Adam Cebula „Paktów nie dotrzymywać!”

Foto: Adam Cebula

Jak w SF funkcjonuje motyw katastroficzny? Można by odpowiedzieć „dobrze”. Co chwilę ktoś wysadza świat, ktoś inny świat ratuje (albo wszechświat). Bez totalnej katastrofy fantastyka miałaby się kiepsko. Widza (czytelnika), który pewnie już niezbyt świadom tego, ma zaimplementowane przez kulturę lęki z czasów Zimnej Wojny, gdy zagłada atomowa wisiała na omyłkach operatorów prymitywnych na dzisiejsze czasy radarów, a świat kilka razy otarł się o nią dosłownie o włos, nie rusza zniszczenie jednego wielomilionowego miasta. Jeśli coś ma zbudować napięcie, to nic poniżej zagłady cywilizacji go nie ruszy.

Jest sprawą mocno dyskusyjną, czy straszenie czytelnika lub widza ma cokolwiek więcej na celu poza „wypłaszczeniem rozumu”, tym, by – żrąc mimowolnie popcorn albo frytki – odjechał spokojnie od rzeczywistego świata i rzeczywistych trosk, a tym bardziej zagrożeń. Aliści ciut ambitniejsza literatura przynajmniej udaje, że stara się zajmować prawdziwym światem. Scenariusze starają się wydusić jakiś element prawdopodobieństwa, przynajmniej przywołując hasła, jakimi straszą nas publicyści: zmiany klimatyczne, huraganowy rozwój informatyzacji życia, straszliwe skutki inżynierii genetycznej, aż po wybuchy słoneczne. Powiedzmy to sobie szczerze: literatura przez tysiąclecia była nauczycielką, lecz dziś tak naprawdę odwołania do pozorów prawdopodobieństwa mają na celu raczej wzmocnienie strachu. Odległość od rzeczywistości jest za wielka. Nie ma sposobu, by metabolizm roślin przyspieszył tak bardzo, by mogły się one poruszać. Tryfidy nie powstaną w laboratoriach biologów. Nie da się też rach, ciach odtworzyć dinozaura, mając tylko jego DNA, nawet kompletne. Nie zapanuje się nad światem za pomocą komputera, o ile wcześniej pracowicie sami wszystkiego nie podłączymy do netu, a i skutki tego okażą się o wiele mniej spektakularne niż w filmach.

To wszystko prawda, ale cząstką nośności czy to kina katastroficznego, czy powieści przedstawiającej świat po zagładzie, jest refleksja, że coś w tym jest. Przez to też wizje z „Mad Maxa”, „Płonącego wieżowca”, ale też Orwella czy Zajdla albo z „Pamiętnika przetrwania” Doris Lessing trafiają do nas, bo nowy wspaniały świat nie wymaga komentarza, a tym bardziej przestrogi. Przez to Aldous Huxley wielkim pisarzem jest, że czytając go, rozumiemy, że świat może pójść w tym kierunku, boimy się, ponieważ w rzeczywistości widzimy drobne strumyczki podążające w kierunku tego, co autor opisał.

A poza tym? No cóż, powiedzmy sobie szczerze: powodzenie jest nudne. Jeśli wszystko idzie dobrze, nie ma tego zasadniczego paliwa, na którym pracują całe epika i dramat (o ile rozumiem teorię literatury) od zarania dziejów ludzkości. Aby cokolwiek było interesujące, musi być konflikt, zagrożenie, musi być jakaś przemiana, bo ruch daje życie wszelkim utworom, muszą się zderzać interesy, musi być ryzyko, niepewność, w im większej skali, tym bardziej, tym mocniej wciąga. Otóż jeszcze jedno: wizje zagłady niejako same w sobie przyciągają naszą uwagę. Która część Nowego Testamentu jest znana każdemu przynajmniej z nazwy? Apokalipsa. Święty Jan? Mniejsza z nim, ale co oznacza słowo „apokalipsa”, wie, mam nadzieję, każdy. Nie znajdziemy w niej wyrazistej fabuły, stron konfliktu (owszem, są, choć mgliste, czyli piekło i niebo), to nie Iliada, gdzie można opowiedzieć losy bohaterów… a jednak wizje unicestwienia sprawiają, że stała się synonimem zagłady, wielkiej katastrofy, no powiedzmy sobie, katastrofy niezwykle widowiskowej.

Chcesz, autorze, utrzymać uwagę czytelnika? Bez potężnego, sugestywnie opisanego łupnięcia (a nawet dupnięcia), bez rujnowania, rozwalania, bez gwałtownych zmian w całym otoczeniu – ani rusz. Potrzebujesz demolki, nieszczęścia, konfliktu, bo bez tego czytelnik, o ile nie jesteś nadzwyczajnym mistrzem albo nie masz niezwykłego pomysłu, współczesny czytelnik zaśnie, widz wyżre wszystkie frytki przed końcem seansu i przecież będzie musiał wyjść kupić nowe, zaś o słuchaczu słuchowisk wspominać nie można nawet, bo takowi nie istnieją. Lecz gdyby się pojawili, to zostaną przy radioodbiornikach, o ile będzie transmitowana inwazja Marsjan na żywo.

Z tego, co powyżej, płynie też taka nauka, że nienajmądrzejszym pomysłem jest zajmowanie się apokalipsą od strony warsztatowej. Nikogo od czasów, gdy Alfred Hitchcock powiedział: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” nie trzeba przekonywać, że trzęsienie ziemi jest potrzebne, jedyny problem w tym, jak je pokazać. Znacznie ciekawiej jest spojrzeć na to, co budzi w czytelniku opisywanie totalnych zagład, pochylić się nad tym, ku jakim refleksjom my, czytelnicy lub widzowie, możemy popłynąć.

No więc: jak porządna literacka czy filmowa apokalipsa powinna wyglądać? Jest problem, ponieważ mamy w historii ludzkości kilka zapaści znamienitych kultur, ale o ile rozpalały one w dawnych czasach namiętne spory i budziły emocje elit, to dziś trącą mdłą podręcznikową nudą. Wystarczy sobie przypomnieć, że na lekcjach historii przepytywano nas o umowne daty. Tak, coś tam upadało i upadło, a naszym obowiązkiem jest wiedzieć, jak się historycy umówili, ponieważ to coś, na ten przykład Cesarstwo Rzymskie, upadało tak rozlaźle i niezdecydowanie, że w międzyczasie całe pokolenia poumierały, najwyraźniej z nudów. Powiedzmy sobie szczerze, trudno wymyślić coś bardziej odstręczającego czytelnika czy widza, niż umowna data upadku, a do dyspozycji mamy prawie wyłącznie takie zdarzenie gdzie zamiast coś porządnie łupnąć, jak Wezuwiusz nad Pompejami (24 sierpnia 79 r.), sprawy działy się, jakby się nic nie działo, a historycy się umawiali i dla potwierdzenia tego to się różni poumawiali na różne daty.

Apokalipsa w wersji dla czytelnika (tym bardziej dla widza), musi być wyrazista. Jeśli mamy utrzymać uwagę publiki, to najlepiej, jeśli jest jeden delikwent, który chce zawładnąć światem, który – aby dopiąć swego – używa jakiejś sugestywnej metody, maszyny, wirusów (cokolwiek to oznacza), chemikaliów czy czegoś temu podobnego.

Warunek sugestywności pociąga za sobą względną prostotę oraz wyklucza – nazwijmy to – prozaiczność. Przyczyna katastrofy nie może być codzienna. Nie można wysadzić cywilizacji czymś, czego na co dzień doświadczamy, bo nam przecież publiczność wyjdzie z kina.

Otóż w kwestii owej prozaiczności to całkiem niedawno przeżyłem pewne zaskoczenie. Przeczytałem o upadku pewnej kultury prekolumbijskiej. Może dla pozostawienia wrażenia ogólności nie należy dodawać, że chodzi o Majów oraz okres ok. IX i X wieku. To mało ważne, rzecz w tym, że archeologów gnębiła zagadka zniknięcia wielkiej cywilizacji. Porzucone miasta stanowiły groźne memento, domagające się wyjaśnienia.

Rzecz charakterystyczna, że dla wyjaśnienia katastrofy cywilizacyjnej konstruowano teorie bliskie tym ulubionym schematom fabularnym z rozrywkowej SF. A to zaraza, a to bunt chłopów, wielkie trzęsienia ziemi, najazdy dzikich plemion, aż po upadek asteroidy. Warto zwrócić uwagę, że poszczególne pomysły były medialne, efektowne, bardzo spójne, rzekłbym: jednorodne. No bo jeśli spada asteroida, to jest przyczyną wszelkich klęsk, pożarów, głodu, epidemii, i nic nie potrzebuje dodatkowego uzasadnienia. Podobnie najazd dzikich plemion wystarczą, by nastały – jak w poprzednim przykładzie – głód i pożary. Podobnie skuteczne są wielkie trzęsienia ziemi.

Otóż sprawy miały się okazać złożone. Owszem, nastały susze, lecz Majowie byli przygotowani na kaprysy klimatu. Kilkaset lat wcześniej dobrze przetrwali kiepski okres. Co więc stało się w feralnych czasach?

No i tu dochodzi motyw spoza kanonu możliwego do zastosowania w powieściach SF czy innego gatunku, byle rozrywkowego. Owszem, dobrze się może sprawdzić w ciężkim realistycznym romansidle historycznym (a romansidło nie oznacza historii o miłości), ale nie w dziele przeznaczonym dla szerokiego współczesnego odbiorcy. Bo go zanudzi na śmierć. Dlaczego? Przez swoją skrytykowaną wyżej prozaiczność.

O ile zrozumiałem, archeologom udało się odczytać wykute na budowlach inskrypcje i wynikła z nich zwykła historia walk o władzę, narastający chaos w imperium, rabunkowa gospodarka rolna oraz coraz to większa brutalność konfliktów, jakie wybuchały między poszczególnymi, chciałoby się rzec, partiami . Mówiąc w uproszczeniu, co prawda zdarzyła się susza, ale ona tylko przyspieszyła to, że miejscowa ludność wzięła się za łby, zamiast współpracować ze sobą choćby przy konserwacji infrastruktury wodnej, którą wybudowali ich przodkowie.

Jeśli się zastanowimy nad przyczynami wyniszczania cywilizacji, to tak naprawdę jest tylko jedna: ludzie. Owszem, bywają to obcy ludzie. Można powiedzieć o zniszczeniu cywilizacji Azteków przez najeźdźców z Europy. Aliści jest pewien niuans w historii rozbicia imperium przez Corteza: umiejętne wykorzystanie istniejących napięć i nienawiści pomiędzy plemionami. Gdyby Hiszpanie nie zjednali sobie niejakich Totonaków czy mieszkańców miasta Tlaxcala, to wyprawa licząca początkowo około 600 ludzi nie miałaby najmniejszych szans na podbicie ogromnego i ludnego imperium. Dziś szacuje się, że niejedno tamtejsze miasto liczyło ponad 300 tysięcy mieszkańców, w związku z czym Aztekowie mogli Hiszpanów naprawdę nakryć czapkami.

Jeśli mamy dużą formację kulturową, gospodarczą i administracyjną, to jej upadek ma zawsze jedno podłoże. Z zewnątrz może to wyglądać inaczej, może się zdawać, że to np. zmowa Prus, Rosji i Austrii, wyprawa Corteza albo susza, ale naprawdę stało się wcześniej coś innego. Nie darmo od starożytności ludzie się boją się tak zwanego upadku obyczajów.

Można to sformułować bardziej prawniczo i sucho: „paktów nie dochowywać”.

Warto zrobić jeszcze jedną dygresję. Wiele razy w trakcie mojego życia przyszło mi rozwiązywać zagadkę, która – choć w różnej formie – zawsze zdawała mi się dość naiwna. Mnie ona prawie nigdy nie sprawiała trudności, potrafiłem zawsze podać niezawodny i bardzo prosty algorytm jej rozwiązania. To rysunek iluś kół zębatych połączonych ze sobą, i pytanie: jeśli pierwsze koło kręci się w prawo, to w którą stronę kręci się koło ostatnie?

To moim zdaniem dość siermiężny test na zdolność do modelowania rzeczywistości w swojej głowinie. Powszechność występowania owej zagadki zastanowiła mnie. Zgłębiłem sprawy na tyle, że wiem już: nie wszystkim idzie z tym dobrze. Bywają tacy, którzy wykładają się na obie łopatki.

Nie wiem, czy test jest mądry, czy głupi, ale zdolność do przewidzenia, w którą stronę się pokręci, albo jakie w ogólności będą skutki jakiegoś zdarzenia, to jedna z najważniejszych, być może najważniejsza, cecha ludzi. Powód tego, że są ludźmi, a nie zwierzętami.

Wydawać się może, że zdolność przewidywania, co z czego wyniknie, nie ma za wiele wspólnego z owymi kołami. Ale niestety test, który sprawdza, które koło jak wpływa na inne, sprawdza, czy potrafimy powiązać ze sobą pozornie odległe zdarzenia, które są od siebie oddzielone czymś jak owe koła – innymi zębatkami.

Myślenie zaburza diablo skutecznie bardzo banalny „rozdzielacz”, osobliwy zestaw zawiłych kół zębatych, jakim jest czas. Jeśli skutek od przyczyny dzieli choćby kilka dni, ludzie są skłonni wierzyć, że nie mają one ze sobą związku. Ależ tak, są (były? zostały opisane?) społeczności, w których nie łączono seksu z zajściem w ciążę.

Kłopoty z testem o kręcących się zębatkach dają ciekawe rezultaty, gdy analizujemy błędne odpowiedzi. Otóż za czasów szkolnych zdarzało mi się widzieć takie rozwiązania, gdzie dawało się odtworzyć tok rozumowania. Musiało wyglądać to mniej więcej tak: „skoro kół jest zbyt wiele, to musimy pominąć część lub wszystkie pośrednie, by dać jakąś odpowiedź”. Tymczasem każde kolejne koło zębate może zmienić kierunek obrotów. Jeśli chcemy znać odpowiedź, nie wolno pominąć żadnego. Ale cóż, skoro jest ich tak wiele… Czasami odpowiadający próbowali toczyć boje o prawdziwość swojego rozumowania.

To osobna sprawa: jak sobie ludność radzi, gdy liczba kół jest za wielka, jak na rozum możliwości rozumu. Warto sobie uzmysłowić, że właśnie tak to działa. Skoro nie potrafimy przeanalizować działania mechanizmu, zakładamy coś – z reguły jakieś drastyczne uproszczenie – i tak dochodzimy do zazwyczaj całkiem błędnych, i co gorzej, katastrofalnych wniosków. Skąd się biorą owe wnioski? Zazwyczaj z prostego założenia: „pójdzie po naszej myśli”.

Wielokrotnie mamy sytuację, gdy zwyczajnie brakuje danych albo jest ich zbyt wiele, by przewidzieć co się stanie. Nie szkodzi, zazwyczaj dopiero wówczas różni wróżbici rozwijają swe erystyczne (oratorskie?) talenty.

Trzeba wielu katastrof, by uznać za zasadę, że w złożonych sytuacjach jednak dobrze jest przyjąć za prawdziwe wyniki nie błyskotliwego rozumowania, ale eksperymentu. To właśnie eksperyment doprowadził do tego, że ludzkość jako jedną z plag uznała ów „upadek obyczajów”. Warto zwrócić uwagę, że choć ten motyw często występuje począwszy od starych sag, skończywszy na współczesnej literaturze i publicystyce, to gdy przychodzi do opisania mechanizmu prowadzącego do katastrofy, jest kiepsko. Nawet gdy się go podaje, nie ma w nim oczywistości takiej, jak w przypadku kół. Bo na przykład obrażani ludzie nie muszą reagować gniewem, podburzany tłum nie musi wywołać tumultów.

Że się upadku obyczajów bano, świadectwem jest choćby Stary Testament. Przestrzeganie zasad Pisma było warunkiem przetrwania plemienia Izraela. Dlatego spisano zasady tak szczegółowo, tak rygorystycznie ich przestrzegano, bo odchodzenie od nich pachniało apokalipsą. Co prawda nowotestamentową, ale wszyscy wiedzieli, o co chodzi.

Diagnoza była błędna, za niebezpieczną uznawano bowiem wszelką zmianę, blokując – mówiąc po współczesnemu – wszelkie reformy. To nie do końca opierzone myślenie o społecznym porządku w rzeczy samej, moim zdaniem, sprowadzało się do zachowywania (albo nie) paktów, umów i zobowiązań.

Zasada, która działa, jest jednym z najważniejszych osiągnięć myśli rzymskiej. Pacta sunt servanda to nie powiedzonko dla pięknoduchów. Osobna sprawa, czy jest ona wynikiem dobrych obyczajów, jedno warto zauważyć, że gdy ktoś wpada na pomysł, by umów nie dotrzymać, trudno powiedzieć, by owe obyczaje zachowywał. Aliści prawnicze brzmienie odkrywa skutecznie piękną cechę, jaką jest wierność zasadom, umowom i obyczajom; wielu umowom społecznym jakie człowiek zawiera, od estetyki począwszy, i przenosi nas w dziedzinę czysto praktyczną.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
nimfa bagienna

Jeden komentarz

Zostaw odpowiedź


*

*

  • Khorne_S
    sob, 03.06.2017 o 22:09 - Odpowiedz

    Mnie sama Apokalipsa(objawienie) w książkach nie wkurza. Mnie trochę zaczyna irytować fakt że nie ważne jaka katastrofa lub seria zawsze MUSI się skończyć optymistycznie. Bohaterowie przeżyją,państwo powstanie ze zgliszcz i…no właśnie nic.
    Dlatego tak bardzo lubiłem Clancego Czerwony Sztorm czy Bond Wir z tzw Czarnej biblioteki. bo ich książki były zawsze bardzo dokładne i opisy do każdego ostatniego trybika.
    A to co mnie jeszcze wkurza to nie dokańczanie wątków. Czyli 60% opisu katastrofy,39%co się dzieje później i 1% zapychacz w stylu romansu bo oczywiście miłość musi być. Ale zakończenia ? Nie nie ma. Tylko żyli długo i szczeliwie.Ciekawe czy Aztekowie też tak się czuli już po podboju albo ocaleni z katastrofy Wezuwiusza, Santorinii czy Tambory ?

  • Prawa autorskie

    Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

    Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

    W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

    W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

    Losowy cytat od Redakcji

    Gwiazdy! Gwiazdy! Wszędzie gwiazdy! Nie wiedzieliśmy nic! Myśleliśmy, że sześć gwiazd to już wszechświat! Gwiazdy! Wszędzie gwiazdy! I ciemność! Mury padają! Nie wiedzieliśmy nic, nic nie wiemy i nie dowiemy się nigdy!

    — Isaac Asimov, Nastanie nocy

    Kalendarz wydarzeń

    Najbliższe wydarzenia

    Igrzyska Wolności 2017 - „RE:wolucja / Cyfrowa rzeczywistość”
    od do
    Aktualności
    6. Dzielnica, ul. Piotrkowska 102
    Spotkanie autorskie z Jackiem Dukajem
    Aktualności
    Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (ul. Zachodnia 93, 90-402 Łódź)
    Spotkanie z Maciejem Parowskim
    Aktualności
    Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi (ul. Zachodnia 93, 90-402 Łódź)
    21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie
    od do
    Aktualności
    Międzynarodowe Centrum Targowo-Kongresowe EXPO Kraków
    Soundedit ’17 – I ty zostaniesz Numanoidem
    od do
    Aktualności
    Klub Wytwórnia w Łodzi
    Do NOT follow this link or you will be banned from the site!