W maju 2026 roku ukaże się najnowsza powieść Eugeniusza Dębskiego o przygodach Owena Yeatesa, zatytułowana „AI-pokalipsa”. Przedpremierowo Ojciec Założyciel udostępnił nam fragment książki, a z kolei my udostępniamy ją Wam wszystkim. Miłej lektury.
… Ja to się boję tylko whisky, bo po niej niczego się nie boję!..
…Czekaliśmy, no, chyba z osiem sekund. Pojawił się trochę inaczej wyposażony komando i rzucił się na kolana przed drzwiami. Wyszarpnął z łokci po dwa kable z magetycznymi klixami, obłożył nimi zamek, potem przesunął całą czwórkę w jedną drugą i nawet trzecią stronę, i w dół. Zacząłem popukiwać podeszwą o podłogę. Speckom odsłonił klawiaturę na lewym przedramieniu i przysunął mikrofon do ust. Chyba rzucił kose spojrzenie na mój but, więc przestałem pukać, a on z wdzięczności zaczął kląskać do mikrofonu jednocześnie dźgając stickiem w miniaturowe klawisze. Trwało to minutę, ale skończyło się dobrze: zamek wydał z siebie przenikliwy wizg, jakby w kilka sekund chciał przećwiczyć wszystkie kombinacje szyfrów, szczęknęły rygle i drzwi zaczęły się otwierać. Nikt już nie stał na wprost jasnego prostokąta. Najdalej uskoczył speckom, no – musiał siebie chronić, był chyba jedynym takim specem w oddziale. Za mną ustawił się Sierżant Kaszel, przykucnął i wyciągnął Big-H w stronę drzwi.
– Nazywam się Umang Bahadur! – wrzasnął ktoś załamującym się falsetem. – Nie strzelać! Mam wyjść? Umang jestem!
– Wychodź, ręce w górę, nie na kark! I na kolana!
Zza tafli stali, teflonu i scialiconowych uszczelek wysunął się na kolanach mężczyzna, w którym bez większego trudu można było rozpoznać Umanga Bahadura. Pewnie, medycyna plastyczna, korekcyjna i gangsterska mają się dobrze od stu lat, to się sprawdzi. Trzymał ręce jak należało, za trzymanie rąk na karku, gdzie ukryta była broń zapłaciło życiem lub zdrowiem wielu agentów, policjantów, szeryfów i prywatnych śledzi jak ja. Zaszurał kolanami, ale już siedzieli na nim dwaj komandosi. Pozostali opuścili broń. Nie miał na sobie szachidowej pasmanterii, nie miał broni i to było jakby oczywiste: skoro był więziony? Ale, z drugiej strony, był? Może się ukrył? Uchwycony za łokcie został podniesiony i skuty, nie stawiał oporu tylko ciekawie, zastanawiająco że ciekawie lecz bez strachu wpatrywał się w nas po kolei i ponownie, jakby chciał zakonotować w pamięci kto go uratował. Albo komu ma zapłacić za kajdanki?
– Fotometria – rzucił Sarkissian.
Kamera na długim giętkim trzpieniu wysunęła się z uprzęży jednego z trzymających Umanga żołnierzy, wisiała chwilę przed twarzą jeńca, potem podjechała do góry i na wysokość uszu. Sarkissian, wyglądało, porzucił „ciszę netową”, pomiar Utanga mógł, o ile takie były zadane parametry, dotrzeć niemal od razu do AI, ale trudno, już nie mieliśmy czasu na zabawy z SI, AI i innymi sztukami. No i mieliśmy Bahadura!?
– Wygląda, że to on – powiedział Sarkissian, odrywając wzrok od terminala.
Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale z góry, z parteru, dobiegł nas trzask Big-H, długa seria, druga. Kilka tradycyjnych strzałów.
Odwróciłem się pognałem za Sierżantem Kaszlem. Pędziliśmy schodach, zakręt. Jeb! Wygrzmociłem się na zakręcie, pojechałem na biodrze, huknąłem w ścianę, zaczepiając na dodatek klamrą jednego buta o klamrę na drugim, kilka sekund trwało uwalnianie się z więzów własnego obuwia, w końcu udało mi się, nawet jeszcze nikt mnie wyprzedził, poderwałem ciało i runąłem po trzy schodki w górę. Sierżanta Kaszla już nie widziałem. Na poziomie parteru śmierdziało ozonem, po pociskach ryjących bruzdy w kamieniu. Wszystkie rysy były na suficie i na szczycie ściany nad wejściem, czyli ktoś, kto strzelał pilnował się, żeby nie trafić uciekiniera, chyba uciekiniera.
Wypadłem na zewnątrz, księżyc niemrawo oświetlał teren, zobaczyłem trzech komando biegnących w stronę komórek z antenami, po lewej swojej, i Sierżanta Kaszla z prawej. Stał nieruchomo i chyba nasłuchiwał. Ja też włączyłem słuch i wymacałem okular nocto, ale odezwał się głos w słuchawce:
– Uwaga, barak pierwszy, ściana zachodnia, pod siatką. Uruchamia się tam Tridon, najprawdopodobniejszym pilotem jest siostrzeniec Umanga Bahadu…
Wyszarpnąłem słuchawkę z ucha i po biegłem za Sierżantm Kaszlem, który udawał granitowy posąd przez trzy sekundy, a teraz nagle runął za pierwszy barak, gdzie naturalny mrok zagęszczała jedyna cała połać gęstej siatki maskująco-zagłuszającej, pobiegłem za nim. Ale zanim dobiegł do baraku spod siatki wyłonił się Tridon z jednym załogantem na dwuosobowym fotelu, śmigła zaćwierkotały, poderwały drona pół metra w górę, ale pilot, już widziałem, że to młody gruby Azjata, sparzyła mnie myśl, że to syn Yornall, Hen Willis, jęknąłem albo z żalu i złości albo przeciążenia stóp, bo w życiu jeszcze tak nie wystartowałem do biegu.
Tymczasem przede mną był Sierżant Kaszel, major Wiliam Struggleman, który miał do Tridona już tylko kilka kroków, ale Willis szarpnął maszynę w bok, wysunęła się całkiem spod dachu z siatki i zakołysawszy się i odpaliła booster. Rozległ się wizg tak głośny i przenikliwy, że bębenki skurczyły się ze strachu, a z oczu trysnęły łzy. Nick kiedyś w podobnym akustycznym sztormie rzucił, że taki wizg na koncertach powoduje, że dziewczynom pękają gumki w stringach. Maszyna z koszmarnym pilotem zakołysała się, opadła, niemal uderzając płozami o ziemię. I tylko dlatego piękny długi szczupak Sierżanta Kaszla nie zmarnował się i dał mu możliwość uchwycenia jednej z płóz maszyny. Stary komandos wykorzystał tę możliwość. A gdy Tridon jednak wzbił się na trzy metry, zakołysał ciałem i chwycił drugą ręką drugą płozę. Pilot najpierw nie zrozumiał dlaczego maszyna nie śmiga w rozgwieżdżone niebo, dodał gazu, elektryczne silniki wszystkich trzech śmigieł zmieniły ton i zaczęły wznosić drona, a Willis obejrzał się, zobaczył wiszącego na płozach Wiliama, przesunął się i usiłował sięgnąć nogą Sierżanta Kaszla, ale nie dało się. Może wytrawny pilot zdołałby ustawić żyro tak, by utrzymywało równowagę mimo przemieszczeń ładunku, ale on do wytrawnych nie należał, omal nie zapikował w dół, dał sobie spokój ze strącaniem niechcianego pasażera, uważając, słusznie, ale w gruncie rzeczy naiwnie, że kiedyś się odczepi. Wzniósł się jeszcze wyżej, ponad czubki anten i poleciał nad nimi na wschód.
Nawet nie próbowałem strzelać, bardziej wierzyłem w Sierżanta Kaszla niż w swoje oko na siedemdziesiąt metrów, do ruchomego celu i nie obojętne jakiego, tylko do jednego.
Dobiegłem do baraku, zajrzałem po siatkę.
Stały tam jeszcze dwa Tridony. Oba sygnalizowały pełną gotowość do lotu, a z jednym pasażerem, mną, miały szansę dogonić obciążonego drona Hena Willisa.
Wystartowałem gładko, pilotowanie było banalne, góra, gaz i pognałem za oddalającym się dronem ze zwisającą i kołyszącą się dziwnie kotwicą-postacią. Dogoniłem ich szybko i szybko zrozumiałem dziwaczne kołysania Strugglemana: on po prostu podrywał ciało i kopał najbliższy rotor, zakłócało to lot, a potem, gdy już byłem blisko, tak blisko, że zaryzykowałbym bez większego wahania strzał, gdyby cel nie leciał pięćdziesiąt osiem metrów nad skalistą pustynią. Zwolniłem nieco, dostosowując prędkość do uciekającego i obserwując jego manewry. A stopa pasażera na gapę wybiła silnik z uchwytu, chwilę wcześniej rotor gwałtownie zahamował i słusznie: w razie awarii śmigło nie mogło sobie fruwać, ucinając, na przykład ucho albo głowę pilotowi; wisiało sobie chwilę na jakichś przewodach, zasłaniając mi widok na Sierżanta Kaszla, ale po chwili urwało się i poszybowało ku ziemi. Tridon, uwolniony od pewnego ciężaru zakołysał się, Struggleman wykorzystał to i przemieścił ręce na płozach, przesuwając się ku drugiemu rotorowi. I zaczął zaciekle wymierzać kopy w obudowę silnika. Willis wrzasnął coś, wyrwał z uchwytu w panelu sterującym coś i cisnął tym w majora Strugglemana. To była jakaś książka, może instrukcja obsługi, rzeczywiście w tym momencie nie za bardzo mu potrzebna. Kolejny kopniak spowodował, że śmigło zwolniło, a cały Tridon dość gwałtownie pochylił się dziobem ku ziemi i zaczął opadać, jak dla mnie zbyt szybko. Nic nie mogłem zrobić, żaden spektakularny skok Strugglemana na mój Tridon nie wchodził w grę, trzy śmigła posiekałyby go wystarczająco dotkliwie. Zacisnąłem zęby i zbliżyłem się, nie wiem na co licząc. Dron Willisa opadał, ale żyro usiłowało ratować pasażerów, ostatni czynny silnik wył rozdzierająco i wdzierały się w niego jakieś obce równemu ciągowi dźwięki. Nie ulegało wątpliwości, że za chwilę, za kilka sekund stanie i dron już ostatecznie runie na ziemię.
Lecz nie doceniłem żyro maszyny: przejęło stery, bo kretyn Willis ciągle szarpał joystick, usiłując poderwać maszynę do dalszego lotu, a może chciał oderwać Sierżanta Kaszla? W każdym razie żyro zaczęło opadać gładko i szybko, komp widocznie oszacował szanse pasażerów i uznał, że lepiej trzepnąć nimi o ziemię z czterech metrów niż czterdziestu.
I tak mniej więcej się stało.
Tridon zwolnił niemal do zera, zaczął szybko zsuwać się po skali wysokości. Dwadzieścia, czternaście, jedenaście, osiem, cztery… Sierżant Kaszel zerknął w dół i puścił płozy. Słusznie uznał, że jeśli teraz dorn opadnie to przywali go swoim ciężarem, powiększonym o wagę Willisa. No i to ciągle tnące powietrze jedno śmigło. W sumie zrobił to, co należało zrobić, co zrobiłbym i ja będąc na jego miejscu.
Niecałe cztery metry to bździna dla komandosa. Na dodatek uwolniony od dziewięćdziesięciu kilogramów sierżantowego ciała Tridon skoczył w górę, Willis wrzasnął radośnie, ale nie było z czego się cieszyć, nadeszła moja kolej. Szybko dogoniłem uciekiniera i wystrzeliłem cztery razy. Dwa pociski ugrzęzły w silniku śmigła, zawirowało w jakimś dziwnym esie-floresie i rozpadło się. Gwałtownie poderwałem maszynę, żeby nie oberwać łopatą wirnika, ale nie traciłem z oczu Willisa.
Spadł na grunt jak worek pechowych kartofli. Opadłem tuż obok, wyskoczyłem z drona i pobiegłem do skapotowanego bliźniaczego Tridona, w którego połamanych szczątkach poruszał się pilot. Dobiegłem, poderwałem jedną płozę, odpadła, odsłoniła pilota z zakrwawioną brodą i nienaturalnie wykrzywioną prawą dłonią. Odczekałem chwilę, chcąc by ujawnił mi co jeszcze złamał czy skręcił, ale wyszło, że to tylko lewa dłoń. Chwyciłem go za pasek u spodni i jednym szarpnięciem wyłuskałem z ruin maszyny. Nie to, że był taki lekki a ja taki silny, po prostu buzowało we mnie tyle ognia, tyle wkurwy, tyle gniewu z powodu chęci zdemolowania Ziemi, że podniósłbym jedną ręką całą trójkę zamerykanizowanych chinohindusów. Przyłożyłem mu do podbródka lufę i obszukałem. Był bez broni.
Odwróciłem go i potężnym kopniakiem skierowałem do otrzepującego już portki Sierżanta Kaszla.
– Wracamy Tridonem, majorze – powiedziałem.
– Dwuosobowy – burknął Sierżant Kaszel.
Najlepiej z nas znał uciąg drona.
– Nie szkodzi, da radę z trzema. Tylko musimy przykuć tego chujka do płóz, my polecimy na fotelach.
Hen zwalił się na kolana, a potem na bok, przewrócił na plecy. Wyciągnął do góry rękę, lewą. Dłoń była wygięta mocno, ale widziałem już w życiu różnych chińskich akrobatów, którzy mogli pocałować się we własny zadek, wygięta dłoń była dla nich pestką.
– Wstawaj! – ryknąłem. Odczepiłem kajdanki i pomachałem nimi. – Już!
– Nie-e! Ja nie mogę. Ręka… moja ręka…
Sierżant zerknął na mnie i widząc, że nie będzie ze mnie pociechy kopnął go w demonstrowaną uszkodzoną rękę. Willis zawył tak, że pewnie na obserwującym nas satelicie uruchomiły się separatory dźwięku. Noga Sierżanta Kaszla uniosła się do kolejnego kopa. Willis wrzasnął rozdzierająco, ale zwinął się, podparł łokciami i trochę głową, wstał na kolana i poderwał na równe nogi.
– Idziemy! – Pokazałem stację Picamboo, a właściwie światła dwóch wozów podskakujące na nierównościach, strzelające światłami we wszystkie strony.
Otrzymaliśmy kolejną porcję lamentów, w nieznanym języku, a on otrzymał od Sierżanta Kaszla kolejnego kopa w powszechnie tak zwany zadek. Ruszył. My za nim. Wymieniliśmy z majorem spojrzenia, w moim, mam nadzieję, zobaczył bezbrzeżny podziw do swojego wyczynu, w jego zobaczyłem kpinę i radość z pomyślnie zakończonego lotu. Samochody hamowały, a z drzwi wysypywali się komandosi, którzy, co tu dużo mówić, nie popisali się w bazie. Teraz za to migiem zawinęli się dokoła rannego jeńca, jeden wydobył z apteczki rozsuwaną szynę i w trzy sekundy unieruchomił kiść Willisa, przy czym starał się jak mógł. Sądząc z wrzasków opatrywanego.
Sarkissian z Nickiem po kolei objęli i obklepali majora Strugglemana aka Sierżanta Kaszla.
– No, chłopie!? – odważył się podsumować wyczyn Sarkissian.
Nick tylko pokręcił głową, ale on tak rzadko oceniał innych, że po prostu nie nauczył się jakichś sensownych recenzji.
– Czyli mamy całą trójkę?
– Tak. – Doug klasnął w dłonie. Potem przyłożył palec do ust i pokazał nim Willisa. Nie sądziłem, żeby po tym locie, lądowaniu, kopaniu i opatrywaniu był w stanie słyszeć cokolwiek z sześciu metrów, ale?..
Skinąłem głową. Poszliśmy we czworo do jednego jeepa, jeniec z konwojem do drugiego.
Ruszyliśmy.
– Musimy opracować strategię. Umang jest chyba najcenniejszy i przy tym wygląda, że może nawet to on wymyślił i zorganizował zamach na ludzkość…
– No przestań! Na pewno on. Oni nie mają wiedzy – przerwał mi Nick.
– Jasne, racja. On jest autorem, ale wygląda, że się o coś poprztykali? Może o podział mielonki, której chyba trzy tony mają w baraku? – Sierżant Kaszel oblizał się teatralnie.
– Mieli prosty plan: Ziemia się wyludni, oni przeczekają gdzieś kilka lat, wyjdą i zarządzą nową wspaniałą przyszłość.
– Ja bym obstawiał, że gdzieś mają pod ziemią bunkier, fajną miejscówkę z dużą ilością stołów, kurwa mać, do ping-ponga i tak sobie tam mieli mieszkać – rzucił Nick.
Zbliżaliśmy się do bazy.
– Jeńców rozdzielamy. Ilu ich mamy? – zapytałem.
– Szesnaście osób. – Sarkissian wyciągnął rękę i pokazał, że liczy na papierosa. – Ale, tak sobie myślę, że to nie jest właściwa załoga, albo niecała. No bo co: dwunastu facetów, cztery kobiety i to ma być zalążek Nowego Świata?
– Możemy oczekiwać przyjazdu-najazdu jeszcze iluś tam osób – zauważył nasz Ikar.
Zastanawiałem się chwilę, czy warto puszczać w obieg nową ksywkę majora Strugglemana alias Sierżanta Kaszla, ale odpuściłem.
– Doug? Ilu się da puść na szukanie kryjówki. Może niech Geo z orbity prześwietli okolicę? Nie mamy już nic do stracenia…
Pokiwał głową.
– Tak, gramy w otwarte karty.
– Ale trzymamy spluwy pod stołem – uzupełnił Nick.
– A brzytwy w rękawie… – dodałem, żeby sprawdzić czy głos mi drży.
Dojechaliśmy do wydartych w płocie dwóch dziur, jeepy wróciły niejako po swoich śladach na teren Picamboo. Coś mi się kłębiło w głowie, zastopowało!
– Te drzwi pancerne… Przypomnijcie, żeby je sprawdzić? Dziwne, nie? Takie przelotowe? Co tam było w tej celi, o ile to była cela Umanga?
Nikt nie odpowiedział. Wszyscy, ucieszeni zdobyciem najwyżej punktowanego jeńca, pozbierali resztę chińskiej załogi w kupkę, spętali i cieszyli się z akcji bez strat z samymi zyskami.
Sarkissian rzucił mi przepraszające spojrzenie, dotknął mikrofonu.
– Drużyna A. minowanie dojazdu do bramy, typ 1-1, nie chcemy trupów tylko zatrzymania przed bramą. To samo w wyrwach siatki. Drużyna C: generalne przeszukanie budynku, zaczynacie od piwnic, szukacie zamaskowanych przejść, pomieszczeń, drzwi. Jeden wywoła GEO i zażąda dokładnego profilu bazy i okolic ze szczególnym uwzględnieniem podziemnych przejść, korytarzy, jaskiń, wszystkiego, co nienaturalne i podejrzane. Drużyna B zajmie się jeńcami. Pytania?
Nie było pytań. Jeńców, poza Umangiem, siostrą i jej synem, przeszukaliśmy raz jeszcze, wykrywając nożyk w mankiecie, wsadziliśmy do pięciu pokoi, dzieląc wedle uznania. I płci. Trójca została w pokojach lux, jedynkach, zebraliśmy się w kuchni przy ekspresie. Nie miałem odwagi odrywać od minowania Jima Bestada, choć za dobrą kawę oddałbym palec Umanga, zaparzyliśmy co było. Nie było najgorzej, mieli ekspres lepszy od mojego.
– Kto zajmie pokój z lustrem?
To było uzgodnione: w jednym z pomieszczeń chłopaki Sarkissiana mieli rozwiesić lustro i sypnąć miałem z tynku na podłogę, że niby wykuli okno i zasłonili lustrem, to zawsze i każdego deprymowało. Oczywiście rolę okna spełniały trzy kamery w tafli „lustra”. To pomieszczenie służyło bandzie Yornall do identycznego celu, mieli przykuty do podłogi stół, dwa nieruchome krzesła. Nasza ekipa zamontowała już kilka różnych kamer, które lepiej niż ludzkie oko odnotowywały temperaturę ciała, pocenie, powtarzalność ruchów, sinusoidy wokalne, a zamocowane pod blatem stołu czujki bardzo dobrze przenosiły, komentowały i kojarzyły drżenia rąk i palców i stóp.
Cała czwórka stała z kawą, troje z papierosami i wymienialiśmy się pytającymi spojrzeniami.
– Dla mnie… – zacząłem.
– Stawiałbym… – w tym samym ułamku sekundy wystartował Nick.
Oczywiście obaj zamilkliśmy, z czego skorzystał Sierżant Kaszel.
– Albo Umang, albo siostra. Gówniarz jest najmniej ważny w tej triadzie – oświadczył z pewnością sięgającą szczytu na skali pewności.
– No tak…
– Pewnie…
– Jasne…
Roześmiałem się, Sarkissian poszedł moim tropem.
– No co my tak, jak przed debiutem? – zapytałem.
– To jest najważniejsze przesłuchanie w historii ludzkości! – powiedział wolno, wyraźnie i z naciskiem major Struggleman…

Z petem i piwem, i poczuciem humoru. Wspomnienie Tomka Pacyńskiego – Eugeniusz Dębski
Nie pamiętam, na którym konwencie go poznałem. Po prostu nagle okazało się,…

[RECENZJA] „Oprawca boży” Eugeniusz Dębski
Bogowie wpływający (mniej lub bardziej dyskretnie) na świat śmiertelnych nie są żadną…

Urodziny Ojca Założyciela
26 stycznia 1952 roku w Truskawcu urodził się Eugeniusz Dębski – pisarz…

















Lublin
20.02.2026 - 22.02.2026
