grafika: A.Mason

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na dodatek strasznie sapał, nawet jeszcze zanim zabrał się do rzeczy. Dłonie miał zimne i spocone, nieprzyjemnie śliskie, o krótkich, tłustych paluchach. Chłopiec chętnie by go w te palce ugryzł, ale tego nie było w scenariuszu, a każde odstępstwo od scenariusza mogło skutkować utratą pięćdziesięciu patyków (po potrąceniu podatku). Szarpał się więc tylko i szamotał, lecz gdy nieomal udało mu się wyrwać, uznał, że i z szarpaniem nie może przesadzać. To właśnie wtedy ją dostrzegł — w ciągu krótkiej jak mgnienie oka chwili, kiedy prawie wolny przypadkiem obrócił głowę. Stała wśród widzów po prawej stronie Macaulaya, młoda, wysoka, niesamowicie piękna. Zdążył zauważyć tylko tyle, zanim klient znowu przycisnął go do materaców.

Męka była straszna jak zawsze. Potem nadeszła chwila, gdy już nie czuł własnego ciała, ale jeszcze nie utracił świadomości, krótka chwila uniesienia, niemal rozkoszy, tuż przed zapadnięciem w ciemność. Jak zawsze nie było żadnego światła, w stronę którego mógłby podążać. Żadnego ojcowsko łagodnego głosu przyzywającego go do siebie. Tylko cisza, pustka, ciemność; nirwana, cudowny sen, brutalnie przerwany tańcem wymiotno-białych świateł i szarpiącym mięśnie cierpieniem, gdy jego ekipa przystąpiła do reanimacji.

Później godziny tępego bólu. Bólu, którego odurzony środkami znieczulającymi nie powinien był czuć, jak autorytatywnie stwierdzał Macaulay. I ten nieznośny bezruch, w którym niezdolny do wymówienia choćby słowa mógł tylko wpatrywać się w sufit i czekać bezczynnie, podczas gdy szprycowano go kolejnymi substancjami mającymi przyśpieszać gojenie. Drugiego dnia odwiedzili go adwokaci grubasa. Wykrzywiał się do nich w bezbarwnym uśmiechu, gdy oglądali go z pełną profesjonalnej obojętności dokładnością. Wyglądali na zadowolonych: wracał do zdrowia zgodnie z planem, a uszkodzenia ciała były w zakresie wyszczególnionym w umowie. Gdy wyszli, Macaulay podniósł do góry kciuk. Potem wyjął z kieszeni kartkę z nabazgraną na niej sumą i przytrzymał ją w powietrzu na tyle długo, by dało się jej dokładnie przyjrzeć. Wyszczerzył zęby i wyszedł. Jeszcze w drzwiach wpadł na kogoś, przeprosił, i już go nie było.

Pięćdziesiąt tysięcy: dwadzieścia pięć na lekarzy, pięć dla Macaulaya, dziesięć dla reszty ekipy, pięć na te wszystkie niby-legalne leki, na-wpół-narkotyki, pięć pozostałe koszta. Pozostaje okrągłe zero, a nawet mniej niż zero, bo przecież trzeba będzie jeszcze zapłacić za rekonwalescencję. Chłopiec westchnąłby, gdyby mógł. Miał nadzieję, że Macaulayowi następnym razem uda się wytargować większe honorarium z telewizji.

Zaraz – tylko mu się zdawało, czy naprawdę Macaulay zderzył się z kimś w drzwiach? Zmrużył oczy, wytężając wzrok, i rzeczywiście kogoś – coś – dojrzał. Wysoki, smukły, niebieski cień. Chłopiec chciał krzyknąć, aparatura obok jego łóżka zapiszczała; chwilę później do pokoju wpadła zaalarmowana pielęgniarka.  Gdy zaczęły działać środki uspokajające, Chłopiec uświadomił sobie, że widziany cień był do kogoś podobny; nie potrafił jednak zdecydować, do kogo.

Tydzień później mógł już chodzić o własnych siłach, wolał jednak dalej leżeć w łóżku. W sali miał telewizor z dostępem do trzystu kanałów. Lubił wyłączać dźwięk i skakać między programami, z krótkich fragmentów filmów składać zupełnie nowe opowieści. Samotny mężczyzna wyciąga pistolet — następny kanał — dziewczyna patrzy na niego przerażona — klik — do pokoju wpada pajac przebrany za tabletkę i wyciąga dłoń z kolorowym pudełkiem — klik — pijany podrabiany ksiądz udziela ślubu całującej się parze.

— Dziękuję, że uratowałeś mnie przed tym dilerem narkotyków, John — powiedział Chłopiec falsetem. Mlasnął, naśladując dźwięki obleśnych pocałunków. — Gdyby nie ty, ten facet by mnie zastrzelił.

Roześmiał się i odłożył pilota. Czuł się już całkiem dobrze. Sięgnął dłonią po asystronika i przejrzał ostatnio otrzymane wiadomości. Macaulay przysłał listę ofert od potencjalnych klientów, ale Chłopiec nie miał jeszcze ochoty ich analizować. Cudak z wydawnictwa zawiadamiał, że biografia słabo się sprzedaje i zostanie wycofana z oferty. Jakiś cwaniak oferował mu interes życia, przekonując przy tym do kontaktów koniecznie bezpośrednich, bez pomocy agentów.

Na samym końcu był pusty list, bez tematu, zawierający tylko jedno zdjęcie. Chłopiec zmarszczył brwi — asystronik powinien wyłapać ten list jako spam i automatycznie skasować. Wahał się chwilkę, wreszcie otworzył załącznik i zamarł. Jakość była bardzo kiepska, zdjęcie było rozmazane, zawierało tylko niewyraźny dziewczęcy profil. A jednak był pewien, że tę dziewczynę ze zdjęcia zna.

Zaintrygowany, uruchomił wyszukiwarkę; program wyrzucił kilka tysięcy wyników: ludzkich twarzy, nazwisk, a nawet jakiś łańcuch górski o z grubsza zbliżonym kształcie. Do tego kilka samouczków dla artystów oraz mnóstwo porno. Żadne z odnalezionych nazwisk nic mu nie mówiło. Zamknął wyszukiwarkę, marszcząc brwi. Doszedł do wniosku, że odpoczywał już wystarczająco długo. Kazał asystronikowi zadzwonić do Macaulaya.

— Potrzebuję samochodu z kierowcą — powiedział, zanim usłyszał zaspane „dzień dobry”. — I nieco gotówki.

— Jasne — ziewniecie. — Czytałeś mój list? Dzwonili z BungaJee, chcą wykorzystać twój wizerunek…

— Później.

— To nie może być później, chcą odpowiedzi w tym tygodniu.

— Czyli może być później. Nie zapomnij o gotówce. Do zobaczenia.

Trzy godziny później był już w drodze do Clairmont. Miał tam ulubiony mały hotelik i równie ulubiony tyci bar. Macaulay obiecał przysłać tam także jego ulubionego fachowca od rekonwalescencji. Chłopiec zignorował wszystkie próby nawiązania rozmowy przez kierowcę i otworzył jeszcze raz zdjęcie z profilem tajemniczej dziewczyny.

— Fanka-prześladowczyni — zawyrokował wreszcie. — Stalkerka. Albo przypadek.

Po namyśle zdecydował, że mimo wszystko wolałby stalkerkę. Bywały męczące, zwłaszcza te starsze, ale jakoś pomagały mu radzić sobie z nudą. Zresztą, minęło już nieco czasu od ostatniej stalkerki. Jak jej było? Marianna? Uwielbiała grzebać w jego śmieciach. Chłopiec uśmiechnął się, przypominając sobie jej minę, gdy znalazła podłożonego specjalnie dla niej martwego szczura. Ze wstążeczką i karteczką „dla mojej najwierniejszej wielbicielki”.

W hotelu machnął ręką do obsługi i nawet się nie witając, podszedł do windy. Odpowiednio poinstruowana zatrzymała się na pierwszym piętrze. Pokój wynajął już wcześniej asystronik.

— Korytarzem w lewo, pokój 112 — zabrzęczało mu cicho w uszach. — Pozwoliłem sobie przełożyć rekonwalescencję na jutro. Kolacja o siedemnastej w pokoju.

Chłopiec machnął dłonią i głosik w słuchawkach umilkł. Drzwi do pokoju otwarły się, kiedy tylko się do nich zbliżył. Nie zdejmując butów i ubrania, położył się na o wiele za dużym łóżku. Zamknął oczy. Żaluzje w oknach automatycznie zasunęły się.

— Potrzebuję urlopu — powiedział na głos. — Potrzebuję… zmian.

Poprzednim razem też tak mówił. Wtedy zabijała go kobieta, już niemłoda, ale wciąż ładna. Zamienili kilka gładkich słów, potem ona przebrała się w strój pokojówki. On miał na sobie elegancką marynarkę, krawat i jedwabną koszulę ze sztywnymi mankietami i wysokim, wykrochmalonym kołnierzykiem. Długo próbowali jej wyperswadować ten kołnierzyk, ale strasznie się przy tym upierała. Do tego wybór miejsca… koniecznie chciała to zrobić w obrzydliwym, pstrokatym pokoju zagraconym starymi meblami, chociaż dla niej był to „gustowny wiktoriański wystrój”. Wszystko musiało być zgodnie ze scenariuszem: najpierw podała mu herbatę w pięknej porcelanowej filiżance na błyszczącej srebrnej tacy. Następnie miał zażądać gazety.

— Emmo! Emma poda mi gazetę.

Seria figurek z pokojówką duszącą młodego panicza sprzedawała się całkiem nieźle, nawet w porównaniu do czasów, kiedy jeszcze był na topie, kiedy dopiero co porzucił pracę aktora i wszyscy go rozpoznawali. Niestety, przez tą cholerną herbatę Persico nie chciała przedłużyć z nim kontraktu, i co gorsza, zażądała odszkodowania. Chłopiec przed śmiercią pije tylko Persico. Przedstawiciele firmy przyznawali, że nigdy to nie było wprost ujęte w kontrakcie, ale argumentowali, że tak pośrednio wynikało ze spotów, w których występował. To Persico miała pomagać Chłopcu pokonać lęk przed śmiercią, a nie byle herbatka z Cejlonu. Jak teraz konsument ma uwierzyć w szczerość tego przekazu, skoro na własne oczy widział Chłopca siorbiącego właśnie herbatkę z porcelanowej filiżaneczki? Ostatecznie skończyło się polubownie. Macaulay zagroził puszczeniem plotki, że Chłopiec rzygał już tą Persicą i cholerni reklamiarze odstąpili, niezmiennie fałszywie uśmiechnięci.

Ściągnij tekst: