Zmarł Krzysztof KochańskiObrazek wstążki
Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

[Recenzja] „Algorytm” Krzysztof Koziołek

Tytuł: "Algorytm"
Autor: Krzysztof Koziołek,
Grafika: Magdalena Czmochowska,
Wydawnictwo: Manufaktura Tekstów,
Redakcja: Alfred Siatecki,
Korekta: Alfred Siatecki,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 5 grudnia 2025
Wydanie: 1
Liczba stron: 324
ISBN: 978-83-97530-51-5
Cena: 45 PLN
Więcej informacji: Krzysztof Koziołek „Algorytm”

Algorytm powieści: dobre pomysły i umiejętna realizacja muszą iść w parze

Recenzowanie to karkołomne zadanie. Wymaga bowiem odrzucenia osobistych przekonań i posiadania wystarczająco szerokiej wiedzy, by móc obiektywnie ocenić dzieło. Patrząc przez ten pryzmat na pisarza mającego w dorobku 28 wydanych tytułów – głównie w nurcie kryminałów retro i literatury górskiej – należy założyć, że jego najnowsza powieść zaprezentuje wysoki poziom: stylistyczny, fabularny oraz społeczno–filozoficzny. Za słusznością tego założenia przemawia również fakt uhonorowania autora m.in. Zielonogórską Nagrodą Literacką „Winiarka” (2018) za całokształt twórczości, a także tytułem „Książki Górskiej Roku 2019” za kryminał „Nad Śnieżnymi Kotłami”, który niesie obietnicę prozy wykraczającej daleko poza literacką przeciętność.

Z takim właśnie nastawieniem przystąpiłem do lektury „Algorytmu” Krzysztofa Koziołka. Jest to – jak deklaruje sam twórca w wywiadach – jego pierwsza w pełni gatunkowa powieść science fiction, jakkolwiek echa fantastyki naukowej wybrzmiewały już w dwóch innych tytułach. Wyjaśniając genezę książki, Koziołek przyznał: „Przyszło mi do głowy, co by było, gdyby na Marsie były kolonie z AI. I potem już poszło”. To bezpretensjonalne stwierdzenie towarzyszyło mi nieustannie podczas poznawania tejże historii.

Ziemię spustoszyło globalne ocieplenie, pociągając za sobą kryzys migracyjny oraz wojny o zasoby. W konsekwencji większość ludzkości „już dawno przeniosła się na daleką północ, w rejony, w których temperatury rzadko przekraczały 40 stopni Celsjusza”. Sam świat został zdominowany „przez formy cielesne wyposażone w sztuczną inteligencję – czyli hybrydy oraz pełne AI”, które służą m.in. tzw. Korporacji – międzyplanetarnej firmie, która zmonopolizowała loty na Marsa.

W tych realiach osadzona jest narracja, którą poznajemy z dwóch perspektyw: załogi kosmicznego frachtowca Kepler, transportującego na Marsa technologię wydobywczą wraz z grupą surogatek – rygorystycznie wyselekcjonowanych kobiet, zobligowanych kontraktem do urodzenia na Czerwonej Planecie czworga dzieci – oraz Zoyi Goulden, głównej bohaterki, biorącej udział w procesie rekrutacyjnym do owego programu kontraktowego.

Tak zawiązane otwarcie powieści intryguje nie tylko ze względu na sugestywny zarys świata przedstawionego, ale przede wszystkim dzięki kreacji charyzmatycznej Zoyi. To bohaterka inteligentna, świadoma własnej wartości, twarda i nieco zadziorna, która na tle innych kandydatek wyróżnia się unikalną osobowością. Ciekawość potęguje dodatkowo zapowiedź z okładki: Zoya ma stać się „przyczyną największego przewrotu w historii Czerwonej Planety”. Owa perspektywa każe z niecierpliwością śledzić drogę, która doprowadzi do tych dramatycznych wydarzeń.

Niestety w tym miejscu entuzjazm zaczyna stygnąć. Styl autora konsekwentnie ignoruje bowiem sferę doznań zmysłowych: zapach, dźwięk czy dotyk. O ile wstęp dawał nadzieję, że owa surowość jest celowym zabiegiem służącym nakreśleniu chłodnych realiów (notabene nadająca się właśnie do kwestii drugoplanowych czy przeskoków w czasie), o tyle sceny przesłuchań – aż proszące się o dramaturgię – obnażają niewykorzystany potencjał zasady „pokazuj, nie opowiadaj”. Niech za przykład posłuży poniższy fragment:

Zaraz potem dziewczynę otoczył ten sam rój dronów. Tym razem jednak nie obfotografowywał każdego milimetra kwadratowego jej ciała, tylko emitował wiązki wyładowań elektrycznych. Żadna nie była na tyle potężna, by zrobić człowiekowi krzywdę, ale razem wzięte generowały ból na tyle duży, by jakiekolwiek żywe stworzenie skutecznie zniechęcić do oporu.

Przez pryzmat własnych doświadczeń literackich mam pełną świadomość, jak wielkim wyzwaniem jest stworzenie angażującej narracji. Niemniej od twórcy legitymującego się dorobkiem 28 książek mamy prawo oczekiwać warsztatowej dojrzałości. Tymczasem autor, zamiast kreować atmosferę, serwuje czytelnikowi suche etykiety stanów emocjonalnych i niepotrzebnie objaśnia sens dialogów, nie pozwalając im samodzielnie wybrzmieć.

Warsztatowa szorstkość jest tylko jedną z dwóch fundamentalnych wad tej pozycji. Drugą stanowią błędy w spójności świata przedstawionego.

Głównym antagonistą Zoyi jest Korporacja i jej przedstawiciele stacjonujący w marsjańskim New Earth City, ale na Czerwonej Planecie funkcjonują również kolonie dwóch ziemskich supermocarstw: Unii Eurochińskiej oraz Związku Socjalistycznych Stanów Zjednoczonych Ameryki. To właśnie te podmioty rywalizują o pierwszeństwo w dotarciu do nowo odkrytego „niezwykle zasobnego złoża” (którego natury nie poznajemy). Tu pojawia się wyraźny zgrzyt logiczny: wyścig mocarstw trwa, mimo że to Korporacja posiada monopol na transport międzyplanetarny i kontroluje kluczowe ośrodki ludzkie (nawet jeśli jej władza w koloniach jest ograniczona). Sytuacja ta czyni autonomię państw i unii trudną do zrozumienia.

Chaos pogłębia niespójny model ekonomiczny. Dowiadujemy się, że na Ziemi wszyscy przesiedleńcy posługują się „kredytami” w postaci wirtualnej pensji gwarantowanej, a pracuje zaledwie 1% populacji, gdyż resztę zadań wykonują hybrydy i AI. Tymczasem kapitan Keplera triumfalnie oznajmia, że zarobi „łatwe pieniądze”. Podobnie jest w marsjańskich kopalniach: koloniści teoretycznie posiadają udziały, jednak chciwa Korporacja odmawia im premii, tnąc koszty, by jednocześnie fundować posiłki nowo przybyłym surogatkom. Tło tego bezładu dopełniają stare ziemskie struktury: Zgromadzenie Ogólne ONZ, Kongres USA (nie ZSSZA), Parlament Europejski czy Chińskie Zgromadzenia Ludowe. Funkcjonują one pomimo globalnego kryzysu cieplarnianego, co zamazuje obraz geopolityczny. I choć podmioty te wspominane są relatywnie często, nie mają niemal żadnego znaczenia dla motywacji bohaterów i całej historii. Brak szczegółowego wyjaśnienia tej hierarchii i modeli gospodarczych na obu planetach budzi jedynie zagubienie, a czytelnik traci ochotę na analizowanie, czy to wszystko w ogóle ma sens.

Sama historia również nie broni się przed zarzutem braku konsekwencji. Przez surowość opisów emocjonalnych, działania bohaterów – szczególnie zapowiedziany przewrót i samo zachowanie Zoyi – sprawiają wrażenie irracjonalnych, a brak szerszych szczegółów i wyjaśnień dotyczących technologii czy marsjańskiej polityki czyni świat przedstawiony niewiarygodnym. I choć rozumiem zamysł autora – finałowe rozdziały wyjaśniają bowiem wiele kwestii – to jednak całość poprowadzona jest po linii najmniejszego oporu. Trudno uwierzyć w realizm tego uniwersum, gdy w narracji brakuje jakiegokolwiek napięcia i poczucia wagi toczącej się gry.

Tym bardziej ubolewam nad niewykorzystanym potencjałem, gdyż w pewnym momencie Koziołek serwuje solidny zwrot akcji, który pozytywnie zaskakuje. Biorąc pod uwagę wspomniane mankamenty oraz brak jakiegokolwiek głębszego wymiaru społeczno-filozoficznego, łatwo sobie wyobrazić, o ile silniejszy wydźwięk miałby ten moment, gdyby powieść była pozbawiona błędów warsztatowych.

Na pochwałę zasługuje również tempo powieści – jest ono wyważone, a nowe postacie wprowadzane są w sposób uporządkowany, dzięki czemu łatwo zapadają w pamięć nawet po dłuższej nieobecności – jest to jednak atut niewystarczający.

W gruncie rzeczy trudno orzec, czym „Algorytm” próbuje być: przestrogą przed sztuczną inteligencją, eugeniką, korpokracją czy jedynie niezobowiązującą rozrywką? Jeśli to pierwsze, to jej myśl przewodnia wybrzmiewa niezwykle słabo, by nie rzec – wcale.

Można odnieść wrażenie, że autor, dostrzegając współczesne „szaleństwo” wokół sztucznej inteligencji, postanowił zabrać głos w dyskusji, lecz proces twórczy oparł na przytoczonym wcześniej stwierdzeniu: „już potem poszło”. Poszło – niestety – bez dbałości o detale technologiczne, spójność świata czy wiarygodność psychologiczną postaci, co przy takim dorobku jest co najmniej zadziwiające. Suma tych mankamentów sprawia, że mimo pewnych zalet, Koziołek ograniczył potencjalną grupę odbiorców do czytelników najmniej wymagających.

 

Mariusz Kochański

PS. Autorowi dziękuję za przesłany egzemplarz recenzencki.

    Mogą Cię zainteresować

    Sztuka dla sztuki

    China Miéville dał się poznać jako człowiek o niezwykłej wyobraźni. Nie korzysta z utartych schematów,…

    Ona, on i miasto
    Bookiety nimfa bagienna - 18 maja 2016

    Nad Wisłą wstaje warszawski dzień… dla pary kochanków. Jagna Rolska recenzuje debiut Katarzyny…

    Powtórka z rozrywki
    Bookiety nimfa bagienna - 28 kwietnia 2016

    Thriller medyczny do poczytania w pociągu, czyli Agnieszka Chodkowska-Gyurics recenzuje „Znieczulenie” Robina Cooka. Być może…

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *