Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Antologia „Cyberpunk Girls. Opowiadania” – fragmenty

„Cyberpunk Girls. Opowiadania” to zbiór tekstów cyberpunkowych polskich autorek. I tych znanych, i docenionych, i tych jeszcze nieodkrytych. Poznaj zawiłe ścieżki wyobraźni cyberpunk girls i wybierz świat dla siebie.

Poniżej prezentujemy fragmenty utworów wybrane osobiście przez autorki.

 

Martyna Raduchowska Heartbyte

Ledwie zaczęło świtać, Keira otworzyła oczy. Zazwyczaj przesypiała jak kamień całą noc, dlatego od razu wyczuła, że coś jest nie w porządku. Nawet nie do końca przytomna, z głową wciąż zapchaną watą i myślami splątanymi ze strzępami snu, szybko zrozumiała, że nie obudził jej dzwonek budzika, wiadomość na komunikatorze ani powiadomienie aplikacji.

Nie — tego ranka obudziła ją cisza.

Miarowe, głębokie dudnienie, które od kilku miesięcy precyzyjnie odmierzało uciekający czas niczym licznik bomby zegarowej, niespodziewanie zwolniło, wybijając dziwnie chaotyczny rytm, a potem… umilkło. Keira w panice próbowała zerwać się z posłania, ale pierś przygniótł jej niewidzialny ciężar, a całe ciało zesztywniało od mrowiącego zimna.

Umieram, stwierdziła trzeźwo. I nawet poczuła ulgę, że to wreszcie koniec. Była już tym wszystkim śmiertelnie zmęczona i jedyne, czego ostatnio pragnęła, to zwinąć się w kłębek jak kot i po prostu zniknąć.

A jednak koszmar, który niespełna pół roku temu na dobre zawładnął jej jawą i snem, wcale nie zamierzał poddać się bez walki. Zamierzał trwać dalej.

Do tego zaś potrzebował jej żywej.

Po kilku sekundach absolutnego bezdźwięku pod czaszką Keiry rozbrzmiał naraz płaski, jednostajny szum. Zupełnie jak gdyby w mózgu doszło do zwarcia i po chwilowym blackoucie przepalone neurony zaczęły sypać deszczem iskier i śniegiem zakłóceń. Kobieta patrzyła bezradnie, jak pierwsze promienie słońca, sączące się do dziupli przez niedomknięte żaluzje, nabierają szkarłatnej barwy, a wszystko wokół pochłania mrok, niby winietowanie na krawędziach fotografii. Gra światła i cienia, migotliwej czerwieni i matowej czerni, hipnotyzowała pięknem na granicy artyzmu i kiczu. Trochę smutna, trochę śmieszna, trochę straszna… A jednak biła od niej pewna ostateczność, której pod żadnym pozorem nie należało lekceważyć.

Keira zagryzła zęby, gdy wirujące w powietrzu drobinki kurzu zapłonęły jedna po drugiej na podobieństwo rubinowych świetlików, bzycząc jak transformatory starego neonu, po czym zaczęły układać się w słowa:

Migotanie komór.

Zatrzymanie akcji serca na 21 sekund.

Pilnie ureguluj abonament, aby uniknąć kolejnych blokad krążenia.

W trosce o Twoje zdrowie przypominamy, że termin płatności mija za 1 dzień, 7 godzin i…

…10… 9… 8… 7…

„Ureguluj abonament”, powtórzyła w myślach. „W trosce o Twoje zdrowie…” Mają tupet, skurwysyny.

Niecierpliwym mrugnięciem powiek zmiotła neonowe napisy z pola widzenia. W ich miejsce natychmiast pojawiły się dwie opcje do wyboru: Zapłać teraz oraz Przypomnij później. Kobieta z ciężkim sercem wybrała tę drugą, po czym szybko zamknęła okno dialogowe, nie czytając całej litanii ponagleń i ostrzeżeń. Znała je wszystkie na pamięć. Lubiła udawać przed samą sobą, że nie robią już na niej żadnego wrażenia, prawda wyglądała jednak inaczej. W rzeczywistości, mimo że minęło niemal pół roku, Keira czuła strach równie silny, jak za pierwszym razem. Bo wbrew temu, co próbowała sobie wmówić, aby jakoś utrzymać złudne poczucie kontroli i zapanować nad wzbierającą paniką, wcale nie była gotowa oddać życia walkowerem.

A szkoda.

To by naprawdę wiele ułatwiło.

 

Magdalena Kucenty Dziewczyna, której nie było

– Dwa-jeden-pięć-dziewięć, drzewa ciągle rosną, lecz koty nie wiedzą, dokąd się tak spieszą. Osiem-trzy, napij się słońca.

Koleś stał oparty o ścianę klubu i palił. Po odsłuchaniu przekazu odsunął jointa od wentylu swojej maski: mniej więcej poprawnego anatomicznie serca. Następnie wypuścił obłok dymu lewą tętnicą płucną.

Zapachniało ziołem.

– Szczeźnij – rzucił w końcu beznamiętnie i splunął przez główną żyłę.

Zero podziękowań. Przez moment Tyana obawiała się nawet, że koleś jej przywali. Natychmiast pożałowała, że nie pozwoliła Iro iść ze sobą. Ale Wybraniec tylko cisnął blantem pod jej nogi, a potem odwrócił się na pięcie. Chwilę stał tak w bezruchu, aż dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy przekaz na pewno zadziałał. Wreszcie jednak Twarzosercy ruszył przed siebie, a ona za nim. Nie zareagował w żaden sposób na to, co zrobiła. Nie pisnął nawet słowa.

Co ciekawe, zawrócił się do klubu.

Muzyka niosła się po ogromnej pseudomagazynowej hali. Dark elektro dobrze tłukło neurony. Bity dudniły pod czachą i w piersi, prąd śmigał po skórze. Maska serce pulsowała do rytmu – arterie, żyły, komory pikały szaleńczo.

Tyana patrzyła jak zahipnotyzowana. Ludzie tańczyli jak zahipnotyzowani. Koleś szedł jak zahipnotyzowany.

Zagadkowym sposobem nikt nikomu nie wchodził w drogę. Klubowicze przepuszczali Twarzosercego i śledzącą go dziewczynę, nie racząc ich choćby przelotnymi spojrzeniami. Mogli dla siebie nawzajem nie istnieć.

W końcu wyszli na zaplecze klubu. Dark elektro było już tylko szmerem zza ściany.

– Dokąd idziemy? – zapytała Tyana, kiedy Twarzosercy zaczął wdrapywać się po metalowej siatce ogrodzenia.

Zostawiła swoją e-hulajkę przed klubem i wolałaby ją odzyskać, zanim wyruszy w magiczną podróż na drugi koniec miasta. Co było o tyle głupie z jej strony, że tego właśnie mogła się spodziewać. Powinna była po prostu zabrać urządzenie.

Koleś nie odpowiedział. Tyana westchnęła.

Następnie, klnąc pod nosem, zaczęła wspinaczkę. Skoczyła za Twarzosercym na drugą stronę ogrodzenia. Teraz nie mogła się już wycofać.

– Słyszysz, co do ciebie mówię?

Milczał.

W drodze zatrzymali się tylko raz. Czarne graffiti na murze głosiło:

AdRiaNNo

usł+ugi RAPersko-PROGRAMistyczne

TANIO i jako tako!

Twarzosercy wpatrywał się w koślawe litery z zadartą głową.

– Masz na imię Adrian? – Tyana zmrużyła oczy, ledwie odczytując napis.

Z danych zapisanych w kodzie QR wynikało, że koleś był DJ-em o pseudonimie Ticker. Nic więcej nie wiedziała. A jednak, gdy zaprzeczył ruchem głowy i znów ruszył przed siebie, jakimś sposobem wyczuła, że kolejnych tego typu postojów nie będzie.

 

Jagna Rolska Spandau

– Hans mówił, czego tym razem chce? – zapytał Johann, gdy podeszli do wiaduktu kolejowego.

Nie zamierzali na niego wchodzić. Nie mieliby zresztą jak. Tuż przed mostem rozciągnięto zasieki z drutu kolczastego, dalej stały reagujące na ruch działka laserowe, a za nimi drgało w wieczornym powietrzu zielone pole siłowe. W to, że działka były aktywne, nie mieli powodu wątpić. W wielu miejscach spękanego asfaltu leżały truchła szczurów wielkości dorodnych kotów.

– Nie mówił – odparła po chwili milczenia Annika.

– Niczego nie mówił, niczego nie wyjaśniał, ot, jak zwykle zagwizdał na nas, a my lecimy jak posłuszne psy w symulatorze dla staruszków.

– A jakie mamy wyjście? – rzucił z nietłumioną irytacją. – Praktycznie siedzimy mu w kieszeni. Co więcej, siedzimy w jego mieszkaniu, na jego fotelach. I zamiast narzekać, powinnaś się cieszyć z tego, że mamy go po swojej stronie.

– Wiem! – przyznała. – Ale co na to poradzę, że mnie to wkurwia? – dodała hardo, choć półgłosem.

– Mnie też – mruknął i dał jej ręką znak, żeby zamilkła.

O pobliski wysprejowany murek opierał się Ali, ochroniarz Hansa i jednocześnie jego najbardziej zaufany człowiek. Jedną dłoń trzymał na kolbie przewieszonego przez ramię karabinu, a paluchem drugiej dłubał między zębami. Nawet w ledwie rozproszonym mroku dawało się odczytać fragmentarycznie widoczny za mężczyzną czerwony tag ZOO, którym podpisywała się znana w dzielnicy grupa myśliwych. Johann zdążył się zdziwić, że gildia z popularnej strzelanki Zoologischer Garten taguje też w realu, ale nie skomentował. Ali odkleił się od murku i skinął im od niechcenia głową.

– Szef czeka – oznajmił z lekką przyganą w głosie.

– Chodźcie za mną.

– Trafimy – odparł pogodnie Johann i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Ali wzruszył ramionami, ponownie oparł się o murek i znów zaczął dłubać w zębach. Stracił zainteresowanie gośćmi szefa i zapatrzył się w łunę pola siłowego.

W barze Hansa nie zmieniło się nic od czasu, gdy Johann był trzynastoletnim, wypłoszonym szczeniakiem i przyszedł tu po raz pierwszy. Nieraz zastanawiał się, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby bar nie znajdował się w zasięgu jego pięciuset metrów powierzchni życiowej w czasach, gdy mieszkał u matki. Po szesnastu latach nie miało to żadnego znaczenia.

Wewnątrz znajdowały się raptem cztery stoliki przykryte wypłowiałą ceratą. Metalowe krzesła tapicerowane czerwonym skajem stały równiutko przysunięte do blatów. Nad barem z przeszkloną chłodnią obracał się ruszt. Hans osobiście ścinał kawałki przypieczonego mięsa na metalową tackę.

 

Krystyna Chodorowska, Gabriela Panika Dotknąć ciemności

– Rita, mogę cię prosić na moment?

Rita McGee zatrzymała się i spojrzała na wychylającą się z gabinetu zwalistą sylwetkę Brunona Podolskiego, inspektora trzeciej klasy z wydziału dochodzeniowo-śledczego. Lubiła go, bo przyszli na komendę miejską w podobnym czasie, ale Podolski awansował zdecydowanie wolniej, jako że chętnie dzielił się z wszystkimi dokoła swymi niestworzonymi teoriami i dość szybko zraził do siebie parę wyżej postawionych osób.

– Coś ważnego, Bruno? Nie mam za bardzo czasu.

– Jak zwykle – rzucił enigmatycznie mężczyzna. – Chodź, zobacz, znalazłem coś… interesującego.

Znowu. McGee z wahaniem podrapała się w nos i weszła do gabinetu. Projektor nad biurkiem Brunona wyświetlał obracające się powoli trójwymiarowe zdjęcie młodej kobiety o ciemnych włosach.

– Wanda Dryden? – zdziwiła się McGee. – Co z nią? Właśnie przesłuchuje Schroedera.

– O to mi chodzi – powiedział Podolski z tajemniczym uśmiechem. – Mijałem ją na korytarzu i coś zauważyłem. Ciekawe, czy ty też. – Pstryknął pilotem i zdjęcie znikło, zastąpione przez kilkanaście klatek ukazujących podgląd z kamer w budynku. – Popatrz tutaj. Pogrzebałem trochę w nagraniach ochrony.

Rita ściągnęła brwi, skupiając się na pierwszym obrazie z lewej. Korytarz był pusty. Po chwili z dolnego rogu klatki wychynęła drobna, energiczna postać Wandy Dryden; niemal było słychać charakterystyczny, ostry stukot jej obcasów. Z przeciwnej strony nadchodził ciemnoskóry, wysoki Andrew Johnson. Minęli się bez słowa i każde podążyło w swoją stronę. Nagranie przeskoczyło do początku.

McGee spojrzała na kolejny obraz. Dryden mija się na korytarzu z Eve Stuart, witają się krótkim skinieniem głowy, ale nie przystają, by porozmawiać. Dryden i grupka mężczyzn w garniturach, z plakietkami „Gość”. Dryden i ona sama, na korytarzu prowadzącym do stołówki. Dryden i…

– Aaaach! – załapała wreszcie. Bruno pokiwał głową z satysfakcją.

– Też to widzisz? – Uśmiechnął się szeroko. – Za każdym razem.

Zwolnił tempo odtwarzania, postać Wandy płynęła teraz miękkimi, oszczędnymi ruchami, trzymając się blisko ściany. Nadchodzący z przeciwka Johnson sunął sennie, jego długie ręce majtały się zabawnie w rytm kroków. Gdy się mijali, Wanda obróciła lekko ciało, wysuwając prawe ramię do przodu, jakby chciała przepuścić go w drzwiach. Trwało to ułamek – no, teraz w zwolnionym tempie może całą sekundę. Po chwili Dryden znów maszerowała przed siebie jakby nigdy nic.

– Jakby mijali się w ciasnym przejściu – stwierdziła w zamyśleniu McGee. – A przecież miejsca jest sporo. I zauważ, robi to całkiem odruchowo, prawdopodobnie w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Mocno utrwalony nawyk. Służyła na okrętach podwodnych? Pokaż mi jej CV.

Obrazy na ekranie znikły, zastąpione przez rzędy liter; Bruno był przygotowany. Rita powiększyła interesujący ją fragment.

– No, nie – mruknęła ze zdziwieniem. – Odbyła normalną służbę w wojskach lądowych, więc…? Ukrywa, że była w marynarce…? Ale dlaczego?

– Albo…? – wtrącił Bruno, znacząco zawieszając głos.

– Albo? – Rita spojrzała na niego podejrzliwie.

Podolski uniósł tylko brwi.

– Przestań – zirytowała się kobieta. – To niemożliwe.

Bruno pstryknął pilotem, nad biurko wróciło zdjęcie Wandy Dryden. Blada, trójkątna twarz o wysokich kościach policzkowych obracała się powoli, wielkie, ciemne oczy patrzyły na nich pusto i bez wyrazu. Na zdjęciach do dokumentów każdy wyglądał jak niewprawny model 3D wykonany przez pierwszaka.

– Albo…? – powtórzył Bruno.

Rita McGee zamknęła oczy i przycisnęła palcami powieki, aż rozjarzyły się pod nimi białe błyski. To, co sugerował Bruno, było zbyt absurdalne, żeby w ogóle brać to poważnie. Nie, naprawdę nie mógł sądzić, że…

– Albo wychowała się w Kopcu.

 

Martyna Raduchowska Mindblow

Nilsson mlasnął językiem o podniebienie, jakby próbował tutejszego powietrza. Skrzywił się z niesmakiem. Dwa razy popatrzył tęsknie za odlatującym hoverem, zanim wreszcie ruszył w stronę motelu. Lodowata woda przy każdym kroku wlewała mu się do świeżo wyglancowanych butów. Deszcz spływał po lśniących od brylantyny włosach i kapał za koszulę. Niesiony wiatrem smród rozkładu stęchlizny i kociego moczu całkowicie zagłuszył woń ulubionej wody kolońskiej. Cedząc przekleństwa, pułkownik wcisnął głowę w ramiona i postawił na baczność sztywny kołnierz płaszcza. Resztki dobrego nastroju uleciały wraz z kolejnym zimnym podmuchem, gdy tylko dostrzegł sprawczynię wszystkich swoich dzisiejszych nieszczęść.

Stała na galerii na drugim piętrze motelu, oparta łokciami o balustradę, wpatrzona w warkocze kropel ciurkające z przerdzewiałej rynny. Na widok pułkownika wyprostowała się nagle, niby zaskoczona, po czym przesadziła barierkę niemal bez odbicia, lądując w przyklęku na płycie lądowiska. Nilsson usłyszał cichutki wizg egzoszkieletu, który musiała skrywać pod ubraniem. Nie spodobał mu się wyraz jej bladoróżowych oczu albinoski, gdy ruszyła w jego stronę, rozchlapując kałuże ciężkimi buciorami o cholewach sznurowanych po same kolana. Absolutnie niczym nie przypominała zmysłowej, otulonej zwiewnymi tiulami piękności, z którą przed niespełna tygodniem uciął sobie nader interesującą pogawędkę na balu charytatywnym w rezydencji burmistrza.

Nigdy nie ufaj holo, pomyślał z rozdrażnieniem, czując drugie tego wieczoru ukłucie głębokiego zawodu.

 

Agata Suchocka Nitro

Uwielbiała tę maszynę.

Silnik nie warczał, tylko wył, dźwięk przypominał jęk konającej bestii. Siodło wibrowało pod nią, a gdy przełączyła kciukiem dźwigienkę nitro, maszyna wyrwała do przodu. Przywarła do baku, wrzucając stopą ostatni bieg, i przekręciła manetkę do oporu. Agonalne wycie przecięło pozorną ciszę spowijającą drzemiącą metropolię.

To miasto nigdy nie zapadało w sen.

Gdy praworządni obywatele udawali się na spoczynek, kolorowe nocne ptaki otwierały oczy i wyfruwały w mrok. Życie przenosiło się do podziemia, jak wrzody pękały wrota nocnych klubów, wylewając na ulicę zepsucie skąpane w narkotycznych wyziewach. Dzielnice bogaczy drzemały, na uliczkach, przy których znajdowały się rezydencje ze stali i szkła, roiło się od uzbrojonych patroli, ale nawet opancerzone wozy nie zapuszczały się do szemranych dystryktów. Tam ożywały burdele, knajpy i tuningownie, warsztaty modyfikujące i ludzi, i maszyny.

Nie bardzo ją to wszystko interesowało. Była córką pary naturszczyków wychowaną w przekonaniu, że cyborgizacja oznacza koniec człowieczeństwa, a fuzja tego, co ludzkie, z tym, co mechaniczne, może doprowadzić jedynie do katastrofy. Jak to się stało, że wylądowała w gangu prowadzonym przez kobietę, która jak podejrzewała, była w jakimś chorym związku z półmechanicznym rzeźnikiem? Tak jak zwykle działo się w podobnych przypadkach: matka puściła się z przypadkowym facetem, kilkulatce opowiadała bajki o tym, jakim to był wspaniałym człowiekiem i dlaczego musiał ją opuścić w imię wyższych ideałów, a gdy na horyzoncie pojawił się nowy przydupas i postawił ją przed wyborem, porzuciła bachora i zniknęła.

Rubble trafiła się dość fajna bajka o zwycięzcy legendarnego wyścigu, który nie opuścił matki, a zginął tragicznie w kuli ognia. Wierzyła w te bzdury, bo nie miała nic innego, w co mogłaby wierzyć. Powtarzała je do znudzenia nowej opiekunce, aż ta historia stała się oficjalną wersją.

 

Jagna Rolska Amber

Statek badawczy Wordsworth, nazwany tak oczywiście na cześć szefa Rządu Światowego i ojca programu ewakuacji ludzi z zagrożonej zagładą Ziemi, cumował w spokojnej zatoczce wyspy Alkmaar.

Ekspedycja zaczęła się dość niefortunnie. Dwóch Adiunktów z Uniwersytetu Gatesa dopuściło się zaniedbań w procedurze nieujawniania się mieszkańcom rezerwatu, schodząc na ląd bez maskujących metauniformów. Miejscowy rybak niemal dostał zawału ze strachu, więc musieli zemdlonego przetransportować do pokładowego medlabu. Obydwaj adiunkci dostali naganę od kapitana, a szef wyprawy badawczej, profesor Henry Garcia, zapowiedział im, że do końca rejsu nawet na chwilę nie zejdą na stały ląd i resztę czasu spędzą na żmudnym wprowadzaniu danych do systemu, podczas gdy pozostali uczestnicy wyprawy będą obserwować tubylców.

– Pani doktor, proszę go przebadać, a później zamknąć w izolatce. Przez tych dwóch durniów rybak więcej nie zobaczy swojej wyspy – polecił profesor, zerkając ponad ramieniem Agaty Wilson na przypiętego pasami do kozetki rybaka.

– Musimy go zabierać? – zapytała cicho. – Przecież pan wie, jaki los go czeka…

– Niestety, nic nie poradzimy na procedury – westchnął. – Zresztą lot na Arkę, darmowy i poza kolejnością, to nie najgorszy los.

– Dla człowieka, który nigdy nie widział autolotu, by nie wspomnieć o holowizji i interfejsach, chyba jednak najgorszy – skomentowała i odwróciła się na pięcie.

Pochyliła się nad pacjentem i rozpoczęła badanie.

Mogła to zlecić robotowi medycznemu, ale uznała, że zajęcie się jakąkolwiek pożyteczną pracą pozwoli jej opanować wzburzenie.

– Proszę mi wierzyć, wolałbym, żeby tu został – odparł sztywno Garcia i wyszedł z ambulatorium.

Rybak miał około pięćdziesięciu lat, może nieco mniej. Życie w rezerwacie nie oszczędzało, a już z pewnością nie zapewniało dostępu do rewitalizujących urządzeń beautube. Korzystający z niego na co dzień sześćdziesięcioletni profesor Garcia wyglądał tak, jakby był jego synem. Wystarczyło mieć pieniądze, pozycję w elicie nadrodowców i oczywiście kosztowne urządzenie. Agata miała trzydzieści cztery lata i dzięki temu, że awansowała społecznie, z pewnością do setki też niewiele się postarzeje.

Mężczyzna poruszył się nieznacznie i po chwili otworzył oczy. Lata studiów nie przygotowały jej na tę chwilę. Nie panując nad sobą, odskoczyła od kozetki, w ostatniej chwili tłumiąc krzyk. Tak przenikliwego, niezmąconego działaniem interfejsów spojrzenia nie widziała od wielu lat. A to wywołało niepotrzebną lawinę wspomnień i sprawiło, że zadrżała.




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

SeeIT, FeelIT, BelieveIT

„SeeIT” jest bardzo dobrą powieścią science-fiction, godną polecenia miłośnikom twórczości George’a Orwella,…

Marta Kisiel „Wtem denat”
Nie-fantastyka MAT - 24 października 2023

Zapowiedź najnowszej komedii kryminalnej Marty Kisiel pt. „Wtem denat”, która ukaże się…

Sieciowe życie po życiu

Bohaterka powieści, Leila, to klasyczny przykład odludka. Jej życie upływa po cichutku, przeciekając przez palce…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit