Artur Laisen „Studnia zagubionych aniołów”. Fragment

Fragmenty Ebola - 31 lipca 2015

Fragment książki Artura Laisena „Studnia zagubionych aniołów”, która ukaże się na jesieni nakładem wydawnictwa Genius Creations.

Eugene

Gdzie zatem powinienem rozpocząć? Jaką scenę przywołać teraz przed twoje oczy, nieznajomy? Jaki sens nadać mojemu egene − prologowi przed prologiem? Bo przecież w tej opowieści zbiegło się kilka historii, z których każda miała swój własny początek (i jak się wydawało, także zakończenie). A każda z nich również składała się z kolejnych, osobnych wątków, które znów − choćby umownie − zaczęły się w jakimś określonym czasie i miejscu.

Tak oto natrafiamy na paradoks fraktala, płatka śniegu. Choć wydaje się taki maleńki, gdy usiłujemy uważnie ogarnąć umysłem jego kształt, prześledzić wszystkie linie, nagle okazuje się, iż w istocie ciągnie się w nieskończoność. My również moglibyśmy teraz wyruszyć w naiwną wyprawę w poszukiwaniu mitycznego początku, który ciągle wymknąłby się nam w ostatniej chwili, aż wreszcie dotarlibyśmy do narodzin samego czasu. Być może należałoby rozsądnie uznać, że początki i zakończenia w ogóle nie istnieją, ale obaj dobrze wiemy, iż żadna dobra opowieść nie może się bez nich obejść. Tym właśnie przecież opowieści różnią się od życia: początki i zakończenia nadają im sens, którego nie odnajdziemy pośród codzienności. Dają kojącą iluzję porządku, nawet jeśli w głębi duszy zdajemy sobie sprawę, że wszystkim rządzi chaos.

Od czego więc rozpocznę? Od Jeźdźców Świetlistych Rydwanów, u samego zarania Athane zmagających się z grozą, której nie potrafilibyśmy zrozumieć ani nazwać? A może od opowieści o nierozstrzygniętym pojedynku dwojga potężnych czarodziei z zupełnie innego świata, który, choć oni sami już dawno odeszli, trwał nadal, toczył się, przekraczając granice czasu, przestrzeni, życia, śmierci a nawet samej realności? A może…

Nie, daleki słuchaczu. Moim egene, moim początkiem przed początkiem stanie się inna scena, bynajmniej nie odleglejsza w czasie od wszystkich tych, które moglibyśmy sobie teraz wyobrazić i, paradoksalnie, sama w sobie stanowiąca epilog pewnej bardzo długiej opowieści. Scena, która, jak mówią legendy, rozegrała się na dalekich krańcach Świata Błękitu, pośród lodowych przestrzeni.

Być może widziałeś „Upadek Mrocznej Gwiazdy”, słynny obraz mistrza Nuriego? Oryginał wisi w Zielonej Sali pałacu chosry w Lśniącym T’araf, ale niezliczone kopie krążą po całym królestwie i poza nim.

Złocisty rydwan Bohatera szybuje ponad śnieżnymi polami, ponad krą, ponad rozrzuconymi wszędzie truchłami przerażających potworów, przyzwanych przez uciekającego w panice wroga. Za plecami Jeźdźca burzowe chmury rozchodzą się, ukazując błękit nieba − znak, że demon utracił swą moc. Bohater, odziany w świetlistą zbroję, wysoko wznosi włócznię. Nieco pod nim, drugi rydwan, czarny jak smoła, pikuje w dół, ciągnąc za sobą ciemną smugę. Złowroga kościotrupia postać w płaszczu, który zdaje się pochłaniać światło, otwiera usta do ostatniego krzyku…

Wielu podziwiało ten obraz, wielu czerpało z niego natchnienie. Jeśli i ty się do nich zaliczasz, nie czytaj dalej, gdyż moja wizja może wzbudzić w tobie konsternację, a nawet niesmak. Ja bowiem, na przekór mędrcom i artystom, zupełnie inaczej wyobrażam sobie to, co zaszło przed wiekami na dalekiej północy Athane.

Instynkt podpowiedział mu, że zbliża się już do celu. Leciał na wysokości około stu stóp, trochę wyżej bowiem brunatny pył gęstniał i nawet on nie był w stanie sięgnąć którymkolwiek ze swych zmysłów dalej niż na odległość rzutu włócznią. Odczucie to nie było przyjemne, ale równocześnie w jakiś sposób przynosiło pociechę; dla jego wroga bariera ta musiała być o wiele bardziej dotkliwa.

Szybował w swym złocistym alay ponad lodową pustynią, na której rozegrała się ostatnia bitwa, ponad rozbitymi kawałami kry. Na niektórych wciąż jeszcze leżały krwawiące truchła tych spośród bestii, którym udało się dotrzeć aż tutaj, choć większość zsunęła się już do wody i opadła na zimne dno oceanu. Tylko najpotężniejsze i najbardziej wytrzymałe dotrwały aż do samego końca pogoni. Długi na setki mil szlak usiany był zwłokami rozmaitych istot, śnieg splamiony krwią we wszystkich kolorach tęczy.

Ludzie przepadli już na samym początku, nim w ogóle doszło do jakiegokolwiek starcia, wyeliminowani przez zimno i wycieńczenie – na szczęście oni i tak stanowili najmniej wartościowy, a zarazem najłatwiejszy do odtworzenia element. Po prawdzie zabójczego tempa, jakie narzucił uciekający wróg, nie wytrzymało również wiele znacznie silniejszych stworzeń. Potem doszły jeszcze zasadzki, niespodziewane burze śnieżne, lód rozstępujący się znienacka pod stopami maszerujących, potężne wieloryby wywracające krę i niezmordowane watahy wilków, rozszarpujące w błyskawicznych atakach rozciągnięte kohorty.

W pościg ruszyła cała armia, zagarniając północ szeroką falangą, odcinając wrogowi wszelkie możliwe drogi ucieczki, gnając jego śladem poza koło polarne niemal aż do samego bieguna. Nie można było uczynić inaczej, nie można było pozwolić na choćby cień szansy, że uciekinierowi uda się wymknąć.

Lecz, niestety, miało to pewną dotkliwą konsekwencję – jego własne kohorty praktycznie przestały istnieć. Niechętnie zaakceptował fakt, że teraz nie będzie już komu ścigać ocalałych sług i sojuszników wroga. W najgorszych nawet koszmarach nie przeczuwał, że pogoń potrwa aż tak długo i będzie go kosztować całą armię, którą z takim mozołem skompletował na nowo po klęsce poniesionej na stepach Shar-Shegi. Jednak nawet gdyby to przewidział, nie cofnąłby rozkazów – była to cena, którą należało zapłacić. Być może stworzenie kolejnej, podobnej armii zajmie stulecia. Lecz teraz miał już czas, mógł czekać. Cierpliwość zawsze była jego cnotą.

Wyczulone do granic możliwości zmysły nie rejestrowały już żadnych śladów walki. Pięć hag-am, wszystkie, które z wielkim trudem udało mu się skonstruować, powinny już dokończyć dzieła. Trzymał je w rezerwie aż do samego końca, czekając, aż pogoń i niedobitki armii osłabią wroga.

Alay delikatnie opadł w dół i osiadł na wielkiej krze. Ostrożnie zeskoczył z pojazdu i ruszył do przodu, podpierając się włócznią. Kierował się w stronę, gdzie pył gęstniał, utrzymywany nad wrogiem przez jego tymczasowych sojuszników.

Przez jedno mgnienie poczuł ukłucie niepokoju. A co jeśli w decydującym momencie Kemanah wycofa się, postanawiając nieco wyrównać szanse w potencjalnym pojedynku, licząc na to, że on i wróg dogodnie unicestwią się nawzajem i za jednym zamachem pozbędzie się obojga rywali? Sięgnął ku górze – powietrze było martwe i nieruchome, i nic nie zapowiadało, by cokolwiek mogło się zmienić. Nie, Kemanah powinna dotrzymać słowa – w końcu nienawidziła wroga bardziej nawet niż on sam. Podobnie jak on, nie podjęłaby też najdrobniejszego nawet ryzyka. Nie w tej sprawie. Nie, dopóki inwazja ostatecznie się nie zakończyła. Z pewnością rozumiała, że aby walczyć o władzę nad światem, najpierw należało go ocalić.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Marta Krajewska „Idź i czekaj mrozów”
Fantastyka MAT - 16 marca 2016

Marta Krajewska Idź i czekaj mrozów Seria: Wilcza dolina, tom 1 Genius Creations Ilość…

Daniel Nogal „Betelowa rebelia: Spisek”
Fantastyka MAT - 19 grudnia 2016

Autor: Daniel Nogal Tytuł: Betelowa rebelia: Spisek Wydawnictwo: Genius Creations Liczba stron:…

„Geniusze fantastyki” od Genius Creations
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 lutego 2016

28 lutego będzie mieć miejsce premiera antologii Geniusze fantastyki, darmowego ebooka przygotowanego z okazji…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!