Zły ver. 2.0

CEOSlayerAutor: Marcin Przybyłek

Tytuł: „CEO Slayer”

Wydawca: Rebis 2014

Stron: 391

Cena: 34,82 zł

 

Istnieje typ bohatera literackiego/filmowego, którego nie sposób traktować poważnie. Mam na myśli superbohaterów – tych wszystkich Batmanów, Spidermanów i Supermanów. Wyposażeni w zdobycze najnowszej techniki i/lub ponadnaturalne moce, wypowiadają wojnę niesprawiedliwości, walcząc ze skorumpowanymi urzędnikami, chciwymi bankierami albo nieuczciwymi politykami. Rodney, bohater powieści Marcin Przybyłka CEO Slayer, najpierw skojarzył mi się ze wspomnianymi powyżej szlachetnymi superdżentelmenami, a chwilę potem ze Złym Tyrmanda (być może z uwagi na umieszczenie akcji w Warszawie). Kategoria bohatera oczywiście nie ta sama, ale zasada konstrukcji postaci podobna: tajemniczy mściciel w pojedynkę walczy z niesprawiedliwością, wyznając zasadę, że najlepszym czynnikiem „wychowawczym” dla niektórych osobników będzie ośmieszenie ich, pierwej nakładłszy im po mordzie.

Bohater CEO Slayera jest komiksowy i skonstruowany z przymrużeniem oka, ale problem, z jakim walczy, niestety, jest realny. Podejrzewam, że każdy czytelnik zna (lub znał) co najmniej jednego wszechwładnego Pana Prezesa, który firmę traktuje jak prywatny folwark, a zatrudnionych w niej ludzi jak chłopów pańszczyźnianych – kiedy ma dobry dzień. Gdy nadchodzą gorsze dni, podlegli mu pracownicy są czymś pośrednim między niewolnikami a bydłem. I z takimi właśnie uroczymi przedstawicielami elity narodu zmaga się Rodney. Jeśli żyłbym w opisywanych przez Przybyłka czasach, czyli w roku 2048, z przyjemnością sam podrzuciłbym jego protagoniście kilku kandydatów, by zajął się nimi dla dobra ludzkości.

Kobiety mają do naszego szlachetnego obrońcy stosunek wiadomy. W obu swych postaciach pociąga je i zdumiewa, czy to jako potężny nocny bojownik o sprawiedliwość, czy to w swym codziennym, mniej okazałym wcieleniu. Podczas lektury co i rusz uśmiechałem się gorzko – wychowane pośród reklamowych spotów i alkoholowego small talku niewiasty nie mają najmniejszych szans wobec mężczyzny, który z nimi po prostu ROZMAWIA. By zaobserwować podobne zjawisko, wcale nie muszę śledzić losów przyszłościowego superbohatera, wystarczy, że przejdę się po pokojach w którejkolwiek korporacji. I to jest smutne: że książka – w założeniu pisana z przymrużeniem oka – zawiera tyle prawdy o świecie widocznym dziś za oknami.

Pomimo to „CEO Slayer” pozostaje pozycją stricte rozrywkową, z całym niezbędnym popkulturowym sztafażem – wartką akcją, przyszłościowym sprzętem detektywistyczno-szpiegowskim, samochodami mądrzejszymi (i cenniejszymi) od swoich właścicieli, a także robotami serwującymi drinki i tytułującymi ludzi „sir”. Autor zakończył powieść w sposób, który nie wyklucza dopisania ciągu dalszego, kierując się powszechnie znaną zasadą: „Przed wyruszeniem w drogę trzeba zebrać drużynę”. Powtórzę jeszcze raz: jeśli nie podejdzie się do tej książki śmiertelnie poważnie, zapewni dobrą rozrywkę na kilka godzin. I o to chyba chodzi!

 

Kazimierz Kozłowski

Ściągnij tekst: