Teatrzyk absurdu ma zaszczyt przedstawić…

Czy można sobie wyobrazić bardziej prozaiczny zawód niż specjalista do spraw BHP? Jak się okazuje, Milena Wójtowicz potrafi znaleźć pierwiastki humoru, groteski i absurdu nawet w tym mało „literackim” fachu. Myśl taka nawiedziła mnie po przeczytaniu jej najnowszej powieści o enigmatycznym tytule „Post scriptum”.

W książkach Mileny Wójtowicz obok zwykłego „ludzkiego” świata istnieje jeszcze ten inny, zamieszkany przez strzygi, wilkołaki i inne stworzenia rodem z ludowej demonologii. Istoty demoniczne mieszkają wsród nas, niektóre są nawet na tyle odważne, by dokonać coming outu, a także nieźle dzięki swojej odmienności zarobić.

Nie inaczej jest i w „Post scriptum”. Para głównych bohaterów nie do końca jest ludźmi. Owo „nie do końca” potrafili wykorzystać, by robić to, co lubią, i jeszcze zgarniać za to niezłe pieniądze. Zarówno Sabina, kobieta o niezwykle ostrych paznokciach, jak i Piotr, jej partner w biznesie, mężczyzna o nienaturalnym upodobaniu do zapachu lawendy, nauczyli się żyć w ludzkim świecie. Obie te postaci są odrobinę groteskowe i nieco przerysowane, ale taka właśnie jest koncepcja powieści. Śmiertelnie poważna historia o istotach demonicznych żyjących pośród nas trąciłaby nieintencjonalnym (i wcale nieśmiesznym) komizmem albo źle strawnym patosem, ale tego, na szczęście, autorce udało się uniknąć.

Milena Wójtowicz umie patrzeć na rzeczy codzienne przez pryzmat niezwykłości. To, co zobaczy, umie przekazać w sposób lekki i sympatyczny – scena, w której Sabina wykłada zasady BHP obowiązujące podczas mrocznych rytuałów, wywołała u mnie salwę radosnego śmiechu, podobnie jak wizja robotników o paranormalnych mocach wykorzystujących swe zdolności przy taśmie produkcyjnej. Pochłaniałam kolejne strony w oczekiwaniu na kolejną odsłonę groteskowego wykorzystania nieludzkich mocy w naszym stechnicyzowanym świecie – i nie zawiodłam się. Teatr absurdu zaprezentował wspaniały spektakl – po części groźny, po części śmieszny, niekiedy wart zastanowienia. „To lubię, rzekłem, to lubię!”.

Stanowiący zasadniczą treść książki wątek kryminalny także jest utrzymany w powyższej konwencji – i nie chodzi mi wcale o to, że jeden ze śledczych jest wilkołakiem, a pewien trup nieoczekiwanie zmartwychwstaje. Jak to gdzieś napisał Stanisław Lem (może niekoniecznie tymi słowami, ale sens zapamiętałam dobrze), w dziele fantastycznym myśl przewodnia dzieła fantastycznego i jego oś intrygi powinny dążyć do tego, by odjęcie elementu fantastyki czyniło dzieło niekompletnym. Milenie Wójtowicz wypełnienie powyższej zasady udało się wyśmienicie. Rozwiązanie wątku kryminalnego jest tak immanentnie fantastyczne, że bardziej już być nie może. Właśnie takie, jaki powinien być w świecie, gdzie oprócz zwykłych ludzi żyją także „nienormatywni”, a fantazja miesza się z rzeczywistością.

Milena Wójtowicz „umilkła” na dziesięć lat – jej ostatnia powieść ukazała się w 2008 roku. Cieszę się, że nie zarzuciła pisania, bo „Post sctiptum” jest idealną pozycją dla ludzi z poczuciem humoru, którzy chcieliby przeczytać książkę lekką i z przymrużeniem oka. Nie wiem, czy będzie to jedyna historia o przygodach Sabiny i Piotra, czy też autorka planuje więcej epizodów z życia tej jakże barwnej pary. Jeśli o mnie chodzi, chciałabym więcej, bo sympatycznych odstresowywaczy w absurdalnym klimacie nigdy dość.

I to by było na tyle.

Hanna Fronczak

Tytuł: „Post scriptum”

Autor: Milena Wójtowicz

Wydawca: Jaguar 2018

Stron: 304

Cena: 37,90 zł

Ściągnij tekst: