Zmarł Krzysztof KochańskiObrazek wstążki
Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

[Recenzja] „Czarnoksiężnik z Archipelagu. Powieść graficzna” Fred Fordham, Ursula K. Le Guin

Komiks Maciej Tomczak - 2 lutego 2026
Tytuł: "Czarnoksiężnik z Archipelagu. Powieść graficzna"
Scenariusz: Fred Fordham, Ursula K. Le Guin,
Grafika: Fred Fordham,
Cykl: Ziemiomorze
Tytuł oryginalny: "The Wizard of Earthsee: A Graphic Novel"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka,
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 13 listopada 2025
Liczba stron: 280
Format: 16x24 cm
ISBN: 978-83-8391-318-6
Cena: 149.99 PLN
Więcej informacji: Fred Fordham, Ursula K. Le Guin „Czarnoksiężnik z Archipelagu. Powieść graficzna”

ZiemioKomiksoMorze

Adaptacja jest – w ścisłym sensie – przetworzeniem utworu literackiego na język innego medium. Pytanie czy takie działanie, podobnie jak odwrotne, czyli ekranizacje, ma w ogóle sens, bowiem każdy środek ekspresji charakteryzuje się własnym niepowtarzalnym sposobem wyrazu. A kiedy mamy do czynienia z dziełem wybitnym, spójnym i kompletnym w swojej formie, powyższa wątpliwość staje się tym istotniejsza. Przy czym, należy pominąć oczywistą konstatację, że to najczęściej różnego rodzaju korporacje, a nie sami autorzy, dążą do maksymalizacji swojego zysku, czyli spieniężenia popularności produktu w każdym dostępnym wymiarze.

Trzeba przyznać, że dotychczas Ursula Le Guin nie miała szczęścia do wizualnych adaptacji „Czarnoksiężnika z Archipelagu”. Najpierw w 2004 roku pojawił się miniserial „Legend of Earthsea” (w Polsce znany po prostu jako „Ziemiomorze”), wyprodukowany przez Sci-Fi Channel, z całkiem niezłą obsadą; na małym ekranie pojawili się, między innymi: Shawn Ashmore, Kristin Kreuk, Isabella Rossellini, Danny Glover. Dwa lata później własną wersję cyklu, zatytułowaną „Opowieści z Ziemiomorza”, przedstawiło legendarne studio Ghibli. Tyle tylko, że za realizację nie odpowiadał Hayao Miyazaki, lecz jego syn Gorō Miyazaki. O ile ten film jest piękny pod względem wizualnym i muzycznym, to, podobnie jak wspomniany serial, cierpiał na jedną, acz podstawową wadę – materiał źródłowy traktował z dużą swobodą, plącząc postacie, miejsca i wątki, przez co traciły one nie tylko pierwotny, lecz jakikolwiek sens i znaczenie.

A „Czarnoksiężnik z Archipelagu” jest jedną z najważniejszych powieści XX wieku, zarówno fantastycznych, jak i w całej literaturze współczesnej. Jeśli zwolennicy twardej fantastyki mają co do tego pierwszego faktu jakieś wątpliwości, powinni być świadomi, że zachwalał ją nawet Stanisław Lem. Jednak mimo zaliczania się do kanonu, także powieści młodzieżowych, dla porządku należy choć pokrótce przybliżyć samą fabułę książki, a zarazem również komiksu opracowanego przez Freda Fordhama, jako że od momentu debiutu historii napisanej przez Le Guin minęło już niemal sześćdziesiąt lat (w Polsce ukazała się pierwszy raz ponad czterdzieści lat temu; tak naprawdę powinna nieco wcześniej, lecz ze względu na nazwisko tłumacza, Stanisława Barańczaka, cenzura wstrzymała zgodę na druk).

Zatem głównym bohaterem historii jest chłopiec o imieniu Ged, który w przyszłości stanie się tytułowym czarnoksiężnikiem, lecz nie jednym z wielu, a największym i najpotężniejszym wśród największych i najpotężniejszych, arcymagiem i władcą smoków, zwanym powszechnie Krogulcem (w tym świecie prawdziwe miano każdej istoty to jej największa tajemnica, źródło mocy, ale także słabości). Zanim do tego dojdzie Ged będzie musiał przejść, dosłownie i w przenośni, długą drogę, mierząc się z różnymi przeciwnościami losu i konsekwencjami swoich czynów. Kiedy zostają odkryte jego magiczne umiejętności, Ged najpierw trafia na nauki do mistrza Ogiona, a później zostaje wysłany do szkoły magów na wyspie Roke. Tam pycha i chęć udowodnienia posiadanych zdolności innym osobom doprowadza do tragedii. Aby zniwelować jej skutki młody czarodziej będzie musiał przemierzyć znaczną część Ziemiomorza i poznać różne oblicza świata, magii, śmierci i życia.

Jak zatem można łatwo wywnioskować „Czarnoksiężnik z Archipelagu” jest historią o dorastaniu i przemianie. Powieścią, która dzisiaj prawdopodobnie byłaby zaliczona do kategorii książek dla nastolatków, chociaż nie ma w niej tak popularnych wątków miłosnych, a same przygody Geda są tak naprawdę dość mroczne. Bohater boleśnie zderza się z rzeczywistością, można nawet dojść do wniosku, że jego magiczne umiejętności stanowią bardziej przekleństwo niż dar. Oczywiście do czasu, kiedy Ged uświadomi sobie, jak należy z nich właściwie korzystać, kiedy czary są niezbędne, a kiedy okazują się tylko ułudą czy niepotrzebną wręcz sztuczką. W tym podejściu do mocy jest dużo z ducha wschodnich kultur, gdzie brak działania jest równie ważny, jeśli nie ważniejszy, od samej aktywności.

Fred Fordham, znany już w Polsce z kilku powieści graficznych adaptujących książki („Zabić drozda”; „Wielki Gatsby”; „Nowy wspaniały świat”), nie miał łatwego zadania, podejmując się przełożenia powieści Le Guin na język komiksu, ponieważ największą siłą „Czarnoksiężnika z Archipelagu” jest narracja. Nie opisy czy dialogi, lecz uczucia i stany. Trudno jest zatem dokładnie przełożyć je z jednego medium na drugie, zmienić język wyrazu, ale zachować komunikatywność i nie doprowadzić przy tym do redundancji. Fordham sprostał temu zadaniu.

Autor przede wszystkim bardzo umiejętnie operuje obrazem, kolorystyką ilustracji oraz natężeniem barw. W wielu ujęciach, dość nietypowo, jak na komiksowe standardy, zostały zastosowane plany daleki lub ogólny, które podkreślają, potęgują albo tonują emocje, w zależności od rozgrywającego się epizodu. Montaż z kolei sprawia, że po scenach wypełnionych dialogami lub opisami następują sekwencje „nieme”, co dobrze ze sobą współgra, nierzadko nadając sytuacjom dodatkowej wagi. Sama kreska jest realistyczna.

Fordham zachował dziesięcioczęściową strukturę powieści Le Guin, co nie jest równoznaczne z faktem, że fabuła powieści została całkowicie odwzorowana w powieści graficznej. Niezbędne było dokonanie pewnych skrótów i przekształceń, ale co do zasady, jest to ta sama historia, lecz przedstawiona za pomocą innych środków wyrazu. Zarazem jest w pełni autonomiczna, nie ma niedopowiedzeń czy konieczności powrotu do książki, by zrozumieć treść czy przekaz komiksowego „Czarnoksiężnika z Archipelagu”.

Natomiast, mimo ogólnie pozytywnych doznań estetycznych, największą wadą wersji Fordhama są twarze postaci. Jeśli fizjonomia bohaterów nie jest naznaczona jakimiś szczególnymi różnicami, od koloru skóry poprzez rodzaj fryzury na znamionach kończąc, właściwie trudno byłoby ich od siebie odróżnić. Jest to dość zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że na przykład w graficznej wersji „Nowego wspaniałego świata”, gdzie unifikacja miała duże znaczenie dla opowieści, analogiczny problem się nie pojawiał. Trudno zatem wnioskować, jakie miał intencje Fordham albo co dokładnie pokierowało jego dłonią.

Niemniej jednak, pomimo swoistej doskonałości komiksowej wersji „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, postawione w pierwszym akapicie pytanie o sens i zasadność tworzenia adaptacji pozostaje w mocy. Fred Fordham nic nie dodał od siebie do opowieści snutej przez Ursule Le Guin – nie dodał, ponieważ nie miał na to żadnej przestrzeni. Z jednej strony, to dobrze, ponieważ zachował „ducha” historii, a należy pamiętać, że próby reinterpretacji albo wyłącznie bazowania na przedstawionym świecie, nie zawsze wychodzą pomyślnie. Na przykład, „Łowca androidów” Ridley’a Scotta jest wizualnie i muzycznie piękny, to zarazem nie ma głębi i refleksji na temat humanizmu oraz transcendencji, jakie były zawarte w powieści Philipa K. Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”. Z drugiej strony, ten komiks nie jest niczym innym, jak rodzajem kontekstualnej zabawy. Nawet gdyby chciał, nie jest w stanie zastąpić książki.

Ale też praca Freda Fordhama może stanowić, zwłaszcza dla czytelników urodzonych w XXI wieku, pierwszy kontakt z twórczością Ursuli Le Guin, która chociaż zalicza się do grona osób wyniesionych na literacki piedestał, we współczesnym dosłownym zalewie różnego rodzaju mniej lub bardziej fantastycznych utworów, zaczyna być przez młodszych odbiorców nieco zapomniana, a na pewno mniej dostrzegalna. Ujęcie jej pracy w nowe ramy, nawet jeśli merytorycznie wtórne, przypomina o jakże ważnym dorobku Le Guin i być może zachęci, by sięgnąć po jej inne powieści i opowiadania. A to już jest rzecz warta swej ceny.

 

Maciej Tomczak

    Mogą Cię zainteresować

    Laurent Genefort, Alexandre Ristorcelli „Poszukiwacze z Drzewoświata”
    Komiks MAT - 27 sierpnia 2025

    „Poszukiwacze z Drzewoświata” to fantastyczna przygoda, rozgrywająca się na porośniętej bujną roślinnością…

    Prawdziwy detektyw, nie żaden magik
    Bookiety nimfa bagienna - 16 czerwca 2014

     Autor: Robert Galbraith Tytuł: „Wołanie kukułki” Tłumaczenie: Anna Gralak Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie…

    Blaski i cienie różnorodności

    Recenzja książki „Memento. Antologia o życiu śmierci”. Antologie – z grubsza rzecz…

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *