Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

[Recenzja] „Delirium” Jarosław Dobrowolski

Tytuł: "Delirium"
Autor: Jarosław Dobrowolski,
Grafika: Dawid Boldys,
Cykl: Krwiopijca
Wydawnictwo: Sinister Project,
Redakcja: Aleksandra Wicik, Anna Dzięgielewska,
Korekta: Aleksandra Wicik, Anna Dzięgielewska,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 5 kwietnia 2024
Wydanie: 1
Liczba stron: 482
Format: 20x13 cm
Oprawa: miękka,
ISBN: 978-83-970486-2-1
Cena: 55 PLN
Więcej informacji: Jarosław Dobrowolski „Delirium”

Jest potencjał

Lektura „Delirium” była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Jarosława Dobrowolskiego. Zupełnie nie miałam pojęcia, czego mogę się po książce spodziewać. Jaki był wynik tego eksperymentu? Niejednoznaczny. Ale po kolei.

„Delirium” to otwarcie cyklu Krwiopijca. W tym miejscu powinnam umieścić zwięzły opis fabuły. Powinnam, ale tego nie zrobię. Dlaczego? Sądząc po zawartości pierwszego tomu, autor zaplanował opowieść z rozmachem godnym „Pieśni Lodu i Ognia” Georga R.R. Martina. Zamysł zaiste ambitny, a jak z wykonaniem – zobaczymy, na razie trudno orzec.

Na poziomie fabularnym „Delirium” jest bardzo rozbudowanym wstępem. Trudno tu znaleźć jakąś wyraźnie zarysowaną oś. Mamy raczej do czynienia ze zbiorem wielu – początkowo bardzo luźno, albo wręcz wcale – powiązanych ze sobą epizodów. Jak rozumiem, maja one na celu wprowadzenie czytelnika w uniwersum i zapoznanie go z występującymi w powieści postaciami (a tych jest całkiem sporo). Na plus trzeba autorowi przyznać, że choć początkowo mamy wrażenie sporego chaosu, to na końcu wszystkie elementy splatają się w spójną całość. Nie zauważyłam też żadnych rażących sprzeczności ani błędów logicznych. Mam nadzieję (oby nie płonną!), że w kolejnych tomach pojawi się jakiś bardziej wyrazisty kościec fabularny. Chociaż z drugiej strony historia notuje wiele popularnych książek, gdzie główny bohater idzie sobie nieśpiesznie przez życie i ciągle stawia czoła nowej przygodzie. Może więc narzekam bezpodstawnie.

A jeśli już o przygodach mowa. Bohaterowie „Delirium” co i rusz popadają w tarapaty prowadzące do ręko-, zębo- i pazuroczynów. Dodam, że w większości mocno krwawych. Sceny bójek napisano ze swadą, są dynamiczne, zróżnicowane i pełne energii. Nie jestem w stanie ocenić ich ze strony merytorycznej, gdyż najbardziej krwawa bijatyka, w jakiej dane mi było uczestniczyć, miała miejsce naprawdę bardzo, ale to bardzo dawno. Rozbiłam wiaderkiem głowę koledze, który zniszczył wybudowany przeze mnie z wielkim trudem zamek z piasku. Pozostaje mi obdarzyć autora kredytem zaufania i założyć, że wie, o czym pisze.

Postaci to temat na oddzielną opowieść, a przynajmniej na oddzielny akapit. Zaiste dziwna to menażeria. Wampiry, wilkołak, zmiennokształtni, kilku przedstawicieli homo sapiens… to tylko drobny ułamek tego, co spotkamy na kartach powieści. Mówiąc krótko: dla każdego coś miłego. Autor garściami czerpie z najprzeróżniejszych mitologii i toposów. Czuć oczytanie i erudycję. Inspiracje te traktuje dość swobodnie. Czasem trzyma się wiernie kanonu, kiedy indziej idzie pod prąd (na szczęście czyni to świadomie i z niejakim wdziękiem). Oby tylko nie przesadził, bo jak wiadomo, nadmiar grzybków w barszczu nie czyni zupie dobrze. Ludzie i nieludzie, których spotykamy na kartach książki, zostali odmalowani dość ciekawie. Nie są to z pewnością bohaterowie o szekspirowskiej głębi, ale nikt tego nie oczekuje, sięgając po powieść fabularną. Mają jasne i ciemne strony, plany i motywacje kierujące ich poczynaniami, a to wystarczy by budzić w czytelniku emocje i zainteresować go ich losem.

Niestety oprócz fabuły i bohaterów integralną częścią powieści jest także język. Dlaczego niestety? Ano dlatego, że z tym jest kiepsko, a nawet bardzo kiepsko. Jest to tym bardziej przykre, że choć błędy i zgrzyty są dość liczne, nie ma wśród nich nic, czego nie byłby w stanie wychwycić i poprawić sprawny redaktor.
Zacznij od zamiłowania autora do zaimków, w szczególności do zaimków dzierżawczych. „Jej”, „jego” cisną się na w każdym zdaniu niczym pasażerowie w autobusie do Bulimowa. Odniosłam wrażenie, że motto książki brzmi „zdanie bez zaimka to zdanie stracone”.

Kolejnym grzechem językowym psującym przyjemność z lektury jest tendencja do używania „eleganckich” słów. Z niewiadomych przyczyn, autor unika jak ognia czasownika „mieć”, uważając go chyba za zbyt pospolity. W efekcie nikt nic nie ma, wszyscy posiadają. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować mojego nieodżałowanego wykładowcę „Posiąść można wiedzę lub kobietę, całą resztę się ma”. Gdybyż to był jedyny przykład użycia pseudowyrafinowanego języka… ale gdzież tam! Na kartach powieści aż roi się od dziwotworów językowych w rodzaju „procesował rzeczywistość” Zaznaczę, że nie chodzi tu ani o cyborga, ani o AI czy inny elektroniczny twór, ale o zwykłego wiejskiego pijaczka. Do tego trafiają się słowa zwyczajnie źle użyte. Otóż „reprezentacyjny” i „reprezentatywny” to nie są synonimy. Nie rozumiem też koncepcji przymiotnikowej odmiany imion. Do tej pory żyłam w przekonaniu, że imię Jurij w dopełniaczu (gwoli przypomnienia kogo? czego?) brzmi Jurija, a nie Jurijego. Ale może o czymś nie wiem.

W świetle ostatnich uwag na ironię zakrawa fakt, że tam, gdzie dołożono starań, by uniknąć błędów stylistycznych, uzyskano efekt dziwny, żeby nie powiedzieć groteskowy. Przykładowo: aby uniknąć powtórzenia słowa „okulary” zastosowano synonim „patrzałki”. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że zrobiono to w środku mrocznej (a wręcz mhrocznej) sceny. Nieszczęsne patrzałki biją po oczach niczym flaming w stadzie pingwinów.

Podsumowując: powieść ma potencjał. Autor niewątpliwie obdarzony jest ogromną wyobraźnią, zdolnością logicznego myślenia i – co najważniejsze – wie, co chce nam opowiedzieć. Jednak aby tego potencjału nie zmarnować, konieczna jest mozolna praca nad warstwą językową. Mam nadzieję, że to się uda.

 

Agnieszka Chodkowska

Mogą Cię zainteresować

Powrót do hotelu Panorama
Recenzje fantastyczne Fahrenheit Crew - 6 listopada 2013

Stephen King Doktor Sen Prószyński i S-ka Warszawa 2013 Stron: 655 Cena: 42…

Polska duma
Bookiety nimfa bagienna - 16 grudnia 2015

Inne oblicze powstania wielkopolskiego, czyli Konrad Fit recenzuje książkę Marka Rezlera „Nie…

Idealna na początek
Bookiety nimfa bagienna - 21 grudnia 2015

Piękne wydanie i merytoryczna zawartość, czyli Hanna Fronczak recenzuje książkę Michaela Prestwicha „Ludzie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit