Autor: Mariana Enriquez,
Tytuł oryginalny: "Bajar es lo peor"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarna Owca,
Redakcja: Maja Lipowska,
Korekta: Ewa Skibińska, Maja Lipowska,
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 15 października 2025
Wydanie: 1
Liczba stron: 256
Format: 13x21 cm
Oprawa: twarda,
ISBN: 978-83-8015-889-4
Cena: 54.99 PLN
Więcej informacji: Mariana Enriquez „Zjazdy są najgorsze”
Mroczne strony Buenos Aires
Podobno najbardziej odpowiadają nam utwory literackie, w których możemy utożsamiać się z bohaterami. Dlaczego? Są dwie możliwości: albo odnajdujemy w perypetiach postaci z powieści echa własnego losu, albo postaci te stanowią nasze lepsze alter ego, są kimś, kim chcielibyśmy być. Moje podejście do książki Mariany Enriquez „Zjazdy są najgorsze” wydaje się zaprzeczeniem obu tych ewentualności… a mimo to nie mogłam się od niej oderwać.
„Zjazdy są najgorsze” są bowiem historią o narkotykach. O życiu na permanentnym haju albo na głodzie, jeśli sił i pieniędzy na narkotyki zabraknie. Jeśli o mnie chodzi, jestem totalną dziewicą w tym temacie, bo nigdy nawet nie zapaliłam trawki na imprezie. Zażywanie narkotyków jest mi kompletnie obojętne, odpadają więc zarówno argumenty o odnajdowaniu w książce własnych przeżyć, jak i tęsknot. Dlaczego więc pochłonęłam ją w dwa wieczory?
Na powyższe pytanie odpowiedzieć nie umiem. Podczas lektury miałam wrażenie, że czytam o formach życia całkowicie odmiennych od tych, które znam. Książka nie ma fabuły, a akcję ma szczątkową. Koncentruje się wokół kilku tygodni z życia trójki bohaterów: anielsko pięknego Facunda, który zarabia na życie prostytucją, niejakiego Narvala, narkomana w ostatnim stadium, który się w Facundzie beznadziejnie kocha, a także Caroline, dziewczyny z bardzo bogatego domu, kochającej się i w Facundzie, i w Narvalu, a także w kilku innych „obiektach”.
Książkę napisała dziewiętnastolatka i to widać – zbyt wiele tam jak na mój gust egzaltowanego zachwytu ślicznym Facundem; o tym, że ma długie czarne włosy, dowiadujemy się co kilka stron. Podczas lektury wyczuwa się też młodzieńczy głód życia oraz fascynację rzeczami, które normy społeczne uznają za naganne – czyli narkotykami, alkoholem, „nocnym życiem” i seksem w rozmaitych konfiguracjach. Początkowo nieco mi to przeszkadzało, potem jednak, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu, dałam się ponieść opowieści. Niefrasobliwość i dążność do autodestrukcji, jaką prezentują wszyscy – główni i poboczni – bohaterowie tej historii niepostrzeżenie transformowała w składową opowieści o innym świecie. Takim, jakiego osobiście nie poznałam, ale nie wątpię, że istnieje w każdym większym mieście… w moim też.
Po przeczytaniu powieści próbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie, o kim właściwie napisała Mariana Enriquez. Czy o jednostkach skrajnie niepoważnych, nieodpowiedzialnych, za wszelką cenę próbujących nie wyrosnąć z dzieciństwa pełnego zabawy? Czy może o ludziach zniekształconych przez traumę z przeszłości, którzy nie chcą albo nie potrafią dopasować się do świata, w którym przyszło im żyć? Potrafię zrozumieć nastawienie Facunda, który w rodzinie od najmłodszych lat dostawał tylko strach i wieczną krytykę. Jak najbardziej trafia mi do przekonania Armendariz i jego desperacka pogoń za uczuciem, być może ostatnią miłością zmęczonego, nie pierwszej młodości człowieka. Z pewny trudem, ale jednak umiem „ogarnąć” dualizm podejścia Narvala, który panicznie boi się swoich halucynacji, lecz jednocześnie z utęsknieniem na nie czeka. Nie umiem natomiast odnaleźć sensu w działaniach Caroline, a już na pewno nie jestem w stanie wykrzesać z siebie bodaj odrobiny sympatii, którą mogłabym ją obdarzyć. Nie, nie dlatego, że zmienia partnerów jak rękawiczki albo próbuje rozmaitych substancji; wczesna młodość ma swoje prawa. Chyba po prostu jestem za stara na polubienie (oraz zrozumienie) kobiety wystarczająco dorosłej, by bawić się całą noc, ale za mało dojrzałej, by skonstruować sobie jakikolwiek, bodaj pobieżny plan na życie, i trzymać się go przez czas dłuższy niż tydzień.
Powieść „Zjazdy są najgorsze” dorobiła się w Argentynie statusu książki kultowej – i chyba wiem dlaczego. Nie, nie chodzi o to, że opowiada o ludziach, którzy kosztują owocu zakazanego. Istnieją jednak pisarze, którzy potrafią napisać interesująco o wszystkim – i zdaje się, że Mariana Enriquez właśnie do nich należy. Rzecz nie w doborze kunsztownych fraz, nie w epatowaniu obrzydliwością, destrukcją czy powolnym staczaniem się w przepaść, nie w doskonałym zobrazowaniu mroku otaczającego bohaterów (a który każdy z nas w mniejszej lub większej ilości przechowuje we własnej duszy) – choć książka wszystkie te walory posiada. Ta krótka (około 250 stron) historia jest opowiedziana w taki sposób, że nie można przejść koło niej obojętnie. Niektórzy pisarze to potrafią!
„Zjazdy są najgorsze” to pierwsza przeczytana przeze mnie powieść Mariany Enriquez… ba, jeszcze miesiąc temu nie miałam o tej autorce pojęcia. Teraz jednak chciałabym dostać w swoje ręce jakiekolwiek inne jej dzieło. Targa mną lekka obsesja, by sprawdzić, czy o innych sprawach i innych bohaterach potrafi pisać w sposób tak samo zajmujący – i to chyba wystarczy za rekomendację powieści.
Hanna Fronczak

Udany powrót do Thornu
Aneta Jadowska Bogowie muszą być szaleni Wydawca: Fabryka Słów 2012 Stron: 454…

[Recenzja] „Wojny Lucasa” Renaud Roche, Laurent Hopman
Komiksów nie należy traktować jak historii biograficznych w ścisłym sensie. Nie tylko…

Poleć to jeszcze raz, Dominiko (1)
Dziś prezentujemy jedno z wykopalisk z archiwum Fahrenheita. Pierwszą z kilkunastu polecanek, które pojawiły się…

















Wydarzenie wirtualne
09.02.2026
Lublin