Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

[Recenzja] „Starship. Tom 1: Bunt” Mike Resnick

Aktualności Jacek Falejczyk - 3 czerwca 2026
Tytuł: "Starship. Tom 1: Bunt"
Autor: Mike Resnick,
Grafika: Tomasz Maroński,
Cykl: Starship
Tytuł oryginalny: "Mutiny "
Wydawnictwo: Starship,
Redakcja: Marcin Przybyłek,
Korekta: Ksenia Olkusz,
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 20 lutego 2026
Wydanie: 1
Liczba stron: 328
ISBN: 978-83-8412-410-9
Cena: 47.9 PLN
Więcej informacji: Mike Resnick „Starship. Tom 1: Bunt”

Space Opera w starym stylu

Zanim przejdę do recenzji chciałbym jedynie napisać, że przeszukanie Internetu i pamięci rodzinnej wskazało, że ostatni tekst napisałem dla Fahrenheita prawie 17 lat temu. Kupa czasu, więc sprawdźmy, czy jeszcze potrafię …

Mike Resnick – kiedy pojawia się to nazwisko, moja pamięć natychmiast podsuwa mi dwa wspaniałe tytuły: „Kły” i „Kirinyaga”. To tematyczne zbiory opowiadań, które (choć czytałem je ze 30 lat temu) do tej pory wspominam przez pryzmat znakomitych doznań literackich, jakich mi dostarczyły. A zwłaszcza ten drugi tytuł, którego teksty stawiały pytania na temat dopuszczalności ingerencji w obce kultury, czy skutków niesienia pomocy za wszelką cenę – pytania, które krążą w mojej głowie do dziś. Ale pamiętam też Resnicka w bardziej rozrywkowym wydaniu, w opowieści o detektywie eksplorującym zagadki równoległego Nowego Yorku, czyli „Na tropie jednorożca”. I wszystkie te wspomnienia są jak najbardziej pozytywne, więc gdy pojawiła się propozycja zrecenzowania kosmiczno-militarnej powieści tego autora, długo się nie zastanawiałem.

„Starship. Tom 1: Bunt”, bo o tym właśnie tytule chcę Wam opowiedzieć, to klasyczna, „staroszkolna” space-opera, przedstawiająca losy drugiego oficera na okręcie floty kosmicznej Republiki, która to już od naprawdę wielu lat toczy wojnę z federacją Teroni. Konflikt należy do tych dosyć intensywnych, takich, przy których stocznie nie nadążają z wypuszczaniem nowych jednostek bojowych, przez co nawet tak stare, stuletnie zabytki jak Theodore Roosevelt wciąż unikają złomowania i zapychają patrolowe dziury w spokojniejszych rejonach wszechświata. I zbierają na swoich pokładach załogi złożone z wszelkiego rodzaju podpadziochów i nieudaczników, albo też oficerów, którzy sprawiają dowództwu floty zbyt wiele problemów. I do tej właśnie grupy należy główny bohater, czyli komandor* Wilson Cole, najhojniej odznaczony za odwagę i waleczność żołnierz Republiki – przy czym wspomnieć należy, że medale te zdobywał często pakując się samowolnie w największe tarapaty i ignorując rozkazy dowództwa, co czyniło z niego osobnika, którego warto zesłać w rejon, gdzie nie będzie miał okazji do dalszego zdobywania wyróżnień. Brzmi znajomo? Chyba tak, wszak już nie raz pewnie zetknęliście się z takim schematem – oficer zdolny i charyzmatyczny, ale problematyczny, okręt stary, przechodzony, ale wciąż jakoś tam się trzymający, załoga złożona z ludzi (no i nie tylko ludzi, w końcu to porządna space-opera!) z problemami. No trudno tu o jakieś odkrycia, efekty nowości i zaskoczenia. Więc jakość lektury zależeć będzie jedynie od talentu i klasy autora. Pojawia się więc oczywiste pytanie, czy Mike Resnick sobie z tym zadaniem poradził?

Akcję „Starshipa” zaczynamy obserwować od momentu, kiedy Wilson Cole melduje się po raz pierwszy na pokładzie Roosevelta. I nawet nie za bardzo mamy czas się z tym faktem oswoić, gdyż fabuła pędzi do przodu galopem. Nie ma tu bowiem miejsca na długie opisy pomieszczeń, korytarzy, kajut, poznawanie głębi psychologicznej niespiesznie wprowadzanych bohaterów pobocznych, poznawanie geopolitycznego tła konfliktu. No nie, to jest naprawdę powieść w starym, dobrym (dla ludzi, którzy na tego typu książkach się wychowywali) stylu. Mamy więc kilka scen wprowadzających, głównie opierających się na dialogach, i już po chwili ten niesamowicie spokojny rejon Republiki staje się świadkiem intryg i wydarzeń, dzięki którym talent naszego komandora do pakowania się w kłopoty może ponownie rozbłysnąć. I tu muszę powiedzieć, że w pierwszym momencie miałem mieszane uczucia względem takiego tempa rozwoju sytuacji, przez chwilę chciałem zawołać: Stój! Prrr! Wstrzymać konie! Nie tak szybko! Ale czym więcej stron przewracałem, tym bardziej mnie to wciągało, tym bardziej trudno było odłożyć książkę na bok. I tak już do końca, który swoją drogą nastąpił odrobinkę za wcześnie. A wszystko przez załączniki z dodatkowymi informacjami na temat założeń świata, w jakim dzieje się akcja, rysu historycznego i spisu lektur dziejących się w tym samym uniwersum. Zajmują one aż 30 stron, więc szacując po tym, ile kartek jeszcze zostało do końca, można się zdziwić, że to już koniec przygód naszego komandora. Oczywiście nie taki definitywny, gdyż w ostatnich zdaniach dostajemy zapowiedź następnych przygód starego okrętu, a w tej samej serii mają wyjść jeszcze 4 tomy.

Więc jeśli by mnie ktoś zapytał, czy polecam tę lekturę, to odpowiem, że jak najbardziej tak. Dla takich staruchów jak ja, wychowanych na „Planecie śmierci” czy „Stalowym Szczurze” i szukających nostalgicznych klimatów to wręcz lektura obowiązkowa. A dla młodszych czytelników to całkiem niezła metoda, aby zobaczyć „jak to się kiedyś fantastykę przygodową pisało”. No i zaznaczyć tu też należy, że pomimo lekkiego i przygodowego stylu narracji powieść ta potrafi postawić jakiś ciekawy problem i dostarczyć cytat, który zapadnie w pamięć.

No i skoro mamy już z głowy pochwały i zachwyty, to czas przejść do ciemniejszych stron tego wydania, bo i takie znalazłem. Przed chwilą pisałem o tym, że na początku lektury nie szło mi z nią najlepiej. I tu niestety nie pomagało tłumaczenie. Kiedy nasz tytułowy okręt nazywany jest naprzemiennie statkiem, kiedy czytam o cywilnych i handlowych okrętach to nie potrafię się nie zirytować. Zwłaszcza, że nie jest to jakaś książka wydana w systemie „vanity”, tylko uznana powieść z profesjonalnym tłumaczeniem i redakcją. I wiem, że ludzie z południa nie zwrócą na to pewnie uwagi, ale dla nas, ludzi morza, to jest jednak coś, co wybija z rytmu czytania. Zastanawiam się też – ale to już zupełnie inna sprawa, bardziej rzecz pod dyskusję, niż uwaga krytyczna – czy w lekturze skierowanej do czytelnika polskiego jest sens podawania wysokości ludzi (oraz obcych form życia) w calach? Bo kiedy napotykam fragment, że ktoś miał 7 stóp wzrostu, to nie za bardzo mi to cokolwiek mówi. I to pomimo tego, że przez 3 lata mieszkałem w Anglii. Więc proszę, napiszcie w komentarzu, czy akceptujecie i rozumiecie takie wprowadzanie jednostek imperialnych w polskojęzycznej literaturze.

 

Jacek Falejczyk

* Na „nasze” to będzie komandor porucznik (wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać).

    Mogą Cię zainteresować

    Miejsce dziur jest w serze

    Recenzja przedpremierowa książki Michała Gołkowskiego „Spiżowy gniew”. Książki Michała Gołkowskiego lubię za…

    Męczący niepokój
    Recenzje fantastyczne Fahrenheit Crew - 18 maja 2013

    Testimonium Jan Maszczyszyn Warszawska Firma Wydawcznicza 2013 Stron: 360 Cena: 48 zł…

    Marcepanowy Tybet
    Bookiety nimfa bagienna - 10 listopada 2016

    Ścieżki myśli buddyjskiego mnicha kręte są, czyli Agnieszka Chodkowska-Gyurics opowiada o swoich odczuciach…

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *