ISSN: 2658-2740

Karen Miller „Skażona magia” – fragment (2)

Fragmenty MAT - 18 marca 2017

– A czy małe dziecko poprzestaje na raczkowaniu? Czy nie próbuje stanąć na nogach, a potem chodzić i biegać?

Ibbitha zmarszczyła perkaty nos.

– Sama jesteś jak małe dziecko, jeśli sądzisz, że działając wbrew zasadom Arndela, dostaniesz to, czego chcesz. Poza tym z projektem lorda Trainta jest wszystko w porządku.

Barl popatrzyła na nią z zastanowieniem.

– Naprawdę tak sądzisz, co?

– Tak – odpowiedziała poirytowana Ibbitha. – Po co miałabym to mówić, gdybym uważała, że jest inaczej?

– Rzeczywiście – rzekła Barl i ugryzła śliwkę. Intensywnie fioletowy sok pociekł jej po podbródku. Po kolejnym gryzie skapnął także na spódnicę. Poruszyła palcami i za pomocą magii usunęła plamę, a potem obgryzła resztę słodkiego miąższu z pestki.

– Nigdy cię nie zrozumiem, Barl. – Ibbitha utkwiła wzrok w koleżance. – Dlaczego nie możesz pogodzić się z obecnym stanem rzeczy? Zważywszy na twoje pochodzenie… – Odwróciła się z zakłopotaniem. Takich kwestii z reguły nie poruszano. Wystarczyło, że pozycja każdego rodu była powszechnie znana i każdy znał swoje miejsce na dorańskiej drabinie społecznej. Plotkowanie na ten temat było bardzo źle widziane. – Cóż. Sama wiesz.

Barl przełknęła gorzki śmiech. O tak, wiedziała. Przecież codziennie tłukła głową w mur wzniesiony z ograniczeń związanych z pochodzeniem i pozycją oraz z tego, co wypadało lub czego nie wypadało robić osobie o jej statusie społecznym.

– W każdym razie – dodała Ibbitha – co jest takiego strasznego w projekcie lorda Trainta?

– Ibbitho… – westchnęła. – Skoro muszę ci tłumaczyć, to i tak nie zrozumiesz.

Na policzki Ibbithy wystąpił rumieniec, a w zielonych oczach pojawił się błysk. Dziewczyna przesadnie wypracowanymi, oszczędnymi ruchami złożyła serwetkę.

– Ach tak.

No i klapa. Przez swoją niecierpliwość znowu narobiła sobie kłopotów. Remmie ciągle ją za to beształ. Odrobina uprzejmości nigdy nie zaszkodzi, Barl. Nikt nie lubi być uważany za głupca, nawet jeśli nim jest. Akurat Ibbitha nie była głupia, była po prostu przyziemna.

Pozostali rzemieślnicy grupkami zbierali się z ogrodu, bo krótka południowa przerwa właśnie dobiegała końca i czekało ich długie popołudnie z zębatkami, witrażami, ceramiką, tkaniem i szkłem.

– Przepraszam, Ibbitho. – Barl w pokojowym geście dotknęła ramienia niby-przyjaciółki. – Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że…

Ibbitha przygładziła serwetkę, którą ułożyła w opróżnionym pudełku na jedzenie.

– Przestań, Barl. Powiedziałaś dokładnie to, co miałaś na myśli, więc nie obrażaj mnie, udając, że jest inaczej.

– W porządku – odparła, posyłając pestkę w grządki kwiatów okalające ogród. – Powiem tylko, że zegarek lorda będzie wskazywał czas z precyzją i gracją wieprza usiłującego galopować po lodzie. Ten człowiek to prostak, Ibbitho. Nie ma za grosz wyobraźni. Trzeba przyznać, że zna się na mechanizmach, ale kompletnie nie pojmuje piękna i elegancji. – Postanowiła skorzystać z okazji i załagodzić sytuację. – W przeciwieństwie do ciebie na przykład.

Ibbitha była zbyt zdumiona, by usłyszeć komplement.

– Jak możesz w ogóle tak mówić, Barl? Lord Traint ma kuzyna drugiego stopnia, którego żona kandydowała do Rady Magów. Jego kuzyn trzeciego stopnia zaprojektował aż dwie fontanny w Elvado. A dziadek złożył do zatwierdzenia i opatentowania nowe zaklęcie. Co prawda zostało odrzucone, ale złożył. I ty nazywasz go prostakiem?

W Barl aż zawrzało z frustracji, zapieczętowała więc swoje pudełko po jedzeniu, a potem ze zniecierpliwieniem pstryknęła palcami i zaklęciem przeniosła je do domu.

– A co to ma wspólnego z jego zdolnościami? Żadne z tych osiąg­nięć nie jest jego zasługą, Ibbitho.

– Jest inspektorem dystryktu!

– Tylko ze względu na nazwisko. Założę się, że gdyby nazywał się inaczej, nie mógłby nawet dotknąć palcem inspektorskiej pieczęci. Artur Traint to chodzący dowód na to, że rodowe koneksje są cenione wyżej niż talent. Dlaczego tak jest? Dlaczego ty, ja czy którykolwiek inny mag nie mamy równych szans czy innych przywilejów tylko dlatego, że mieliśmy pecha i nie urodziliśmy się jako członkowie Założycielskich Rodzin?

– Oświadczam ci, Barl, że czasem pleciesz wierutne bzdury – odparowała Ibbitha. – Jak możesz twierdzić, że ty czy ja nie mamy równych szans, skoro dzień w dzień możemy tworzyć magiczne dzieła, będące obiektem zazdrości sąsiadów Dorany pozbawionych magicznych mocy? Najmniej wyszukane spośród naszych zegarków wzbudzają podziw wśród mieszkańców Trindeku, Feen i Manemli. Po prostu wszędzie. Nasza pracownia zyskuje rozgłos. A jeśli ci się wydaje, że mistrz Arndel narażałby jej reputację z powodu maga, którego pochodzenie jest zaledwie dopuszczalne, który przeskakuje od jednego zajęcia do drugiego i który nigdy nie jest zadowolony, choćby pozyskiwał wszelkie możliwe względy… Cóż, skoro muszę ci tłumaczyć, w jakiej sytuacji się znalazłaś, to chyba i tak nie zrozumiesz.

Ibbitha jeszcze nigdy aż tak jej nie zbeształa, a co gorsza miała rację i właśnie to najbardziej ubodło Barl.

Nie powinna mieć racji. Przecież każde jej słowo potwierdza tylko, że moje spostrzeżenia na temat niesprawiedliwości są słuszne.

Niestety drabinie społecznej magów daleko było do sprawiedliwości. Rządziły na niej określone zasady, reguły postępowania, nakazy i „dopuszczalność”. A ponieważ te zasady zakorzeniły się bardzo dawno i ponieważ pewni wysoko postawieni ludzie dbali o to, by nie zostały wykorzenione, nic się w tej kwestii nie zmieniało.

Dlaczego Ibbitha tego nie dostrzega? Dlaczego potulnie podporządkowuje się temu, na co Rada Magów jej pozwala, a czego zabrania? I to wszystko tylko ze względu na nazwisko? Dlaczego ta garstka ludzi ma decydować o naszym losie?

– Rozumiem to wszystko aż za dobrze, Ibbitho. W moich żyłach płynie nieodpowiednia krew. Ty za to nie rozumiesz, że według mnie krew się nie liczy i nie wiem, dlaczego ktokolwiek zwraca na nią uwagę. Nie rozumiem też, dlaczego moje drzewo genealogiczne – choćby nie wiem jak skarłowaciałe – ma decydować o tym, za jakiego maga jestem uważana.

– Och, Barl. – Ibbitha pokręciła głową z cierpkim współczuciem. – Życie stanie się o wiele łatwiejsze, gdy przestaniesz ze wszystkim walczyć. Jeśli tylko przyjmiesz wszystko takim, jakie jest, jeśli przestaniesz sprzeciwiać się zasadom mistrza Arndela, może pozwoli ci skonstruować niewielki zegar kominkowy, który potem sprzeda w swoim warsztacie. Nie zaprzecza, że masz talent. Nikt nie może temu zaprzeczyć. To twój charakterek wpędza cię w kłopoty i wcale nie bez powodu. Szkoda by było, gdyby upór i duma doprowadzały cię do potknięć na równej drodze.

Droga przed Barl – wyłożona brukiem wybranym przez kogoś innego – wiła się bezsensownie ku przyszłości pełnej szans, których nie wolno jej było wykorzystać. Gdyby jednak postanowiła skoczyć Ibbicie do oczu za przypomnienie jej o tej gorzkiej prawdzie, pewnie pogrzebałaby tę niezbyt zażyłą przyjaźń, a tego nie chciała. Westchnęła zatem i pokiwała głową, by Ibbitha myślała, że jej wykład odniósł skutek.

– Masz rację. Cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną. A projekt tego podróżnego zegarka wcale nie jest taki zły, jak twierdziłam.

– Oczywiście, że nie! – rzekła Ibbitha i zrobiła krok w stronę ogrodowej furtki. Mistrz Arndel podchodził do spóźnialstwa z ogromną dezaprobatą. – Gust lorda Trainta to kwintesencja eleganckiej i wyrafinowanej prostoty.

Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Karen Miller „Skażona magia”
Fantastyka MAT - 16 marca 2017

Autor: Karen Miller Tytuł: Skażona magia (A Blight of Mages) Tłumacz: Izabella Mazurek…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!