Magdalena Kucenty „Co się stało z Mią Blue?”

cosiestalozmiablue

We­dług de­fi­ni­cji, którą od­na­la­złam w En­cyk­lo­pe­dia In­fer­na, hun­tria (rza­dziej uży­wa­na od­mia­na męska hun­trian) to sa­mo­dziel­ny zawód z grupy spe­cja­li­stów do spraw śled­czych. Do zadań hun­trii na­le­ży m.in. wy­tro­pie­nie Anima Errata, dusz za­gu­bio­nych w In­fer­num (…).

Po­zor­nie wszyst­ko się zga­dza, a jed­nak uży­cie słowa „za­gu­bio­nych” uwa­żam w tym kon­tek­ście za nie­po­praw­ne. Otóż z re­gu­ły dusze same ucie­ka­ją, to, czy zgu­bią się po dro­dze, jest już kwe­stią przy­pad­ku.

Ciara an Phlá Mhór, Wiecz­ne Łowy

Oso­bi­ście je­stem zwo­len­ni­kiem teo­rii, iż Pie­kło, Zie­mia i Niebo to różne wer­sje tego sa­me­go uni­wer­sum. Jeśli spoj­rzysz na Zie­mię pod od­po­wied­nim kątem – zo­ba­czysz Pie­kło, pod innym kątem – zo­ba­czysz Niebo. Naj­bar­dziej uwiel­biam w tej teo­rii ra­do­sną im­pli­ka­cję ist­nie­nia ta­kie­go kąta, pod któ­rym Niebo za­mie­nia się w Pie­kło.

P.Bel­la­gam­ba, Wy­wiad z Sza­ta­nem

Dum. Dum. Dum.

Kroki dud­ni­ły w wą­skim ko­ry­ta­rzu, gdy Bam­ber Ebbe, ni­czym pług za­mia­ta­ją­cy wszyst­ko ze swej drogi, obrał kurs do ga­bi­ne­tu ko­mi­sa­rza Sek­cji Trze­ciej. Ga­bi­ne­tu szefa tego ca­łe­go bur­de­lu, zwa­ne­go Biu­rem Ewi­den­cyj­nym Pią­te­go Kręgu.

Jego ga­bi­ne­tu. Nie­ste­ty.

I kiedy tak szedł, niemalże biegnąc, plamy potu roz­kwi­ta­ły mu pod pa­cha­mi jak kwia­ty na wio­snę. Ale nie przej­mo­wał się tym. Opi­sy­wać jego urodę, to jak opo­wia­dać o mo­ral­no­ści po­li­ty­ków; był brzyd­szy od desz­czo­wej nocy i do­brze o tym wie­dział, więc nie dbał o pre­zen­cję. Wpraw­dzie po tylu la­tach mógł­by wnio­sko­wać o przy­dzie­le­nie jakiejś względnie estetycznej po­wło­ki, ale przy­zwy­cza­ił się do swojego ciała. Zresztą wolał stra­szyć wiel­kim brzu­szy­skiem i gniew­nym gry­ma­sem nie­zstę­pu­ją­cym z nalanej twa­rzy, niż wła­zić od za­ple­cza ja­kie­muś urzę­da­so­wi. A żeby co­kol­wiek za­ła­twić, nie­wąt­pli­we wła­zić by mu­siał, i to głę­bo­ko.

Nie. Star­czy­ło mu kło­po­tów. Szcze­gól­nie odkąd miał nie­przy­jem­ność współ­pra­co­wać z Kirą. Ledwie pomyślał o huntrii, za­czy­nał zgrzy­tać zę­ba­mi.

Już pierw­sze­go dnia podwładna od­kry­ła przed nim zu­peł­nie nowe, nie­zna­ne mu dotąd po­zio­my nie­sub­or­dy­na­cji. I choć ko­mi­sarz mu­siał przy­znać, że pra­co­wa­ła cięż­ko – być może naj­cię­żej z ca­łe­go od­dzia­łu – to wo­lał­by jed­nak, żeby prze­sta­ła w kółko po­dej­mo­wać się nie­sank­cjo­no­wa­nych misji oca­le­nia wszech­świa­ta.

Bo Kira wy­naj­dy­wa­ła dziu­ry w nie­mal każ­dym śledz­twie i wska­ki­wa­ła do nich chyżo, doprowadzając tym Bam­be­ra do szew­skiej pasji. Na do­miar złego, jeśli coś po­szło nie tak, ob­ra­ca­ła całą spra­wę w żart, świę­cie prze­ko­na­na, iż wszyst­ko uj­dzie jej pła­zem.

Ko­mi­sarz nie wątpił, że wła­śnie z taką sy­tu­acją miał obec­nie do czy­nie­nia. Od paru go­dzin huntria ukry­wa­ła się u niego, ocze­ku­jąc na ma­gicz­ne sa­mo­roz­wią­za­nie pro­ble­mów, któ­rych na­ro­bi­ła. A w tym cza­sie Bam­ber uże­rał się z bub­ka­mi od Spraw We­wnętrz­nych, bio­rąc na sie­bie całą od­po­wie­dzial­ność za po­wsta­ły ba­ła­gan.

Po­wo­li miał już dosyć. Wkro­czył do po­ko­ju, trza­ska­jąc drzwia­mi, a sie­dzą­ca przy biur­ku drob­na po­stać drgnę­ła ner­wo­wo. Bez­czel­na, zaj­mo­wa­ła jego fotel!

– Jak po­szło, sir? – spy­ta­ła, szyb­ko ustę­pu­jąc mu miej­sca. Wiel­kie ka­łu­że bursz­ty­no­wych oczu wy­ra­ża­ły de­mon­stra­cyj­ną skru­chę, ale Bam­ber nie dał się na­brać. Nie tym razem.

– Gów­nia­nie po­szło, o! – ryk­nął w od­po­wie­dzi i opadł cięż­ko na skó­rza­ne sie­dze­nie.

Wie­dział, że hun­tria pró­bu­je go udo­bru­chać, per­fid­nie wy­ko­rzy­stu­jąc swoją dzie­cin­ną apa­ry­cję. Bo jak nie wie­rzyć tej gład­kiej twa­rzycz­ce i nie­win­ne­mu spoj­rze­niu? Kira wy­glą­da­ła ni­czym cho­ler­ny anio­łek, któ­re­mu nie­chcą­cy zbłą­dzi­ło się do Pie­kła. Do­ro­bić skrzy­dła i spo­koj­nie mo­gła­by robić za ozdo­bę świą­tecz­ną.

– Mimo głę­bo­kich uszko­dzeń eks­trak­cja duszy prze­bie­gła po­myśl­nie – ob­ja­śnił już spo­koj­niej­szym tonem. – Prze­słu­cha­li Huck­ste­ra, grzecz­nie po­twier­dził twoją wer­sję wy­da­rzeń, ale nie chciał po­ka­zać wspo­mnień. Oznaj­mił, że skoro przy­zna­je się do wszyst­kie­go, nie widzi po­trze­by uze­wnętrz­nia­nia swo­jej duszy. To jed­nak nie wy­star­czy­ło SW-owcom. Two­je­go part­ne­ra zdą­ży­li już wziąć na spyt­ki i na­ci­ska­ją, żebyś od­da­ła się w ich ręce. – Bam­ber o­parł brodę na pię­ści i dodał: – Ech, mała, po jakie licho pod­cho­dzi­łaś do tego fa­ce­ta?

Pod­wład­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Oby­wa­tel Edric Huck­ster spro­wo­ko­wał mnie do dzia­ła­nia swoim wy­jąt­ko­wo po­dej­rza­nym za­cho­wa­niem – wy­re­cy­to­wa­ła cicho, przy­su­wa­jąc sobie ze zgrzytem krze­sło. Bam­ber le­d­wie roz­róż­niał słowa, cho­ciaż znał tę śpiew­kę na pa­mięć.

– Psia­krew, Kira! – nie wy­trzy­mał. – To już się odlać w parku nie można?

– No, ale on sikał wy­jąt­ko­wo po­dej­rza­nie, sir!

Tym razem hun­tria nie kryła się z ło­bu­zer­ską miną, ale Bam­ber nie po­dzie­lał jej roz­ba­wie­nia.

– Pod­da­ję się – wes­tchnął z re­zy­gna­cją. – Skoro nie po­tra­fisz po­dejść do spra­wy po­waż­nie, tym bar­dziej nie za­mie­rzam nad­sta­wiać za cie­bie karku. Inni mogą cię wziąć w dia­bły! Potną twoją duszę w równe pa­secz­ki i bę­dzie spo­kój.

Rzadko kiedy tak niefrasobliwie wypowiadał się o Innych. Nie­lu­dzie. Bez dusz, bez naj­mniej­szej iskry czło­wie­czeń­stwa, na­pa­wa­li lę­kiem wszyst­kich. Nawet naj­więk­szych sza­leń­ców. Nawet jego podwładną.

We­so­łe ogni­ki bursz­ty­no­wych oczu zaraz przy­ga­sły. Hun­tria prze­cze­sa­ła pal­ca­mi krót­kie, kasz­ta­no­we włosy i zer­knęła na ko­mi­sa­rza spode łba.

– Ale…

– Żad­ne­go ale! Wynoś się z mo­je­go ga­bi­ne­tu!

W za­ku­rzo­nym po­wie­trzu za­le­gła cięż­ka cisza. Ko­mi­sarz i pod­wład­na mie­rzy­li się wzro­kiem, aż w końcu ta druga ustą­pi­ła:

– Dobra, za­cznę gadać. Ale to nie bę­dzie krót­ka hi­sto­ria – ostrzegła z naburmuszoną miną i ostentacyjnie założonymi rękoma, po czym usiadła.

Bam­ber miał ocho­tę dać dziew­czy­nie na­ucz­kę. Prze­go­nić ją, oznaj­mia­jąc, że już za późno na wszel­kie tłu­ma­cze­nia. Ale nie ode­zwał się ani sło­wem.

Bo spra­wa była dziw­na. Dziu­ra­wa jak ser szwaj­car­ski, za­drę­cza­ła umysł ko­mi­sa­rza ele­men­ta­mi za nic niechcą­cy­mi zło­żyć się do kupy.

Atak Huck­ste­ra sam w sobie nie miał sensu, a re­ak­cja Kiry była co naj­mniej gwałtowna. Nie, po­wie­dzieć, iż hun­tria za­cho­wa­ła się gwałtownie, to jak okre­ślić ognie pie­kiel­ne cie­pła­wy­mi. To było szalone. Dźgnęła podejrzanego dwadzieścia sześć razy! Dwadzieścia sześć pieprzonych razy!

Choć Bam­ber nigdy nie przy­znał­by się do tego na głos, wolał wie­rzyć, że ja­kimś cudem dzia­ła­nia pod­wład­nej zo­sta­ły po­dyk­to­wa­ne gło­sem do­bre­go, choć „nieco” po­ryw­cze­go serca.

– No, to jak bę­dzie? – spy­ta­ła Kira, gdy cisza za­czę­ła się prze­dłu­żać.

Ko­mi­sarz po­wo­li ski­nął łysą głową.

– Mów. Ale wy­czu­ję kłam­stwo, to tylko kopa na po­że­gna­nie za­su­nę.

Hun­tria wy­mru­cza­ła coś o „szko­dli­wych wa­run­kach pracy”, jed­nak Bam­ber zbył tę uwagę mil­cze­niem. W końcu pod­ję­ła:

– Muszę za­cząć od ano­ni­mu sprzed mie­sią­ca. Tego, dzię­ki któ­re­mu zna­leź­li­śmy Mię Blue, a ra­czej to, co z niej zo­sta­ło…

28 dni, czyli do­kład­nie jeden mie­siąc pie­kiel­ny wcze­śniej

Gęste chmu­ry przy­sła­nia­ły niebo, na szare bu­dyn­ki wraz z desz­czem spły­wa­ło mętne po­po­łu­dnio­we świa­tło. Tego dnia po­go­da w Pie­kle była dosyć par­szy­wa. Co praw­da, po­go­da w Pie­kle za­wsze jest par­szy­wa, więc ten dzień nie od­zna­czał się ni­czym wy­jąt­ko­wym. Przy­naj­mniej pod względem me­te­oro­lo­gicz­nym.

Kira stała w jed­nym z wielu ciem­nych, cia­snych za­uł­ków Lyuk, po­chy­lo­na nad zma­sa­kro­wa­nym cia­łem nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej duszy. W po­wie­trzu wi­siał ten cha­rak­te­ry­stycz­ny fetor po­wo­li roz­kła­da­ją­cej się po­wło­ki – ostry za­pach amo­nia­ku i zgni­li­zny.

W ofie­rze ziały dziu­ry wiel­ko­ści dłoni, umiej­sco­wio­ne w oko­li­cy pier­si i brzu­cha, przez co ten za­padł się ni­czym prze­bi­ty balon. Mlecz­no­bia­łe plamy se­mi­kr­wi zna­czy­ły zbru­nat­nia­łą skórę, której od­cień wska­zy­wał, że tru­chło leży tutaj przy­naj­mniej od paru dni.

Sto­ją­ce­go obok Saula wy­raź­nie ze­mdli­ło. Pra­wie dwa metry chło­pa, le­d­wie się­ga­ła mu do pier­si, a chwiał się ni­czym trawa na wie­trze. Po­bla­dły, co kon­tra­sto­wa­ło z jego kru­czo­czar­ny­mi wło­sa­mi, by ustać, mu­siał o­przeć się o mur naj­bliż­sze­go bu­dyn­ku. Z jego miny można było wy­wnio­sko­wać, że zaraz zwró­ci śniadanie na swój no­wiut­ki płaszcz.

Kira za­cią­gnę­ła się smro­dem niby naj­cu­dow­niej­szym z aro­ma­tów i wy­buch­nę­ła grom­kim śmie­chem. Wie­dzia­ła, że męż­czy­zna pra­co­wał w Biu­rze już od wielu lat, cho­ciaż part­ne­ra­mi zo­sta­li do­pie­ro parę mie­się­cy temu. A to znaczyło, że musiał należeć do tych nie­ule­cza­nie wraż­li­wych.

– Co ty, zie­le­nie­jesz na widok roz­be­be­szo­nej skóry? – spy­ta­ła kpiąco. – Za­tkaj nos, gumiaku, od razu po­czu­jesz się le­piej.

Saul po­krę­cił nie­mra­wo głową.

– Nie, dam radę.

Ku roz­cza­ro­wa­niu Kiry, part­ner pu­ścił mimo uszu nie­tak­tow­ny zwrot. Gumiaki, czyli dusze połączone z powłokami, jak na chodzące trupy przystało, nie musiały specjalnie oddychać. A po zniszczeniu oraz wydrenowaniu z semikrwi stawały się sprę­ży­ste w do­ty­ku i od­strę­cza­ją­co cią­gli­we. Stąd nazwa – rów­nie po­wszech­na, co ob­raź­li­wa.

– Jak chcesz – prych­nę­ła hun­tria, kucając przy ciele. – Przy­po­mnij mi, kto ją zna­lazł?

– Anonim.

Kiw­nę­ła głową.

– No, tak. Dla­te­go nie ko­ja­rzy­łam.

Chwi­lę wsłu­chi­wa­ła się w szum desz­czu, ob­ser­wu­jąc szare kro­ple, spły­wa­ją­ce po twa­rzy ofia­ry. Sine usta zastygły w niemym krzyku. Ciem­ne, szeroko otwarte oczy ziały pustką, wpatrzone w pochmurne niebo. Kie­dyś to ciało mu­sia­ło wzbu­dzać po­żą­da­nie, ale teraz pre­zen­to­wa­ło się dosyć ża­ło­śnie – uło­żo­ne na ster­cie śmie­ci, z ordynarnie rozłożonymi nogami, w błysz­czą­cym różowymi ce­ki­na­mi sta­niku i rozciętej spódnicy.

– Dobra –  huntria wyciągnęła rękę w stronę ciała – nie będę się szczy­pać. Spraw­dzę ją na miej­scu.

Saul ma­ru­dził, że nie po­win­na do­ty­kać do­wo­dów, do­pó­ki nie po­ja­wią się pla­sty­cy. Że wpad­nie w ta­ra­pa­ty, jeśli wnik­nie zbyt głę­bo­ko.

Zbyła part­ne­ra milczeniem, kła­dąc dłoń na pierw­szej lep­szej dziu­rze w zwiot­cza­łym ciele, i przy­mknę­ła oczy. Prze­cież deszcz dawno zmył wszel­kie przy­dat­ne ślady.

Za­czerp­nąw­szy od­de­chu, wy­obra­zi­ła sobie, jak wcho­dzi w uszko­dzo­ną po­wło­kę. Potem roz­luź­ni­ła mię­śnie i oczyściła umysł, by swo­bod­nie po­dą­żyć ze strumieniem ukry­te­go we­wnątrz bytu, ale raptem ze­sztyw­nia­ła. Za­miast duszy, za­miast tego ko­lo­ro­we­go wiru myśli oraz wspo­mnień, pod po­wie­ka­mi ujrzała jedynie wy­zu­tą z barw ni­cość.

***

W Pie­kle słowo „śmierć” sta­no­wi­ tabu – ja na ten przykład nie używam go wcale. Nie dla­te­go, że – tak jak na Ziemi – budzi­ strach, ale z tę­sk­no­ty za speł­nio­ną na­dzie­ją. Bo po śmier­ci mogło coś być i prze­cież było. Choć ciała ludzi ob­umie­ra­ły, po krót­kim przy­stan­ku w pur­ga­to­rium ich je­ste­stwo, myśli oraz wspo­mnie­nia tra­fia­ły do ko­lej­ne­go świa­ta. Wy­ru­sza­ły na trud­no do­stęp­ną nie­biań­ską lub ła­twiej osią­gal­ną pie­kiel­ną wę­drów­kę. Py­ta­nie brzmia­ło: co potem? Co, jeśli dusza znik­nie i nawet hun­trie nie będą w sta­nie jej od­na­leźć?

Na­dzie­je drastycznie ma­la­ły.

***

Śledz­two w spra­wie Mii Blue zo­sta­ło za­mknię­te, zanim na dobre je otwar­to. Za­gi­nio­ną duszę albo ktoś wtło­czył do no­we­go ciała, albo ule­gła cał­ko­wi­te­mu uni­ce­stwie­niu. Pla­sty­cy twier­dzi­li, że zna­le­zio­ne zwło­ki nie no­si­ły śla­dów prze­no­sze­nia, więc w grę wchodziła tylko druga opcja. A to zna­czy­ło, że spra­wę przej­mo­wa­ła Sek­cja Druga – kry­mi­nal­ni.

Dzię­ki wy­zy­wa­ją­ce­mu ubio­ro­wi szyb­ko usta­lo­no miej­sce pracy ofia­ry – Mia Blue tań­czy­ła w klu­bie He­aven, znaj­du­ją­cym się przy skrzy­żo­wa­niu Pet­ter­son i Lum­ley. Za­gi­nię­cie ko­bie­ty zgło­szo­no ponad ty­dzień wcze­śniej, ale ko­mi­sarz przy­dzie­lił do po­szu­ki­wań inną huntrię. A ta, bez choć­by mru­gnię­cia po­wie­ką, dała sobie spo­kój ze śledz­twem. Nie chwyciła tropu, mimo że znik­nię­cia w klu­bie zda­rza­ły się po­dej­rza­nie czę­sto. Co zresztą nie dziwiło Kiry. W prze­ci­wień­stwie do niej, mało który funk­cjo­na­riusz zo­sta­wał po go­dzi­nach, czy­ta­jąc stare pro­to­ko­ły.

Również tego dnia wy­szła z Biura do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem. Mrok zdą­żył już obu­dzić uwię­zio­ne w la­tar­niach ulicz­nych świe­tli­ki i zie­lon­ka­wy blask wy­do­by­wał z ciem­no­ści krzy­wi­zny ka­mien­ne­go bruku.

W dro­dze do He­aven po­gry­za­ła kan­dy­zo­wa­ne mrów­ki z pa­pie­ro­wej to­reb­ki. Spokojna, jak gdyby nigdy nic, za­czę­ła klu­czyć wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Niecały kwa­drans póź­niej na­bra­ła pew­no­ści, że ma ogon. Cał­kiem po­kaź­ny ogon.

– Nie za duży je­steś na za­ba­wę w cho­wa­ne­go? – za­py­ta­ła pod­szy­tym drwi­ną tonem i od­wró­ciw­szy się na pię­cie, rzu­ci­ła po­gnie­cio­ną to­reb­kę pro­sto w śle­dzą­cy ją cień. – Co, Saul?

Mężczyzna zaklął, zbyt cicho jednak, by mogła zrozumieć słowa. A gdy wszedł w zieloną poświatę, szukanie emocji na jego twarzy okazało się równie daremne, co wyglądanie uśmiechu w kamiennym podłożu.

– Idziesz do­wie­dzieć się cze­goś o tej tan­cer­ce, praw­da? – spy­tał, pró­bu­jąc wy­cią­gnąć coś lep­kiego z wło­sów.

Kira wzru­szy­ła ra­mio­nami i ponownie skie­ro­wa­ła się w stro­nę He­aven.

– Nie twoja spra­wa, co robię w wol­nym cza­sie – wark­nę­ła, sta­ra­jąc się jak naj­szyb­ciej od­ma­sze­ro­wać.

Nie­ste­ty, Saul do­go­nił ją w parę se­kund. Jakby nie pa­trzeć, miał zde­cy­do­wa­nie dłuż­sze nogi.

– Nie ro­zu­miesz – stwier­dził ostro. – Chcę pomóc.

– To sobie chciej! Kto po­wie­dział, że po­trze­bu­ję po­mo­cy?

Zmru­ży­ła oczy, prze­szy­wa­jąc go zim­nym spoj­rze­niem. Ale kogo pró­bo­wa­ła oszu­kać? Nie miała szans wy­glą­dać groź­nie.

– Prze­py­tam ob­słu­gę, przy­ci­snę parę osób do muru, a ty w tym cza­sie bę­dziesz uda­wać zwy­kłą klient­kę – za­pro­po­no­wał dużo ła­god­niej­szym tonem. – W ten spo­sób mo­że­my do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej.

Hun­tria za­ci­snę­ła usta w wąską kre­skę i zmierzyła partnera podejrzliwym spojrzeniem. Zachowywał się dziwnie. Dotąd robił na niej wrażenie osoby, która od­kle­pu­je swoje i idzie do domu, nigdy nie­za­drę­cza­na kosz­ma­ra­mi prze­szło­ści. Skąd to nagłe zainteresowanie tak bez­bo­le­śnie za­mknię­tą spra­wą?

– Dobra – rzuciła zaintrygowana huntria – ale jesz­cze raz zła­pię cię na swoim ogo­nie, to ode­tnę te twoje gu­mo­wa­te jądra i we­pchnę ci je do gar­dła!

Z nie­ma­łą dozą sa­tys­fak­cji spostrzegła cień wątpliwości malujący się na twarzy olbrzyma. Chyba jed­nak zdo­ła­ła go tro­chę na­stra­szyć.

***

Pełna bio­lu­mi­ne­scen­cyj­nych owa­dów kula bły­sko­wa krę­ci­ła się nad człon­ka­mi ze­spo­łu, oświetlając ja­skra­wy­mi ko­lo­ra­mi ich znu­dzo­ne ob­li­cza. Grali jazz, którego Kira szczerze nie cierpiała.

Basista, z nadłamanym papierosem między zębami, brzdąkał leniwie na strunach, biegnących od szyi aż po pas, i kiwając głową w rytm melodii, co chwila strącał na siebie popiół. Stojący obok bębniarz walił w swój po­kaź­ny kał­dun z nieco większą werwą, niektóre uderzenia podkreślając gromkimi beknięciami. Kolejny instrumentalista, bez otwierania oczu, niczym w transie sunął palcami po otaczającym go pierścieniu klawiszy, zwinnie omijając nitki strun porastających mu zewnętrzne organy instrumentalne. Dalej samotna kobieta-muzyk grała na wygiętej esowato rurze, która swój początek brała w krtani, zastępując rażąco nieobecne usta. Najwyraźniej dźwięki saksofonu stanowiły jej jedyny głos.

Jamę brzusz­ną ostat­nie­go członka zespołu wy­peł­nia­ła ro­ze­dr­ga­na mem­bra­na. Ten tylko chło­nął muzykę po­zo­sta­łych i wzmac­niał ją kil­ku­krot­nie. Mimo hałasu sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał zasnąć.

Kira stała tuż pod sceną, dzi­wiąc się, że mózg jej jesz­cze nie wy­pły­nął nosem za spra­wą tej ośle­pia­ją­cej gry świa­teł oraz mu­zy­ki nie­ubła­ga­nie hu­czą­cej w uszach. Pod­słu­cha­nie cze­go­kol­wiek w ta­kich wa­run­kach było nie­moż­li­we.

Na szczę­ście hun­tria za­uwa­ży­ła, że część klien­tów co jakiś czas gdzieś wy­cho­dzi­ła – jak się oka­za­ło, do ka­me­ral­ne­go ogród­ka na za­ple­czu lo­ka­lu. Najwyraźniej wszechobecny dym oraz zgiełk nie tylko ją męczyły.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
Cintryjka

Nazgul Ortografii, redaktorka-hobbystka, okazjonalnie recenzentka. Długi staż recenzencki sprawił, że zrobiłam się bardzo wybredna i teraz czytam już tylko to, na co naprawdę mam ochotę. Jeśli jest to fantastyka, to bardzo rzadko polska. Jeśli już polska, to najczęściej z oferty wydawnictwa Powergraph. Strona językowa i stylistyczna utworu ma dla mnie pierwszoplanowe znaczenie, dobra fabuła to nie wszystko. Ważna jest również konstrukcja psychologiczna postaci. Moim ulubieni fantaści to Scott Lynch, Peter Watts, Neal Stephenson, Jim Butcher, Matthew W. Stover, Dan Simmons, Agnieszka Hałas, Anna Kańtoch i Wit Szostak.

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

– Chcę przez to powiedzieć – powiedziała – że jedno jest nie do uniknięcia; to, że się rośnie.
– „Jedno” jest nie do uniknięcia, ale „dwoje” może tego uniknąć – powiedział Humpty Dumpty. – Przy odpowiedniej współpracy z kimś mogłabyś poprzestać na siódmym roku życia.

— Lewis Carroll, „O tym, co Alicja odkryła po Drugiej Stronie Lustra”

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Igrzyska Wolności 2017 - „RE:wolucja / Cyfrowa rzeczywistość”
od do
Aktualności
6. Dzielnica, ul. Piotrkowska 102
Spotkanie autorskie z Jackiem Dukajem
Aktualności
Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (ul. Zachodnia 93, 90-402 Łódź)
Spotkanie z Maciejem Parowskim
Aktualności
Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (ul. Zachodnia 93, 90-402 Łódź)
Palpatine, Daenerys Targaryen, Voldemort - populiści w świecie fantasy i science fiction
Aktualności
Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka (ul. Zachodnia 93, Łódź)
21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie
od do
Aktualności
Międzynarodowe Centrum Targowo-Kongresowe EXPO Kraków
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!