Daniel Ostrowski „Psi los”

Wilk
Żródło: wikimedia.org

Wczesnym popołudniem „Prawdziwy drapieżnik” zwykle świecił pustkami. Ot, kilku bywalców na hockerach, czasem kilku samotników przy skrytych w mroku stolikach. Bo przecież w końcu kto mógłby siedzieć w barze o tej porze, gdy wszyscy grzeczni, poukładani obywatele sumiennie wykonują swoje obowiązki w trwających ciągle godzinach pracy? Ci, którzy pracują wieczorami. Nieliczni bezrobotni, a właściwie ci nieliczni wśród bezrobotnych, których jeszcze stać na parę kufli podłego piwska. Różnej maści wykolejeńcy. Pijący do metaforycznego lustra pesymiści. Depresyjni frustraci. I obowiązkowo, w najciemniejszym kącie, typowa parka: najstarsza dziwka w okolicy, zmęczona pod koniec swej rozpoczętej wczorajszego wieczora zmiany, z pokrytym zmarszczkami borsuczym pyskiem, zanosząca się – teoretycznie kuszącym – śmiechem, a w praktyce przepalonym i przepitym rechotem, w towarzystwie złaknionego jej wątpliwych wdzięków, a może raczej czyichkolwiek, byle kobiecych, wdzięków, desperata.

W tym lokalu nie oznaczało to zbyt wielu klientów. Toteż barman nie miał zbyt wiele do roboty. Skończył myć szklanki, nalał piwo (obowiązkowo inkasując z góry) jakimś dwóm szemranym borsukom, wreszcie przystawił stołek bliżej grupki popijającej smętnie wódę przy końcu baru.

– Nienawiżu tej w żopu kopanej, pieprzonej raboty!

– Ty, Wołk, nie sarkaj – przerwał srebrzystopłowy basior. – Kumaj sytuację… ty masz robotę.

– Rabotę, rabotę… Ale ty nie masz na głowie takowego obesrańca!

– Kogo ja na głowie mam, tego mam, ale ty przynajmniej tyrasz. A ja dostałem dyscyplinarkę.

Barman cicho gwizdnął między zębiskami.

– Za co?

– Eeeee. – Basior machnął niemrawo łapą, jakby oganiał się od niezbyt natrętnej muchy.

– No za co? – dołączył się czarny.

– Za gajowego chodziłem – basior westchnął ciężko – cztery roki, jak obszył. Dobra praca, na porządek chuchać, drzewek doglądnąć, cały dzionek w lesie. W sam raz dla mnie! Na łonie przyrody, jak to mówią, świeże powietrze, duży zapierdziel… dużo ruchu znaczy. Bo ruch to zdrowie. A ja zdrowy wilk jestem, kurde! – huknął pięścią w kontuar, aż się zakołysał alkohol we wszystkich szklankach i kieliszkach. Po czym, jak to się w środowisku nałogowych palaczy mawia, ściągnął fachowo dwa machy z ukrywanego między grubymi paluchami peta.

Czwórka towarzyszy obserwowała go w milczeniu.

– I patrzajcie tera na mnie! Chleję wódę i jaram najgorsze popularne w tej podłej mordowni. Nerwów już ni mam. Tyle, co mi po tym zdrowym trybie życia przyszło.

– Ale dyscypliniarka, za szto? – nie ustępował chudzielec w pasiastym, marynarskim podkoszulku.

– Na polankach u wschodniego skraja panny lekkich obyczajów spotkać można, kojarzycie? Znaczy, można to ich nie spotkać, ale to jak się kto bardzo postara, hehe. Bo tam ich w pytę jest. Ja w drogę im się starał nie włazić, bo to, po prawdzie, ryzykowne nieco, a ponadto one mi tam specjalnie nie wadzą: i o porządek zadbają, śmieciuchów po sobie nie ostawią. Kultura! Chociaż, że w moim lesie takie panienki, to trochę nie tego… Ale po co mi się alfonsom narażać? Tylko że się czepił taki podlotek w płaszczyku czerwonym. Pry, wilku mężny, gada, pójdź ze mną za dwie stówki! Pójdź, rzecze, mój nadobny ty, a ci wygodzę na wszelkie sposoby. Na, wilku, pójdź, mówię, nie pożałujesz. Zinge…zintegr… zingo… no, olać ją chciałem, co się będę ze szczeniarą w rozmowy wdawał, ale ta dalej gada: no co, wilku, tchórz ci kapotę podszył? A może ty inny jesteś, chłopców wolisz, ha, pedziulo jedna? Ja ci mogę kuzynka przywieźć, powiedz słowo jeno. No to natrzaskałem po rzyci i kazałem się gówniarze z lasu wynosić. I we dwa pacierze wróciła. Z policją.

– I szto?

– I jest sprawa o pobicie i usiłowanie gwałtu. Dowodów, rzekę, nie macie, a oni, że i owszem, jak najbardziej mają. Jakie? Zeznania gówniary! I ślady łapy na tyłku, ciężką mam łapę, fakt. I potwierdzenie od takiego niby grzybiarza, co to niby świadkiem był, a któregom na oczy nie widział, a zaprawdę – jej alfonsa. Że w ostatniej chwili się pojawił i mnie od gwałtu przepłoszył. A na koniec rosochata babka gówniary, żem i jej się narzucał, odrzwia wyłamał i na cześć nastawał. Babka! Melinę w swoim domku prowadzi, najgorszy zajzer przedaje, co to na burakach i smarkach pędzi. – Basior wzruszył ramionami. – Dziwka, alfons i meliniara. Ale to im wierą, bo ja wilk. Zły, znaczy. No i z roboty wywalili. Na kaucji tera jestem, rozprawa za dwie niedziele.

– Psi los – rzucił zakutany w kożuch wilk.

– Psi los – zawtórowali pozostali.

Wypili. Barman polał.

– Też roboty nie mam. Ale sam rzuciłem – rzekł po chwili siedzący z prawej czarny jak smoła wilczur.

– Ale robota, akwizytor! – barman błysnął ukruszonymi kłami. W młodości dużo boksował, i to raczej nie na ringu.

– Ja to lubiłem! Byłem w tym dobry. Ale mam dość. – Niemrawo podłubał pazurem w miseczce z orzeszkami. – Czemu? Obchodzę domy w koziej dzielnicy. Tu się coś sprzeda, tam drzwiami trzasną, gdzie indziej herbatę dadzą albo i wyśmieją. Norma, przyzwyczajony jestem, nosem nie kręcę, a na swoje i tak wyjdę. Stukam raz do drzwi, otwierają mi koźlęta, słodkie dzieciaczki. Prosimy, prosimy. Ledwie przestąpiłem próg, dostałem w łeb. Po godzinie się ocknąłem w jakimś zaułku, kasy nie ma, towaru nie ma. Łapy mi wodą utlenioną zlały, o! – Wilczur niechętnie ściągnął czarne, znoszone rękawice motocyklowe i błysnął towarzyszom wściekle jasną sierścią, ostro kontrastującą z jego kruczoczarnym umaszczeniem. – A na tyłku włosy zgolone i jakiś bardzo niegustowny tatuaż zrobiony!

– Eee, gadasz, pokaż.

– Na mózg ci padło? Tego nie pokażę. Taki wstyd…

– Ale zgłosiłeś napad? – dopytywał basior.

– Taaaa, napad. Z mety mnie wzięli w kajdanki, choć sam się zgłosiłem ze skargą, czyli jako ofiara. W radiowóz i pojechaliśmy sprawdzić. I zaraz wyszło, że to ja się próbowałem włamać. Za kozią mamuśkę przebrany, na biało. Na biało?! Widzieliście mnie kiedy, kurwa, w białym?

– Wot, los sobaczy – skomentował Wołk.

– Sobaczy – zawtórowali pozostali.

Wypili. Barman polał.

– Szczęście mam, że koza oskarżenia nie wniosła, bo uznała, że jestem wystarczająco pokarany. Sędzina, stara owca, taka w toczkach, myślała jeszcze, co by mnie z oskarżenia publicznego skazać, ale szczęściem prokurator wił się jak piskorz, żeby tylko dodatkowej sprawy nie brać, no i odpuściła. Upiekło mi się. Tylko męczy to czekanie, aż włosy na łapach i na tyłku odrosną. – Czarny podrapał się białą łapą po pośladku i rzucił do sąsiada: – A ty, papuga, czemu w tej baranicy?

– Zimno mi.

– W lipcu?!

Szary wilczur zadrżał i ciaśniej zawinął poły kożucha.

– Mnie jest zimno permanentnie. Od listopada.

– Ale paczemu?

– Gdyby twoja, Wołk, zimowa egzystencja ściśle wiązała się ze spaniem pod kartonem, też byś nieustannie marzł. Mróz mam już na zawsze w kościach. – Wzdrygnął się. – Wszystko przez te trzy wieprze. Włamali się do domu, zmienili zamki… Próbowałem prośbą, próbowałem groźbą… Nawet siłą próbowałem. Niestety, dom, na własną zgubę, postawiłem z kamienia.

– Ty, papuga, nie wiesz, jak się te sprawy załatwia? A policję wzywałeś?

– Nie mów mi o tych skorumpowanych niegodziwcach. Orzekli, że z faktu, iż nieruchomość jest obecnie we władaniu świń, wynika ich niezbywalne prawo własności do rzeczonej nieruchomości. Semel dominus semper dominus1. W związku z tym policja będzie chronić prawo świń przed moim napastowaniem, a nie odwrotnie, a ja to sobie mogę do sądu iść. I jeszcze ta fałszywa troska: „ale to może, wie pan, ekhem, mecenasie, nawet kilka lat potrwać”.

– I szto, pobieżał ty do instancyi?

– Oczywiście. Wniosłem powództwo, wszak quod ab initio est vitiosum, non potest tractu temporis convalescere2. Argumentowałem, że nemo de domo sua extrahi potest3. Przedstawiłem wyciąg z ksiąg wieczystych, umowę kupna działki, decyzje budowlane, faktury za materiały budowlane. Ale wszystko na nic. Zdaniem sądu dokumenty niczego nie dowodzą, bo dom zapewne wieprzom sprzedałem, tak zeznawały, pieniądze przepiłem i teraz próbuję siłą dom odzyskać. A że świnie na poparcie swych zeznań nawet skrawka papieru nie mają ani umowy, ani wiążącej decyzji podatkowej, no nic po prostu, to zupełnie nie szkodzi, manifestum non eget probatione4. Wszak to ja wniosłem pozew, więc reo negante actori incumbit probatio5. – Zziębnięty wilk westchnął. – A poza tym one są biedne, wykorzystane i zastraszone świnki, a ja jestem zły, groźny wilk, a w dodatku majętny adwokat, więc godne to i sprawiedliwe, by moje powództwo przeciw wieprzkom oddalić, bo przecież placuit in omnibus rebus praecipuam esse iustitiae aequitatisque quam stricti iuris rationem6. Sprawa normalnie by się ciągnęła kilka lat, to prawda, sam wiem najlepiej, bywało, że takie prowadziłem. Ale w tej wyrok zapadł w trzy miesiące. Plus kolejne dwa na nieudaną apelację. Gdzie mi jeszcze zarzucono w uzasadnieniu, że jestem abnegat, o nieruchomość nie dbałem, dobrych zamków nie założyłem i sam sobie jestem winny, bo neglegentia culpa est7. I już, po sprawie, był dom, nie ma domu. Nic już nie mam…

– Co ty biadolisz, papuga? Wraz się odkujesz, nowy dom postawisz. Kasy masz jak lodu, przecież ty adwokat! – Basior po przyjacielsku klepnął w ramię zakutanego w kożuch wilka.

– Już nie… – Wilk siąknął głośno nosem i ukradkiem otarł łzę. – Za niemoralne postępowanie w prywatnej sprawie dostałem dyscyplinarkę i odebrano mi uprawnienia. I jeszcze dali, jakkolwiek by to komicznie nie brzmiało, wilczy bilet. Wszyscy się ode mnie odwrócili, nikt mnie nie zatrudni, nawet żebym w jakiejś klitce pisma procesowe pisał. Nie należę już do palestry.

– Szkoda – zasępił się basior. – Myślałem, że może w mojej sprawie wesprzesz… No, trudno.

– A wiecie, co jest najgorsze? Te świniaki niejednemu już krwi napsuły, zrobiły masę przekrętów na nieruchomościach. W policji to już nikt ze mną gadać nie chce, ale mam jeszcze jednego kumpla w prokuraturze, stary dingo, dobry chłop. Sprawdził dla mnie wieprzki. Znają ich tam dobrze, świńskich oszustów, mają w kartotekach, znają metody, bo oni praktycznie wciąż stosują to samo modus operandi, nawet karani już byli! Ale jak przychodzi co do czego, to one są biedne świnki a ja jestem zły wilk, no to nieważne, kto ma papier, ale kto zwyczajnie ma rację. A rację mają świniaki, z założenia. Taki zwyczaj, a consuetudo pro lege servatur8. Zresztą sprawę papierów świnie też szybko załatwiły. Miesiąc po apelacji nie minął, a już je sąd wpisał, jako właścicieli, do księgi wieczystej. Na piękne oczy. A to normalnie przynajmniej pół roku trwa!

– Psi los – skomentował basior.

– Psi los – zawtórowali pozostali.

– Ubiju gnidę – Wołk chlapnął setkę i otarł pysk zamaszystym gestem owłosionej łapy.

– Zalazł ci ten zając za skórę, co?

– Cholernaja zwiezda! Podumałby kto, iże to on jest reżyserem. Wsie liudi mu włażut w żopu, wsie zachcianki zajca w mig spełniają. A że mnie gnida nie palubił, to wsio dieła, ażeby mi dosrać.

– Aż tak źle?

– A jak! Gwiazdor skazał, iże wołk w marynarskiej koszuli musi mieć żeglarskie tautaże? No to się tatuuje wołka. Na siłu. Gwiazdor duma, iże deską dać wołkowi po łbie to za mało w tej scenie? No to już – kowadłem! Garderoba u niego najokazalsza, katiering – najlepszy, a i gaża największa. A gramy przecież pa równo. I beze mnie, to i jego roli by nie było. A ten jego cwaniacki uśmieszek! Mienia już do Rygi pobieżat od gadki, iże „ja tiebia zajc pagadi!”.

– Psi los – rzucił barman, czystej rasy rottweiler.

– Psi los – zawtórowały wilki.

Wypili. Barman polał. I pogrążyli się w smętnym milczeniu, zapatrzeni w przestrzeń. Zwieszone łby zastygły w bezruchu.

– Macie, panowie, słaby pi-ar. – Dobiegło nagle od stolika stojącego pod ścianą.

Po chwili spośród kłębów tytoniowego dymu wyłoniła się tajemnicza postać. Elegancki, lśniący atłasem granatowy garnitur i wystudiowane, arystokratyczne ruchy kłuły w oczy. Wizerunku dopełniał wytworny cylinder, drogie cygaro, błyszczące, rude futro oraz imponująca kita. Nieznajomy nieśpiesznie podszedł do szynkwasu i przyjrzał się uważnie wszystkim rozmówcom.

– Szczerze mówiąc, niespecjalnie mnie to dziwi u wilków. Wilki! Sól tej ziemi, zawsze powtarzam, poczciwe, swojskie chłopaki. Bez zbędnego wyrafinowania, za to z nadmierną ufnością do świata, ale solidni, pewni jak mur. Taaak, na was można polegać. Tylko że… brak wam świadomości, że w stosunki trzeba inwestować. A także, wybaczcie – obrzucił pogardliwym spojrzeniem ich garderobę – brak też odpowiedniej prezencji. Ale… – Lis zaciągnął się i powoli, akcentując pauzę, wypuścił dym. – Ja wam pomogę. Na wasze szczęście jestem… specjalistą w tej dziedzinie.

– A za ile? – spytał nieufnie były adwokat.

– Dogadamy się! – Uśmiech lisa rozciągnął się jeszcze szerzej wbrew, zdawałoby się, prawom lisiej anatomii. – Dostaniecie ode mnie specjalną zniżkę. W imię drapieżniczej solidarności.

Rudzielec szelmowsko machnął wspaniałą kitą i błysnął złotym kłem.

– Panowie pozwolą, że się przedstawię. – Wystudiowanym ruchem zdjął cylinder i ukłonił się zamaszyście. – Lis Witalis, do usług.

Ściągnij tekst:

Przypisy:

  1. Kto raz stał się właścicielem, zawsze nim będzie
  2. Upływ czasu nie sanuje pierwotnej bezprawności.
  3. Nikt nie może być wyrzucony z własnego domu.
  4. Oczywiste nie wymaga dowodu
  5. Gdy pozwany przeczy, ciężar dowodu spoczywa na powodzie
  6. Sprawiedliwość i słuszność winny zawsze mieć pierwszeństwo przed literą prawa.
  7. Zaniedbanie jest winą
  8. Zwyczaj jest prawem