Adam Cebula „Zychowicz pisze, czyli czemu my nie czytamy”

Opcja Niemiecka„Zawrzyjmy sojusz”, powiedziała mrówka do mrówkojada, który wyjadł już pół mrowiska. Adam Cebula pisze o sojuszach – niekoniecznie zwierzęcych.

Dlaczego ludzie nie czytają książek? Po kontakcie z tą konkretną książką naszła mnie bardzo niepokojąca refleksja. Teoria, która poniekąd odwraca kota ogonem co do przyczyn zjawiska, nad którym wszyscy biadają. A jeśli, będąc już przy kocie i dbając o dokładność modelu z użyciem futrzaka, uprzemy się, że to nie takie proste, panie kolego, to trzeba przyznać, że w tym temacie – miernego czytelnictwa – mamy przynajmniej dwa koty.

Jak wypowiedział się pewien, nazwijmy to, zawodowy pisarz (zawodowość w przypadku pisarza to chyba jednak niezbyt znacząca cecha i do tego trudna do wyznaczenia), tacy jak ja amatorzy nie powinni się wypowiadać na temat profesjonalnych pisarzy. Mówiąc krótko, dopuszczam się swego rodzaju bluźnierstwa, zamierzając sformułować swoje refleksje i zdanie o dziele przedstawiciela elit intelektualnych wspaniałego kraju położonego na Wisłą.

Poniekąd i racja, bo mi nawet nie pomarzyć o takim sukcesie wydawniczym, jaki ponoć odniósł autor. Być może po tym „pomarzyć” należałoby wstawić jeszcze jakieś słówko, lecz tu rozziew jest chyba faktycznie tak wielki, że w zasadzie powinniśmy ograniczyć się do onomatopei i pozostania z oczami pełnymi podziwu i otwartą buzią. Tak… jeśli przymierzyć to dzieło do marginalnej, ba, daremnej (gdy weźmiemy kryteria finansowe) roboty jakiś fanów fantastyki, przecież zupełnie charytatywnej działalności.

Niestety, przyznam to szczerze, dość szybko doszedłem do wniosku, że wypowiedzieć się trzeba, choćby dlatego, że jest się już zramolałym nieco przedstawicielem pokolenia, które czytało, i to dużo. Nawet nie posiadając tak zwanego właściwego horyzontu i odpowiednich kwalifikacji, nawet popełniając wręcz świętokradztwo oceny przedstawiciela elit, w zastanych okolicznościach nie dokonam niczego ani nadzwyczaj niezwykłego, ani nawet bulwersującego. Owszem, powiem swoje, powiem z przekonaniem, a i tak pies z kulawą noga się tym przejmie. A powiedzieć, trzeba, niestety.

Chodzi o głośną książkę Piotra Zychowicza „Opcja niemiecka”. Można powiedzieć, że to literatura wręcz przeciwna fantastyce, jak najbardziej konkretna i rzeczywista, ale… pasuje choćby z tego powodu, że ci, co czytają pasjami o starych karabinach, pordzewiałych czołgach i wojennych wyczynach herosów, jak najbardziej są bliscy i rakietowym szlakom, i wyczynom herosów walczących magią i mieczem. Sensacja i przygoda są nieodłącznymi towarzyszami opowieści o wojnach, także tych jak najbardziej prawdziwych.

O czym jest książka? Wydaje się, że autor na pierwszych stronach starannie i detalicznie to wyjaśnia. Wydaje się, że stawia jasną tezę i będzie się ją starał udowadniać. Ba, próbuje to konsekwentnie robić. Chyba… O tym potem. A teza jest prosta: heroiczna walka Polaków w II wojnie światowej przyniosła im same nieszczęścia. Nieszczęściem była postawa wywodząca się gdzieś z romantyzmu, oparta na ideałach walki za wolność naszą i waszą, obronie szlachetności, czystości ducha, wartości, które czynią bohaterów malowanych na obrazach gdzieś pomiędzy chórami anielskimi unoszącymi się pomiędzy obłokami. Napisał „… należy żałować, że proniemiecki rząd w Polsce nie powstał”.

Zychowicz stara się nam wybić z głowy sens heroicznej walki żołnierzy wrześniowych, których ofiara nie tylko poszła na marne, ale jeszcze przysporzyła narodowi tysiącznych cierpień, bo okupant bombardował uchodźców, bo pacyfikował wszelki opór, mordując przy tym ludność cywilną, bo wreszcie nasi żołnierze zginęli w przegranej walce, a przecież mogli się przydać w przyszłości w walce ze Związkiem Radzieckim. Polska powinna zacząć negocjacje z Niemcami, wynegocjować kapitulację na godziwych warunkach. Okrojone państwo pozbawione części zachodnich mogło dalej funkcjonować i walczyć z Rosjanami. U niemieckiego boku. Tak, zamiast walczyć z okupantem, winniśmy się nim sprzymierzyć. Nie robiąc tego, popełniliśmy zasadniczy błąd.

Zychowicz konsekwentnie argumentuje, przytaczając przykład Francji, w której dzięki kapitulacji represje były o niebo mniej przykre, która nawet uratowała prawie wszystkich swoich Żydów. Gdzie na terytorium Vichy mogła długo funkcjonować choćby komórka polskiego wywiadu, działała francuska administracja. Lista profitów z kapitulacji jest długa i przekonywująca, lecz najatrakcyjniejsza jest informacja o tym, że Cat Mackiewicz miał naciskać, by w negocjacjach kapitulacyjnych Francji wzięła udział także Polska, i by sobie przy okazji formalnie skapitulowała, doznając przy okazji wszelkich bonusów.

Autor opisuje szereg prób współpracy Polaków z Niemcami. I tu zaczyna się to „chyba”, tyczące się udowadniania swej tezy. Wątpliwość sprowadza się do tego, że opisuje się nam szereg sytuacji gdzie owa współpraca okazywała się korzystna, jak to współdziałanie owo przynosiło obu stronom pokój i korzyści wszelakie…  aliści zawsze się kończyło w tragiczny sposób: Niemcy zamknęli, zastrzelili, powiesili, zagazowali, zamęczyli w obozie zagłady.

Problem był w tym, że hitlerowcy nie chcieli współpracować z Polakami. Autor zauważa, że sensowne układy okupowanych z okupantem rozwalały centralne władze z Hitlerem na czele. Wspomina o istnieniu czegoś, co znamy z historii jako Generalplan Ost. Cóż, warto przypomnieć: autor jakoś obszedł te informacje, zakładał on (rzeczony plan) pozbycie się 80 do 85% Polaków. Jak wskazuje historia Żydów, chodziło o po prostu wymordowanie ludzi.

Niemcy dość konsekwentnie zwyczajnie wyrzynali polską ludność. Było to planowe niszczenie narodu. Zaczęto od wycinania inteligencji, wymordowania profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, lecz w mniej nagłośnionych akcjach zginęło ponad 60 tysięcy obywateli. Zapomniano o tym, lecz w hierarchii wysmażonej z ideologii rasowej wylądowaliśmy, owszem, wyżej o 300 kcal od rasy przeznaczonej do zagłady. Racja żywnościowa Żyda to było 400 kcal, Polaka 700 kcal, zaś dla normalnego człowieka potrzeba 3200 kcal dziennie. Mieliśmy wymrzeć z głodu i wywołanych nim chorób.

Ciekawa rzecz, że autor, broniąc swej tezy, i owszem, zauważa problem: Hitler nienawidził Polaków. Opowiada nam, że gdyby nie to … Lecz skoro mieliśmy do czynienia z tym poniekąd zasadniczym problemem. A jednak tezy bronimy. Bronimy, opowiadając, jak książę Radziwiłł spotkał się z Göringiem, i jak to ów nadał mu rodzaj  listu żelaznego, jak był oburzony terrorem dotykającym wspaniały polski naród. Lecz też, że nic z tego spotkania nie wynikło. Tak na marginesie: historia wygląda na typową legendę, jakich wiele stworzył sobie lud polski ku pokrzepieniu serc. Mordowani wypatrują wszędzie oznak zmiany, poszukują czegokolwiek, co daje nadzieję. Spotkał się hitlerowiec z księciem? Musiał mu nagadać! Tymczasem efekty były dokładnie zerowe, hitlerowcy kompletnie nie liczyli się z zasadami, autorytetami, czymkolwiek, co nie wiązało się z brutalną militarną siłą. Mamy szereg opowieści o działaniach, które skończyły się niczym. O pustych obietnicach, próbach nawiązania współpracy, czy raczej tylko zawarcia układu z polskim podziemiem.

Problem w tym, że hitlerowcy mieli plan wyrżnięcia Polaków – i to właśnie realizowali. No i jak człek czyta, to sobie myśli, że ci Polacy z czasów wojny durni jednak nie byli, że nie myśleli nawet o współpracy tymi, którzy chcą ich wyciąć do nogi. Zaczynamy podejrzewać, że wstępując do podziemia, walcząc na frontach, nie mieli w głowie wizji rycerskich czynów, tylko robili rzecz właściwą każdej żyjącej istocie: ratowali swoje życie – w tym najbardziej biologicznym wymiarze.

W przypadku książki historycznej włącza się niestety wiedza czytelnika o świecie przedstawionym. Autor fantasy czy SF ma tę przewagę, że może powiedzieć: „A ja wymyśliłem tak, i nie ma dyskusji!”. Niestety, gdy piszemy o rzeczywistości, pojawia się dość zasadnicze pytanie: czy, autorze, piszesz o faktach?

Gdy Zychowicz snuje plany udziału Polaków w Drang nach Osten, zapomina o pewnej, powiedziałbym, dość podstawowej trudności: na przykład w 1939 roku ciężko byłoby oferować Niemcom udział w walce z ZSRR, bo to był sojusznik Hitlera. Nie było żadnych planów pozostawienia jakiegoś kadłubowego państwa nibypolskiego, jak pisze w rozdziale „Polskie państwo Vichy”. Był pakt pomiędzy dwoma mocarstwami o podziale terytorium pomiędzy nie. Jeśli nawet ze śmietnika historii daje się wyciągać skorupy zdające się pasować do tej teorii, są to tak silne dowody,  jak te znajdowane w piramidach, że musieli je zbudować kosmici. Podstawowym problemem w paktowaniu z Niemcami, który doskonale rozumiał przedwojenny polski rząd, była wiarołomność Hitlera. Nie zamierzał dotrzymywać umów, których nie musiał, do których dotrzymywania nie zmuszała go brutalna militarna siła.

Trudno nam zapomnieć, czytając wywody autora, że rząd Vichy, który położył, jego zdaniem, ogromne zasługi dla ludności Francji, ta z wdzięczności po wojnie postawiła pod ścianą.

Tylko marszałek Pétain się wywinął, wszelako także z wyrokiem śmierci. I jakoś do dnia dzisiejszego nie ma ludzi, którzy by chcieli głosić o tych zasługach i szczęściach, które miałyby spłynąć na naród Francji za sprawą jej kapitulacji.  Przytomny czytelnik będzie wiedział, że zachowanie Niemców było tym łagodniejsze, im bardziej na zachód. Powody były różne. Hitler zwyczajnie bał się Anglii i USA, bał się reakcji własnej ludności na wiadomość o masowych mordach. Była też próżność niemieckich dygnitarzy, którzy na przykład chcieli mieć w kolekcji znajomych arystokratów, a w oczach „towarzystwa” nie można było uchodzić za zwyczajnych morderców. Skutek był taki, że na wschód od Niemiec wybito w niektórych rejonach ponad 90% Żydów, a na terenach zachodnich takiemu samemu odsetkowi udało się przeżyć.

Trudno zapomnieć o fakcie, że w momencie kapitulacji Francja była kolonialną potęgą, że miała marynarkę wojenną czwartą na świecie. Oraz nie musiała, jak Polska, walczyć na dwa fronty. Kapitulacja miała dla Niemców konkretny militarny sens. Kapitulacja Polski dołączona do kapitulacji Francji byłaby tylko operetkowym aktem. Nie było żadnego powodu, by Niemcy mieli z powodu kilku kartek papieru zrezygnować ze swoich planów wyrżnięcia ludności. Chaim Mordechaj Rumkowski, przywódca łódzkiego getta, postawił na współpracę z hitlerowcami i skończył razem ze wszystkimi Żydami w którymś obozie koncentracyjnym (zapewne w Auschwitz-Birkenau), wywieziony w sierpniu 1944 roku jednym z ostatnich transportów. Tak mu się ta współpraca opłaciła.

Gdyby na przykład rząd Polski ogłosił w 1940 roku przystąpienie do koalicji z Niemcami, to owszem, z pewnością miałoby to poważne znaczenie dla polskich żołnierzy usiłujących się przedostać do Anglii po klęsce Francji. Prawdopodobnie fatalnie skończyłoby się to dla Polaków pod okupacja rosyjską. A dla Rumkowskiego raczej wcześniejszym niż późniejszym wywiezieniem do gazu.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
nimfa bagienna

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

– Chcę przez to powiedzieć – powiedziała – że jedno jest nie do uniknięcia; to, że się rośnie.
– „Jedno” jest nie do uniknięcia, ale „dwoje” może tego uniknąć – powiedział Humpty Dumpty. – Przy odpowiedniej współpracy z kimś mogłabyś poprzestać na siódmym roku życia.

— Lewis Carroll, „O tym, co Alicja odkryła po Drugiej Stronie Lustra”

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

O_KAZ Wita Szostaka i Łukasza Orbitowskiego
Aktualności
Cheder (ul. Józefa 36, 31-056 Kraków)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!