Nowa Portal na mapie filmowych festiwali
Miłośnicy fantastyki we wszelakiej formie, lubiący konsumować ją nie tylko w domowym zaciszu podczas lektury, oglądania, czy odsłuchu fantastycznych treści, w ostatnich latach nie mają na co narzekać, bowiem wreszcie zostali zauważeni przez media, korporacje, władze miejskie i tym podobne mainstreamowe podmioty. Okazało się, że są grupą niezwykle różnorodną, a zarazem gotową przejechać całkiem daleko, zapłacić, byle tylko mieć kontakt z tym, co kochają, i z ludźmi, którzy mają podobne pasje. Konwenty, spotkania, wystawy, festiwale – wszystkie potrzebne i „dozwolone” formy rosną jak grzyby po deszczu na mapie imprez w Polsce.
Jedną z takich nowych inicjatyw, która odbyła się w dniach 21-23 sierpnia 2026 roku w Poznaniu był Portal Film Fest. Myślę, że już dziś bezpiecznie można mówić, że była to pierwsza edycja, ponieważ odbiór zarówno ze strony gości, jak i organizatorów był na tyle pozytywny, iż wypada szykować się na kolejne edycje. Sama koncepcja festiwalu kinematografii fantastycznej jest ciekawa i potrzebna, gdyż akurat takich wydarzeń wciąż jest dość niewiele, a miłośnicy kina głębszej wyobraźni zazwyczaj muszą zadowalać się co najwyżej pojedynczymi seansami podczas konwentów.
Zorganizowana przez Poznańską Estradę oraz Ferment Kolektiv, prowadzona przez kuratora Jakuba Turkiewicza i dowodzona przez dyrektorkę festiwalu Joannę Piotrowiak impreza odbyła się głównie w historycznym kinie Muza (które w tym miejscu działało już w czasach cesarskich i za dwa lata świętować będzie stu dwudziestolecie), położonym przy ulicy Świętego Marcina, a zatem w historycznej części miasta. Dlaczego głównie tam? Albowiem poza seansami kinowymi program obejmował również koncert legendarnego muzyka elektronicznego Marka Bilińskiego oraz dyskusje na poznańskim Starym Rynku.
Nie tylko jak na pierwszy raz, ale po prostu jak na tego typu imprezę, organizatorzy byli przygotowani bardzo profesjonalnie. Obsługa wejść na seanse, sekcja informacyjna i porządkowa działałby sprawnie i z sympatią odnosiły się do licznych gości. Mimo pory wakacyjno-urlopowej obłożenie seansów było naprawdę duże i na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że na większości był komplet widowni. Do tego dochodzą świetne informatory zamieniające pobyt na festiwalu w rodzaj gry RPG, cosplayerzy zachęcający do wizyty w kinie (wiedźminowi, gwiezdnowojenni, postapokaliptyczni i horrorowi), przygotowana przez ekipę Figurkowców wystawa rekwizytów filmowych (w tym miecz idealnie odwzorowujący ten wykorzystany w produkcji „Conan Barbarzyńca”), wreszcie panele dyskusyjne (choćby ze znanym krytykiem filmowym Tomaszem Raczkiem). Naprawdę trzeba by być zawodowym malkontentem, by chcieć ponarzekać na organizację czy program.
Filmy podzielono na kategorie tematyczne, by ułatwić podjęcie decyzji osobom niekoniecznie znającym każdą z prezentowanych produkcji. Mieliśmy zatem: Kondycję człowieka, Przygodę i mit, Wizje przyszłości i Mechanizmy wyobraźni. Dla każdego znalazło się coś ciekawego, w tym dla Państwa skromnego sprawozdawcy, który z całego bogatego portfolio festiwalowego postanowił wybrać sześć filmów i napisać o nich parę zdań. Przyznam, że gdybym posiadał czasozmieniacz dany Hermionie przez Albusa Dumbledore’a, a obowiązki pozwoliłyby przybyć do Poznania wcześniej i wybyć później, lista ta zapewne byłaby dłuższa.
Na pierwszy ogień poszedł film z roku 1960 „Milcząca gwiazda”, produkcji enerdowsko-polskiej, będący ekranizacją powieści Stanisława Lema „Astronauci”. Osobom niekoniecznie kojarzącym tę książkę powiem tylko, że to pierwsza pełnowymiarowa powieść naszego wielkiego prekursora SF, do której stosunek miał taki, że na jej wznowienia musiał być mocno namawiany przez znawców i miłośników swojej twórczości. Pisarz powtarzał zresztą, że w okresie kiedy powstawała (czyli mrocznych czasach stalinizmu) musiał „zapłacić daninę systemowi”. Sam film wykonany technicznie jest całkiem nieźle, jak na czas powstania. Można wręcz uznać go za demoludową superprodukcję. Treść jest dokładnie taka, jakiej można się spodziewać: mamy złych amerykańskich kapitalistów próbujących powstrzymać swojego profesora przed udziałem w wyprawie na Wenus oraz szlachetnych naukowców z ZSRR, Chin i innych krajów bloku wschodniego, tak genialnych, że aż czapki z głów. Oczywiście za sprawą takiego podejścia część dialogów jest specyficznie przestarzała i powoduje uśmiech na twarzach oglądających. Mimo to film do ostatniej sceny oglądało się dobrze, okazał się świetnym przykładem kinematografii swojej epoki – zarówno pod względem twórczym, jak i ideologicznym.
Kolejny seans to „nerdowska klasyka” w postaci „Łowcy androidów” Ridleya Scotta z 1982 roku, czyli następny film, który powstał na podstawie literatury SF, mianowicie powieści Philipa K. Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”. Organizatorów pochwalić trzeba za to, że do wyświetlenia wybrali wersję „Final Cut”, będącą według reżysera najbliższą jego wizji montażowej. Dziś mówimy o „Łowcy…” jako o kultowym klasyku, tymczasem film musiał trochę na ten status poczekać, za to gdy został już doceniony stał się pod wieloma względami wzorcem dla wielu produkcji pokazujących światy cyberpunkowe. Równocześnie, mimo ponad czterdziestu lat na karku, wciąż potrafi wbijać w fotel, wzruszać i zmuszać do rozmyślań o tym, czym tak naprawdę jest człowieczeństwo. Może w tym momencie napiszę herezję, ale przyznam Państwu, że osobiście uważam ten film (co bardzo rzadko się zdarza) za dzieło, które przerosło książkę – ma mocniejszy wydźwięk, podczas gdy powieść należy co najwyżej do dickowskich średniaków.
Sobotni poranek zacząłem od seansu, który był nostalgiczny w dwójnasób. „Na ruszt” wpadł bowiem rówieśnik poprzednio omawianego filmu, legenda nurtu fantasy w kinie, „Conan Barbarzyńca” Johna Miliusa, który – wraz ze słynnym Olivierem Stonem – był również współtwórcą scenariusza. Choć film opiera się na postaci stworzonej przez Roberta E. Howarda, nie jest bezpośrednią adaptacją któregoś z utworów, jedynie nawiązuje do kilku z nich. A teraz najlepsze co spotkało oglądających: obraz odtworzony został nie cyfrowo, jak robi się od wielu lat, ale klasycznie, z taśmy 35mm! Kino Muza dysponuje odpowiednim sprzętem i mogło zaprosić nas na tę nostalgiczną ucztę. Organizatorzy, zdając sobie sprawę, że taśma, którą zaprezentują ma za sobą już kilkaset odtworzeń, przed seansem informowali o możliwości wystąpienia nieplanowanych przerw technicznych. Crom jednak czuwał nad swoim ulubieńcem i wszystko poszło równie gładko, co kilkadziesiąt lat temu. Oglądanie młodego Arnolda Schwarzeneggera, wręcz stworzonego do tej roli, dzielnie walczącego z siepaczami Thulsy Dooma, granego przez ówczesny głos Lorda Vadera, czyli James Earl Jones, było czystą rozrywką i zarazem lekko sentymentalną podróżą.
Dość rzadko oglądam w kinie filmy dokumentalne, chociaż lubię takie poznawać. Po prostu atmosfera sali kinowej kojarzy mi się z efektami dźwiękowymi i wizualnymi, dlatego dokumenty wolę oglądać w skupieniu domowego zacisza. Tym razem jednak film „Ucieczka na Srebrny Glob” z roku 2021 w reżyserii Kuby Mikurdy był w pewnym sensie wstępem do kolejnego seansu, czyli „Na Srebrnym Globie” Andrzeja Żuławskiego. Dokument opowiedział pokrótce zarówno historię życia tego kontrowersyjnego reżysera, przedstawianą nie tylko „Z offu”, ale też przez jego bliskich, w tym rodzinę, aktorów i dziennikarzy, którzy mieli z nim styczność. Poznaliśmy również historię produkcji samego filmu, zakończoną niesławnym wstrzymaniem spowodowanym przez partyjnego aparatczyka Janusza Wilhelmiego (co ciekawe, niedługo po tym fakcie zginął w katastrofie lotniczej). Marksistowski neofita (a jak wiadomo, tacy w każdym wydaniu są najgorsi, bo najbardziej radykalni) kazał zniszczyć nakręcony już materiał, wszystkie dekoracje i stroje. Na szczęście dzięki poświeceniu ekipy produkcyjnej, która ukryła (dosłownie zakopała) taśmy, po dziewięciu latach udało się film w specyficznej formie ukończyć. Dokument okazał się na tyle zajmujący, że na seans samego dzieła Żuławskiego czekałem z niecierpliwością.
„Na srebrnym globie” w trakcie tworzenia miało było superprodukcją polskiej kinematografii Za kamerą enfant terrible polskiego kina, święcący sukcesy na arenie europejskiej – czyli wspomniany Andrzej Żuławski. Zdjęcia kręcono na dwóch kontynentach – na pustyni Gobi w Mongolii, w górach Kaukazu, w podziemiach kopalni soli w Wieliczce, nad Morzem Bałtyckim. Wreszcie obsada bardzo mocna, naszpikowana polskimi gwiazdami, a w głównej roli (wypada dodać, że bardzo ciężkiej i trudnej) Andrzej Seweryn. Cudem uratowany i odrestaurowany materiał, stanowiący około czterech piątych planowanego filmu, został przed premierą w 1988 roku uzupełniony przez reżysera dokrętkami przedstawiającymi ówczesną Warszawę. Twórca z offu opowiada, co miało się w danym miejscu, zgodnie ze scenariuszem, rozgrywać. W sytuacji, kiedy wszelkie dekoracje i kostiumy nie istniały od prawie dekady, część osób już nie żyła, a pozostałe miały inne zobowiązania zawodowe, to takie rozwiązanie, choć niewątpliwie przykre, wydaje się jedynym realnym, które mogło w ogóle pozwolić na premierę filmu. Dodać należy, że obraz powstał z grubsza na motywach trylogii powieści fantastycznych napisanych przez stryjecznego dziadka reżysera. Sam film jest ciężki, trudny w odbiorze, bardzo, ale to bardzo mocno naznaczony osobistymi przeżyciami autora z okresu jego tworzenia. Skupiał się raczej na duchu niż na treści powieści, jednak jego wizja świata jest naznaczona przekonanie, że zło jest potęgą, która prędzej czy później w każdym środowisku przeważy, odbija się mocno na odbiorze. W słowie wstępnym przed filmem prowadzący powiedział pół żartem, pół serio, że wciąż jest jeszcze „za głupi na ten film”. Muszę się przyznać, że mam podobnie.
Koniec wieńczy dzieło. W ostatnim dniu czekał mnie seans filmu będącego kwintesencją lekkiego kina fantastycznego lat osiemdziesiątych, czyli „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa z roku 1985. Mimo upływu lat, seans tego dzieła srebrnego ekranu wciąż stanowi znakomitą rozrywkę. Świetnie zmontowany, z genialną muzyką Alana Silvestriego, aktorzy dobrani tak, że do dziś główni protagoniści kojarzeni są przede wszystkim z tymi kreacjami (ciekawostka, przez kilka pierwszych tygodni produkcji postać Martyego McFly grał Eric Stolz, który dopiero później został wymieniony właśnie na Michaela J. Foxa), choć mają w dorobku cały szereg niemniej dobrych ról, wreszcie kultowy DMC DeLorean (kolejna ciekawostka, auto było wyjątkowo nieudanym eksperymentem produkcyjnym, a dzięki „Powrotowi…” stał się cenionym i poszukiwanym klasykiem motoryzacji). Humor prosty, ale nie prostacki, ciepły, wywołujący szczery śmiech, a nie prymitywny rechot. Projekcja minęła tak szybko, jakby organizatorzy festiwalu sami użyli wehikułu czasu.
Podsumowując, Portal Film Fest okazał się inicjatywą ze wszech miar udaną. Mimo, że była to dopiero pierwsza edycja, nie odczuwało się „błędów młodości”, które przy tego typu dużych przedsięwzięciach wydają się czymś wręcz naturalnym. Musiałem się chwilę nagłowić, żeby znaleźć coś, jakąś krytyczną uwagę, która może nie tyle miałaby cokolwiek zarzucać twórcom, ale stanowić wskazówkę na przyszłość. I w sumie „coś” udało się w końcu znaleźć: wydaje mi się, że na poziomie ogólnopolskim impreza była nieco za mało rozreklamowana. Jeśli organizatorzy planują w kolejnej edycji festiwal troszeczkę „pogrubić”, niech pomyślą też o mocniejszej akcji informacyjnej. Poza tym naprawdę nie ma się do czego przyczepić, a wspomnienia z wydarzenia, nie tylko te z samych seansów, na długo pozostaną w głowie i będą przywoływać bardzo pozytywne odczucia.
Piotr Wojnarowicz

[Recenzja] „Połaniecka” Grzegorz Wielgus
Atutem powieści jest to, że autor próbuje wraz z porucznikiem Grewlingiem nie…

Komiksowe zapowiedzi na luty’20
Drugi miesiąc roku stoi zawsze pod znakiem ferii (dla uczniów) oraz sesji…

„Maska” – krótkometrażówka według opowiadania S. Lema
W ramach czczenia Roku Stanisława Lema aktorka Hanka Brulińska zdecydowała się w…














Lublin
13.10.2026

A gdzież choć kilka słów o niedzieli? Ta przecież też była dla nas!
Szedł przecież klasyk, nad klasyki tego dnia: „Zakazana planeta” (Forbidden Planet, 1956) z Leslie Nielsenem jako komandorem J.J. Adamsem.
Później była część IV (wiadomo czego), Much, Fahrenheit i o Monolicie.
W relacji nie znajduję też słowa o panelach, a wielce były interesujące mniemam.