Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem”

W pierwszej chwili nie mogłem pojąć, co robi stado wilków wokół rosnącej na polanie, otoczonej niskimi krzewami lipy. Dopiero po chwili, wytężając wzrok, zauważyłem między nagimi gałęziami ciemny kształt. Nie wyglądało to na wróbla; wiewiórka nie wytrzymałaby tak długo bez jednego ruchu. Jakby odpowiadając na moje myśli, kształt poruszył się, rozprostował i wtedy rozpoznałem skrzata.
Skrzat; i to skrzat niezbyt rozgarnięty, skoro dał się zagonić na drzewo. Wilki, swoją drogą, także nie wyglądały na szczególnie bystre, skoro zamiast rozejrzeć się za jakąś inną zwierzyną, odmrażały tutaj zady. Zaintrygowany, pokręciłem głową. Najdziwniejsze w tym wszystkim nie było nawet to, że siedzą tak uparcie pod drzewem. Że w ogóle próbowały skrzata złapać, samo w sobie biło wszystkie rekordy dziwnego zachowania. Na skrzacie mięsa mniej niż na ryjówce. A ryjówkę łatwiej upolować.
Obserwowałem całą dziwaczną sytuację kucając na gałęzi niskiego świerku, bezpiecznie skryty pod igłami i białym okapem śniegu. Wyglądało mi to na impas: skoro skrzat jeszcze nie próbował ucieczki, musiał najwidoczniej być ranny albo chory. Wprawdzie śnieg był głęboki, łatwo się było w nim zakopać, ale mimo wszystko dawałem wilkom nie więcej niż trzy szanse na dziesięć na złapanie skrzata, gdyby ten jednak się zdecydował na zeskoczenie z drzewa. Ja bym zaryzykował. Z drugiej strony, wilki nie mogą zrobić nic, ich niedoszła ofiara siedzi wysoko, nie doskoczyłyby, choćby się w ogony gryzły dla zapędu. Potarłem podbródek w zamyśleniu. Nie mogłem zostawić kolegi w nieszczęściu; ostatecznie, gdyby rzeczywiście był ranny, mógłbym go wziąć na barana.
Musiałbym dopaść do połamanych krzewów rosnących tuż koło lipy. Z nich bez problemu przeskoczyłbym do czekającego na ratunek skrzata. Przed kępą wystawał spory kamień. Za kamieniem śnieg już stratowany, ubity, nie musiałbym bać się ugrzęźnięcia. Hopsa i już byłbym przy krzewach. Tyle tylko, że do kamienia miałem co najmniej dwa skoki. Czyli wyglądałoby to tak: hopsa, grzęźniemy, nic nie widzimy, i dalej lecimy na oślep. Bez sensu.
Wreszcie doszedłem do wniosku, że siedząc w takim zimnie, i tak niczego nie wymyślę. W takim wypadku równie dobrze mogę spróbować pójść na żywioł i mieć nadzieję, że wszystko samo się jakoś ułoży. Zagwizdałem i podniosłem się na gałązce, strzepując na ziemię kawał śniegu. Jeden z wilków, potężny, czarny basior, poderwał zad i nieśpiesznym truchtem podbiegł pod drzewko, na którym siedziałem. Węszył długo, podnosząc jedną łapę i zadzierając pysk do góry. W końcu przysiadł i kłapnął paszczą.
— Owocnych łowów, myśliwcze — pozdrowiłem go, pochylając lekko głowę. Złapałem gałąź rosnącą nade mną i spróbowałem ją do siebie przyciągnąć. — Co się stało, że wilcze plemię poluje na wiewiórki?
Wilk przywarował pod drzewem i ocenił wzrokiem odległość, która nas dzieliła.
— Nie twój zasrany interes, psi bracie — warknął. — Spadaj.
Niekoniecznie chciał mnie obrazić, nazywając mnie „psim bratem”; specjalne stosunki łączące nas z udomowionymi kuzynami wilków były dość powszechnie znane. To znaczy, pewien nie jestem; z wilkami nigdy nic nie wiadomo.
— Żebyś mnie zeżarł? Nic z tego, szlachetny myśliwcze. — Wstałem i przeszedłem się, próbując złapać gałąź powyżej. Pociągnąłem ją mocno do siebie, a potem zahuśtałem się na niej. — Nie lepiej by było poszukać jakiejś lepiej odżywionej zdobyczy?
Wilk obnażył kły i kłapnął paszczą. Nie przejmując się nim za bardzo, wyciągnąłem zza pasa mieczyk.
— Szukasz śmierci, psi bracie? — warknął szlachetny myśliwy. Wzruszyłem ramionami, piłując gałązkę. — Całe życie chcesz na drzewach spędzić? Nie wystawiaj cierpliwości plemienia myśliwych na próbę, kundlu.
— Zaczekaj jeszcze chwileczkę… — poprosiłem i zahuśtałem się jeszcze raz na gałęzi. — Mam, widzisz, pewien plan. Na pewno ci się spodoba.
Wilk przechylił głowę i węszył, nie spuszczając ze mnie swoich ślepi. Nie odpowiedział, ale też nie odchodził. Ja w tym czasie zawzięcie rąbałem i piłowałem. Stępię sobie miecz, pomyślałem. A tyle było roboty z ostrzeniem…
— Co robisz? — zapytał wreszcie wilk.
— O, zaraz zobaczysz — zapewniłem go, kręcąc gałązką. — To jest część mojego planu. Spodoba ci się. Szkoda, że szyszek nie mam, jeszcze bardziej by ci się spodobało.
— Nie zapali się — powiedział. — Jeżeli ten plan ma polegać na straszeniu ogniem, to możesz dać sobie spokój, skrzacie.
— Och, ależ nigdy nawet nie próbowałbym straszyć dzielnego plemienia wilków. — Gałązka wreszcie się urwała. Odrąbałem kilka bocznych pędów i strzepnąłem na dół igły. Będzie w sam raz, oceniłem.
— Nie wiedziałem, że skrzaty mają tyle siły. — W głosie wilka dało się wyczuć uznanie. Już nie warczał. Moje wysiłki wyraźnie go zafascynowały. — Czy ta gałązka nie jest dla ciebie za ciężka?
— Dziękuję za troskę, szlachetny myśliwy. — Ukłoniłem się i uśmiechnąłem, wyważając gałąź w rękach. — Dobrze, to już wszystko. Możesz już iść.
Wilk warknął i przysiadł na zadzie, najwidoczniej oceniając dzielącą nas odległość i zastanawiając się, czy dałby radę do mnie doskoczyć. W końcu odwrócił się i pobiegł w kierunku drzewa, rosnącego samotnie na środku polany. Jeszcze chwilka… jeszcze chwilka… Hopsa!
Pierwszy skok na grzbiet biegnącego wilka. Zaskowyczał i dał susa w powietrze, a potem zakręcił się w miejscu, kłapiąc paszczą i próbując mnie strącić z grzbietu. Ale mnie już tam nie było. Zgodnie z planem, drugi skok na kamień… i niezupełnie zgodnie z planem wykonałem elegancki ślizg prosto w śnieg, nakrywając się nogami. Kto mógł przypuszczać, że kamień będzie oblodzony.
Szybko się podniosłem. Wilk jest już przy mnie — nie wiem, ten sam, któremu skoczyłem na grzbiet, czy inny — już czuję odór z rozwartej paszczy. Zwija się w powietrzu, usiłując złapać zębami gałąź, którą mu rzucam, i wpada za nią w śnieg. Ja w tym czasie daję dwa niezdarne susy. Inne wilki już się orientują, że gryzą gałąź, i pędzą do mnie. Nie dam rady uciec, przemyka mi przez głowę, wyskakuję pół stopy prosto w powietrze i spadam na łeb próbującego mnie pożreć wilka. Strząsa mnie w śnieg, przewracam się, jego kły mijają mi czuprynę o nie więcej niż pół cala. Tuż obok mnie jakaś włochata łapa, tnę na oślep mieczykiem — skowyt, zdaje się, trafiłem — kulam się, wstaję, gdzie mój miecz? Macam dokoła gorączkowo, nie mam czasu szukać, skok.
Wilki jeszcze przetrząsały śnieg i węszyły w nim, gdy ja już siedziałem na pierwszej gałęzi drzewa.
— Hej, braciszkowie! — zawołałem wesoło, gdy tylko złapałem oddech. — Tu jestem!
— Świnie ci braćmi, nie my! — warknął jeden z wilków. Wszystkie doskoczyły do drzewa i przez chwilę skakały, uwieszając się całym ciałem na niżej zwieszonych gałęziach.
— Zęby sobie połamiecie — zatroszczyłem się, ale wilki mnie zignorowały. W końcu dały sobie spokój i przywarowały przy drzewie. Gdyby spojrzenia mogły palić, w jednej chwili na ziemię spadłyby moje popioły. Pomachałem im dłonią i rozejrzałem się za kolegą niezdarnym skrzatem. Zawołałem do niego i nie czekając na odpowiedź, wdrapałem się na jego gałąź.
— Co tam, braciszku, chyba sobie tutaj razem posiedzimy — zagaiłem wesoło, przysuwając się do nieznajomego skrzata. Chciałem jeszcze dodać, że jest mi winien sztukę srebra za mój zagubiony mieczyk, ale on odrzucił kaptur, spod którego wypadły długie złociste włosy i…
Po dłuższej chwili dotarło do mnie, że stoję z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami. To nie był skrzat. To w ogóle nie był „on”.
— Przepraszam — powiedziała, i wyglądała, jakby naprawdę było jej przykro. Mówiła po szkierbsku, ale miała miękki, śpiewny akcent. — Nie chciałam, żeby tak wyszło. Co się stało? Nie mówisz po szkierbsku? — zagruchała potem jakiś innym narzeczem, tak samo miękko i śpiewnie.
— Jesteś elfką — wykrztusiłem wreszcie.
— Nie, nie jestem — podkreśliła tupnięciem nogi, aż na nosy warujących niżej wilków spadła chmura śniegu. — Jestem wróżką kwiatową. Mam na imię Faery. A ty?
— Bury — bąknąłem. Czułem, że się czerwienię i było mi strasznie głupio. — Nazywam się Bury… Skrzat Bury. Wróżka kwiatowa? Nigdy nie słyszałem o czymś… o kimś takim.
— Przyjechałam z rodziną z Tir Connaracht. Tatko słyszał, że pszczelarze dają zarobić duszkom kwiatowym, a u nas bieda aż piszczy.
— To gdzieś na południu? — zapytałem, chociaż oczywiście wiedziałem, że to nie jest na południu. Nigdy nie słyszałem takiego akcentu. Bardzo mi się podobał. Szkierbski w jej ustach brzmiał jak poezja — tak, wiem, trudno w to uwierzyć. Zwykle nie jest łatwo zdecydować, czy przyjemniej jest słuchać szyby rysowanej kamieniem, czy Szkierba i jeżeli nawet przesadzam, to niewiele. Ale ona nadawała lekkości chropowatym słowom, tak że wylatywały z jej ust jak motyle, jak płatki kwiatów, jak… zaraz, zdaje się, że zadała mi jakieś pytanie.
— Przepraszam — bąknąłem, czując, że płoną mi policzki. — Nie zrozumiałem. Możesz powtórzyć?
— Nigdy nie słyszałeś o Tir Connaracht? To dziwne — mała wróżka westchnęła melancholijnie i zapatrzyła się gdzieś, w jakiś punkt za horyzontem. — Zanim opuściłam naszą wyspę, myślałam, że to centrum świata.
Mówiła dalej, a ja upajałem się dźwiękiem jej słów. Starałem się za nią nadążać. Czasami wtrącałem jakieś głębokie sformułowanie. Chciałem zrobić na niej wrażenie inteligentnego i uważnego słuchacza.
Wróżka chętnie odpowiadała na moje pytania, a miałem ich bardzo dużo. Jej rodzina mieszkała w Dun Coen, osadzie rozłożonej szeroko na niewysokich, pokrytych wrzosami wzgórzach. Domy stały tam daleko jeden od drugiego, zupełnie jak gromada poobrażanych na siebie dzieci. Ludzie zajmowali się głównie pasterstwem, pijaństwem i porywaniem sobie nawzajem owiec. Wróżki kwiatowe zajmowały się głównie pomaganiem w ogrodach i dbały o rozwój sadów (aha, czyli mieliście też sady, wtrąciłem wtedy i pokiwałem głową). Z początkiem wiosny pobratymcy mojej rozmówczyni ruszali śpiewać na pastwiska, pomagając budzić się do życia trawie na wzgórzach. Niczego nie brakowało im do szczęścia, dopóki do osady nie dotarły nowe czasy.
Wybudowano semafor i budkę sygnalisty. Wędrowni nauczyciele przekonywali mieszkańców do pozbycia się przesądów. Wreszcie, w ramach podwyższania poziomu życia wszystkich mieszkańców, sprowadzono z Kitaju nowe rośliny. Miały być uprawiane w oparciu o naukowo opracowane metody i wszyscy cieszyli się na obiecane przez rząd wielkie zyski, przeliczając je od razu na owce i butelki bimbru. Dodatkowo, wyspa raz na zawsze miała zostać uwolniona od okresowych głodówek, które od niepamiętnych czasów dręczyły spokojny — a przynajmniej spokojny, kiedy trzeźwy i nie poszukujący akurat ukradzionych owiec — ludek Dun Coen.
Niestety, importowane rośliny nie chciały się przyjąć ani na suchych wzgórzach wokół Dun Coen, ani na polach rozłożonych na brzegach wijącej się między wzgórzami rzeki Dunan. Mające im pomóc zaklęcia i śpiewy wróżek (i wróżów, albo może wróżków) okazały się kompletnie nieprzydatne. Niektórzy nawet twierdzili, że to właśnie czary zaszkodziły uprawom. Kitajskim roślinom potrzebne są kitajskie zaklęcia, mówili ludzie, kiwali mądrze głowami (zupełnie jak ja, kiedy tego słuchałem) i patrzyli z ukosa na wróżki. Tak więc owego roku nie obyło się bez tradycyjnej głodówki, wielu zmarło, a chociaż ostatecznie nie brano za złe wróżkom ich bezradności wobec importowanych roślin, zostało w ludzkich sercach zasiane ziarno niechęci. Ojciec Faery coraz rzadziej wzywany był na pastwiska i do sadów, i w domu wróżek zaczęło brakować drobnych, przynoszących radość w życiu luksusów.
Z tego, co mówiła, wynikało, że w Tir Connaracht wybuchła zaraza. Ludzie nauki zabrali się do jej leczenia, oczywiście naukowo i nowocześnie, tępiąc przy okazji przesądy. Za choroby, wyjaśniali dobrodusznie maluczkim, odpowiedzialne są najmniejsze istotki, niewidoczne gołym okiem. Coś tam jednak pomieszało się w przekazie i maluczcy uznali, że za choroby odpowiedzialny jest mały ludek. Zanim oświeceni ludzie nauki zorientowali się w nieporozumieniu, po wsiach i miasteczkach powyznaczano nagrody za głowy duszków kwiatowych i innego drobiazgu. Oczywiście, zamieszanie nie trwało długo, rząd interweniował, wygłaszano mowy, drukowano obwieszczenia, wypłacano nawet odszkodowania rodzinom zabitych duszków. Było jednak już za późno. Problem polegał na tym, że lud Tir Connaracht był bardzo uparty, a na dodatek niepiśmienny. Jak Connar raz coś sobie wbije do głowy, trudno potem to z tej głowy wyciągnąć, tłumaczyła Faery. Tak więc do biur wypłacających odszkodowania wciąż się zgłaszali wieśniacy z workami wypchanymi zimnymi, małymi ciałkami. Urzędnicy oczywiście łajali wieśniaków, urządzali duszkom piękne pogrzeby i bez zbędnych formalności wypłacali zadośćuczynienia rodzinom. Odszkodowania były dość wysokie, a pogrzeby naprawdę wspaniałe, ale tatko Faery w końcu uznał, że nie ma co ryzykować. Usłyszał, że na wschodzie mały ludek dobrze sobie radzi pod rządami jego cesarskiej, królewskiej i wielo-książęcej mości Jana-Johanna Fryderyka. Przedyskutowano sprawę w ramach klanu i tatko, wraz z kilkoma wujami, ciotkami i ich pociechami, załadował się na parowiec i ruszył szukać lepszego losu na obczyźnie.
— Wiesz, nie chcę wyjść na nielojalnego poddanego, ale tak naprawdę to wcale nam tutaj nie jest tak dobrze — przerwałem jej opowiadanie, drapiąc się po podbródku. — Na ten przykład, ja muszę zarabiać na życie polowaniem na szczury, zamiast, jak na skrzata przystało, przeganiać duchy nie dające dzieciom spać.
— Ale nikt wam nie urządza pogromów — powiedziała Faery. — Lepiej żyć biednie, ale w spokoju.
— No, psami mnie też szczuto. — Po prawdzie, nic sobie ze szczucia psami nie robiłem, bo psy i skrzaty są z sobą bardzo blisko związane i żadnej krzywdy jedno drugiemu nigdy nie wyrządzi.
Że nie jest małemu ludkowi aż tak różowo pod rządami Jana-Johanna, imigranci zorientowali się już w porcie w Beregborgu. Nawet nie chodziło o ludzi, ludzie najzwyczajniej w świecie ich nie zauważali. Gorzej było z miejscowymi bożętami, kłobukami i resztą miejskiego drobiazgu, którym nie w smak była zwiększona liczba konkurentów do nielicznych zajęć dostępnych dla obywateli cesarstwa o wzroście dużo poniżej średniej. Rodzina Faery, chociaż nieco rozczarowana, postanowiła jednak nie wracać do ojczyzny. W decyzji utwierdziła ich przesyłka zawierająca oficjalne kondolencje od rządu Tir Connaracht oraz odszkodowania za tę część familii, która nie zdecydowała się na emigrację. To właśnie w Beregborgu dowiedzieli się od przygodnego podróżnika, że na usługi duszków kwiatowych czekają z otwartymi rękoma w Białym Księstwie Derewińców. Zebrali więc swoje tobołki i ruszyli w podróż.
— Czy tu zawsze jest tyle śniegu? — zapytała, poprawiając złoty lok opadający jej na czoło. — To dlatego księstwo nazywa się białe?
— Nie… To znaczy chyba nie. Nie wiem. To znaczy, jasne, że nie zawsze jest tutaj tyle śniegu. Ale Derewińcy mają też księstwo na południu, i nazywa się to księstwo: czerwone. A poza granicami cesarstwa, na wschodzie, gdzie śnieg leży nawet dłużej niż tutaj, też są Derewińcy, ale nazywają ich czarnymi.
— Jak to? — zdziwiła się wróżka. — Oni są czarni? Jak Maurowie?
— Nie wiem, jakiego koloru są Maurowie, ale wszyscy Derewińcy są tacy sami. Normalni ludzie, jak wszędzie. — Zastanowiłem się chwilę. — Chciałem powiedzieć, jak wszędzie w cesarstwie.
Wszystko jest tutaj takie inne, wiesz? Zupełnie, jakbym była w obcym świecie. Na księżycu. A przecież wystarczy niecały rok podróży i już bym była z powrotem w Tir Connaracht.
Chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Dziewczyna zadrżała, więc zdjąłem płaszcz i opatuliłem ją, przysuwając się bliżej. Spojrzała na mnie z wdzięcznością.
— I jak udało wam się z tymi pszczelarzami?
No więc nie do końca się udało, jak wynikało z dalszego opowiadania wróżki. Pszczelarze dopiero od przybyszów usłyszeli, że ich potrzebują. Sceptycznie podchodzili do ich oferty pomocy. Nie mieli zaufania do współpracy z mężczyznami, którzy mają skrzydełka, długie złociste włosy i na których nie wiadomo, czy mówić „wróżka”, „wróż”, czy też „wróżek”.
— To wy macie skrzydełka? — zdziwiłem się, a kiedy wróżka kiwnęła energicznie głową, nieco się zdenerwowałem. — To po jaką cholerę, proszę ja ciebie, odmrażasz sobie tyłek na tym drzewie, a ja razem z tobą?
— Na mrozie nie działają — wyjaśniła dziewczyna markotnie. — Poza tym, łatwo je uszkodzić. Odmroziłabym, jakbym nie miała ochraniaczy.
Przyjąłem do wiadomości.
— Ojciec był bardzo zmartwiony. Mówił, że jak mamy tutaj żyć, skoro nikt go nie traktuje poważnie tylko dlatego, bo ma skrzydełka. O te skrzydła najbardziej chodzi, bo włosy można ostatecznie skrócić. A skrzydła?
— A jak twój ojciec z nimi rozmawiał, po szkierbsku? — Dziewczyna potwierdziła, więc pokiwałem mądrze głową. Już mnie szyja bolała od mądrego kiwania głową. — No właśnie. To raczej chodziło o to, a nie o skrzydełka i loczki. Widzisz, miejscowi nie za bardzo lubią Szkierbów. Jakoś w cesarstwie mało kto ich lubi. Sami Szkierbowie też nawzajem się za bardzo nie lubią.
— Dlaczego?
— No wiesz… — stropiłem się. Właściwie sam nie wiedziałem. — Chyba dlatego, bo są tacy aroganccy i pewni siebie. Uważają, że to oni stworzyli cesarstwo. Nieważne zresztą. Opowiadaj dalej.
Rodzina Faery nie znalazła więc popytu na swoje usługi i nie mogła nigdzie zagrzać miejsca na stałe. Nie przestawali próbować wkraść się w łaski pszczelarzy, ogrodników i sadowników, ale zima przerwała ich wysiłki. Pan sąsiedniej wsi zgodził się przezimować ich w swoim folwarku. Niestety, pogoda oraz niepowodzenia w próbach zdobycia fortuny nadwyrężyły zdrowie ojca Faery. Zmogła go choroba i leżał nieprzytomny, dręczony gorączką.
— Dręczony gorączką? — zdumiałem się. — Jak to? Wy chorujecie?
— W rodzinnym kraju to się nam nie zdarza. Przynajmniej nigdy przedtem o czymś takim nie słyszałam. Nie jesteś pierwszym z małego ludku, który twierdzi, że to niemożliwe.
— Wcale nie twierdzę, że to niemożliwe — zaprotestowałem. — Nie wiem niczego o wróżkach… to znaczy wróżach… niczego nie wiem o twoim rodzaju. Po prostu skrzaty, koboldy, gnomy, ubożęta i tak dalej nie chorują. Nigdy.
— Wiem. — Faery wzruszyła ramionami. — Gumiennik twierdzi, że ta choroba przydarza się tylko w jego kraju i tylko obcym przybyszom.
— Gumiennik? — Zaświtało mi coś w głowie. — Masz na myśli takiego wrednego, garbatego dziada, mieszkającego w oborze?
— Nie jest garbaty, a mieszka w stodole. Chociaż faktycznie trochę zatrąca od niego oborą. Wredny też nie jest. Poradził mi, jak znaleźć lekarstwo na chorobę ojca.
Miałem ochotę palnąć się otwartą dłonią w czoło. Gumiennik, z dobroci serca, radzący obcej przybłędzie, jak uzdrowić ojca? Wzruszył się może biedaczek, co?
— Nie masz wredniejszego domowego drobiazgu nad gumienniki —pouczyłem wróżkę. — Łatwo się obrażają, a kiedy się obrażą, potrafią gospodarzowi nasrać w ziarno. Ba, nie dość, że nasra. Jeszcze ziarnem przysypie. Rozumiesz, żeby gospodarz nie zorientował się za szybko. Zdarza się, że i stodołę podpalą.
— Taki zły jest gumiennik? Nie wierzę.
— No, z natury nie jest zły — przyznałem. — Jak jest w dobrym humorze, potrafi przegonić złodziei, ochronić zboże przed szkodnikami, skłonić pioruny, by stodołę omijały. Tyle tylko, że gumienniki to charakter mają paskudny. Widzisz, niscy są nawet jak na mały ludek, i nadrabiają brak wzrostu drażliwością. Wszędzie węszą obrazę. Cały czas podejrzewa taki, że się z niego naśmiewają. To przez tę dziwną manierę mówienia, wiesz, niektórzy twierdzą, że gumiennik, jak usta otworzy, to szczeka. Wejdziesz do stodoły, powiesz takiemu „dzień dobry” i bach – masz śmiertelnego wroga. Co gorsza, w twarz dalej będzie ci się fałszywiec uśmiechał i czym go obraziłeś, nie powie. Dziewczyno, od gumienników najlepiej z daleka.
— Ale to on mi poradził, jak ojcu pomóc — upierała się dziewczyna.
— Poradził, poradził, ciekawe co. Idź do lasu, moje dziecko, i przynieś ojcu dziesięć wilczych ogonów. A nie zapomnij rwać na żywca i to koniecznie u samej nasady. Zgadłem? Czy może wymyślił coś jeszcze mądrzejszego?
— Jesteś złośliwym, zawistnym skrzatem — obraziła się Faery i odwróciła buzię. — Nic więcej ci nie powiem.
— W porządku — zgodziłem się i zamilkłem. Byłem pewien, że Faery nie wytrzyma, i miałem rację.
— Gałązka z krzewu koło świętego drzewa — powiedziała.
— Co, gałązka?
— Powiedział, że muszę pójść do lasu, uciąć z krzewu rosnącego koło świętego drzewa gałązkę, wrzucić do gotującej wody i dać potem ojcu wywar do wypicia.
— A to święte drzewo to niby ten na pół uschnięty truposz, na którym siedzimy? — upewniłem się. — Boże, jak można być tak naiwnym. A wiesz ty, że na mały ludek wywar z tego tam krzaka działa przeczyszczająco? Przenicowałoby twojego staruszka, że hej. Gacie to by mu nie tyle spaskudziło, co spruło, to znaczy, jakby ich zdjąć nie zdążył. A pewnie by nie zdążył. Miałabyś nauczkę, słuchać gumiennika. Założę się o własne uszy, że choroba twojego ojca to też sprawka tego milusińskiego.
— Kazał mi pójść najpierw do lasu, zawołać leszego i poprosić go o pozwolenie — kontynuowała wróżka, nie zwracając na mnie uwagi. — Leszy się zgodził, uśmiechnął się nawet, szczęścia mi życzył. Po drodze spotkałam wilki, pytają mnie, za czym idę, więc tłumaczę, że po gałązkę z krzewu rosnącego koło świętego drzewa, że leszy mi pozwolił. Oni pytają, który leszy, więc im tłumaczę, jak kto który, Wodewis, ten, co tym lasem rządzi. A one wtedy jakby się wściekły…
— Chyba się już domyślam, o co chodzi. — Westchnąłem i wychyliłem się do wilków siedzących na dole. — Hej, koledzy!
Nawet nie zawarczały.
— Nikt ciebie nie uprzedził, że w tym lesie mają dwóch leszych? — Sądząc po jej minie, nie zrozumiała. Westchnąłem. — Dwóch leszych, jeden las. Popierasz jednego, jesteś wrogiem drugiego.
— Ale ja żadnego nie popieram. Chcę tylko zanieść gałązkę dla mojego ojca.
— Zdawało mi się, że już ustaliliśmy, że gumiennik zrobił cię w jajo z tymi gałązkami — mruknąłem. — Poprosiłaś jednego z leszych o pozwolenie. A drugiego nie. Czyli…?
— Czyli, że nie wiedziałam, że trzeba obu prosić o pozwolenie.
— No, to teraz już wiesz. Ech, dziewczyno… — klepnąłem ją po ramieniu i uśmiechnąłem się. — Nie martw się. Jakoś cię z tego wyciągnę.
Po prawdzie, nie miałem pojęcia, co robić. W tego rodzaju sytuacjach zazwyczaj po prostu siedzę i spokojnie czekam, aż wszystko samo się jakoś ułoży. Zwykle się układa. Głupio mi jednak było proponować takie rozwiązanie zagranicznej wróżce, tym bardziej że jej ufne spojrzenie sugerowało większe oczekiwania wobec mnie. Z kłopotu wybawiły mnie dobiegające z gęstwiny odgłosy łamanych gałęzi. To nadchodził ON. Niedźwiedź. Wilki z szacunkiem rozstąpiły się przed nim, pochylając łby. Aha, jest i leszy.
— Teraz cicho, ja będę mówił — powiedziałem szeptem, ale z naciskiem, i uścisnąłem małą rączkę wróżki. — Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Bądź pozdrowiony, władco tego lasu!
— Władco? — zahuczał leszy, aż śnieg posypał się z gałęzi. — Teraz władco? A słyszał ci ja, że wy wroga mojego wolicie ode mnie, a?
— Wybaczcie nam, łamiący dęby mocarzu! Musicie wiedzieć, że to niewinne dziecko siedzące obok mnie przybyło tutaj z dalekiej krainy. Podstępna i podła osoba wykorzystała naiwność dziecka, płatając mu złośliwego figla. A przecież pragnęło ono tylko lekarstwa dla swojego ojca…
— Z dalekiej krainy? A ona mowy naszej nie zna, że za nią gaworzysz?
— Istotnie, strach budzący władco.
Leszy przekrzywił łeb i podniósł się. Jego tylne łapy wydłużyły się, pysk skrócił, i oto stał przed nami sympatyczny, chociaż nieco zbyt kudłaty i nieco zaniedbany, krępy mężczyzna, na oko mający nieco ponad pięćdziesiąt lat.
— A kim ona jest? Szkierbski zna? Kim jesteś, niewinne dziecko? — Ostatnie pytanie leszy wyzgrzytał po szkierbsku.
—To duszek kwiatowy — wyjaśniłem za Faery. — Pochodzi z odległego miejsca, z wyspy zwanej…
— Duszek kwiatowy? — przerwał mi leszy, uparcie trzymając się szkierbskiego. — A może mi ona, dziecina niewinna, kwiat przynieść?
— Kwiat? W zimie? — Trochę mnie zatkało. — No…
— Obiecasz i przysięgniesz, że kwiat mi przyniesiesz, wolno was puszczę. Możesz mi kwiat przynieść, duszku?
— Raczej nie — zmartwiła się uroczo Faery.
— Raczej nie od razu — wpadłem jej w słowo. — Wiecie, zima. Nawet kwiatowej wróżce może to zająć trochę czasu.
— Ale przysięgniesz, że mi przyniesiecie kwiat? Musi być piękny, kolorowy i pachnący.
— Zajmie to trochę czasu, jak mówiłem, ale klnę się na brodę mojego dziadka, że przyniosę.
Leszy kiwnął głową i opadł na ziemię. Po chwili pod drzewem znowu stał zwykły, kosmaty niedźwiedź. Odwrócił się w stronę lasu i pobrnął przez śnieg, kołysząc się niezdarnie. Stado wilków potruchtało za nim.
— Tadaaa — powiedziałem wesoło. — Mówiłem, zdaj się na mnie.

***

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

[…] podsłuchuję, o czym rozmawiają ludzie w metrze […]
– Oni w ogóle nie rozmawiają.
– Daj spokój. Przecież muszą rozmawiać.
– Właśnie, że nie. […] wymieniają marki samochodów, nazwy ciuchów i basenów. […] powtarzają: „Rewelacja!” Ale wszyscy mówią to samo. W barach gadające szafy opowiadają te same kawały, a grające ściany świecą kolorowymi wzorami[…] A był pan kiedyś w muzeum? Wyłącznie abstrakcyjna sztuka. […]Dawno temu obrazy […] przekazywały jakąś treść, a nawet pokazywały ludzi.

— Ray Bradbury, 451° Fahrenheita

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Rafał Kosik w Gdańsku
Aktualności
The North Face - Galeria Bałtycka (Al. Grunwaldzka 141, 80-264 Gdańsk)
Copernicon 2017
od do
Aktualności
Toruńska starówka – 6 budynków oraz hala wystawców (na rynku nowomiejskim) i punkt akredytacyjny (na placu Rapackiego)
17. Europejski Kongres Sceptyków
od do
Aktualności
Uniwersytet Wrocławski, Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii, Budynek D, ul. Uniwersytecka 7/10
Poznański Festiwal Kryminału GRANDA 2017
od do
Aktualności
Poznań, województwo wielkopolskie, Polska
Sabat Fiction-Fest 2017
od do
Aktualności
Targi Kielce (Zakładowa 1, 25-672 Kielce)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!