ISSN: 2658-2740

[FRAGMENT] Tomasz Gnat „Braciszkowie niebożątka” (3)

Fragmenty Tomasz Gnat - 2 grudnia 2019
Tytuł: "Braciszkowie niebożątka"
Autor: Tomasz Gnat,
Seria wydawnicza: Behemot
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 27 listopada 2019
Liczba stron: 304
Format: 20,5x13,5 cm
Oprawa: broszurowa,
ISBN (papier): 978-83-245-8406-2
Cena (papier): 39,90 zł
Więcej informacji: Tomasz Gnat „Braciszkowie niebożątka”
Recenzje fantastyczne: [RECENZJA] „Braciszkowie niebożątka” Tomasz Gnat

– Zostaw! – wrzasnął komisarz Wyżnik. – Zabieraj stamtąd Lalkę!

Wielkolud, porzucając zakotwiczoną broń, podbiegł do kobiety, która nadal rybio otwierała i zamykała usta, na próżno próbując zaczerpnąć głębiej tchu. Chwycił ją pod ramiona, usiłując podnieść z kolan, ale ona przelewała mu się przez ręce, osuwała na podłogę z twarzą skrytą pod rozsypanym włosem. Spod tej czarnej zasłony kropla po czerwonej kropli skapywała krew. Łapa mężczyzny szarpała niezgrabnie, aż pociągnęła przypadkiem za sznur korali. Deszcz paciorków, jak nowo otwarta rana, wybuchnął strugą karminową. Mężczyzna zmienił chwyt, obłapił kobietę w pasie i zaczął odciągać w stronę drzwi. Ciężko szło, powoli, centymetr po centymetrze, jakby siłować mu się przyszło z wyładowanym zaprzęgiem, a nie z filigranową kobietą.

Komisarz Wyżnik tymczasem pozostawił otępiałego Jana i skoczył w stronę pozostawionych na podłodze bagaży. Upuścił na podłogę trzymaną w ręku torbę i zaczął mocować się z licznymi zamknięciami potężnej walizy. Po chwili zapięcia odskoczyły z trzaskiem i Wyżnik zaczął nerwowymi ruchami montować ustrojstwo, składające się z rurek, miechów i zbiorniczków.

Czarna maź tymczasem nadal pełzła po podłodze. Zgrzytała kośćmi po posadzce, z lepkim mlaśnięciem odrywała się i przywierała śmierdząca ropa. Macki głaskały powietrze przed, nad i poza nią, szukając, badając, łaknąc. Odpadały od całości mniejsze fragmenty trupków, sypiąc pożółkłymi kostkami i resztkami tkanki. Trach, spróchniały łebek ptaka oderwał się od reszty i potoczył po nierównych kafelkach. Aż zatrzymał się przy bucie Jana. Żywe oko patrzyło w wyschłe, pióro zetlałe i włos na skroni drgały od tego samego podmuchu przeciągu, dziobek rozwarty, usta otwarte, niema groza w obu.

Jan przełknął ten koszmar z trudem i poczuł, że zalegał mu w żołądku mdlącym ciężarem. W głowie miał mętlik, myśl goniła myśl. Uciekać, walczyć, trwać nadal w bezruchu? Pod tymi pytaniami jednak narastało w nim znów to niechciane uczucie, powolne napięcie rodzące się od czubka głowy i rozpływające do serca, a stamtąd pulsującymi falami do kończyn. Energia owa pozostawiała dziwny szmer pod czaszką, szum jednoczesny wielkiego tłumu, bez słów, bez języka, ale pełen znaczeń, ciężki retoryką masy. Bezruch obezwładniający ogarnął wszystkie członki, pot perlił się na czole, w ustach Jan czuł metaliczny posmak krwi.

Czuł to już wcześniej, ale nigdy tak silnie, nigdy nie był tak blisko zrozumienia treści przekazu. Studiował teorię z profesorem, ślęczał nad opisami przypadków Czynienia, pisał analizy eksperymentów. Wszystko, by znaleźć naukowe wyjaśnienie fenomenu, który zdawał się antytezą nauki, metafizyką. Wtedy wszystkie drogi prowadziły do Katedry, każdy ślad skierowany był w głąb spirali, czarne centrum mamiło i przyciągało. To, co było z początku niewinne, ot, ciekawy temat badawczy, bezwiednie wiodło ich wszystkich coraz bliżej serca stolicy. A im bliżej byli, tym więcej musieli naginać praw i zasad – tych urzędowych i tych zwykłych, ludzkich. Oficjalne odczyty zamieniły się w dyskusje za zamkniętymi drzwiami, dyskusje przeszły w szepty, te w wymowne spojrzenia i ukradkową wymianę notatek. Zbyt daleko to wszystko zaszło, zbyt blisko jakiegoś niewypowiedzianego koszmaru, który zaczął prześladować każdego z nich.

A kiedy przyszli ci z Ministerstwa zadać kilka pytań, kiedy zaczęli wywalać na podłogę skrzętnie zbierane tomy, przerzucać bezcenne zapiski, deptać po manuskryptach, wreszcie szarpać wiekowego profesora, przepłynął przez Jana podobny prąd. Poczucie winy i gniew zmieniły się w dziwną energię i hałas. Do dziś nie wiedział, czy starzec coś wyczuł, czy tylko chciał ostudzić zwyczajny młodzieńczy zapał. Jedno spojrzenie znad drucianych oprawek okularów dało jasno do zrozumienia, by dać spokój, zostawić. Nierejestrowany Czyniący w grupie podejrzanej o zakazane badania? Owszem, może i Ministerstwu się przysłużył, ale czegoś takiego nie można było puścić płazem. Jan nie zrobił więc nic. Zostawił, wyjechał, zapomniał. Profesora Ochorowicza przesłuchano i uznano za głównego prowodyra. Ze względu na wiek wypuszczono go szybko. Kilku młodszych i nieukładnych współpracowników zamknięto na parę lat lub zesłano. Notatki i papiery skonfiskowano. Sprawa zamknięta. Do teraz.

Bo znów przed oczami pojawił się fraktalny schemat rzeczywistości. Jak kod, do którego masz kartę szyfru, zagmatwany splot odkrył przed Janem swoją skomplikowaną, acz zrozumiałą strukturę. Wystarczy sięgnąć i zmienić jedną linię. Kość rzucona przeskakuje oczko i wypada upragniona szóstka. Brakuje na chleb i spotykasz na mieście przyjaciela, który zawsze wspomoże. Koń spłoszony potyka się i pada zaraz przed dzieckiem, które na drogę nieopatrznie wybiegło.

Jan wysiłkiem woli stłumił w sobie instynkt, który kazał od razu sięgnąć i fragment kodu przepisać na nowo. Każdy aktor sceny w poczekalni był zajęty własną rolą, ale na pewno dostrzegą, na pewno zapamiętają. Na nic się zdadzą tłumaczenia, że jechał sprawę załatwić, oddać się w dobrotliwe ręce systemu, zarejestrować, zrzucić w końcu ten ciężar i dryfować z nurtem biurokracji. Ujawnić się wcześniej to przyznać, że obywatel samowolę uprawia, że łaskę państwu robi, obywatelski obowiązek wykonując. Ujawnić się teraz to przyznać, że i wtedy był Czyniącym, że tamten donos to dym i lustra, które jego własną skórę miały uratować.

Tylko jeśli zdechnę tutaj tą smołą i grozą oblepiony, pomyślał Jan, to na nic mi będą państwowe rejestry. Niech się dzieje, co chce, byle z tego koszmaru uciec, byle nie sczeznąć jak karaluch w brudzie. Moment koncentracji. Spojrzeć głębiej w kod, próbować odczytać dostępne możliwości. Próchniejąca belka pęka i spada, przygniatając plugastwo? Posadzka znienacka zapadnięta ciągnie je w głąb ziemi?

Jana opływał strumień informacji. Można choćby… Ukłucie bólu nagłe, jak cierń w dłoni. W mechanicznym zapisie wyrosła skaza. Ropiejący wrzód, który czarną plamą pochłaniał kolejne linie zapisu. Rósł i rósł, aż pękł bąbel ropny i wylało się z niego zepsucie, zatruwając rosnącą falą całą jaźń. Odraza i ból na początku odebrały mowę, zapierały dech w piersiach, sparaliżowały całe ciało. Maź zaczęła wypuszczać pędy, wędrujące rozgałęzieniami neuronów, żłobiąc płonące żywym ogniem ścieżki, oplatając zmysły, dusząc resztki świadomości.

Mężczyzna próbował zerwać ohydną sieć, przełamać kanał kontaktu, ale powoli opuszczały go siły, zaczął poddawać się rozrywającej myśli udręce. Nie mógł oddychać, nie mógł myśleć. Pole widzenia zawęziło się i na końcu długiego, ciemnego korytarza Jan dostrzegł, że przez czarną maź pełznącą po posadzce przeszedł gwałtowny, ekstatyczny dreszcz. Lepkie, szukające macki zwróciły się wyraźnie w jego stronę. A on nic nie mógł zrobić. Ani ruszyć się, ani nawet przerażenia wykrzyczeć.

Nagle przed oczami Jana wyrósł Mordechaj, przysłaniając widok potworności. Widziana jak w głębinie studni, pokraczna gęba kurdupla wykrzywiona była w grymasie i mężczyzna zdawał się coś wrzeszczeć. Po chwili Mordechaj uniósł rękę, ręka zacisnęła się w pięść, a pięść walnęła z trzaskiem w nos Jana.

Struktura kodu rozsypała się, nabierając fizycznych kształtów rzeczy, a wraz z nią znikła lepka sieć oplatająca zmysły. Z rozbitego nosa trysnęła krew, jednak ból był oczyszczający, stalowym skalpelem odcinał gangrenowe wizje, przywracał świadomość. Nabrany łapczywie oddech wypełnił płuca błogim i mile znajomym smrodem poczekalni. Małpia gęba Mordechaja skrzywiła się na nowo, ale teraz Jan rozpoznał w tym grymasie szczere zadowolenie – czy to z pomocy bliźniemu, czy z możliwości przyłożenia pięścią współobywatelowi. Jan miał głęboką nadzieję, że uśmiech dyktowany był pierwszą przesłanką, bo w drugim ręku kurdupel ściskał wyższy od siebie garłacz.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

„WIEDŹMIN. Historia fenomenu” ukaże się już 3 czerwca
Aktualności Fahrenheit Crew - 12 maja 2020

Po odzewie fanów oraz mediów Wydawnictwo Dolnośląskie zdecydowało się na przyśpieszenie premiery…

[Recenzja] „Słowodzicielka” Anna Szumacher

W „Słowodzicielce” jest więcej elementów, które mogą nasuwać skojarzenia z warsztatem Pratchetta.…

Edgar Salazar, Jody Houser „Szóstka. Stranger Things”

Kilka podstawowych informacji o komiksie „Szóstka. Stranger Things”, który ukazał się nakładem…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!