wojna! – wyszeptała pobladła ze strachu Pani, a służba jęknęła chórem.

W drzwiach jak zły omen stanął zaspany Duch w białej koszuli nocnej, i trzymając się framugi, drżał na całym ciele.

– Mamo? Mamo, co się dzieje? – zapytał, niepomny, że ojciec surowo zabronił mu się do niej odzywać.

Nie doczekał się zresztą odpowiedzi, za to poczuł na ramieniu spracowaną dłoń kucharki.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

  • Brak powiązań. Teczki musiały zostać spalone.
NOTKA BIOGRAFICZNA:
Fahrenheit Crew

Tutaj powinna być notka biograficzna redakcji Fahrenheita, ale ponieważ nikomu z nas nie chciało się jej napisać, zostawiamy tekst, który właśnie teraz czytacie. Jeśli spodziewaliście się czegoś ciekawego, przepraszamy!

Facebook.

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Nie! No, coś podobnego! – wołał z zachwytem – Tego jeszcze nikt nie widział! Co za cuda! Co za cuda! Widzę życie na księżycu! Takiej bajki jeszcze nikt dotąd nie wymyślił!

— J.Brzechwa, Akademia pana Kleksa

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

O_KAZ Wita Szostaka i Łukasza Orbitowskiego
Aktualności
Cheder (ul. Józefa 36, 31-056 Kraków)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!