ISSN: 2658-2740

[RECENZJA] Rzadkie niepotrzebne g… czyli „Rodowód krwi”

Film A.Mason - 23 stycznia 2023

W podstawówce, a później w liceum, zdarzało się mi pisać wypracowania na temat książek, których nie zrozumiałem lub nawet nie czytałem, a znałem ze streszczeń. Były to „rozprawki” rozwleczone i przegadane. Jeśli akurat zapamiętałem z treści omawianego dzieła coś istotnego, musiałem to bardzo mocno zaznaczyć, uwypuklić i powtórzyć po kilka razy w różnych formach. Dziś myślę, ze nauczyciele wystawiali mi za te wypracowania dobre oceny tylko dlatego, że widać było, że trochę wysiłku w nie włożyłem. Podejrzewam, że nie doczytywaliby ich do końca, gdyby nie to, że musieli wskazać błędy ortograficzne i stylistyczne, ale jakoś im dalej w tekst, tym mniej błędów tych wynajdowali. Oglądając serial Netfliksa „Wiedźmin: Rodowód krwi” zrozumiałem, co musieli czuć moi belfrowie.

W założeniu „Rodowód” miał odbiorcom przybliżyć genezę wiedźminów i ich świata. Miała to być zupełnie nowa historia uzupełniająca „braki” sagi Sapkowskiego. Miała, bo wbrew obietnicom twórców nie dostaliśmy nic istotnego, co wzbogaciłoby naszą wiedzę. Poza kilkoma znajomymi imionami bohaterów i nazwami miejsc poznajemy dosłownie kilka faktów – zupełnie nieistotnych, niepotrzebnych, które można byłoby streścić w dwóch, trzech krótkich zdaniach, bo serial nie rozwija ich w żaden sposób.

Kompletnie niezrozumiałym dla mnie jest, że tak naprawdę zamiast uzupełnienia informacji dostaliśmy coś, co prowadzi do niezgodności z książkami i nieraz pewnie nawet z „głównym” serialem Netfliksa. Po co? Nie mam pojęcia. Zmiany nie były potrzebne dla opowiadanej historii, ciężko mi też znaleźć ich powiązanie z serialem „Wiedźmin”, a nie sądzę, żeby były „przybudówką” do tego, co zobaczymy dopiero w kolejnych sezonach.

W sieci krążą plotki, że scenarzyści nie lubili materiału źródłowego, czyli książek Sapkowskiego, nie zrozumieli ich zupełnie lub wręcz nie czytali. Po tym, co dostaliśmy w „Rodowodzie krwi” jestem skłonny w to uwierzyć. Wyobraźcie sobie najbardziej generyczną fantasy o grupie bohaterów wyruszających w podróż, żeby walczyć ze złym władcą, który może doprowadzić do zagłady świata. Opowieść napisaną przez jakiegoś nastolatka, który wpadł na potencjalnie ciekawy pomysł, tylko nie umiał go rozwinąć w dojrzałą historię. Taki właśnie jest ten serial.

Przy czym nawet sztampową fabułę można poprowadzić w interesujący sposób, braki oryginalności przykrywając ciekawymi bohaterami, postaciami pobocznymi, światem, efektami wizualnymi, scenami akcji, humorem, muzyką. Niestety – tak się nie stało w tym przypadku.

Dostajemy banalną opowieść o elfach, które wyruszają w podróż, po drodze zbierając drużynę mającą uratować świat. Każdy z bohaterów serialu ma swoją historię, motywację i charakter, ale wszystko to zostało przedstawione w bardzo powierzchowny sposób, bez stworzenia jakiejkolwiek wiarygodnej więzi pomiędzy postaciami.

Gdybym miał to porównać do dania… wyobraźcie sobie, że dostajecie bigos, który był przygotowywany zbyt krótko. Niby są wszystkie składniki, nawet przyzwoitej jakości, ale całość się nie zawiązała, nie „przegryzła”. Winne temu mogło być skrócenie serialu, który pierwotnie planowany był na więcej odcinków. Główni bohaterowie nienawidzą się, a ta ich miłość jest główną osią fabuły. Coś wam nie gra? Oczywiście! Mi też nie grało tak nagłe przeskoczenie z nienawiści do miłości.

„Rodowodowi krwi” nie pomaga poprawna gra aktorska. Aktorzy dostali generyczne do bólu role i w większości odegrali je idealnie tak, jak prawdopodobnie nakazywał im scenariusz. Nie dodali nic od siebie ani w pozytywnym, ani negatywnym znaczeniu. Nie możemy więc cieszyć się ani wartościami dodanymi, ani rysami/błędami w grze, nadającymi postaciom choćby trochę głębi, urozmaiciły je. Amatorzy grający pierwszy raz w RPG potrafią do lakonicznych informacji z podręcznika dodać więcej od siebie niż zrobili to aktorzy.

W sieci czytałem o tym, jak ludziom jest przykro ze względu na Michelle Yeoh, uważaną za bardzo dobrą aktorkę. Nie neguję tego, że jest dobra, ale spełniły się moje obawy po obejrzeniu pierwszy raz trailera do „Rodowodu krwi” – Yeoh silne bohaterki-wojowniczki odgrywa za każdym razem dokładnie tak samo, nie potrafiąc wyjść poza ramy. Widzieliście ją w ” Star Trek: Discovery ” jako Philippę Georgiou albo w ” Shang-Chi i legendzie dziesięciu pierścieni „? To nie spodziewajcie się nic więcej.

Najciekawiej aktorsko w serialu wypadła moim zdaniem Francesca Mills w roli kranoludki Meldof. Choć miała zagrać typową krasnoludzką kobietę, lekko szaloną, takie trochę alter ego Balina z „Hobbita” Petera Jacksona, udało jej się stworzyć postać nieco wykraczającą poza ramy. Tyle że wszystkie jej wysiłki zniweczyły… osoby obsługujące serial.

Mills (w rzeczywistości) jest osobą niskorosłą, o charakterystycznej sylwetce/proporcjach i odmiennym sposobie poruszania się. Mogła sprawdzić się doskonale w swojej roli, ale sfilmowano ją w taki sposób, że zamiast ukryć jej niedoskonałości, wręcz je uwypuklono. Jestem pewien, że operatorzy nie potrafili sobie poradzić z wiarygodnym oddaniem Freanceski jako wojowniczki, a „swoje” dołożyli montażyści, który zebrany materiał pocięli byle jak. Spierdzielili nawet tak klasyczną scenę jak bójka w karczmie, kiedy cięcie filmu następuje przed walką, a potem mamy ujęcie przeciwników wylatujących przez okna i drzwi. W „Rodowodzie krwi” to wygląda jak parodia parodii, czyli ” zróbmy to w najgorszy możliwy sposób „.

W scenach walki Mills wypadła niewiarygodnie, wręcz karykaturalnie. Szczególnie jeśli dodać do tego młot wykonany ze „styropianu”, który jest zdecydowanie za lekki i to widać. Zachowuje się momentami jak dmuchany toporek, a nie ciężki krasnoludzki topór. Rekwizytorzy zazwyczaj przygotowują kilka wariantów wagowych ciężkiej broni, żeby wykorzystywać je w zależności od rodzaju sceny. W Netfliksie chyba o tej praktyce nie słyszano.

Ekekt – zamiast pozytywnego wizerunku osób wyglądających inaczej i jakiegoś przesłania otrzymaliśmy karykaturę bohaterki, budzącą zamiast podziwu – politowanie.

Efekty specjalne są takie se. Powiedziałbym, że stoją na przyzwoitym poziomie, bo nie rażą większymi niedociągnięciami czy małą wiarygodnością, ale jednocześnie nie porażają jakością, widać, że były robione po taniości. Muzyka – chyba jakaś była…

Scenarzyści prawdopodobnie zrobili checklistę rzeczy, które powinny się znaleźć:

  • ładne widoczki – są, jak z reklamy turystycznej Irlandii,
  • sceny walki, bitwy – są, nie za duże, ale są,
  • generyczne postacie: elfy, krasnoludy, czarodzieje i potwory – są,
  • a gdzie ludzie? – nie ma, bo przecież nie może ich być. To zróbmy tak, że elfy będą ludźmi,
  • zaraz, moment, a ile przez serial przewija się krasnoludów? – nie liczyłem, do głowy przychodzi mi tylko jedna krasnoludka,
  • Azjaci i Afroamerykanie – są, kij tam, że stereotypowe do bólu, jak Murzynka to z dredami i zadziorna, jak Azjatka to w kimonie i z kataną,
  • osoby niepełnosprawne – są,
  • wątki homoseksualne: geje i lesbijki – są,
  • sceny seksu – no nie za bardzo, bo przecież robimy bajeczkę dla dzieci,
  • humor – jest, taki szkolny, na pewno trafi do dzieci,
  • wyjaśnienie, skąd w Wiedźminie-serialu wzięły się obeliski i jak powstali wiedźmini – jest, można streścić to w jednym, wcale nie za długim zdaniu.

Największym problemem serialu jest to, że twórcy „Rodowodu krwi” traktują widzów jak idiotów. Dosłownie.

Historia „Rodowodu krwi” to jedna z najbardziej sztampowych fantasy, jaka mogła powstać. Nawet narratorka powtarza dokładnie to, co widzimy na ekranie tak, jak zazwyczaj robi to mistrz gry, który zgubi wątek i powtarza, co robili gracze, żeby zyskać na czasie. Wszystkie wspomniane wyżej elementy (i nie tylko one) zwyczajnie się nie kleją. Są niespójne nawet wewnątrz świata przedstawionego. Szyte to jest bardzo niezgrabnie grubymi nićmi.




Pobierz tekst:
Strony: 1 2

Mogą Cię zainteresować

Rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego
Aktualności Fahrenheit Crew - 22 grudnia 2016

15 lat temu, w zaledwie 44. roku życia, zmarł Grzegorz Ciechowski – lider zespołu…

Bestiariusz wiedźmiński – część 2
Film Q - 29 grudnia 2020

Sednem wiedźmińskiego fachu jest walka z potworami. Nic dziwnego więc, że Netflix…

Andrzej Sapkowski „Trylogia husycka”
Fantastyka Fahrenheit Crew - 13 października 2007

Trylogia husycka to cykl historyczno-fantastyczny o wojnach husyckich, akcja którego toczy się w piętnastym wieku na terenie…

Fahrenheit