Adam Cebula „Panegiryk dla Paracelsusa, czyli o hormezie ekologicznej”

Foto: Adam Cebula

Walka ze smogiem jest słuszna. Tego… ekhem… politycznie poprawna. Albo niepoprawna. To zależy, do której partii się zaliczasz. Ano tak, albo siak. Poważniej nieco mówiąc, raczej nie ma wątpliwości, że pyły człowiekowi szkodzą, przynajmniej od pewnego stężenia. Czy powinno być ich dowolnie mało w powietrzu, czy im mniej, tym lepiej – tego nie tylko ja nie wiem, ale podejrzewam, że nie wie nikt na tym świecie.

Jakkolwiek to może się wydać szokujące, ale tak może niestety być, że bezpyłowe powietrze niekoniecznie okaże się najzdrowszą kombinacją. Przy czym zapewne są możliwe przeróżne możliwości, na przykład taka, że dla pewnej części populacji jakieś stężenie będzie działać stymulująco na układ odpornościowy, ale dla innych ludzi będzie ono szkodliwe. Rzecz w tym, że mówimy o bardzo małych stężeniach. Takich, dla których – przy obecnie dostępnych metodach badań – nie widać już ich wpływu na człowieka.

Takie spostrzeżenie: ktokolwiek miał do czynienia z pomiarami, ten wie, że zawsze jest problem z pomiarem małych wielkości. Duże to inny problem, ale gdy to, co mierzymy, staje coraz mniejsze, zawsze mamy wartość, przy której znika ono z oczu przyrządów pomiarowych. Nieszczęście się robi, gdy mierzymy zależność od wielkości dobrze mierzonej dla jakiejś innej wielkości, która staje się nie do zmierzenia, gdy ta, od której zależy, mierzy się jeszcze bardzo dobrze. Na przykład szkodliwości pyłu od jego stężenia. Gdy pyłu jest tak dużo, że widać bezpośrednią reakcję organizmu, nie ma problemu ani wątpliwości. Lecz gdy zmniejszamy jego stężenie, gdy dochodzimy do sytuacji, że oddychający powietrzem człowiek niczego nie wyczuwa, nie smarcze ani nie kicha, i niestety stwierdza, że powietrze jest czyste, zaczynają się schody. To jest właśnie moment, gdy uczeni (nawet niechcący) zaczynają kantować: jedna wielkość w zakresie dokładnego pomiaru, a druga wielkość (tu: reakcja organizmu) jest już nie do określenia. Ale przecież nie może tak być, że na przykład polepszamy (no przecież polepszamy!) jakość powietrza, a tu już w odpowiedzi nic się nie dzieje! Musi być reakcja. Jeśli jej nie widać, to na przykład trzeba ją zasymulować w komputerze.

Mogę się tylko domyślać, jak określano normy stężenia pyłów w powietrzu. Są one dość surowe: 50 mikrogramów na metr sześcienny określono jako poziom dopuszczalny, 25 mikrogramów na metr sześcienny jako poziom średnioroczny. Cokolwiek to znaczy.

Dlaczego normy są surowe? Otóż nie tylko chodzi o to, że np. zawartość sadzy w dymie przy spalaniu w tradycyjnych piecach wynosi pojedyncze gramy na metr sześcienny, więc nawet setki tysięcy razy więcej niż dopuszcza norma. Prawie każda operacja transportowa powoduje wznoszenie się zwykle wielu gramów pyłu. Jeśli samochód jedzie drogą i widzimy za nim kurz, to jego stężenie wynosi prawdopodobnie (przynajmniej w okolicy) 1/10 grama na metr sześcienny. W normie mówimy o mikrogramach.

Jeden miligram to na przykład kropla wody o średnicy mniej więcej milimetra. Miligram ważyłaby (prawie) dokładnie kostka sześcienna tej wody o boku 1 milimetra, substancje takie jak sól czy kamień musiałyby mieć objętość jakieś 2,5 raza mniejszą. A miligram to 1000 mikrogramów. Więc dopuszczalne stężenia pyłów otrzymamy, dzieląc naszą kostkę jakieś 40 razy.

Jest tu pewien haczyk: mianowicie mówi się o dopuszczalnych stężeniach pyłów, których ziarna mają rozmiary 10 mikrometrów i mniejszych. Jeśli coś lata w powietrzu, i to coś widzimy, zazwyczaj są to znacznie większe śmieci. Lecz można się przekonać, że masa drobinek kurzu, który się osadza na różnych powierzchniach, sięga miligramów na decymetry kwadratowe, co oznacza, że w pomieszczeniach sumaryczna masa tego, co lata w powietrzu, musi znacznie przekraczać owe 25 mikrogramów na metr sześcienny.

Normy są surowe. Byle co, np. otwarcie woreczka z mąką, spowoduje ich wielokrotne przekroczenia.

Normy emisji sadzy przez samochody to, jeśli się nie mylę, bo nie poświęciłem temu wiele czasu, to tysięczne części grama na kilometr przebytej drogi. Za Wikipedią: norma Euro 6 dopuszcza emisję na poziomie 5 miligramów na kilometr. Pytanie, ile pyłu podnosi się, gdy na przykład przesypujemy worek cementu? Lekką rączką licząc, mamy najmniej kilkanaście gramów pyłu, chyba że dmuchnie wiatr, to polecą i kilogramy. Może nawet milion razy więcej, niż pozwalamy wyprodukować samochodowi. Przyznaję, że nie wiem, jaka jest granulacja takiego pyłu, ale mogę za to powiedzieć, że przy kiepskim spalaniu w piecu węglowym w powietrze potrafi polecieć kilkanaście procent paliwa, tylko niewielka część sadzy zatrzyma się w kominie. Czyli jeden piec „wyrobi” zapylenie za jakiś milion automobilów.

Gdy człowiek zdaje sobie sprawę z kilku temu podobnych faktów, zaczyna się poważnie zastanawiać, o co tu chodzi. Mówi się, że jakieś 4/5 pyłów w atmosferze, to tzw. emisja wtórna. Czy winę za nią ponoszą pojazdy? Nie wiem, czy wiemy. Emisja wtórna to sytuacja, gdy pyły, które już opadły na powierzchnię, są ponownie podnoszone. Coś mi się zdaje, że najczęściej robi to po prostu wiatr. Owszem, samochody są współwinne, ale mamy także obmierzone zjawiska, np. przenoszenia piasku z Sahary gdzieś na Bermudy czy do Europy.

Musi sobie w końcu człowiek zadać pytanie: w którym momencie walka z pyłem w powietrzu staje się beznadziejna? Oczywiście jakość naszego środowiska poprawiła się dramatycznie w czasie ostatnich – powiedzmy – 40 lat. Zlikwidowanie większości pieców w miastach i samochody z katalizatorami spowodowały, że idąc dziś przez miasto, czuję zapach kwiatów, a nie spaliny. Rzecz jednak w tym, że eliminowanie miligramów sadzy emitowanej przez samochody, w sytuacji gdy w powietrzu zdecydowaną większość pyłów stanowi coś, nad czym kontrola jest bardzo trudna albo nawet niemożliwa, staje się bezcelowym marnowaniem i pieniędzy, i wysiłku ludzi.

Jest jeszcze jedno zagadnienie: czy to wpływa na człowieka? Nie wiem, jak określano normy stężeń pyłów. Jak to się powinno zrobić? Na przykład bierzemy sobie kontrolną grupę ludzi, którzy żyją gdzieś w naturze, bez smogów, pyłów i sadzy. Obserwujemy, co się z nimi dzieje. Określamy np. częstość występowania schorzeń dróg oddechowych. Wyznaczamy sobie inną grupę ludzi żyjącą w jakimś mieście, sprawdzamy, czy liczba schorzeń jest tam większa.

Jest wszystko jasne, gdy liczba chorych na te same choroby jest wyraźnie większa. Wówczas zmniejszamy jakimś sposobem zanieczyszczenie w mieście… no właśnie. Osiągniemy moment, gdy zjedziemy do poziomu błędu statystycznego. Czy wówczas osiągnęliśmy poziom dopuszczalny?

Jest rozsądne, jeśli od tej wartości, gdy pomiar utonął nam w szumach, weźmiemy – powiedzmy – dziesięć razy mniejszą. Dla bezpieczeństwa, że odetniemy się od wszelkich wpływów czynników szkodliwych.

Ba, gdybyśmy wiedzieli, ile to jest! Zauważmy: o normach, o tym, do jakiej wartości stężeń pyłów należy dążyć, nic nie wiemy.

Rzecz w tym, że stężenie czynników szkodliwych wyznacza się często metodą z pozoru naukową, a w rzeczywistości taką, która potrafi kompletnie oszukać. Przykład: promieniowanie jonizujące. Pouczająca jest historia powstania tak zwanego modeli LNT (Linear No-Threshold Theory). Za Wikipedią: „Autorem hipotezy jest amerykański noblista z 1946 roku Hermann J. Muller, który właśnie za tę pracę został nagrodzony Nagrodą Nobla w dziedzinie medycyny. Muller na podstawie badań prowadzonych w latach dwudziestych XX wieku w zakresie wpływu dużych dawek na populację muszek owocowych stwierdził, że nawet najmniejsze dawki promieniowania jonizującego wywierają negatywny wpływ na populację organizmów żywych[2]. Założenie wyprowadzono z faktu szkodliwości dużych dawek promieniowania przez ekstrapolację, pomimo braku bezpośrednich danych odnośnie istnienia zagrożenia.”

Cóż jeszcze pisze Wikipedia? „Z ujawnionej w 2011 roku przez profesora Edwarda Calabresego korespondencji, którą opublikowano w Archives of Toxicology, wynika jednoznacznie, że także sam Muller w 1946 roku znał wyniki badań zaprzeczających jego teorii. Tezie o szkodliwości małych dawek promieniowania przeczyły badania amerykańskiego genetyka Curta Sterna, które w swoich pracach oraz noblowskim wykładzie Muller świadomie pominął.”

No cóż, rzecz się zwie hormezą, hormezą radiacyjną, i sprowadza do tego, że na przykład ludzie jeżdżą do wód radonowych w celu uprawiania przyrodolecznictwa. Wody te są tym lepsze dla zdrowia, im mocniej promieniują. Lecz dawki, jakimi traktują człowieka, są zawsze dalekie od tych, jakie można sobie zafundować, bawiąc się np. źródłami promieniotwórczymi stosowanymi choćby do naświetlania muszek. Choć sprawy nie są ponoć jednoznaczne, mamy wiele danych, że małe dawki promieniowania nie szkodzą, lecz odwrotnie, są lecznicze, prozdrowotne. Co w małej dozie leczy, w dużej staje się zabójcze.

Przełóżmy to na prostszy język. Można to sobie (w uproszczeniu) wyobrazić tak: nasz dzielny badacz naświetlał muszki znaną dawką promieniowania. Dużą. Taką, która powodowała w krótkim określonym czasie łatwy do stwierdzenia efekt, na przykład śmierć pewnej części populacji. Owszem, musiał pewnie odliczyć pewne „tło”, bo część muszek pada w okresie próby z przyczyn naturalnych. Gdy mamy 1000 muszek i obserwujemy je przez – powiedzmy – trzy dni, to część z nich zdechnie, być może wyklują się nowe, ale statystycznie zapewne z rozrzutem +/- pierwiastek z 1000 – czyli +/- jakieś 32 muszki po trzech dniach – dostajemy populację podobną co do liczebności do tej wyjściowej. Teraz bierzemy ponownie 1000 muszek (w miarę możliwości takich samych) i przywalamy im promieniowaniem. Po trzech dniach liczymy, co zostało. Po czym dla następnej porcji 1000 muszek zmniejszamy dawkę np. o połowę. Naświetlamy i znowu po trzech dnia liczymy, co nam zostało.

I tak kilka, kilkadziesiąt razy dla coraz mniejszej dawki promieniowania, aż dochodzimy do sytuacji, że w granicach błędu statystycznego – czyli gdy wynik rzuca w górę i w dół o te 32 muszki (40 też się mieści) – nie widać efektu. Lecz nie mówimy, że to promieniowanie nie jest szkodliwe. Mówimy, że gdybyśmy wzięli do eksperymentu 100 000 muszek, to byłoby widać, tyle że się nam liczyć nie chciało. Ile by padło, szacujemy w ten sposób, że wykonujemy wykres: na osi poziomej dawka promieniowania, na pionowej liczba zdechłych muszek. Jeśli sprytnie pomanipulujemy danymi (zapewne potrzebny będzie wykres półlogarytmiczny), dostaniemy linię prostą, którą można przedłużyć w obszar, gdzie muszek padło za mało, by można było sensownie wyliczyć, jaki ich procent ta dawka promieniowania wybije.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

NOTKA BIOGRAFICZNA:
Adam Cebula

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Gdy twoja kobieta robi lepiej szablą niż ty, dobrze jest wiedzieć, kiedy ma trudne dni.

— Robert M. Wegner, Pamięć wszystkich słów. Opowieść z meekhańskiego pogranicza

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

7 Salon Ciekawej Książki
od do
Aktualności
Hala Expo - Łódź (Łódź, al. Politechniki 4)
Spotkanie z Jackiem Komudą
Aktualności
ProMedia (Szczecin, al. Wojska Polskiego 2)
Spotkanie z Andrzejem Ziemiańskim
Aktualności
Mediateka Góra Mediów (al. Wojska Polskiego 9; Zielona Góra)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!