PIA18469-AsteroidCollision-NearStarNGC2547-ID8-2013

„Wpłynąłem na czarnego przestwór Ergilionu, UZ nurza się w otchłani i jak sonda brodzi”, czyli jak kosmiczne przestworza wpływają na wrażliwe dusze. Paweł Kukliński i nowa porcja fahrenheitowej literatury, czyli opowiadanie „Artysta”.

Silniki mojego UZ-12 cichutko buczały daleko za wypełnioną egzotycznym dobrem ładownią. Wibracje, występujące zawsze przy nabieraniu mocy potrzebnej do wejścia w potrójną nadświetlną, delikatnie rozchodziły się po pokładzie, przebiegały przez rozjarzony setkami kolorowych klawiszy pulpit sterujący i wspinały się po ramie mojego fotela. Wprawiały mnie w nastrój błogiego odprężenia, czule masowały styrane plecy i wyzwalały przyjemne wspomnienia. Za panoramicznym oknem rozciągał się przestwór galaktycznego Trójkąta Ergilion, na poły mitycznego fragmentu układu, w którym czasem bez śladu ginęły statki.
Trójkąt Ergilion, zwany najczęściej po prostu Ergilionem, to ogromny fragment galaktyki, ograniczony trzema największymi gwiazdami tej części kosmosu. Ergea, Ilia i Ionika świeciły ostrym blaskiem, a otaczające je planety były niezamieszkałe – przynajmniej nie spotkano na nich ras na tyle rozumnych, by warto było zaprzątać sobie nimi głowę. Zatem przestrzeń, jaka się pomiędzy nimi rozciąga, jest wielką, w większości niezbadaną, pustką. Nie dlatego bynajmniej, że jej eksploracja byłaby niewykonalna, czy nawet trudna – w końcu Liga Zjednoczonych Planet zawsze dysponowała najlepszymi metodami badania nieznanych fragmentów kosmicznej przestrzeni. Centrum Trójkąta Ergilion, czyli olbrzymia pustka rozciągająca się daleko od najzimniejszych, karłowatych planet Ergei, Ilii i Ioniki, na swą złą sławę pracowało przez wiele dziesiątków lat (licząc w zunifikowanych, planetarnych jednostkach czasu). W tajemniczy sposób pochłonęło w tym okresie wiele statków i sond, setki ludzi zaginęły w nim bez śladu, aż w końcu porzucono próby zmapowania go i w międzygalaktycznych przewodnikach oznaczono jako obszar wyjątkowo niebezpieczny. Nawet kapitanowie pirackich statków bali się tutaj zapuszczać. Zresztą, nie za bardzo mieliby czego tu szukać, bo takich lekkoduchów jak ja nie było w galaktyce wielu i ta część kosmosu naprawdę zazwyczaj była kompletnie pusta. Większość pilotów wolała nadłożyć drogi i ominąć Ergilion szerokim łukiem. Piraci najpewniej zdechliby tu z głodu.
Ja jednak kursowałem przez Ergilion regularnie, pomnażając małą fortunkę. Potrafiłem w czasie trzy razy krótszym niż inni dostarczyć hemerryjskie małże, które niezwykle łatwo się psuły, libegońskie orchidee, które wciąż jeszcze świeciły pochłoniętym blaskiem ośmiu księżyców Libegonu (co pięciokrotnie podbijało ich cenę zbytu), czy broń dla rebeliantów z drugiego końca galaktyki, przy kolejnym z rzędu powstaniu jakiejś rasy przeciwko innym. Moi odbiorcy płacili szczodrze, wiedząc, że zawsze dostarczam towar pierwszej świeżości. Jednak, w obawie przed utratą pieniędzy, nigdy nie chcieli płacić z góry, uważając latanie przez Ergilion za szaleństwo i brak wyobraźni. Z tym akurat zgodzić się nie potrafiłem. Wyobraźni nigdy mi nie brakowało. Byłem w końcu artystą.
– Przestwór… – mruknąłem do siebie, smakując słowo. Zdawało się banalne i oryginalne zarazem. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, skąd w ogóle je znam. Być może trafiła mnie właśnie pędząca przez kosmos samotna cząsteczka geniuszu i to ja stworzyłem ten piękny wyraz?
Wcisnąłem przycisk nagrywania na podręcznej konsoli, wbudowanej w podłokietnik fotela.
– Wpłynąłem na czarnego przestwór Ergilionu – zacząłem. Tak, pomyślałem, to będzie hit! Nieczęsto zdarzało się, bym już po pierwszym wersie miał tak dobre przeczucia. A intuicja raczej mnie nie myliła, w końcu nie bez powodu latałem tą trasą tyle lat i wciąż byłem zdrów i cały. Wiedziałem już, że Przestwór Ergilionu będzie przebojem na miarę Top Jeden międzygalaktycznej listy przebojów stacji United. Przestwór Ergilionu! Tytuł pojawił się sam, naturalnie, jakby od zawsze czekał w otchłani podświadomości, aż odkryje go sonda mej weny.
– Wpłynąłem na czarnego przestwór Ergilionu. UZ nurza się w otchłani i jak sonda brodzi.
Rozparłem się wygodnie w fotelu, przymknąłem oczy. Pozwoliłem, by niosła mnie twórcza fala, wsłuchując się w narastający szum silników.
– Wśród dźwięku turbin szumiących, wśród asteroid powodzi.
Asteroid?! Wycie alarmu radaru wyrwało mnie z zamyślenia. Otworzyłem oczy. Kabinę rozświetlał pulsujący jadowitą czerwienią napis ALARM KOLIZYJNY. Chwyciłem za stery, rzucając jednocześnie okiem na wyświetlacz radaru. Na kursie przeciwnym do mojego znajdował się obłok kilkuset obiektów, z każdą sekundą nieuchronnie zbliżający się, by roznieść mnie i mój mały statek w pył i tym samym zasilić swe własne jestestwo naszymi szczątkami. Rzuciłem się do konsoli, gorączkowo inicjując systemy obronne. Po prawdzie, było to określenie bardzo przesadzone, bo obronić mogły mnie może przed obrzuceniem zgniłymi warzywami, a nie roztrzaskaniem o chmurę pędzących asteroid.
UZ-12 to naprawdę niewielki statek, o przeznaczeniu typowo handlowym. Nie został zaopatrzony w wielolufowe dezintegratory ani olbrzymie generatory pola siłowego, mogące odepchnąć obiekt o wadze kilkuset ton, jak krążowniki galaktycznej żandarmerii. Budowa UZ-a była prosta, a sam statek przeznaczony na niewymagające trasy i do równie niewymagających zadań. Miał barwę rozmokłej wskutek dekad deszczu gleby na Ifragrze, a także obły kształt, niezmącony wysięgnikami zaawansowanych systemów radarowych czy lufami dezintegratorów. Tylko kilka króciutkich dysz silników manewrowych wystawało z gładkiej powierzchni burt. Kończył się nagle, gwałtownie, jakby budujący go inżynierowie w pewnym momencie znudzili się i rzucili robotę w diabły. Wyglądał jak na wpół wypalone, pękate cygaro – tam, gdzie powinna znajdować się żarząca końcówka, mieściły się wyloty silników nadświetlnych. A w tej części, którą miętosi się w ustach, siedziałem ja. I tak też się wtedy poczułem – jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. Ze strachu powrócił stary ból pleców, pot spływał mi równomiernie po całej powierzchni ciała. A z tyłu głowy kołatały się słowa niedokończonej piosenki.
Uruchomiłem nędzną imitację pola siłowego, jaką miałem na wyposażeniu, wiedząc, że z pewnością nie uchroni mnie w pełni przed nadciągającym zagrożeniem, ale przynajmniej pozwoli nie myśleć o najdrobniejszych skalnych odłamkach. Największa nadzieja jednak w moich umiejętnościach pilotażu i zwinności statku. Ścisnąłem mocniej drążek steru i nagle wleciałem w skalną chmurę. UZ zaczął tańczyć w rytm nagłych szarpnięć, którymi unikałem kolizji z największymi odłamkami.
– Omijam koralowe ostrości odłamków milionów! – wykrzyknąłem, przypominając sobie nagle, że cały czas mam włączone nagrywanie.
Koralowe! Robię się coraz lepszy, przemknęło mi przez głowę.
Próbując manewrować jedną ręką, a drugą klikając klawisze komputera nawigacyjnego, rozpocząłem wyszukiwanie najkrótszej drogi z feralnego obłoku. Po chwili na wyświetlaczu pojawiły się optymalne współrzędne i zaczęły rysować się sugerowane trajektorie, jakie powinienem obrać. Manewrując pomiędzy wielkimi bryłami skał, z których niejedna była znacznie większa od mojego statku, zacząłem skręcać – w przybliżeniu – we wskazanym kierunku. Wokół mnie co chwila rozbłyskiwało pole siłowe, odpychając drobne odłamki, i przynajmniej spowalniając te większe, których nie zdołałem wyminąć. Dzięki temu, choć kilka trafiło w poszycie, żaden nie zdołał wyrządzić mojemu UZ-owi poważniejszych szkód.
Mokre od potu dłonie ślizgały się na sterach, lodowate kropelki zbierały się na brwiach i co chwila skapywały mi wprost w otwarte szeroko oczy. I choć te piekły niemiłosiernie, nie mogłem ich otrzeć, bojąc się nawet na moment oderwać ręce od wolantu. Byłem tak pochłonięty szaleńczym tańcem w roju pędzących skalnych pocisków, że nawet mruganie wydawało się zbytkiem zapobiegliwości i zwyczajną fanaberią.
Aż w końcu, kiedy miałem już wrażenie, że dłużej nie wytrzymam, że wyślizgany drążek steru za moment wypadnie mi z rąk lub zmęczone mięśnie przedramion nie zdołają wykrzesać dość energii do kolejnego nagłego szarpnięcia, minąłem o włos wielką skalną bryłę i nagle wyleciałem w pustkę. Prawie, bo wokół mnie wciąż przemieszczało się mrowie drobnych odłamków, a pole siłowe mrugało to z jednej, to z drugiej strony, odchylając ich kurs. Ale nie było już więcej kolosów, o które mogłem się roztrzaskać. Na ekranie radaru tysiące drobinek przesuwało się w dół, a im wyżej, tym ich zagęszczenie stawało się mniejsze.
Wybierając kilka szybkich komend na pulpicie sterującym, sprawdziłem stan statku. Test diagnostyczny trwał kilkadziesiąt sekund, po upływie których na ekranie zaczęły wyświetlać się komunikaty. Stan poszycia: naruszone w piętnastu procentach. Silniki: uszkodzenia lekkiego stopnia, jedna ósma mocy. Dokładniejsza ocena przy osiągnięciu pełnej mocy. Sztuczna grawitacja i systemy podtrzymywania życia: nienaruszone. Kurs nieznany.
Wyglądało na to, że udało mi się przelecieć bez szwanku przez chmurę meteorów w samym centrum Trójkąta Ergilion. Będę miał się czym pochwalić, jak dolecę do domu. A czy istnieje lepsza forma na spisanie pełnych emocji przygód, jak piosenka, która być może pozwoli mi w końcu porzucić fotel pilota i stać się międzygalaktyczną gwiazdą? Międzygalaktyczna gwiazda. Uśmiechnąłem się pod nosem. Dobry tytuł na następny singiel, pomyślałem, zaraz po Przestworze Ergilionu.
No właśnie, na czym to ja skończyłem? Cofnąłem nagranie do ostatniego zarejestrowanego zdania i włączyłem odtwarzanie.
– Omijam koralowe ostrości odłamków milionów! – Usłyszałem swój podniecony głos, a w tle wizgi wzbudzanych gwałtownie silników manewrowych, gdy UZ wykonywał swe kosmiczne akrobacje.
Wtem w kokpicie ściemniało. Światła pod sufitem zgasły, jarzyły się jedynie przyrządy kontrolne, chociaż i one świeciły tylko częścią swej zwykłej mocy. Serce zamarło mi w piersi na moment, nim zrozumiałem, że to nie awaria, lecz komputer pokładowy ustawiony jest na tryb dobowy, który w ten sposób oznajmia mi porę spania.
– Już mrok zapada… – powiedziałem, ponownie włączając nagrywanie.
Potem odetchnąłem głęboko, zdając sobie nagle sprawę, że gdyby to stało się kilka minut wcześniej, niechybnie z zaskoczenia roztrzaskałbym się o którąś z omijanych asteroid. Pomyślałem, że muszę dezaktywować tę idiotyczną opcję.
Włączyłem z powrotem oświetlenie kabiny i przysunąłem się bliżej pulpitu. Musiałem wrócić na stary kurs, by potem móc spokojnie odpocząć i pomyśleć o sławie. Wprowadziłem do komputera nawigacyjnego współrzędne, bo przez moje manewry zupełnie oszalał i wyświetlał na ekranie tylko ciąg znaków zapytania. Komputer odpowiedział komunikatem: Współrzędne nieprawidłowe lub punkt docelowy nieosiągalny. Sprawdziłem wpisane wartości i spróbowałem ponownie.
Współrzędne nieprawidłowe lub punkt docelowy nieosiągalny.
– Nigdzie współrzędnych, ni celu – mruknąłem.
No dobra, pomyślałem, może to mi się coś pomieszało ze zdenerwowania. Wstałem z fotela, czując nagły ból kolan i krzyża. Powoli ruszyłem w kierunku zawieszonej w tyle kabiny szafki. Otworzyłem ją, zdmuchnąłem grubą warstwę kurzu i wybrałem jedną z pięciu umieszczonych tam książek nawigacyjnych. Wróciłem do fotela, z ulgą zapadając się w jego wyprofilowanej głębi, po czym zacząłem kartkować książkę. Chwilę zajęło mi znalezienie właściwych danych, lecz w końcu wprowadziłem je do komputera.
Współrzędne nieprawidłowe lub punkt docelowy nieosiągalny.
Z trudem powstrzymałem się przed rzuceniem ciężkim tomem w wyświetlacz. Podniosłem wzrok i spojrzałem przez szybę. Wyleciałem już na dobre z chmury asteroid, więc przed moimi oczyma rozciągała się idealna czerń. Niby nic dziwnego, w końcu znajdowałem się w kosmosie. Ale ta czarna połać nie była zwyczajna. Była naprawdę idealna, niczym niezmącona, nie odcinała się od niej choćby najmniejsza plamka odległej gwiazdy, delikatna kreseczka pędzącej komety, czy nawet drobny błysk światła odbitego od jakiegoś kosmicznego śmiecia. Była czarna, jednolita jak tafla najlepszego frygrońskiego kryształu, głęboka niczym największe głębie gerhyjskich oceanów.
– Patrzę w kosmos, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi – szepnąłem, łapiąc za stery. Przez chwilę czułem się, jakbym naprawdę znajdował się w łódce, unoszącej się łagodnie na nieporuszonej nawet najmniejszym podmuchem wiatru gładkiej powierzchni oceanu. Zacząłem delikatnie manewrować, powoli obracając UZ-a wokół wzdłużnej osi, by móc obejrzeć dokładnie całą okolicę. Naokoło mnie była tylko ciemność, czerń i nieprzebyta pustka.
Zrobiłem chyba sześć pełnych obrotów, nim uwierzyłem i zrozumiałem. Wpadłem w… coś. Dziwaczną, ukrytą w polu asteroid czarną dziurę? Albo raczej tunel czasoprzestrzenny. Trafiłem gdzieś na koniec wszechświata, albo i dalej. W miejsce, gdzie nie dociera nawet światło najjaśniejszych gwiazd. Miejsce, z którego nigdy nie wrócę, bo nie wiem nawet, w którym kierunku lecieć. Te dziesiątki, czy wręcz setki statków, które pochłonął Ergilion, musiały trafić właśnie tutaj. Słuch po nich zaginął i nie wątpiłem, że tak samo zaginie po mnie. Nie słyszałem, żeby kiedykolwiek odnalazł się ktoś, kto zaginął w Trójkącie. Chyba tylko zaskoczenie nie pozwoliło mi się załamać, choć wewnątrz mnie coś wyło, powoli zdając sobie sprawę z beznadziejności sytuacji. Jednak jeszcze się nie poddałem.
Logicznym zdawało się, że skoro można tu jakimś sposobem wlecieć, to istnieje też droga powrotna – ta sama, którą się tu dostałem, tylko o przeciwnym zwrocie. Rój asteroid oddalał się ode mnie nieubłaganie. Na szczęście, ostatnie elementy obłoku meteorów wciąż jeszcze nie zniknęły z ekranu radaru, bo na własny wzrok nie miałem co liczyć. Wokół mnie było zbyt ciemno, bym mógł gołym okiem dostrzec obiekt nieemitujący własnego światła.
– Tam z dala błyszczy obłok! – powiedziałem głosem pełnym dobrych przeczuć. – Tam nadzieja się rodzi!
Zwiększyłem ciąg silników do jednej trzeciej mocy, wykonałem zwrot w stronę oddalającej się chmury meteorów. Włączyłem umieszczone na przedzie statku reflektory i podkręciłem je od razu na maksymalną jasność. Skoncentrowałem promienie, by skierować je wprost przed siebie. Po kilku sekundach zauważyłem coś w oddali. Światło odbiło się od wypolerowanej kosmicznymi wiatrami skalnej powierzchni.
– To błyszczy skała – powiedziałem, czując rosnące podniecenie. – To w niej przepadło wielu!
Wcisnąłem jednocześnie trzy klawisze na pulpicie, zwiększając maksymalnie ciąg silników. Maszyną szarpnęło, a mnie momentalnie wcisnęło w fotel. Dopiero po kilku sekundach systemy sztucznej grawitacji poradziły sobie z nagłym wzrostem przeciążenia. Zacząłem się odprężać. Chmura asteroid stawała się coraz bardziej widoczna, jeszcze kilka minut i wlecę w jej obręb. Cokolwiek się stanie, to moja jedyna szansa. Jedyny punkt odniesienia w tej zabójczej pustce i prawdopodobnie wyłączna możliwość odnalezienia drogi powrotnej. Korzystając z okazji, włączyłem pokładowe radio i nakazałem komputerowi przeszukiwać kolejno wszystkie pasma i nadawać SOS na najważniejszych częstotliwościach.
Nagle statkiem ponownie szarpnęło. Po chwili wnętrze kabiny rozjarzyło się znowu czerwoną poświatą kontrolek alarmowych. Dochodzący z tyłu okrętu wizg pracujących silników zaczął słabnąć. Na głównym ekranie pulsował komunikat: Uszkodzenia silników rozpoznane, następuje awaryjne wyłączenie. Proces awaryjnego hamowania rozpoczęty. Procedura autonaprawy rozpocznie się za pięć minut, po całkowitym wyłączeniu napędu. Przewidywany czas naprawy: sto dwadzieścia minut, plus minus nieskończoność.
Zamknąłem oczy, czując, jak pryska nadzieja. Statek zwalniał z każdą sekundą, prąc przed siebie jeszcze siłą rozpędu, ale drobne silniki hamujące powoli go unieruchamiały. To standardowa procedura na jednostkach tej klasy, gdzie wszystkie silniki napędowe były ze sobą sprzężone. Jeśli zdarzała się awaria w otwartej przestrzeni, następowało awaryjne wyłączenie napędu, a statek był zatrzymywany w miejscu, gdyż nieruchomemu obiektowi groziło znacznie mniejsze niebezpieczeństwo niż pędzącemu bezwładnie pociskowi pozbawionemu możliwości manewrowania. W wielu przypadkach naprawy dokonywane były przez zautomatyzowane systemy, w najgorszych należało wezwać pomoc przez radio.
Po kilku minutach silniki zamarły, a kontrolki z czerwonej zmieniły barwę na pomarańczową, oznaczającą tryb serwisowy. Na statku zapanowała głucha cisza. Zdawało mi się, że słyszę za sprawą jej głębi szum krwi płynącej w moich żyłach. A może to prąd przepływający przez elektroniczne układy UZ-a? Czy to możliwe? Usłyszeć coś, czego nawet zobaczyć nie sposób?
– Jak cicho – szepnąłem. Wtem dostrzegłem migającą diodę, oznaczającą, że wciąż mam aktywne nagrywanie dźwięku z kabiny. – Słyszę pędzące elektrony. Których by nie dojrzały źrenice człowieka.
– Słyszę jak rdza zżera żelazne atomy – dodałem, patrząc na łuszczące się rude płaty na podsufitowej płycie. Już dawno miałem ją pomalować, ale jakoś ciągle o tym zapominałem.
Spojrzałem na ekran radaru, gdzie gasły właśnie ostatnie punkty, oznaczające oddalającą się chmurę asteroid.
– Jak w daleką otchłań ratunek ucieka – westchnąłem.
Po chwili na ekranie monitora pojawił się nowy komunikat: Usunięcie awarii niemożliwe. Sygnał SOS. nadany na czterdziestu dziewięciu pasmach. Brak odpowiedzi.
– W takiej ciszy tak ucho natężam stęskniony. – Z nadzieją rzuciłem okiem na ekran komputera komunikacyjnego. – Że słyszałbym głos w radiu… – Tak jak się spodziewałem, liczba odebranych transmisji wynosiła zero.
Opadłem ponownie na oparcie fotela. Wiedziałem, że to koniec.
Sen dopadł mnie nie wiedzieć kiedy, obudziłem się – sądząc po wskazaniach komputera pokładowego – po siedmiu godzinach. Otoczony kompletną, czarną pustką, czując taką samą pustkę w głębi duszy.
Z trudem poderwałem zesztywniałe plecy z fotela. Sięgnąłem pod pulpit po starodawny papierowy brulion i ołówek, a potem kliknąłem kilka klawiszy i odsłuchałem zarejestrowany zapis audio. Następnie włączyłem radio, nastawiłem komputer na zapętlone w nieskończoność nadawanie jednocześnie na wszystkich dostępnych pasmach i zacząłem śpiewać, pod prostą, kilkutaktową melodię:

Wpłynąłem na czarnego przestwór Ergilionu,
UZ nurza się w otchłani i jak sonda brodzi,
Wśród dźwięku turbin szumiących, wśród asteroid powodzi,
Omijam koralowe ostrości odłamków milionów.

Już mrok zapada. Nigdzie współrzędnych, ni celu;
Patrzę w kosmos, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok – tam nadzieja się rodzi;
To błyszczy skała, to w niej przepadło wielu.

Jak cicho! – słyszę pędzące elektrony,
Których by nie dojrzały źrenice człowieka;
Słyszę jak rdza zżera żelazne atomy,

Jak w daleką otchłań ratunek ucieka.
W takiej ciszy – tak ucho natężam stęskniony,
Że słyszałbym głos w radiu.

Pomyślałem o domu, który wiele lat temu opuściłem. Tam nawet nikt za mną nie zapłacze.
I tak, nikt nie czeka – dokończyłem i wyłączyłem mikrofon.
Może kiedyś dotrze to do jakiegoś zakątka wszechświata, ktoś usłyszy moje jedyne wielkie dzieło, a może nawet opublikuje je jako własne. Mam nadzieję, że wspomni wtedy nieznanego, samotnego artystę, który już dawno obrócił się w pył w samym centrum bezkresnej pustki.

Paweł Kukliński

Ściągnij tekst: