Adam Cebula „Pearl Harbor raz jeszcze na spiskowo”

Nie ma to jak teorie spiskowe. Prawda? Coś było… tak, wielką frajdą jest wykazanie, że właśnie odwrotnie. Ależ tak, kochany czytelniku, ja też uwielbiam czytać i oglądać takie historie, tyle że mam wymagania. Wnerwia mnie, gdy autor naciąga fakty, aż historyczna materia trzeszczy i jęczy ze zgrozy. No bo tak: teoria spiskowa musi tyczyć się głośnych faktów, być oparta na analizie tego, co naprawdę się wydarzyło, na prawdziwych dokumentach i nienaciąganej logice. Musi się dobrze trzymać kupy, wówczas wciąga czytelnika. Gdy rzecz jest przedstawiana z nadzieją, że publiczność zapomni o kluczowych faktach, to i owszem, może część tej publiki zapomni, ale część najzwyczajniej wyjdzie z sali.

7 grudnia 1941 r. mniej więcej o godzinie 7.49 rozpoczął się japoński nalot na bazę Pearl Harbor. Piszę godzinę „mniej więcej”, bo na przykład o 7.53 miało zostać nadane słynne Tora! Tora! Tora!, które oznaczało, że Amerykanie zostali całkowicie zaskoczeni. Rozkaz przygotowania się do ataku (Tenkai!) nadał o 7.40 komandor porucznik lotnictwa Mitsuo Fuchida; znamy chyba bardzo dokładnie przebieg zdarzeń, a co było „właściwym początkiem”, każdy sobie może sam wymyślić. Istotą sprawy jest, że wokół Pearl Harbor narosło tyle legend, że wygrzebanie prawdy pomimo drobiazgowej znajomości faktów zaczyna już wydawać się niemożliwe.

Podstawowa sprawa: czy to możliwe, aby potężna amerykańska flota Pacyfiku dostała takie lanie od pogardzanych „żółtków”? O wiele bardziej zjadliwe jest inne wyjaśnienie, można przyjąć, że na przykład Roberta B. Stinnetta, autora książki „Dzień kłamstwa. Prawda o Pearl Harbor” (za portalem wp.pl). Jak pisze autor na portalu: „Według Roberta B. Stinnetta to był powód, dla którego amerykańskie władze i prezydent Roosevelt dopuściły do ataku”. Powód? „Wobec narastających w społeczeństwie nastrojów izolacjonistycznych nie pozostało mu nic innego, jak zapewnić Ameryce udział w walce o wolność nieco okrężną drogą. Wiedział, że ludzie zapłacą za to życiem. Ilu zginie – tego wówczas nie mógł przewidzieć” – pisze autor w „Dniu kłamstwa…”. Na czym Stinnett opiera swoją ocenę? „Chodzi o tak zwane Memorandum McColluma. Oficer wywiadu Marynarki Wojennej napisał ją do komandorów Waltera S. Andersona i Dudleya W. Knoksa, doradców Roosevelta. Ma ona zawierać listę ośmiu działań, które, zdaniem autora (autorów, bo także piszącego dla wp) miały sprowokować Japonię do wojny. Jednak bez grzebania w historycznych źródłach możemy podejrzewać, że chodziło o coś innego, wystarczy cytat, który zamieszczono dla ilustracji tezy: „Jeśli w wyniku zastosowania tych środków Japonia posunie się do jawnego aktu agresji, tym lepiej. Musimy być przygotowani na to, że wojna tak czy inaczej wybuchnie”.

Ano, były możliwe odpowiedzi na trwającą od gdzieś 1937 roku ekspansję Japonii w obszarze Pacyfiku. Możemy uznać, że zaczęła ją agresja na Chiny, była wojna z ZSRR, a USA cały czas obserwowały postępującą rozbudowę cesarskiej armii. Tak więc wymieniane w raporcie posunięcia, np. embargo na handel, miały służyć raczej powstrzymaniu agresywnych działań. Rzecz jednak w tym, że są to sprawy dobrze znane z historii. W każdym opisie wojny na Pacyfiku możemy sobie poczytać, jak narastał konflikt, także o tym, że USA wysłały swoje okręty na Pearl Harbor w nadziei, że rząd premiera Hideki Tōjō wyhamuje militarne zapędy.

Jest szereg innych zastanawiających faktów, np. dziś powszechnie znany, że „już jesienią 1940 r. amerykańscy kryptoanalitycy mieli złamać dwa japońskie kody łączności”, jak podaje wp. Oczywiście amerykańskiemu wywiadowi było znane bardzo wiele faktów, złamano mnóstwo depesz, z których można było wysnuć wniosek, że szykuje się duża militarna akcja. Tyle że bez historycznego kontekstu nie jesteśmy w stanie ocenić ich wartości. Trudno się dziwić p., że ostrzeżenie peruwiańskiego dyplomaty, które dotarło do wywiadu marynarki wojennej, do wspomnianego Arthura McColluma, zostało potraktowane jak plotka. Ponieważ nadeszło 11 miesięcy przed atakiem. Warto sobie uzmysłowić, że w najlepszym razie mogło zostać potraktowane jak niejasny plan.

Zasadniczą sprawą jednak jest proste pytanie: czy Franklin Delano Roosevelt rzeczywiście potrzebował prawdziwej KATASTROFY floty, by przełamać pacyfistyczne nastroje? Otóż gdyby świadomie blokował informacje o zbliżającym się ataku, musiałby się spodziewać – to trzeba podkreślić – prawdopodobnej KATASTROFY. I ta, jeśli sobie poczytamy, mogła osiągnąć o wiele większe rozmiary, niż faktycznie miało miejsce. Na przykład nie zniszczono podczas ataku zbiorników z paliwem dla statków, a mogło się to stać, i gdyby się stało, to port byłby unieruchomiony na wiele miesięcy, i być może bitwa o Midway ( 4-7 czerwca 1942 r.) miałaby zupełnie inny przebieg.

Proste pytanie: czy Ameryka mogłaby nie wypowiadać wojny, gdyby nalot odbył się na choćby częściowo przygotowaną bazę? Gdyby straty były o wiele mniejsze? Sam fakt pojawienia się takich sił w okolicy portu wojennego, nawet gdyby do niego ani jeden samolot nie doleciał, gdyby zatrzymano wyprawę gdzieś na morzu – byłby nie do zignorowania. Czy by Amerykanie chcieli, czy nie, wojna by była. Powiedzmy sobie to szczerze, stan nastrojów był we władaniu propagandy. Dla postawy obywateli o wiele ważniejsze znaczenie miało to, co się pisało w gazetach i mówiło w radiu, niż ile bomb spadło na port. Wręcz przeciwnie: gdyby prezydent USA chciał podgrzać nastroje, musiałby wziąć poważnie pod uwagę, że taki łomot, który zresztą do dnia dzisiejszego nie daje Amerykanom spokoju, mógłby odegrać rolę dokładnie odwrotną: zmusić rząd do faktycznej kapitulacji wobec Tokio, do zawarcia separatystycznego pokoju, o który właśnie Cesarstwu chodziło.

Co powinien zrobić Franklin Delano Roosevelt, gdyby chciał, by Amerykanie poczuli się zmuszeni do udziału w wojnie, i jednocześnie miał świadomość, że w kierunku flagowej bazy podąża wielka armada? Oczywiście ostrzec jej dowództwo, by admirał Husband Edward Kimmel zdążył się przygotować. Bo cokolwiek by się działo, o ile atak by nastąpił, w żadnym wariancie zdarzeń nie wywiązałaby się bitwa wystarczająco zażarta, aby propaganda mogła ją przedstawić jako heroiczne zmagania. A nic tak nie wzmaga bojowego ducha, jak solidny łomot spuszczony enplowi. Odwrotnie: łomot, który on nam spuszcza, działa na ów bojowy zapał jak woda na ogień. Zależność wielekroć przez tysiąclecia sprawdzona.

To, czego potrzebował pan prezydent dla wzmożenia patriotycznych nastrojów, to nie realna bitwa, lecz odpowiednia relacja o niej. Nie potrzebował katastrofy, katastrofa była dokładnie tym, czego dla odpowiedniego efektu propagandowego należało za wszelką cenę uniknąć. Tu tkwi zasadniczy błąd teorii spiskowych. Powiedzmy sobie: gdyby Roosevelt działał celowo i nie był japońskim szpiegiem, powinien działać na odwrót. Choćby dlatego powinien natychmiast powiadomić Kimmela i dopilnować, czy wziął się do roboty, bo nie za bardzo było jak uniknąć potężnych strat. Jedyna pewna metoda to ucieczka pancerników z portu poza zasięg lotnictwa. Amerykanie powinni byli już to dobrze wiedzieć po doświadczeniach z wojny w Europie.

Ściągnij tekst: