Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

[Recenzja] „Światła Amalou” Christophe Gibelin, Claire Wendling

Komiks Maciej Tomczak - 2 marca 2026
Tytuł: "Światła Amalou"
Scenariusz: Christophe Gibelin,
Grafika: Claire Wendling,
Tytuł oryginalny: "Les lumières de l'Amalou"
Wydawnictwo: Wydawnictwo KURC,
Tłumaczenie: Jakub Syty,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 8 października 2025
Liczba stron: 240
Format: 21x29 cm
ISBN: 978-83-976779-9-9
Cena: 169.90 PLN
Więcej informacji: Christophe Gibelin, Claire Wendling „Światła Amalou”

Fretki i ludzie*

 

Śni mi się przeszkód wszystkich treść
i źródło gdzieś zgubione w chmurach,
i wielka zalesiona góra,
i strumień – stróż ukrytych przejść.

Jacek Kleyff „Źródło

 

Rzadko o tym się myśli – na Ziemi żyje znaczna liczba ludzkich ras, ale tylko jeden gatunek. Nie jest to bynajmniej zasługa ewolucji, a przynajmniej nie wyłącznie, lecz konsekwencja wrodzonej skłonności homo sapiens do agresji, za sprawą której z bezwzględną skutecznością wyeliminowali swoich współwystępujących przez pewien czas w przeszłości współbraci. A przecież świat mógł wyglądać zupełnie inaczej. W jakiejś równoległej rzeczywistości, w której nici czasu splotły się w odmienny sposób, być może istnieją także inne rozumne rodzaje ssaków naczelnych, a może nawet istoty spoza rodziny człowiekowatych**.

„Światła Amalou” rozpoczynają się w momencie, gdy dwóch nietypowych lotników, Andrea i Elwood, przemierzających niebo aeroplanem napędzanym pedałami, rozbija się na wyspie położonej na tytułowej rzece. Jest ona zamieszkana przez ludzi zwanych transparentnymi oraz humanoidalne fretki, do którego to gatunku zalicza się zresztą wspomniana para bohaterów. Ze względu na uwarunkowania terenowe, grupy dotychczas nie mogła wydostać się ze swojej enklawy, lecz mający wiedzę na temat pojazdów latających Andrea i Elwood stanowią dla nich szansę na wyrwanie się z potrzasku. To jednak nie przypadek, że akurat te społeczności żyły w izolacji i kruchej równowadze, bowiem ich los wiąże się z legendą o Wielkim Dębie, dawnym bogu wszystkich istot, i zakazanym związku przywódcy fretek oraz przepięknej transparentnej. Od zachowania przyjaznych relacji między gatunkami zależy dalsze istnienie całego świata, ale wbrew temu obie strony zaczynają dążyć do osiągnięcia supremacji.

Polskie wydanie „Świateł Amalou”, opublikowane przez wydawnictwo Kurc, zawiera wszystkie pięć części cyklu („Theo”, „Marionetka”, „Wioska na opak”, „Guale”, „Prochy”) stworzonego przez Christophe’a Gibelina (scenariusz) oraz Claire Wendling (rysunki i kolory). Po pierwszym tomie może wydawać się, że czytelnik otrzymuje pięknie narysowaną, lecz po prostu kolejną przygodowo-awanturniczą powieść graficzną, lecz szybko to mija, gdy wraz z rozwojem fabuły okazuje się, że komiksowi zdecydowanie bliżej do mrocznej baśni – historii o zgubnym pożądaniu, niespełnionej miłości, cierpieniu za przewinienia oraz pragnieniu posiadania nieograniczonej władzy nad światem.

Relacja między protagonistami ma pozornie stereotypowy charakter. Służący Elwood jest dość nieporadny, a w postępowaniu kieruje się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem. Jego zachowanie czy raczej doświadczenie w dużym stopniu odpowiada za element komiczny w opowieści. Z kolei Andrea reprezentuje wiedzę wynikającą z nauki, choć przy całej swej szlachetności jest nieco zadufany i zbyt pewny siebie. Ich przyjaźń przypomina układ między Sherlockiem Holmesem a doktorem Johnem Watsonem, chociaż w znacznie bardziej szorstkim wydaniu. Natomiast jest to wyłącznie pozór dychotomicznego podziału ról. O ile Elwood jest fajtłapowaty, o tyle wzbudza większą sympatię, także dlatego, że jego intencje są dużo czystsze. Andrea przypomina trochę naukowca – choć nie szalonego, bowiem ta rola jest przypisana do innej postaci – pochłoniętego pogonią za tajemnicą, gotowego zapłacić niemal każdą cenę za jej zrozumienie i rozwiązanie zagadki.

Początkowo historia podąża za Andreą i Elwoodem, ale trzecią i fabularnie najważniejszą bohaterką „Świateł Amalou” jest widoczna na okładce komiksu Orana, jedna z transparentnych. Krótko ostrzyżona dziewczyna, ubrana w przewiewną, wiosenną sukienkę na ramiączkach, sprawia wrażenie niepozornej trzpiotki, może z odrobiną mniej lub bardziej celowego typowego dla femme fatale magnetyzmu, za sprawą którego uwodzi Elwooda. Jednak wraz z rozwojem wydarzeń Orana staje się coraz bardziej świadoma zadania, jakie zostało jej powierzone, i jakie musi zrealizować, by w finale okazać się w pełni odpowiedzialną i całkiem sprytną młodą kobietą, gotową do poświęcenia w imię wyższego dobra.

„Światła Amalou” wyróżniają się nie mniej fascynującymi drugo- i trzecioplanowymi postaciami. Wynika to z faktu, że cały przedstawiony świat jest wielce intrygującym miejscem. Akcja toczy się w alternatywnej wersji europejskiej rzeczywistości z pierwszych dekad XX wieku, co można wywnioskować między innymi z rozmów Andrei i Elwooda. Co więcej, po ulicach poruszają się automobile, a niebo przecinają samoloty. Nie są to dokładnie takie same maszyny, jakie może znać odbiorca komiksu. Ich funkcjonowanie wynika z odmiennych zasad, a zatem postęp techniki musiał podążyć nieco inną gałęzią rozwoju. Fretki budują roboty, zaś transparentni wykorzystują w urządzeniach napęd oparty o energię solarną. Jest to stylistyka typowa dla steampunku, chociaż przecież nie o węgiel i parę dokładnie tu chodzi. Jednocześnie równie istotna jest magia, chociaż nikt tak naprawdę nie rzuca uroków ani tym bardziej czarów. To siła wynikająca z natury, jeden z elementów żywiołów, wpływający na wydarzenia, niektóre przedmioty, a nawet poszczególne osoby. Trochę szkoda, że wiele aspektów „Świateł Amalou” pozostaje niedopowiedzianych, stanowi tylko sugestie albo drobne napomknięcia, a pełen obraz obowiązujących norm i praw pozostaje poza granicami poznania.

Inną wadą powieści graficznej Gibelina i Wendling, wiążącą się poniekąd z powyższymi niedomówieniami, są niekiedy zbyt znaczne przeskoki lub pominięcia w toczącej się opowieści. Oczywiście nie dotyczy to kluczowych wydarzeń, ale zarówno między poszczególnymi albumami, jak i w ramach danego odcinka, nierzadko zdarza się, że niektóre sytuacje i wypadki nie zostają przedstawione. Co prawda nie trzeba do końca samodzielnie dopowiadać, co dokładnie miało miejsce, ponieważ można tego najczęściej dowiedzieć się z toczonych rozmów, jednak nadal podczas lektury wywołuje to pewną konsternację.

Jeśli chodzi o formalne ujęcie, „Światła Amalou”, powieść graficzna, jest klasycznym komiksem z ilustracjami oddzielonymi wyraźnymi ramkami oraz dialogami w większości umieszczonymi w dymkach. Realistyczne rysunki Wendling są delikatne i subtelne, zarazem precyzyjnie obrazują fantastyczny świat i zaludniające go istotny. Największą uwagę zwraca kolorystyka. Wraz z narastającym chaosem barwy stają się coraz ciemniejsze, bardziej intensywne i głębsze. Mrok pogrąża nie tylko bohaterów, lecz wpływa także na recepcję czytelnika.

Po przewróceniu ostatniej kartki „Świateł Amalou” i zamknięciu woluminu można poczuć dużą satysfakcję z dobrze wykorzystanego czasu; a nieco go potrzeba, choć niespełna dwieście pięćdziesiąt stron wydaje się mocno niepozorne. Komiks nie jest pozbawiony wad, zapewne dla części osób zbyt wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi, ale mimo to jest to powieść graficzna godna polecenia dla wszystkich miłośnikom nieoczywistych, nieco onirycznych i baśniowych historii.

Podobno decydującym czynnikiem zapewniającym homo sapiens osiągnięcie dominującego statusu na trzeciej planecie od Słońca była zdolność do imaginacji. Nie siła, wyjątkowa umiejętność przetrwania czy zdolność szybkiej adaptacji do zmiennych okoliczności, lecz właśnie wyobraźnia. To ona pozwoliła (i nadal pozwala) ludziom koegzystować i sprawnie współpracować, nawet jeśli się bezpośrednio nie znają. To ona kiedyś zjednoczyła ludzi i zmobilizowała ich do podjęcia trudu wyprawy przez – ostatecznie – cały świat. Być może to ona także sprawiła, że ludzie pozbyli się innych, odmiennych przedstawicieli swojego gatunku. A teraz sprawia, że nieustannie pragniemy tworzyć i słuchać opowieści.

 

Maciej Tomczak

 

* To oczywiście parafraza tytułu powieści „Myszy i ludzie” Johna Steinbecka.

** Treść pierwszego i ostatniego akapitu jest inspirowana lekturą prac Juwala Noacha Harariego.

    Mogą Cię zainteresować

    Byłem przy tym, jak Horus zabił Imperatora
    Recenzje fantastyczne Fahrenheit Crew - 10 kwietnia 2013

    Dan Abnett Czas Horusa Tłum.: Michał Kubiak Fabryka Słów 2012 Stron: 541…

    Nie zachowuj się jak bydlę!
    Bookiety Hanna Fronczak - 5 lipca 2018

    Po lekturze książki Vitusa B. Dröschera „Reguła przetrwania” powoli dochodzę do wniosku, że powyższe zdanie jest…

    [Recenzja] „Czas pomsty” Maciej Liziniewicz

    Maciejowi Liziniewiczowi udało się stworzyć bardzo klimatyczny i zdecydowanie mroczny świat. Drobiazgowo…

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *