Maria Dunkel „Sługa kłamstw”

1

Maghar dobrze pamiętał dzień, w którym Kerin Zmiennoskóra pojawiła się w królewskiej siedzibie. Strugi jesiennego deszczu siekły pałacowe ogrody, kiedy straż przeprowadziła ją przez bramę. Maghar obserwował to z okna samotni swego najlepszego przyjaciela, Radirzjana Geshwanka, wtedy jeszcze marszałka Rady Stanów.

– Po co ci ona? – spytał. – Jest niebezpieczna. Powinna zgnić w lochach.

Kerin ujęto na trakcie wiodącym przez Wilczy Bór. Maghar przypuszczał, że patrol żołnierzy zaczepił ją dla rozrywki; wędrująca samotnie kobieta zawsze prowokuje takie sytuacje. Tym razem trzech ludzi przypłaciło tę niewinną zabawę życiem.

– Bezpieczna broń na nic się nie przydaje – zauważył kpiąco Geshwank..

Kerin niewątpliwie się przydała.

 

2

Była martwa. Zaledwie ta szokująca wieść obiegła pałacowy kompleks, w czym rzecz jasna dopomogły długie języki niewolników, Maghar porzucił przeglądanie raportów otrzymanych dzień wcześniej od wywiadu i udał się do komnat kobiety.

Wejścia do sypialni Kerin strzegli żołnierze wywiadu ubrani w czarne, płócienne mundury. Grupka ciekawskich niewolnic stłoczyła się na środku szerokiego korytarza, kilka kroków od nich. Rozmawiały przyciszonymi głosami.

Maghar zatrzymał się przed drzwiami. Jeden z żołnierzy obrzucił go uważnym spojrzeniem. O nic nie zapytał, wystarczył mu widok złotego płaszcza, symbol urzędu królewskiego adiutanta i zarazem marszałka Rady Stanów. Usunął się na bok.

Maghar przestąpił próg. Nigdy tu nie byłem, pomyślał przelotnie, rozglądając się z uwagą. Po pomieszczeniu kręciło się kilku funkcjonariuszy wywiadu. Jeden przesuwał się, zgięty wpół, po grubym, ciemnoniebieskim dywanie. Inny wybebeszał zawartość wielkiej skrzyni, stojącej w kącie, wyrzucając prywatne rzeczy Kerin na podłogę. Spod łóżka dobiegały chroboty i stłumione przekleństwa, najwyraźniej nawet tam szukano śladów mordercy. Ostatni żołnierz przeglądał zawartość prostej, eleganckiej toaletki. Przy otwartym szeroko oknie, przez które wpadały podmuchy zimnego powietrza, generał wywiadu Ederyk Kasharp rozmawiał z Geshwankiem, ubranym w biały, królewski mundur.

Bardziej od tego wszystkiego Maghara zainteresowało rozgrzebane łoże i spoczywające w nim ciało. Ruszył w jego kierunku, uważając, by nie zadeptać dywanu.

Kerin leżała bezwładnie, z rozrzuconymi rękami i złączonymi nogami. Poza krótką, haftowaną w barwne kwiaty koszulą, nie miała na sobie nic. Długie, białe nogi były oparte o skopaną, wygniecioną pierzynę. Bladozłote włosy rozsypały się wokół głowy. Młodą twarz o delikatnych rysach wykrzywił grymas gniewu i strachu. Wielkie, szeroko rozwarte oczy wpatrywały się w pustkę, a spomiędzy rozchylonych, sinych warg wyglądały lekko pożółkłe, równe zęby. Na pościeli nie było śladu krwi, za to okrągły stolik przy łożu szpeciły ciemne smugi. O krok od mebla leżały na podłodze dwa drobne, bure ciałka górskich szczurów, pupilków Kerin. Wokół ich rozbitych czaszek utworzyły się małe, czerwone kałuże stężałej krwi.

Maghar powstrzymał się przed chwyceniem za skraj kołdry i okryciem ciała. Odwrócił wzrok. Powoli podszedł do Kasharpa i króla, którzy na jego widok przerwali rozmowę.

– Została… – zaczął.

– …uduszona – dokończył Kasharp. Uniósł brew w wyrazie. – Wiem.

Maghar tylko skinął głową. Dobrze pamiętał, że kiedy pracował w wywiadzie, niczego nie znosił bardziej od wtrącających się w jego pracę ważniaków. Poczuł się stary, zmęczony i wykluczony z gry. Zdał sobie sprawę, że aż do tej chwili nie wierzył w śmierć Kerin. Prawda, którą ujrzał na własne oczy, przytłoczyła go.

Odwrócił się do króla.

Na smagłej, pokrytej płytkimi bruzdami twarzy Radirzjana Geshwanka nie malowały się żadne emocje. Patrzył na ciało Kerin – swojej kochanki przecież – zupełnie obojętnie. Poprzetykane pasmami siwizny włosy opadały mu na twarz.

– Wasza Wysokość? – rzucił Maghar.

– Znajdą go – zapewnił Geshwank obojętnym tonem. Odgarnął do tyłu niepokorne kosmyki. – Znajdą skurwysyna, a wtedy każę obdzierać go ze skóry, kawałek po kawałku.

Jego lodowaty gniew był tak różny od ssącego żalu, który odczuwał Maghar, że ten przez chwilę nie miał pojęcia, co powiedzieć.

– Znajdą go – przytaknął po chwili krępującego milczenia.

Geshwank jakby go nie usłyszał.

– Trzeba pomyśleć o pogrzebie – stwierdził. – Przepraszam.

Szybkim, cichym krokiem, którym poruszał się zawsze, wyszedł z pomieszczenia. Maghar spojrzał pytająco na Kasharpa, ale ten jedynie wzruszył ramionami.

 

3

Ciało Kerin Zmiennoskórej spalono na pogrzebowym stosie nazajutrz po jej śmierci. Przez następne dwa dni Maghar prawie nie rozmawiał z królem, chcąc dać mu trochę czasu na żałobę. Wciąż jednak dręczyły go pewne sprawy związane z morderstwem, wiec ostatecznie zdecydował się odwiedzić Geshwanka w jego samotni.

Niezbyt duże, kwadratowe pomieszczenie odstręczało surowym, bezosobowym wystrojem. Od nagiej posadzki ciągnęło chłodem. Masywne, mahoniowe meble o prostych, zdecydowanych liniach zostały ustawione w doskonałej symetrii – szeroki stół pośrodku, dwa identyczne regały po lewej i prawej, królewskie krzesło naprzeciwko drzwi. Wszystko było tutaj czyste i równe. Nawet sterty dokumentów na półkach leżały jak od linijki, a Maghar wiedział, że sprzątająca samotnię niewolnica odkurza je regularnie.

Król był zajęty czytaniem jakiegoś pisma. Zgarbiony nad arkuszem papieru, zmęczony i znudzony, przez dłuższą chwilę nawet nie spojrzał na Maghara. Ten przez jakiś czas nie odzywał się, stojąc niemal na baczność tuż przy drzwiach. Nie lubił tego przesadnie schludnego pomieszczenia.

Cisza się przedłużała. Wreszcie Maghar nie wytrzymał.

– Przykro mi z powodu jej śmierci – powiedział. – To wielka tragedia.

Ozdobiony pierścieniem z wielkim onyksem palec, którym Geshwank wodził po piśmie, zamarł. Król uniósł złote oczy, podkrążone z niewyspania. Przyglądał się Magharowi, jakby chciał przewiercić go spojrzeniem na wylot. Marszałek nie odwrócił wzroku.

– Tak – przyznał cicho Geshwank. W jego głosie nie było emocji, tylko pustka, jakby zamiast serca miał dziurę. – Bardzo nam się przysłużyła.

Maghar nie wiedział, czy ma większą ochotę wrzasnąć z frustracji, czy uderzyć w twarz siedzącego przed nim człowieka. Mówili o Kerin, o kobiecie, z którą Geshwank nie tylko przez ostatnie trzy lata sypiał, ale też z którą dzielił się wszystkim. Brudnymi sekretami, żalami, obawami, planami. Tymczasem w Geshwanku nie było nic, ani smutku, ani gniewu, tylko zimna, obojętna pustka. Zdawało się, że w ogóle nie ma już ochoty słuchać o Kerin.

– Tak… – wymamrotał Maghar. Jeżeli mamy rozmawiać w ten sposób, lepiej nie rozmawiajmy w ogóle, pomyślał. Pchany narastającą irytacją, wypalił: – Ostatecznie to jej zawdzięczasz tron.

Geshwank oderwał oczy od papieru i wpatrzył się w jakiś nieokreślony punkt przestrzeni. Mięśnie jego twarzy zadrgały lekko. Nic nie powiedział, przygryzł tylko wargi.

Kerin – korzystając ze swojej zdolności przejmowania cudzych ciał – usunęła poprzedniego władcę. Wraz z Magharem zafałszowała też wyniki śledztwa, by odwrócić wszelkie podejrzenia od Geshwanka. Dlatego Rada Stanów wybrała go na nowego króla, a Maghar z kolei awansował na jego dawne miejsce.

– Bez Kerin będzie nam dużo trudniej – ciągnął Maghar. Cholera, kompletnie nie o tym chciałem z nim rozmawiać, zdał sobie sprawę. – Jak dotąd, nie musieliśmy aż tak bardzo przejmować się politycznymi przeciwnikami. Usuwała ich jednego po drugim z dziecinną łatwością.

– Czy naprawdę musimy o tym mówić? – spytał z irytacją Geshwank. – O pewnych sprawach lepiej nie wspominać zbyt głośno, Ren.

– Masz rację – przyznał niechętnie Maghar. – Po prostu… nie mogę się jakoś pozbierać. Cholera, lubiłem ją. Jeszcze kilka dni temu rozmawialiśmy… wspominała o swoich planach.

– Chciała wyjechać – powiedział ponuro Geshwank.

W jego głosie po raz pierwszy pojawił się ślad uczuć, zbyt nikły, by Maghar mógł je zinterpretować.

– Tak, napomknęła mi o tym – przyznał. – Dwór trochę ją męczył. Chciała na jakiś czas odetchnąć od wszystkiego.

Geshwank pochylił głowę, jakby nagle rozbudziło się w nim zainteresowanie pismem, nad którym pracował.

– Chciałeś coś konkretnego? – spytał. – Jak widzisz, nie bardzo mam czas na pogaduszki. Ty chyba też nie, prawda?

Maghar zesztywniał, słysząc pytanie króla. Być może był przewrażliwiony, jak wszyscy nawykli do surowej dyscypliny Kahrańczycy, ale przez chwilę ujrzał widmo stryczka. Geshwank zrobił się ostatnimi czasy bezwzględny, jeszcze bardziej bezwzględny niż kiedyś.

Maghar przyszedł tutaj, żeby porozmawiać z królem na temat mordercy, który prawdopodobnie ciągle grasował w pałacu. Wiedział, że gwardia jest przygotowana na możliwość ponownego ataku, którego celem mógł być sam Geshwank.

Teraz, po krótkiej, ostrożnej wymianie zdań, tak bardzo innej od przyjacielskich rozmów, do których przywykł, zwątpił, by Geshwank chciał dyskutować z nim na temat bezpieczeństwa. Dręczyła go jednak jeszcze jedna sprawa i wiedział, że jeżeli nie zapyta teraz, może stracić jedyną okazję.

– Wiesz, co z trzecim szczurem?

Geshwank gwałtownie poderwał głowę. Obrzucił Maghara taksującym spojrzeniem. Powoli, gniewnie zmarszczył brwi.

– Trzecim szczurem? – powtórzył.

– Z Zero, ulubionym szczurem górskim Kerin – wyjaśnił Maghar. – Zabójca dorwał dwa pozostałe, ale jego nie widziałem w sypialni.

Geshwank zamyślił się. Maghar był pewien, że król zauważył brak ukochanego pupilka Kerin i jedynie zastanawia się, co odpowiedzieć.

– Musiał uciec, gdy morderca… – zaczął król.

– To niepodobne do niego, zawsze był przy Zmiennoskórej – przypomniał Maghar. – I był najodważniejszy z całej trójki.

– Nie wiem, Ren – powiedział ze znużeniem Geshwank. – Proszę, idź już. Nie chcę myśleć o Kerin. Muszę zająć się państwem.

Maghar ukłonił się, odwrócił i wyszedł.

Podskórny niepokój nie opuszczał go, odkąd Kerin została zamordowana, a po rozmowie z Geshwankiem zaczął jeszcze narastać.

 

4

Maghar siedział w sypialni przy zgaszonym świetle i otwartym oknie. Podmuchy chłodnego wiatru przenikały go do szpiku kości przez białą, lnianą koszulę. W pałacowych ogrodach śpiewały świerszcze i rechotały żaby. Miasto i zachmurzone niebo były tak samo ciemne, jakby odbijały siebie nawzajem.

Maghar myślał o przeszłości. Wspominał Radirzjana Geshwanka takiego, jakim znał go dawniej. Człowieka, pod którego rozkazami służył od szesnastego roku życia, kiedy to został przyjęty w szeregi wywiadu.

Początkowo nie byli przyjaciółmi. Oficerowie nie bratają się ze szczylami, którzy ledwo co włożyli mundury. Ale to szybko się zmieniło. Maghar był zdolny, a tacy w kahrańskim wojsku szybko awansowali. Po dziesięciu latach służby dostał stopień pułkownika. Po trzynastu – generała. Geshwank osobiście mianował go na swoje miejsce, kiedy sam został marszałkiem Rady Stanu.

Magharowi ta pozycja wystarczyła aż nadto. Była szczytem jego marzeń. Czasami nawet żałował, że udało się mu zrealizować je tak szybko.

Ale Geshwanka nie zadowalało stanowisko marszałka. Jego apetyt rósł cały czas. Nikt – z Magharem na czele – nie miał wątpliwości, że byłby dobrym władcą. A na pewno lepszym niż jego poprzednik, Dydaskan Roseulus, który ostatnie lata panowania spędził zamknięty we własnych komnatach, zżerany powoli obłędem.

Początkowo Geshwank, mając na uwadze dobro państwa, radził sobie z szaleństwem króla drogami wskazanymi przez prawo. Poprosił nadwornego lekarza o wydanie opinii potwierdzającej niepoczytalność władcy. Po jej uzyskaniu powołał Radę Stanu i rządził krajem wraz z nią.

Dopóki radni nie zaczęli wymykać się mu spod kontroli i wykorzystywać władzy do własnych interesów.

W tych nielicznych historycznych okresach, kiedy Kahrem kierowała Rada Stanu, problemem zawsze były podziały między jej członkami, powstawanie zwalczających się stronnictw, skupionych wokół co ważniejszych person. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. Geshwank zauważył niebezpieczeństwo, nim jeszcze korupcja i prywata ostatecznie wyparły z Rady Stanu troskę o los państwa. I zrobił jedyne, co mógł zrobić.

Przejął władzę.

Oczywiście pomogła mu w tym Kerin, jak w wielu innych rzeczach. Zawładnęła ciałem niewolnicy, która mieszała uspokajające leki dla szalonego Roseulusa. Jej rękami dosypała do ziół trucizny.

Logicznym kandydatem na miejsce zmarłego króla zawsze był w Kahrze jego marszałek. To stanowiło niemal uświęconą tradycję.

Maghar osobiście poprowadził śledztwo. Przesłuchał medyka i niewolnicę. Ułatwiły mu to tortury, które za czasów Geshwanka stały się nieodłączną częścią prawie każdego dochodzenia.

Odkrył, co naprawdę się wydarzyło.

– Niech bogowie mi wybaczą – wyszeptał w ciemną noc ponad rok później.

Poświęcił życie, by służyć Kahrowi najlepiej jak potrafił. Zawsze uważał, że ta służba polega przede wszystkim na wierności prawdzie. Starał się żyć w zgodzie z tym przekonaniem. Musiał uczciwie przyznać, że nie udawało mu się tak dobrze, jakby sobie tego życzył. Ale kiedy chodziło o jego zajęcie, nie kłamał nigdy. Czuł niezachwianą pewność, że jeżeli kiedykolwiek sfałszuje akta albo wyda wyrok śmierci na niewinną osobę, przestanie być prawdziwym sługą Kahru.

Siedział w ciemnej sypialni, przy otwartym oknie, i coś dławiło go w gardle. Nie łzy. To było znacznie gorsze, bo nie mogło wypłynąć na zewnątrz.

Tamtą niewolnicę stracono za zabójstwo, medyka za niedopełnienie obowiązków. Maghar własnoręcznym podpisem poświadczył o ich niepodważalnej winie.

Mógł zdradzić albo swojego dowódcę i przyjaciela, albo prawdę. Wybrał to drugie.

Nie potrafił pozbyć się jednak wrażenia, że to nie lojalność wobec Geshwanka nim kierowała, ale strach. Brzydził się sobą, gdy o tym myślał.

I wciąż nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie: Czy gdyby nie bał się, że pewnego dnia poczuje na karku oddech Zmiennoskórej, wybrałby wtedy inaczej?

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

  • Brak powiązań. Teczki musiały zostać spalone.
Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

W fosforyzującej mgławicy majaczyły tam dwa makrodemony Maxwella. Demony grały w jedną z najbardziej stochastycznych gier — w orła i reszkę. Trawiły na to wszystek wolny czas. Olbrzymie, niemrawe, nieopisanie absurdalne — przypominały odziane w zniszczoną liberię kolonie wirusa Heinego-Medina pod mikroskopem elektronowym. Jak przystoi demonom Maxwella, przez całe życie zajmowały się otwieraniem i zamykaniem drzwi

— A.B. Strugaccy, Poniedziałek zaczyna się w sobotę

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Orkon 2017
od do
Aktualności
W sobotę 15.07.2017 r. w Łutowcu (na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej) rozpocznie się Orkon 2017 - najdłuższym i najstarszym konwentem LARPowym w Polsce.
Fornost X - Władca Północy
od do
Aktualności
Łutowiec
Polcon 2017
od do
Aktualności
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie
Soundedit ’17 – I ty zostaniesz Numanoidem
od do
Aktualności
Klub Wytwórnia w Łodzi
The Symphony of Heroes - Music from Heroes of Might and Magic©
Aktualności
Narodowe Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu (Plac Wolności 1)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!