Magdalena Kucenty „Co się stało z Mią Blue?”

cosiestalozmiablue

We­dług de­fi­ni­cji, którą od­na­la­złam w En­cyk­lo­pe­dia In­fer­na, hun­tria (rza­dziej uży­wa­na od­mia­na męska hun­trian) to sa­mo­dziel­ny zawód z grupy spe­cja­li­stów do spraw śled­czych. Do zadań hun­trii na­le­ży m.in. wy­tro­pie­nie Anima Errata, dusz za­gu­bio­nych w In­fer­num (…).

Po­zor­nie wszyst­ko się zga­dza, a jed­nak uży­cie słowa „za­gu­bio­nych” uwa­żam w tym kon­tek­ście za nie­po­praw­ne. Otóż z re­gu­ły dusze same ucie­ka­ją, to, czy zgu­bią się po dro­dze, jest już kwe­stią przy­pad­ku.

Ciara an Phlá Mhór, Wiecz­ne Łowy

Oso­bi­ście je­stem zwo­len­ni­kiem teo­rii, iż Pie­kło, Zie­mia i Niebo to różne wer­sje tego sa­me­go uni­wer­sum. Jeśli spoj­rzysz na Zie­mię pod od­po­wied­nim kątem – zo­ba­czysz Pie­kło, pod innym kątem – zo­ba­czysz Niebo. Naj­bar­dziej uwiel­biam w tej teo­rii ra­do­sną im­pli­ka­cję ist­nie­nia ta­kie­go kąta, pod któ­rym Niebo za­mie­nia się w Pie­kło.

P.Bel­la­gam­ba, Wy­wiad z Sza­ta­nem

Dum. Dum. Dum.

Kroki dud­ni­ły w wą­skim ko­ry­ta­rzu, gdy Bam­ber Ebbe, ni­czym pług za­mia­ta­ją­cy wszyst­ko ze swej drogi, obrał kurs do ga­bi­ne­tu ko­mi­sa­rza Sek­cji Trze­ciej. Ga­bi­ne­tu szefa tego ca­łe­go bur­de­lu, zwa­ne­go Biu­rem Ewi­den­cyj­nym Pią­te­go Kręgu.

Jego ga­bi­ne­tu. Nie­ste­ty.

I kiedy tak szedł, niemalże biegnąc, plamy potu roz­kwi­ta­ły mu pod pa­cha­mi jak kwia­ty na wio­snę. Ale nie przej­mo­wał się tym. Opi­sy­wać jego urodę, to jak opo­wia­dać o mo­ral­no­ści po­li­ty­ków; był brzyd­szy od desz­czo­wej nocy i do­brze o tym wie­dział, więc nie dbał o pre­zen­cję. Wpraw­dzie po tylu la­tach mógł­by wnio­sko­wać o przy­dzie­le­nie jakiejś względnie estetycznej po­wło­ki, ale przy­zwy­cza­ił się do swojego ciała. Zresztą wolał stra­szyć wiel­kim brzu­szy­skiem i gniew­nym gry­ma­sem nie­zstę­pu­ją­cym z nalanej twa­rzy, niż wła­zić od za­ple­cza ja­kie­muś urzę­da­so­wi. A żeby co­kol­wiek za­ła­twić, nie­wąt­pli­we wła­zić by mu­siał, i to głę­bo­ko.

Nie. Star­czy­ło mu kło­po­tów. Szcze­gól­nie odkąd miał nie­przy­jem­ność współ­pra­co­wać z Kirą. Ledwie pomyślał o huntrii, za­czy­nał zgrzy­tać zę­ba­mi.

Już pierw­sze­go dnia podwładna od­kry­ła przed nim zu­peł­nie nowe, nie­zna­ne mu dotąd po­zio­my nie­sub­or­dy­na­cji. I choć ko­mi­sarz mu­siał przy­znać, że pra­co­wa­ła cięż­ko – być może naj­cię­żej z ca­łe­go od­dzia­łu – to wo­lał­by jed­nak, żeby prze­sta­ła w kółko po­dej­mo­wać się nie­sank­cjo­no­wa­nych misji oca­le­nia wszech­świa­ta.

Bo Kira wy­naj­dy­wa­ła dziu­ry w nie­mal każ­dym śledz­twie i wska­ki­wa­ła do nich chyżo, doprowadzając tym Bam­be­ra do szew­skiej pasji. Na do­miar złego, jeśli coś po­szło nie tak, ob­ra­ca­ła całą spra­wę w żart, świę­cie prze­ko­na­na, iż wszyst­ko uj­dzie jej pła­zem.

Ko­mi­sarz nie wątpił, że wła­śnie z taką sy­tu­acją miał obec­nie do czy­nie­nia. Od paru go­dzin huntria ukry­wa­ła się u niego, ocze­ku­jąc na ma­gicz­ne sa­mo­roz­wią­za­nie pro­ble­mów, któ­rych na­ro­bi­ła. A w tym cza­sie Bam­ber uże­rał się z bub­ka­mi od Spraw We­wnętrz­nych, bio­rąc na sie­bie całą od­po­wie­dzial­ność za po­wsta­ły ba­ła­gan.

Po­wo­li miał już dosyć. Wkro­czył do po­ko­ju, trza­ska­jąc drzwia­mi, a sie­dzą­ca przy biur­ku drob­na po­stać drgnę­ła ner­wo­wo. Bez­czel­na, zaj­mo­wa­ła jego fotel!

– Jak po­szło, sir? – spy­ta­ła, szyb­ko ustę­pu­jąc mu miej­sca. Wiel­kie ka­łu­że bursz­ty­no­wych oczu wy­ra­ża­ły de­mon­stra­cyj­ną skru­chę, ale Bam­ber nie dał się na­brać. Nie tym razem.

– Gów­nia­nie po­szło, o! – ryk­nął w od­po­wie­dzi i opadł cięż­ko na skó­rza­ne sie­dze­nie.

Wie­dział, że hun­tria pró­bu­je go udo­bru­chać, per­fid­nie wy­ko­rzy­stu­jąc swoją dzie­cin­ną apa­ry­cję. Bo jak nie wie­rzyć tej gład­kiej twa­rzycz­ce i nie­win­ne­mu spoj­rze­niu? Kira wy­glą­da­ła ni­czym cho­ler­ny anio­łek, któ­re­mu nie­chcą­cy zbłą­dzi­ło się do Pie­kła. Do­ro­bić skrzy­dła i spo­koj­nie mo­gła­by robić za ozdo­bę świą­tecz­ną.

– Mimo głę­bo­kich uszko­dzeń eks­trak­cja duszy prze­bie­gła po­myśl­nie – ob­ja­śnił już spo­koj­niej­szym tonem. – Prze­słu­cha­li Huck­ste­ra, grzecz­nie po­twier­dził twoją wer­sję wy­da­rzeń, ale nie chciał po­ka­zać wspo­mnień. Oznaj­mił, że skoro przy­zna­je się do wszyst­kie­go, nie widzi po­trze­by uze­wnętrz­nia­nia swo­jej duszy. To jed­nak nie wy­star­czy­ło SW-owcom. Two­je­go part­ne­ra zdą­ży­li już wziąć na spyt­ki i na­ci­ska­ją, żebyś od­da­ła się w ich ręce. – Bam­ber o­parł brodę na pię­ści i dodał: – Ech, mała, po jakie licho pod­cho­dzi­łaś do tego fa­ce­ta?

Pod­wład­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Oby­wa­tel Edric Huck­ster spro­wo­ko­wał mnie do dzia­ła­nia swoim wy­jąt­ko­wo po­dej­rza­nym za­cho­wa­niem – wy­re­cy­to­wa­ła cicho, przy­su­wa­jąc sobie ze zgrzytem krze­sło. Bam­ber le­d­wie roz­róż­niał słowa, cho­ciaż znał tę śpiew­kę na pa­mięć.

– Psia­krew, Kira! – nie wy­trzy­mał. – To już się odlać w parku nie można?

– No, ale on sikał wy­jąt­ko­wo po­dej­rza­nie, sir!

Tym razem hun­tria nie kryła się z ło­bu­zer­ską miną, ale Bam­ber nie po­dzie­lał jej roz­ba­wie­nia.

– Pod­da­ję się – wes­tchnął z re­zy­gna­cją. – Skoro nie po­tra­fisz po­dejść do spra­wy po­waż­nie, tym bar­dziej nie za­mie­rzam nad­sta­wiać za cie­bie karku. Inni mogą cię wziąć w dia­bły! Potną twoją duszę w równe pa­secz­ki i bę­dzie spo­kój.

Rzadko kiedy tak niefrasobliwie wypowiadał się o Innych. Nie­lu­dzie. Bez dusz, bez naj­mniej­szej iskry czło­wie­czeń­stwa, na­pa­wa­li lę­kiem wszyst­kich. Nawet naj­więk­szych sza­leń­ców. Nawet jego podwładną.

We­so­łe ogni­ki bursz­ty­no­wych oczu zaraz przy­ga­sły. Hun­tria prze­cze­sa­ła pal­ca­mi krót­kie, kasz­ta­no­we włosy i zer­knęła na ko­mi­sa­rza spode łba.

– Ale…

– Żad­ne­go ale! Wynoś się z mo­je­go ga­bi­ne­tu!

W za­ku­rzo­nym po­wie­trzu za­le­gła cięż­ka cisza. Ko­mi­sarz i pod­wład­na mie­rzy­li się wzro­kiem, aż w końcu ta druga ustą­pi­ła:

– Dobra, za­cznę gadać. Ale to nie bę­dzie krót­ka hi­sto­ria – ostrzegła z naburmuszoną miną i ostentacyjnie założonymi rękoma, po czym usiadła.

Bam­ber miał ocho­tę dać dziew­czy­nie na­ucz­kę. Prze­go­nić ją, oznaj­mia­jąc, że już za późno na wszel­kie tłu­ma­cze­nia. Ale nie ode­zwał się ani sło­wem.

Bo spra­wa była dziw­na. Dziu­ra­wa jak ser szwaj­car­ski, za­drę­cza­ła umysł ko­mi­sa­rza ele­men­ta­mi za nic niechcą­cy­mi zło­żyć się do kupy.

Atak Huck­ste­ra sam w sobie nie miał sensu, a re­ak­cja Kiry była co naj­mniej gwałtowna. Nie, po­wie­dzieć, iż hun­tria za­cho­wa­ła się gwałtownie, to jak okre­ślić ognie pie­kiel­ne cie­pła­wy­mi. To było szalone. Dźgnęła podejrzanego dwadzieścia sześć razy! Dwadzieścia sześć pieprzonych razy!

Choć Bam­ber nigdy nie przy­znał­by się do tego na głos, wolał wie­rzyć, że ja­kimś cudem dzia­ła­nia pod­wład­nej zo­sta­ły po­dyk­to­wa­ne gło­sem do­bre­go, choć „nieco” po­ryw­cze­go serca.

– No, to jak bę­dzie? – spy­ta­ła Kira, gdy cisza za­czę­ła się prze­dłu­żać.

Ko­mi­sarz po­wo­li ski­nął łysą głową.

– Mów. Ale wy­czu­ję kłam­stwo, to tylko kopa na po­że­gna­nie za­su­nę.

Hun­tria wy­mru­cza­ła coś o „szko­dli­wych wa­run­kach pracy”, jed­nak Bam­ber zbył tę uwagę mil­cze­niem. W końcu pod­ję­ła:

– Muszę za­cząć od ano­ni­mu sprzed mie­sią­ca. Tego, dzię­ki któ­re­mu zna­leź­li­śmy Mię Blue, a ra­czej to, co z niej zo­sta­ło…

28 dni, czyli do­kład­nie jeden mie­siąc pie­kiel­ny wcze­śniej

Gęste chmu­ry przy­sła­nia­ły niebo, na szare bu­dyn­ki wraz z desz­czem spły­wa­ło mętne po­po­łu­dnio­we świa­tło. Tego dnia po­go­da w Pie­kle była dosyć par­szy­wa. Co praw­da, po­go­da w Pie­kle za­wsze jest par­szy­wa, więc ten dzień nie od­zna­czał się ni­czym wy­jąt­ko­wym. Przy­naj­mniej pod względem me­te­oro­lo­gicz­nym.

Kira stała w jed­nym z wielu ciem­nych, cia­snych za­uł­ków Lyuk, po­chy­lo­na nad zma­sa­kro­wa­nym cia­łem nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej duszy. W po­wie­trzu wi­siał ten cha­rak­te­ry­stycz­ny fetor po­wo­li roz­kła­da­ją­cej się po­wło­ki – ostry za­pach amo­nia­ku i zgni­li­zny.

W ofie­rze ziały dziu­ry wiel­ko­ści dłoni, umiej­sco­wio­ne w oko­li­cy pier­si i brzu­cha, przez co ten za­padł się ni­czym prze­bi­ty balon. Mlecz­no­bia­łe plamy se­mi­kr­wi zna­czy­ły zbru­nat­nia­łą skórę, której od­cień wska­zy­wał, że tru­chło leży tutaj przy­naj­mniej od paru dni.

Sto­ją­ce­go obok Saula wy­raź­nie ze­mdli­ło. Pra­wie dwa metry chło­pa, le­d­wie się­ga­ła mu do pier­si, a chwiał się ni­czym trawa na wie­trze. Po­bla­dły, co kon­tra­sto­wa­ło z jego kru­czo­czar­ny­mi wło­sa­mi, by ustać, mu­siał o­przeć się o mur naj­bliż­sze­go bu­dyn­ku. Z jego miny można było wy­wnio­sko­wać, że zaraz zwró­ci śniadanie na swój no­wiut­ki płaszcz.

Kira za­cią­gnę­ła się smro­dem niby naj­cu­dow­niej­szym z aro­ma­tów i wy­buch­nę­ła grom­kim śmie­chem. Wie­dzia­ła, że męż­czy­zna pra­co­wał w Biu­rze już od wielu lat, cho­ciaż part­ne­ra­mi zo­sta­li do­pie­ro parę mie­się­cy temu. A to znaczyło, że musiał należeć do tych nie­ule­cza­nie wraż­li­wych.

– Co ty, zie­le­nie­jesz na widok roz­be­be­szo­nej skóry? – spy­ta­ła kpiąco. – Za­tkaj nos, gumiaku, od razu po­czu­jesz się le­piej.

Saul po­krę­cił nie­mra­wo głową.

– Nie, dam radę.

Ku roz­cza­ro­wa­niu Kiry, part­ner pu­ścił mimo uszu nie­tak­tow­ny zwrot. Gumiaki, czyli dusze połączone z powłokami, jak na chodzące trupy przystało, nie musiały specjalnie oddychać. A po zniszczeniu oraz wydrenowaniu z semikrwi stawały się sprę­ży­ste w do­ty­ku i od­strę­cza­ją­co cią­gli­we. Stąd nazwa – rów­nie po­wszech­na, co ob­raź­li­wa.

– Jak chcesz – prych­nę­ła hun­tria, kucając przy ciele. – Przy­po­mnij mi, kto ją zna­lazł?

– Anonim.

Kiw­nę­ła głową.

– No, tak. Dla­te­go nie ko­ja­rzy­łam.

Chwi­lę wsłu­chi­wa­ła się w szum desz­czu, ob­ser­wu­jąc szare kro­ple, spły­wa­ją­ce po twa­rzy ofia­ry. Sine usta zastygły w niemym krzyku. Ciem­ne, szeroko otwarte oczy ziały pustką, wpatrzone w pochmurne niebo. Kie­dyś to ciało mu­sia­ło wzbu­dzać po­żą­da­nie, ale teraz pre­zen­to­wa­ło się dosyć ża­ło­śnie – uło­żo­ne na ster­cie śmie­ci, z ordynarnie rozłożonymi nogami, w błysz­czą­cym różowymi ce­ki­na­mi sta­niku i rozciętej spódnicy.

– Dobra –  huntria wyciągnęła rękę w stronę ciała – nie będę się szczy­pać. Spraw­dzę ją na miej­scu.

Saul ma­ru­dził, że nie po­win­na do­ty­kać do­wo­dów, do­pó­ki nie po­ja­wią się pla­sty­cy. Że wpad­nie w ta­ra­pa­ty, jeśli wnik­nie zbyt głę­bo­ko.

Zbyła part­ne­ra milczeniem, kła­dąc dłoń na pierw­szej lep­szej dziu­rze w zwiot­cza­łym ciele, i przy­mknę­ła oczy. Prze­cież deszcz dawno zmył wszel­kie przy­dat­ne ślady.

Za­czerp­nąw­szy od­de­chu, wy­obra­zi­ła sobie, jak wcho­dzi w uszko­dzo­ną po­wło­kę. Potem roz­luź­ni­ła mię­śnie i oczyściła umysł, by swo­bod­nie po­dą­żyć ze strumieniem ukry­te­go we­wnątrz bytu, ale raptem ze­sztyw­nia­ła. Za­miast duszy, za­miast tego ko­lo­ro­we­go wiru myśli oraz wspo­mnień, pod po­wie­ka­mi ujrzała jedynie wy­zu­tą z barw ni­cość.

***

W Pie­kle słowo „śmierć” sta­no­wi­ tabu – ja na ten przykład nie używam go wcale. Nie dla­te­go, że – tak jak na Ziemi – budzi­ strach, ale z tę­sk­no­ty za speł­nio­ną na­dzie­ją. Bo po śmier­ci mogło coś być i prze­cież było. Choć ciała ludzi ob­umie­ra­ły, po krót­kim przy­stan­ku w pur­ga­to­rium ich je­ste­stwo, myśli oraz wspo­mnie­nia tra­fia­ły do ko­lej­ne­go świa­ta. Wy­ru­sza­ły na trud­no do­stęp­ną nie­biań­ską lub ła­twiej osią­gal­ną pie­kiel­ną wę­drów­kę. Py­ta­nie brzmia­ło: co potem? Co, jeśli dusza znik­nie i nawet hun­trie nie będą w sta­nie jej od­na­leźć?

Na­dzie­je drastycznie ma­la­ły.

***

Śledz­two w spra­wie Mii Blue zo­sta­ło za­mknię­te, zanim na dobre je otwar­to. Za­gi­nio­ną duszę albo ktoś wtło­czył do no­we­go ciała, albo ule­gła cał­ko­wi­te­mu uni­ce­stwie­niu. Pla­sty­cy twier­dzi­li, że zna­le­zio­ne zwło­ki nie no­si­ły śla­dów prze­no­sze­nia, więc w grę wchodziła tylko druga opcja. A to zna­czy­ło, że spra­wę przej­mo­wa­ła Sek­cja Druga – kry­mi­nal­ni.

Dzię­ki wy­zy­wa­ją­ce­mu ubio­ro­wi szyb­ko usta­lo­no miej­sce pracy ofia­ry – Mia Blue tań­czy­ła w klu­bie He­aven, znaj­du­ją­cym się przy skrzy­żo­wa­niu Pet­ter­son i Lum­ley. Za­gi­nię­cie ko­bie­ty zgło­szo­no ponad ty­dzień wcze­śniej, ale ko­mi­sarz przy­dzie­lił do po­szu­ki­wań inną huntrię. A ta, bez choć­by mru­gnię­cia po­wie­ką, dała sobie spo­kój ze śledz­twem. Nie chwyciła tropu, mimo że znik­nię­cia w klu­bie zda­rza­ły się po­dej­rza­nie czę­sto. Co zresztą nie dziwiło Kiry. W prze­ci­wień­stwie do niej, mało który funk­cjo­na­riusz zo­sta­wał po go­dzi­nach, czy­ta­jąc stare pro­to­ko­ły.

Również tego dnia wy­szła z Biura do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem. Mrok zdą­żył już obu­dzić uwię­zio­ne w la­tar­niach ulicz­nych świe­tli­ki i zie­lon­ka­wy blask wy­do­by­wał z ciem­no­ści krzy­wi­zny ka­mien­ne­go bruku.

W dro­dze do He­aven po­gry­za­ła kan­dy­zo­wa­ne mrów­ki z pa­pie­ro­wej to­reb­ki. Spokojna, jak gdyby nigdy nic, za­czę­ła klu­czyć wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Niecały kwa­drans póź­niej na­bra­ła pew­no­ści, że ma ogon. Cał­kiem po­kaź­ny ogon.

– Nie za duży je­steś na za­ba­wę w cho­wa­ne­go? – za­py­ta­ła pod­szy­tym drwi­ną tonem i od­wró­ciw­szy się na pię­cie, rzu­ci­ła po­gnie­cio­ną to­reb­kę pro­sto w śle­dzą­cy ją cień. – Co, Saul?

Mężczyzna zaklął, zbyt cicho jednak, by mogła zrozumieć słowa. A gdy wszedł w zieloną poświatę, szukanie emocji na jego twarzy okazało się równie daremne, co wyglądanie uśmiechu w kamiennym podłożu.

– Idziesz do­wie­dzieć się cze­goś o tej tan­cer­ce, praw­da? – spy­tał, pró­bu­jąc wy­cią­gnąć coś lep­kiego z wło­sów.

Kira wzru­szy­ła ra­mio­nami i ponownie skie­ro­wa­ła się w stro­nę He­aven.

– Nie twoja spra­wa, co robię w wol­nym cza­sie – wark­nę­ła, sta­ra­jąc się jak naj­szyb­ciej od­ma­sze­ro­wać.

Nie­ste­ty, Saul do­go­nił ją w parę se­kund. Jakby nie pa­trzeć, miał zde­cy­do­wa­nie dłuż­sze nogi.

– Nie ro­zu­miesz – stwier­dził ostro. – Chcę pomóc.

– To sobie chciej! Kto po­wie­dział, że po­trze­bu­ję po­mo­cy?

Zmru­ży­ła oczy, prze­szy­wa­jąc go zim­nym spoj­rze­niem. Ale kogo pró­bo­wa­ła oszu­kać? Nie miała szans wy­glą­dać groź­nie.

– Prze­py­tam ob­słu­gę, przy­ci­snę parę osób do muru, a ty w tym cza­sie bę­dziesz uda­wać zwy­kłą klient­kę – za­pro­po­no­wał dużo ła­god­niej­szym tonem. – W ten spo­sób mo­że­my do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej.

Hun­tria za­ci­snę­ła usta w wąską kre­skę i zmierzyła partnera podejrzliwym spojrzeniem. Zachowywał się dziwnie. Dotąd robił na niej wrażenie osoby, która od­kle­pu­je swoje i idzie do domu, nigdy nie­za­drę­cza­na kosz­ma­ra­mi prze­szło­ści. Skąd to nagłe zainteresowanie tak bez­bo­le­śnie za­mknię­tą spra­wą?

– Dobra – rzuciła zaintrygowana huntria – ale jesz­cze raz zła­pię cię na swoim ogo­nie, to ode­tnę te twoje gu­mo­wa­te jądra i we­pchnę ci je do gar­dła!

Z nie­ma­łą dozą sa­tys­fak­cji spostrzegła cień wątpliwości malujący się na twarzy olbrzyma. Chyba jed­nak zdo­ła­ła go tro­chę na­stra­szyć.

***

Pełna bio­lu­mi­ne­scen­cyj­nych owa­dów kula bły­sko­wa krę­ci­ła się nad człon­ka­mi ze­spo­łu, oświetlając ja­skra­wy­mi ko­lo­ra­mi ich znu­dzo­ne ob­li­cza. Grali jazz, którego Kira szczerze nie cierpiała.

Basista, z nadłamanym papierosem między zębami, brzdąkał leniwie na strunach, biegnących od szyi aż po pas, i kiwając głową w rytm melodii, co chwila strącał na siebie popiół. Stojący obok bębniarz walił w swój po­kaź­ny kał­dun z nieco większą werwą, niektóre uderzenia podkreślając gromkimi beknięciami. Kolejny instrumentalista, bez otwierania oczu, niczym w transie sunął palcami po otaczającym go pierścieniu klawiszy, zwinnie omijając nitki strun porastających mu zewnętrzne organy instrumentalne. Dalej samotna kobieta-muzyk grała na wygiętej esowato rurze, która swój początek brała w krtani, zastępując rażąco nieobecne usta. Najwyraźniej dźwięki saksofonu stanowiły jej jedyny głos.

Jamę brzusz­ną ostat­nie­go członka zespołu wy­peł­nia­ła ro­ze­dr­ga­na mem­bra­na. Ten tylko chło­nął muzykę po­zo­sta­łych i wzmac­niał ją kil­ku­krot­nie. Mimo hałasu sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał zasnąć.

Kira stała tuż pod sceną, dzi­wiąc się, że mózg jej jesz­cze nie wy­pły­nął nosem za spra­wą tej ośle­pia­ją­cej gry świa­teł oraz mu­zy­ki nie­ubła­ga­nie hu­czą­cej w uszach. Pod­słu­cha­nie cze­go­kol­wiek w ta­kich wa­run­kach było nie­moż­li­we.

Na szczę­ście hun­tria za­uwa­ży­ła, że część klien­tów co jakiś czas gdzieś wy­cho­dzi­ła – jak się oka­za­ło, do ka­me­ral­ne­go ogród­ka na za­ple­czu lo­ka­lu. Najwyraźniej wszechobecny dym oraz zgiełk nie tylko ją męczyły.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości... przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Tysiąc razy tłumaczyła Ludka, ze Cyryl nie jest żadnym smokiem i nie może nim być, bo smoków w ogóle nie ma, a Cyryl jest. Olimpiadzie jednak brak wyobraźni. W świat bez smoków nie wierzy.

— W.Woroszylski, Cyryl, gdzie jesteś?

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

"Kajko i Kokosz - Komiksowa Archeologia"
od do
Komiks
Ratusz Miejski w Starogardzie Gdańskim
Londyńskie Targi Książki 2017
od do
Aktualności
Olympia, Hammersmith Road, West Kensington, London Borough of Hammersmith and Fulham, Londyn, Greater London, Anglia, W14 8UX, Wielka Brytania
"Świdkon X: Włącz się w Fantastykę!"
od do
Aktualności
Miejski Ośrodek Kultury w Świdniku
Pyrkon 2017
od do
Aktualności
Poznań
Warszawskie Targi Książki
od do
Aktualności
Warszawa, Stadion Narodowy
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!