neularger i A.T. „Egzekucja”

krasnalhKto z was wybrałby się na ZakuŻoną Planetę? Na randkę w ciemno (w bardzo ciemno!) z krasnoludzkimi templariuszami, niewidzialnymi złodziejami i wróżkami? Neularger był odważny. Poszedł. Wrócił. Wypoczywa. Czasem jeszcze krzyczy w nocy, ale to minie.

Niewielki okrągły mechanizm w postaci korby <Oraz drugi kwadratowy w postaci sukienki.>, zainstalowany przy mechanizmie zasilania, zaczerwieniał od gorącości. <Mechanizm był purytańskiego wychowania i często się czerwienił. Szczególnie w obecności gorącości>. Po pociągnięciu za spust garłacz <Wikipedia: Garłacz został skonstruowany w XVI wieku w Holandii jako broń dla marynarzy.(…) Garłacze były do końca XVIII wieku używane jako broń wojskowa (…)> wystrzelił parzące odpadki śrutu, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak wykonane z ołowiu <W locie to widać najdokładniej.>, lecz w rzeczywistości sporządzono je z tytanitu <Nazwa pewnie od Tytanów. Grecy to mieli PR z tymi mitami, aż do sąsiednich wszechświatów dotarło…>, bardzo twardego minerału znanego tylko krasnoludom. <Reszta niekrasnoludzkich mieszkańców tego uniwersum mieszkała w jaskiniach, nosiła skóry, a jakiś geniusz dopiero niedawno wynalazł koło.>

Po pierwszej salwie pancerne drzwi wygięły się. Po drugiej, wklęsły jeszcze bardziej. Trzecia salwa załatwiła je na amen, odrzucając na kilka metrów. <Fizyka przeczytała tę scenę i cicho łkając, poszła się pociąć w kącie.> Droga do jamy stała otworem. Rogrim Stoneheart, krasnoludzki myśliwy, uśmiechnął się i wkroczył do środka. Stojący za nim mędrzec złysiał jeszcze bardziej. <Z szoku zrzucił okrywę włosową?>

– To były grube na czterdzieści centymetrów pancerne wrota <Fizyka, spazmując, podarła na sobie ubranie.> – zauważył z lekka wstrząśnięty. <Po lekkim wstrząśnięciu wypadły mu włosy. Ciekawe, co mu odpada przy ciężkim?> – Zwyczajna strzelba nie robi takich rzeczy.

<Wspomniany mędrzec to wynalazek Autora. Taki słup informacyjny, który zjawia się koło jakieś postaci, by ta mogła sobie z kimś pogadać, ponieważ przekazywanie informacji narracją jest już niemodne. Ot, awangarda.>

– Masz całkowitą rację – odparł Rogrim klepiąc swoją broń. – Ta strzelba nie jest zwyczajna. <Nie jest. Lufę wykonano z ignorancji, śrut to zestalone chciejstwo, a proch jest z lenistwa i niechęci do jakichkolwiek riserczu czy kwerendy.>

***

Wielkie wrota najwyższej hali stanęły otworem, kiedy wyszedł z nich <Ja tam wolę mieszkać w mieszkaniu, a PRZEZ drzwi tylko przechodzić. Choć fakt, mieszkanie w drzwiach (a nawet we wrotach) dodaje punktów do ekscentryczności.> komtur

<Wikipedia: Komtur, inaczej komandor – zwierzchnik domu zakonnego w niektórych zakonach rycerskich (np. krzyżacy, joannici, templariusze).>

Dominus. Był to podstarzały krasnolud z przeważającą łysiną <Łysiał niesymetrycznie i łysina go przeważała. Pech.>, aczkolwiek długi siwy warkocz opadał mu na plecy. <Aczkolwiek logika w każdym zdaniu jest niekonieczna.> Zadbana broda, również szarej barwy, wskazywała na jego wiek. Szarpnął drzwiami wypinając dumnie pierś <A reszta krasnoludów aż jęknęła z wrażenia. Niektórzy klaskali.>, stąpając żołnierskim krokiem w swojej złotej zbroi. <Jak wynika z dalszej części opka – ta zbroja naprawdę jest ze złota. Co czyni ją tak samo użyteczną jak papierową parasolkę podczas ulewy.>

<Wikipedia: Zbroja – część pasywnego uzbrojenia ochronnego wojowników, stosowana od starożytności do ok. XVII wieku. W Polsce przetrwały aż do wieku XVIII jako zbroje husarskie i kolczugi pancernych.>

Dominus Gniewny był jednym z trójki najwyższych oficerów Zakonu, ponadto sprawował nadzór nad rekrutami pełniąc funkcję ich nauczyciela i mentora.

<Wikipedia: Zakon rycerski – pierwotnie w Kościele katolickim zakon, w skład którego wchodzili zakonnicy (duchowni) oraz bracia-rycerze, czyli rycerze, którzy, nie przyjmując święceń, godzili się żyć jak zakonnicy (składali śluby czystości i ubóstwa). Ich głównym zadaniem była nie tylko modlitwa czy kontemplacja, lecz również walka w obronie wiary i ideałów przyjętych w regule zakonnej. (…)

Obecnie joannici, lazaryci i bożogrobcy są zakonami elitarnymi, przyjmującymi prawie wyłącznie osoby o szlacheckim rodowodzie, i koncentrującymi swoje działania na prowadzeniu szpitali oraz działalności charytatywnej. Zakon krzyżacki dziś jest zakonem czysto religijnym, mniszym, pozbawionym prerogatyw rycerskich.>

<Te zielone wtręty to miejsca, gdzie Autor ustawia czytelnikowi odbiór. Znaczy, informuje go – nie wprost – kiedy dzieje się akcja. Słowa: zbroja, garłacz, zakon rycerski, komtur to klucze, które u czytelnika otworzą bardzo pojemną kategorię „pseudośredniowiecze”, czyli coś pomiędzy antykiem a oświeceniem. Oczywiście, jest to kategoria mocno uznaniowa, i nie ma wiele wspólnego z prawdą historyczną. Dlatego wszelkiego rodzaju anachronizmy w rodzaju samolotu czy latania goło w skórach są co prawda dozwolone, ale wymagają uzasadnienia. W innym przypadku są błędem.>

W całym garnizonie Zakonu Świętego Krzyża <Zapamiętajmy nazwę zakonu.> ogłoszono alarm kategorii C. <Kategoryzację alarmów wprowadziła podkomisja ds. logistyki i organizacji operacji wojskowych zmilitaryzowanych średniowiecznych zakonów. Okólnik 39809/CE podpunkt 7b.> Niebezpieczeństwo czyhało na zewnątrz.

– Słyszałem – wyrzucił z siebie Dominus nie spoglądając na swojego przełożonego.

– Zaczekaj Dominus! – krzyknął w jego kierunku Mistrz Zakonu, Althar Hartwell. – Nie skończyliśmy jeszcze spotkania! Wracaj tu!

– Może ty nie skończyłeś, ale ja na pewno <A w ogóle to won, psie!> – odparł krasnolud po czym trzasnął ozłacanymi wrotami. <Trzasnął wrotami. A potem podrapał się kolumną i owinął posadzką.> Udał się wzdłuż korytarza, gdzie zbierała się grupa paladynów, kapłanów i rekrutów. <To jest całkowicie logiczne. Skoro w korytarzu kupa luda, to lepiej iść w ścianie. Zwłaszcza jak i tak się mieszka w drzwiach.>

– Komturze, znowu odmówił pan awansu na zastępcę mistrza? – nieśmiało zapytał jeden z nich, młodzik imieniem Keythian Semua.

– Na tym stanowisku mogę robić co chcę – odparł Dominus dumnie krocząc przez tłum. – Nie potrzebuję kolejnych awansów. Jaka plaga nas dzisiaj odwiedziła?

– Komturze – odezwał się nieznanego pochodzenia kapłan. <Nieznane pochodzenie. To Twój świat, Autorze, czy skopiowałeś z jakiejś gry?> – Dwa kamienne gargulce. Pierwszy próbuje przedostać się przez naszych oficerów przez garnizonem. <Chłopcy bohatersko utworzyli zaporę z własnych ciał.> Drugi sfrunął na dach, gdzie tuzin rekrutów usiłuje go powalić. <Powstaje pytanie, gdzie stoi garnizon, skoro jednocześnie coś może sfrunąć mu na dach i prowadzi do niego korytarz zamknięty pancerną bramą?> Powinniśmy pozwolić nowym zaprezentować swoje umiejętności bojowe. <Wkrótce zobaczymy, że to nie była żadna prezentacja umiejętności bojowych, tylko zwyczajna rzeź.>

– Nonsens – prychnął Dominus i wyszczerzył zęby zakładając rękawice. – To kolejna okazja do zabawy.

– Komturze – westchnął kapłan lecz starał się zachować spokój i życzliwy ton. – To komenda od samego Mistrza. <O której dowiedziałem się telepatycznie właśnie teraz… Poza tym w zakonie polecenia przykazywali przypadkowi kapłani nieznanego pochodzenia. Innowacja taka.>

– Powiedz mu, żeby mi nie rozkazywał. <Czy nie wie, że jestem największym bucem w kraju?>

Przez garnizonem wojowało kilku rekrutów wraz z dwoma paladynami weteranami, którzy swojego czasu otrzymali ordery za odwagę. <Ci bez medali siedzieli w kiblu za kaloryferem.> Gargulec był wytrwały, swobodnie i bez większego trudu rozpłatał kolejnych nadbiegających w jego stronę zakonników. <Nadbiegali pojedynczo, jak filmowi badassi w scenach walki jeden na wielu…> Nawet doświadczeni kombatanci polegli. <Tja… >

Dominus Gniewny w całej swojej okazałości stanął przed garnizonem <Strzelił piorun, huknął grzmot, a chór aniołów zaintonował „Przybył wybawiciel…”> i popatrzył na templariuszy <Na kogo?! Templariusze to konkretny zakon, który nazywał się Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona a nie Świętego Krzyża>, którzy nie radzili sobie z potworem. Pokiwał głową w zadumie. Jeszcze dużo musicie się nauczyć – pomyślał krasnolud. <Potem pokontemplował niebo, obejrzał swoje błyszczące rękawice, z umiarkowanym zainteresowaniem popatrzył na kolejne rozgniatane krasnoludy i rozkazał:>

– Podajcie mi platynową <I wysadzaną brylantami.> tarczę oficera Gamesha – komtur Dominus stanął w rozkroku przed bramą do garnizonu i wyciągnął rękę, kiedy podano mu solidny puklerz z herbem. <Taki puklerz to najmarniej z 5 kg by ważył… Machać czymś takim w czasie boju? Same Pudziany w tym garnizonie…> – Czas rozkruszyć trochę skał.

– Teatr! Teatr! – wypowiedział radosny gargulec wykrzywiając swoją głowę <Skrzywił głowę i ryj właśnie wsadził sobie w ucho.>, po czym zaczął wydobywać z siebie różnego rodzaju dźwięki naśladowcze. <Odgłosy facepalmów i walenia głową o biurko?> – Ghra, Ghra, Ghra. Czy to obsługa kasy? <Ha. Ha. Normalnie.>

– Odsunąć się – nakazał Dominus do rozproszonych zakonników. <Byli rozproszeni, choć jednocześnie w kupie, bo coś zasłaniali. Zdolne bestie.>

– Mój wspólnik szukał sprzedawcy biletów na dachu – powiedział gargulec, poruszając szczęką z dużym trudem – A mówiłem mu, że kasa jest na dole. Ghra, Ghra, Ghra. Teatr! Teatr! Co dziś gracie? <To były edukowane gargulce, rzucały kulturalnym dowcipem.>

Wystarczył jeden solidny wymach Dominusa. Platynowa tarcza świsnęła niczym wystrzelona kula armatnia <Bo tory lotu kuli i dysku są z natury podobne, stąd porównanie jest całkowicie uprawnione.> i zderzyła się z gargulcem roztrzaskując połowę jego cielska na pomniejsze skałki. Oniemiałym rekrutom zakonu zabrakło tchu. <W życiu nie przypuszczali, że komtur nie wie, do czego służy tarcza.>

– To jest kręgielnia, a nie teatr – odparł Dominus z lekka zbulwersowany. <Artystyczna dusza komtura często bulwersowała się, kiedy słyszała nietrafne porównania.> Podszedł bliżej roztrzaskanego stwora, którego łeb był jeszcze w jednym kawałku, przygniótł go złotym <jakżeby inaczej> trzewikiem i spojrzał mu prosto w oczy. – Ty, Rzygacz. Z jakiej aktorskiej trupy przybywacie?

– Ghra, Ghra, Ghra. – wyśmiał go rozkruszony gargulec – My tu przybyliśmy na pokaz. Nic więcej. Teatr! Teatr!

– Zajmijcie się szczątkami – rozkazał Komtur do swoich podwładnych. <Składnia jest już passé, prawda Autorze?> – To jest zwiad potężnego czarodzieja. Możliwe, że to dzieło czwórki spod Nivir <Czwórki spod Nivir – nazwy własne piszemy z wielkich liter. Swoja drogą dziwne imię (czy może ksywę) miał ten potężny czarodziej sztuk jedna…>, albo kogoś, kto potrafi wskrzeszać posągi.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
Fahrenheit Crew

Tutaj powinna być notka biograficzna redakcji Fahrenheita, ale ponieważ nikomu z nas nie chciało się jej napisać, zostawiamy tekst, który właśnie teraz czytacie. Jeśli spodziewaliście się czegoś ciekawego, przepraszamy!

Facebook.

  • Małgorzata

    Jest tego więcej? Łomatko-literatko… Słowo zdradza autora, ale zwyczajnie strach się bać, co zdradza. :/

  • Neu

    Jest tego jeszcze pięć część, Margotta…

  • Neu

    znaczy części*

  • Małgorzata

    No, właśnie… Ten tekst to zwyczajny bełkot, prosty i oczywisty jak cios siekierą między oczy. Żadnej finezji. A jednak autor poświęcił czas i energię na pisanie, uznał też, że warto się podzielić z czytelnikami. Zastanawiam się, dlaczego nie zadziałały mechanizmy bezpieczeństwa – wstyd, autokreacja, lenistwo… cokolwiek. Przecież coś powinno autora powstrzymać, prawda?

    • Oj naiwna, naiwna, naiwnaaa…
      To ICH nigdy nie powstrzymuje.:D To znaczy, niektórych pewnie powstrzymuje, ale my o nich nie wiemy.

      • J.

        Co prawda, to prawda, pani.
        A poza tym, sami ten tekst wymyśliliście, żeby się dział nie zastał?
        Nie wmówicie przecie w tłum, że ktoś to tak sam z siebie, bez przymusu,nienarażony na zabójcze działanie promieni słonecznych,popełnił.

  • nimfa bagienna

    Taaaa. Jasne. Sami. A juści.

    Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się juhanim:P

    • J.

      Pewnie dlatego, że im się nigdy nic nie śni.

  • Bułeczka

    Najlepiej jest pisać do tak zwanej szuflady (u mnie jest to półka w sypialni). Przynajmniej człowiek nie znęca się nad mózgami innych ludzi, a tym samym nie naraża na pośmiewisko. Dlaczego żałować sobie tworzenia? Wystarczy nie angażować do swych dzieł innych. Zdrowiej, bezpieczniej… I wciąż można wierzyć, że ma się minimum talentu ;)

    • A.Mason

      To chyba zależy od charakteru piszącego. Jedni mogą i chcą pisać do szuflady, szlifując swój warsztat poprzez pisanie. Inni wolą jeśli ktoś wskaże im błędy, które będą mogli dzięki temu szybciej wyeliminować. Raczej nie da się określić, która droga jest lepsza.

      Nie traktowałbym ZakuŻonej jako miejsca dla pośmiewiska. Większość komentarzy jest co prawda utrzymana w żartobliwym tonie, jednak ich treść jest poważna. A i autorzy nie mają się czego wstydzić jeśli tutaj trafią (oczywiście pod warunkiem, że zechcą się czegoś nauczyć). Każdy przecież jakoś kiedyś zaczynał.

    • Bułeczko, może i bezpieczniej, ale kto nie ryzykuje, ten nie debiutuje. :)
      A na ZakuŻoną bez zgody autora nie bierzemy.

  • Korodzik

    „– Grau! – odezwał się groźny lew”

    To brzmi jak cytat z książki dla przedszkolaków… :]

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Wiara, najmniej elitarny klub na świecie, ma najbardziej przebiegłego portiera: za każdym razem, gdy wchodzę przez te szeroko otwarte drzwi*, okazuje się, że znów jestem na ulicy.

— David Mitchell, Atlas Chmur

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

O_KAZ Wita Szostaka i Łukasza Orbitowskiego
Aktualności
Cheder (ul. Józefa 36, 31-056 Kraków)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!