Marcin Jamiołkowski „Bezsenni” – fragment

Fragmenty MAT - 3 czerwca 2016

Strona z bloga Bajki.
Dziewczyna idzie szybko przez otulone chłodnym mrokiem miasto. Pantofelki stukają rytmicznie, a dźwięk odbija się płytkim echem od otaczających ulicę kamienic. Mija szeroką bramę prowadzącą na ciemne podwórze i pogłos zmienia się na głębszy, donośniejszy. Kątem oka dostrzega jakiś ruch w głębi i czerwoną plamkę papierosa. Przyspiesza.
Szpilki ocierają niemiłosiernie i dziewczyna przeklina w myślach swój chybiony wybór. Przeklina koleżankę, która pomagała je wybrać w sklepie. Po chwili przeklina też ojca, który kazał jej wrócić o jedenastej do domu. Jest już trzecia w nocy i dziewczyna wie, że po powrocie przywita ją awantura, a jej efektem będzie szlaban. Jest wściekła.
Myśli o Pawle i oczy jej nagle wilgotnieją. Złość ustępuje na moment litowaniu się nad sobą. Rażąca niesprawiedliwość losu sprawia, że niepowstrzymane łzy płyną po policzkach, psując makijaż i rysując długie bruzdy aż do wygiętych ust. Wygląda teraz brzydko, zdaje sobie z tego sprawę i to pogłębia jej frustrację. Łez przybywa.
Przypominają jej się słowa Natalii:
– Będzie dyskoteka, będzie Paweł i zobaczysz, że będzie zajebiście!
Dyskoteka była, Paweł był i początkowo także było zajebiście. Ale przestało, kiedy Natalia z Pawłem wyszli z imprezy po kryjomu, nic jej nie mówiąc. Z jej Pawłem. Suka!
Wymawia to słowo na głos i kiedy uświadamia sobie, jak dobrze to brzmi, dodaje:
– Cholerna suka!
Ale nie przynosi to żadnego ukojenia.
Zapina kurtkę pod szyją, jest chłodno. Za plecami słyszy metaliczne stuknięcie i ogląda się nerwowo. Pusto. Jednak trzeba było poczekać na nocny autobus – myśli. Stara się przyspieszyć kroku, ale szpilka przypomina o sobie, boleśnie wgryzając się w piętę. Szlag by to!
Dźwięk powtarza się bliżej, a spanikowana dziewczyna podbiega kilka kroków i wskakuje do najbliższej bramy, ciemnej jak grobowiec.
Opiera się plecami o ścianę, serce łomoce jej jak po kilku okrążeniach na wuefie. Przyciska ręce do piersi i stara się uspokoić oddech. Nasłuchuje uważnie, ale nie słyszy żadnych kroków, żadnych odgłosów więcej. Wariatka! – usiłuje się pocieszyć. Panikara. Nic ci nie będzie. Masz po prostu stracha. Jest późno, ciemno, a ty masz szesnaście lat i głowę pełną horrorów.
Potrąca nogą butelkę, którą zostawił tu jakiś pijaczek. Łomot szkła sprawia, że żołądek podchodzi jej do gardła. Butelka zatrzymuje się i zapada cisza.
Ciemność rozjaśnia ognik, który wypełza nieśmiało ze szczeliny w ścianie. Jest niewielki, może wielkości połowy kciuka, i płonie bladoniebieskim światłem, przywodzącym na myśl palnik spirytusowy. Zaskoczona dziewczyna wyciąga w jego stronę dłoń, ale nie czuje ciepła. Płomień migocze i skapuje na ziemię jak kropla płonącego alkoholu. Rozlewa się w niewielką plamkę i przygasa, aby po chwili znowu się rozjarzyć.
Dziewczyna nie może oderwać od niego wzroku. Wyciąga palec i delikatnie zbliża go do ognia. Teraz dopiero dostrzega, że w jego wnętrzu, pod błękitem, świeci coś gorącego, niewielka żółto-czerwona iskra. Nie, nie iskra. Coś. Jest gorące i piękne. Kiedy palec już prawie go dotyka, płomień rozlewa się i płynie w głąb podwórza. Dziewczyna rozgląda się, oszołomiona. Nie pamięta, żeby uklękła. Zrywa się na nogi i biegnie za płomykiem, który czeka na nią nieopodal. Migocze niepewnie. Wabi. Zaprasza.
Jeszcze dwa kroki. Jeszcze krok.
Ognik znowu rozmywa się i chowa za zakrętem, zostawiając za sobą błękitny ślad, który wyparowuje i po sekundzie znika. Dziewczyna skacze za nim.
I nagle robi się jasno i ciepło. Stoi przed wielką kolumną ognia. I nie jest to już ten blady, rachityczny płomień, za którym podążała.
Zalewa ją blask tak jasny, że dziewczyna zamyka oczy. Czuje podmuch gorąca. Kiedy znowu je otwiera, dostrzega, że ogień drży.
Wpatruje się w niebieskie i białe strumienie plazmy, stapiające się ze sobą i wypryskujące na zewnątrz w postaci krótkich, jaskrawych jęzorów. W przelewające się czerwone i żółte kule, przywodzące na myśl lampę lava. Kule przenikają się wzajemnie i rozpuszczają, zmieniając kolory, rozpadając się lub łącząc w olbrzymie konfiguracje.
Im dłużej dziewczyna ogląda spektakl, tym chłodniejszy staje się ogień. Nie czuje ogarniającego żaru, nie zastanawia się nad tym zupełnie. Nie zdaje sobie sprawy, że jej włosy spłonęły kilka sekund temu, a skóra policzków popękała. Nie wie, że ubranie płonie już od dobrych kilku chwil. Że sztuczne włókna kurtki wtopiły się w skórę, że krótka spódniczka oblepiła uda, a rajstopy rozpadły się popękaną pajęczyną i osypały na ziemię. Że ocierający ją pantofel, wykonany z taniej imitacji skóry, już dawno zmienił jej stopy w czarne, pomarszczone kikuty.
Nie wie, że od kilku chwil leży na brudnym, zaszczanym przez koty chodniku, a nad nią pochyla się ogień.
Nie wie, że ojciec już od godziny obdzwania jej znajomych i że za kolejną godzinę zatelefonuje na policję, zgłaszając zaginięcie.
Nie chce wiedzieć.
Chce tylko widzieć płomień.

***

– Otwórz oczy!
Aż podskoczyłem, gdy coś wydarło mi się do ucha.
Zezel bezczelnie szczerzył do mnie klawiaturę. Nie komputerową oczywiście, ale w jego przypadku warto to podkreślić.
– Jest sobota – wystękałem. – Porąbało cię? Daj się wyspać.
– Wstawaj, wstawaj! – Poczułem szturchnięcie w żebra. – Dla ciebie ciągle jest sobota. Zaliczyłeś ich już za dużo w tym tygodniu, łamiesz zasady rządzące wszechświatem ludzi pracujących!
Burknąłem coś obraźliwego, ale chłopak ściągnął ze mnie kołdrę i odskoczył na bezpieczną odległość.
– Wstawaj, na dole jest jakaś ruda laska. Chyba na ciebie czeka.
Jego słowa przez chwilę nie chciały do mnie dotrzeć i odbijały się w czaszce jakimś znajomym echem. Uniosłem się na łokciu, jeszcze nie do końca rozbudzony, i nagle pamięć ostatnich dni wróciła niczym bumerang. Zwaliłem się z powrotem na poduszkę.
– Ach, ona. Zrób mi kawy, wszystko ci opowiem.
Zezel wahał się przez chwilę i wyglądało, że zaprotestuje w sprawie wykorzystywania go jako chłopca na posyłki, ale ciekawość zwyciężyła. Sapnął tylko, odwrócił się na pięcie i wybiegł do kuchni. Rozumiałem go, Ruda miała w sobie to coś.
Światło raziło mnie paskudnie, więc zamknąłem oczy. Przydałaby się miękka opaska, którą mógłbym założyć na głowę i…
Przypomniał mi się początek tygodnia, kiedy staliśmy z Anną na moście i wrzuciłem wizytówkę do rzeki, wpraszając się na Dwór Złotej Kaczki.
Nie wiedziałem, w co się pakuję.
Przypomniała mi się limuzyna, błazen, lokaj i Trzy Kolory. Przypomniała mi się opaska na oczy.

***

– Serio? – powiedziałem, patrząc na różową, jedwabną opaskę z czerwoną koronką, którą machał mi przed nosem błazen.
– Oczywiście, że masz wybór! Możesz jeszcze założyć to – odpowiedział, wyciągając przed siebie drugą rękę, w której trzymał czarny, płócienny worek. Akurat mój rozmiar. Czy ktoś szył takie rzeczy na zamówienie?
Posłałem mu zniechęcone spojrzenie, wziąłem opaskę i założyłem na głowę bez słowa. Jeśli już musiałem mieć zasłonięte oczy, to zdecydowanie wolałem koronki niż duszenie się w zapoconym worze. Lepiej pachnieć burdelem niż katem. Chociaż – o ile się nie mylę – te dwie profesje były kiedyś ściśle ze sobą związane. Miejski kat miał, zdaje się, przyjemność sprawować opiekę nad domami publicznymi…
Ktoś chwycił mnie pod ramię. Chyba lokaj, bo błazen miał najwyżej metr pięćdziesiąt i to wliczając jego fikuśną czapkę z dzyndzlami. Uwolniłem rękę i dla odmiany sam złapałem pod łokieć lokaja. Jeśli mam wziąć udział w tym spektaklu jako niewidomy, to przynajmniej zróbmy to poprawnie.
Szliśmy na spotkanie ze Złotą Panią. Mój anons został zaakceptowany, a przysłana limuzyna dowiozła mnie bez przeszkód do Filtrów Lindleya. Chyba że za przeszkodę uznać towarzystwo trzech miłych pań częstujących winem, małomównego lokaja i stukniętego błazna o pokręconym poczuciu humoru. Nie liczę kierowcy, który tylko raz otworzył dzielącą nas szybę, żeby skinąć na powitanie zarośniętym, szczeciniastym łbem. Miał fryzurę przypominającą szczotkę klozetową i porównywalne z nią umiejętności towarzyskie. Nie przeszkadzało mi to w żadnym stopniu.
Dziewczyny były trojaczkami albo efektem zabronionych badań z dziedziny inżynierii genetycznej – na pierwszy rzut oka wyglądały identycznie. Proste, czarne włosy do ramion, ciemna oprawa oczu, szminka w pastelowym odcieniu, nieznacznie poprawiająca ponętne usta. Takie same ciemne sukienki. Smukłe nogi, po długości których mogłem próbować odgadnąć, jak wysokie są moje współpasażerki. Dopiero po dłuższej chwili i kilku bezczelnych, bezpośrednich spojrzeniach uznałem, że nie są siostrami, lecz mają ten sam typ urody, który – podkreślony starannym makijażem – sprawiał, że wyglądały niemal identycznie. Jeśli to był obowiązujący na Dworze Złotej Pani kanon piękna, to istniały olbrzymie szanse, że tego wieczora się zakocham. Kilkukrotnie.
– Za kogo jest pan przebrany? – zapytała dziewczyna siedząca najbliżej i usiłująca otaksować mnie wzrokiem.
Wlepiłem w nią zdziwione spojrzenie i otworzyłem bezradnie usta. Zanim zdobyłem się na jakąś odpowiedź, odezwała się druga z dziewczyn:
– Och, Fuksjo! Nasz gość chyba nie wie, że dziś na Dworze jest bal maskowy.
– Fuksja, piękne imię… – wydobyłem z siebie w końcu. – To prawda, nie wiedziałem, że dziś bal maskowy.
– To wiele wyjaśnia – powiedziała trzecia, podając mi kieliszek. – Jestem Ochra. A to Fuksja i Sepia.
Wskazała kolejno swoje towarzyszki. Ukłoniłem się na tyle, na ile pozwalało miejsce.
– Herbert. – Przyjąłem kieliszek i wzniosłem w górę. – W takim razie proponuję wznieść toast za trzy piękne kolory!
Dziewczyny roześmiały się uroczo.
W pobliże Filtrów dotarliśmy nadzwyczaj szybko. Wyglądało na to, że dla limuzyny istniały tylko zielone światła. A może po prostu kierowca ignorował konsekwentnie wszystkie czerwone. Nie dane mi było się przypatrzeć temu fenomenowi, ponieważ szyby samochodu były nieprzezroczyste, zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Grunt, że kierowca widział drogę przed sobą. Być może. Przejechanie o tej porze przez Warszawę bez chociaż jednego postoju na światłach to był wynik proszący się o wpis do Księgi rekordów Guinessa. Na pewno więcej było w tym magii niż prawdziwych umiejętności.
Limuzyna zatrzymała się w końcu. Milczący do tej pory lokaj wysiadł pierwszy, otwierając drzwi i wypuszczając nas jedno po drugim.
– Zapraszam – przemówił.
Byliśmy na terenie Filtrów. Nawet bramę minęliśmy bez czekania. No, no. Rozejrzałem się. Zapadał już zmrok, nieopodal majaczyła samotnie wieża ciśnień. Stanęliśmy obok niskiego, szarego budyneczku, ukrytego między rosnącymi rzadko chojakami. Wtedy właśnie błazen podsunął mi opaskę na oczy.
Kiedy się z nią uporałem, lokaj ruszył do przodu. Odrobinę mocniej zacisnąłem palce na jego ramieniu. Wędrówka na Dwór Złotej Pani z zawiązanymi oczami.
Tak, tego właśnie potrzebowałem.
Kiedy wykonałem pierwszy krok, poczułem klepnięcie w tyłek i udawany damski śmiech. Nie łudziłem się jednak, że to któraś z dziewczyn chciała zabawić się moim kosztem. Błazen miał swoje poczucie humoru. Westchnąłem ciężko.
– Proszę pochylić głowę – odezwał się mój przewodnik. – A teraz proszę uważać na schody.
Schodziliśmy głęboko pod ziemię. Starałem się liczyć stopnie, ale szybko straciłem rachubę, przysłuchując się rozmawiającym za moimi plecami kobietom. Od czasu do czasu błazen poszturchiwał mnie albo rzucał sprośne uwagi na ich temat, co dziewczyny kwitowały krótkimi parsknięciami. Najwyraźniej starały się go ignorować, ale nie do końca im to wychodziło.
– Schyl się! – usłyszałem nagle i przygarbiłem się odruchowo. Stopień uciekł mi spod nogi. Zachwiałem się niebezpiecznie i chwyciłem mocniej lokaja.
Błazen zaśmiał się radośnie z dowcipu, a ja postanowiłem bardziej zaufać jednak prowadzącemu mnie mężczyźnie.
– On tak zawsze? – rzuciłem.
Lokaj burknął pod nosem coś niezrozumiałego i dalej rytmicznie schodził w dół.
– Zawsze – odpowiedziała któraś z dziewczyn, chyba Fuksja.
O ile udało im się upodobnić do siebie nawzajem, to głosy miały zdecydowanie różne. Fuksja miała chyba najbardziej zmysłowy głos, jaki słyszałem w życiu.
– Hieronimusie, przestań zaczepiać pana Herberta – dorzuciła Ochra – bo potem on zaczepi ciebie.
– Nie uderzysz chyba mniejszego? – zakwilił błazen w udanym przerażeniu i kolejny raz szturchnął mnie w bok.
– To się okaże później – uciąłem, siląc się na radosny ton.
Nie miałem nigdy okazji odwiedzić Filtrów, ale wiedziałem, że gdzieś pod ziemią rozciągają się olbrzymie sztuczne zbiorniki, oczyszczające wodę. Podobno pięknie oświetlone. Czułem chłód i wilgoć w powietrzu – musieliśmy być blisko. Schody skończyły się i zostałem powiedziony dalej w podziemia. Czułem, że lokaj kluczy, celowo utrudniając mi określenie kierunku, no ale przecież po to zasłonięto mi oczy.
– Teraz duży krok, ostrożnie. – Lokaj pociągnął mnie i poczułem, że podłoga chybocze się groźnie. Weszliśmy do łodzi. Posadzono mnie na ławeczce. Poczułem zapach perfum i dotyk chłodnej, damskiej dłoni na swojej. Miałem nadzieję, że damskiej, a nie Hieronimusa.
Lokaj wziął się do wioseł.
– To naprawdę bal maskowy. – Fuksja najwyraźniej nachyliła się ku mnie, bo poczułem na policzku jej ciepły oddech. – Jeśli nie chcesz uchybić etykiecie, powinieneś się przebrać.
– Już chyba za późno – mruknąłem. – Poza tym liczyłem na audiencję bezpośrednio u Złotej Pani, z pominięciem zabawy.
Roześmiała się cicho.
– Pamiętaj, że to ona ustala zasady w swoim domu, a ty jesteś jej gościem i musisz grać według jej reguł. Nie chcesz chyba zacząć spotkania z nią od obrazy majestatu?
Nie chciałem.
– Teraz mamy bal. A to oznacza, że Złota Pani przyjmie cię po nim. Lub może znajdzie czas dla ciebie podczas przyjęcia, ale pamiętaj, że tutaj zabawy często się przeciągają. Znacznie.
– To znaczy jak długo?
Nie odpowiedziała. Zamiast tego ujęła moją drugą dłoń, tę z brązu, skrytą w rękawiczce.
– Kiedy znajdziemy się w pałacowym holu i pozwolą ci zdjąć opaskę, otrzymasz przywileje gościa. Na Dworze istnieją zasady, cała etykieta, której teraz ci nie wyjaśnię, bo nie ma na to czasu. Jeśli wejdziesz na Dwór nieprzebrany, Majordomus zaanonsuje cię z imienia i nazwiska. To będzie poważnym pogwałceniem reguł domu i znajdziesz się w nieciekawej sytuacji, łącznie z tym, że Królowa będzie cię mogła w pewien sposób kontrolować.
Pokręciłem głową. Nie chciałem być kontrolowany. Fuksja poklepała mnie po ręku.
– Kiedy więc tylko podejdzie do ciebie Majordomus, podaj mu hasło tego wieczora i każ się zaprowadzić do garderoby, w której będziesz mógł wybrać stosowne przebranie. Dla gości robi się naprawdę dużo, trzeba tylko wiedzieć, jak poprosić.
– A jak brzmi hasło wieczora? – zapytałem.
Odpowiedzi jednak nie otrzymałem, bo łódź przybiła do brzegu i zaczął się ruch. Hieronimus wylądował mi na kolanach i poczułem jego wilgotne cmoknięcie na policzku. Odepchnąłem go niezbyt delikatnie.
– Brutal! – usłyszałem w odpowiedzi.
Fuksja, Ochra i Sepia wyszły pierwsze, błazen wyskoczył zaraz po nich, podzwaniając czapką. Pozwoliłem lokajowi wyprowadzić się z łodzi. Pociągnął mnie od razu gdzieś w lewo, tak gwałtownie, że o mało nie straciłem równowagi.
Usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Sądząc po głębokim, zgrzytliwym odgłosie – wielkich drzwi. Przemieściliśmy się o kilka kroków i lokaj znów mnie zatrzymał.
– Może pan zdjąć opaskę – powiedział.
Zsunąłem ją z ulgą. Światło mnie poraziło, a oczy momentalnie się zaszkliły.
Kiedy otarłem łzy, mogłem się wreszcie rozejrzeć.
Staliśmy w holu.
Był olbrzymi. Szeroki. Wysoki. Zastanowiłem się od razu, jak głęboko pod ziemią się znajdujemy.
Trzy kryształowe żyrandole wiszące pod sufitem zdobionym freskami oświetlały pomieszczenie. Pozłacane ściany potęgowały blask. Moją uwagę przykuł nieznaczny ruch po lewej stronie.
Wnęki w ścianach, otoczone arkadami opartymi na wąskich półkolumnach, zajęte były przez żywe posągi. Stali w nich przystojni, doskonale zbudowani młodzieńcy. Półnadzy, o ciałach pomalowanych na złoto, prężyli muskuły, spoglądając niewidzącymi oczami. Po drugiej stronie ściany wyginały ciała kobiety o harmonijnych kształtach i odsłoniętych biustach. Co jakiś czas figury zmieniały pozycje, ale robiły to powoli i z gracją. Byli piękni. Były piękne.
Na końcu holu znajdował się przestronny westybul o złotych ścianach, rozświetlony przez liczne lampy i kolejny żyrandol. Przede mną wznosiły się olbrzymie paradne schody, rozwidlające się na półpiętrze. Z nich właśnie, z godnością, schodził do nas wspomniany Majordomus.
Ubrany był w długą, ciemną, haftowaną marynarkę o dużych, złotych guzikach, z których tylko jeden był zapięty. Jej poły rozwidlały się na podobieństwo fraka. Pod nią pyszniła się jednorzędowa kamizelka, również haftowana złotem, o guzikach nieznacznie mniejszych.
Do tego bufiaste spodnie, kończące się trochę poniżej kolan, białe jedwabne pończochy, czarne, połyskujące pantofle. I żabot.
Herbert, przypomnij sobie… Kiedy na własne oczy widziałeś żabot?
Majordomus był już w połowie schodów, kiedy uświadomiłem sobie, że Fuksja nie podała mi hasła. Moje trzy towarzyszki wyprzedziły mnie już znacznie i chciałem je dogonić, ale w tym momencie błazen uwiesił się złośliwie mojej nogi.
Miałem go kopnąć? I zapewne uchybić etykiecie?
Jedna z dziewczyn odwróciła się nagle i podeszła do mnie. To była Ochra.
Podeszła blisko i spojrzała mi powłóczyście w oczy.
– Corvus – powiedziała cicho, tuż przy moim uchu. – Podziękuj Fuksji.
Błazen zatrząsł się, podzwaniając na mojej nodze.
Ochra odwróciła się, jakby spłoszona, i dołączyła do przyjaciółek.
Schyliłem się do Hieronimusa.
– Słuchaj, chłopie, nie chcesz znaleźć sobie jakiejś innej łydki do obściskiwania? Tamten facet na przykład – pokazałem idącego w moją stronę mężczyznę. – Zobacz, jakie ma zgrabne nogi.
– Y, y, y! – wydobył z siebie błazen.
Dłoń samoczynnie zacisnęła mi się w pięść.
Majordomus zatrzymał się przed dziewczętami, złożył ukłon i pozdrowił je życzliwie. Usłyszałem śmiechy i strzępki rozmowy. Kobiety odwróciły się do mnie i pomachały, a Fuksja przesłała mi krótki pocałunek.
Majordomus zbliżał się do mnie.
– Witam! Witam Obrońcę Miasta. Nazywam się Mirosław Tukk. Proszę za mną.
Schwycił błazna za ucho i odciągnął ode mnie, co przyjąłem z ulgą. Naprawdę nie wiedziałem, jakie konsekwencje poniósłbym, gdybym zrobił to sam.
Tukk odwrócił się, jakby chciał odejść, więc szybko osadziłem go w miejscu słowami:
– Proszę wybaczyć. Zdaje się, że trafiłem na bal maskowy, a, jak pan widzi, nie mam stroju. Czy może mi pan wskazać miejsce, w którym będę mógł się stosownie ubrać?
Mężczyzna posłał mi puste spojrzenie, jakby w ogóle mnie nie usłyszał. Zrozumiałem, że za chwilę otrzymam odmowną odpowiedź, więc nachyliłem się do niego i rzuciłem konfidencjonalnie:
– Corvus.
W oczach Mirosława Tukka zapaliło się coś na kształt zawodu.
Wyglądało na to, że naprawdę miałem narobić sporego zamieszania i – urągając zasadom obowiązującym na Dworze – wystąpić pod swoim nazwiskiem.
Ha! Nie ze mną dworskie intrygi! Dziękuję, Fuksjo!
– W takiej sytuacji proszę tędy – ruszył w głąb holu, omijając prowadzące w górę schody.
Ruszyłem za nim.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Marcin Jamiołkowski „Czarny Roman”
Fragmenty MAT - 8 grudnia 2015

Nota od wydawcy: poniższy tekst jest bezpośrednio powiązany z „Okupem Krwi” Marcina Jamiołkowskiego Jestem…

Marcin Jamiołkowski „Bezsenni”
Ksiażki fantastyczne MAT - 1 czerwca 2016

Autor: Marcin Jamiołkowski Tytuł: Bezsenni Wydawnictwo: Genius Creations Liczba stron: 308 Ceny…

„Geniusze fantastyki” od Genius Creations
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 lutego 2016

28 lutego będzie mieć miejsce premiera antologii Geniusze fantastyki, darmowego ebooka przygotowanego z okazji…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!