Autor: Max Kidruk,
Grafika: Katerina Koszelewa, Fedir Honca,
Cykl: Nowe wieki ciemne
Tytuł oryginalny: "Нові Темні Віки. Колонія"
Wydawnictwo: Insignis,
Redakcja: Marek Stankiewicz, Monika Żuber-Mamakis, Karolina Zelewska,
Korekta: Marek Stankiewicz, Monika Żuber-Mamakis, Karolina Zelewska,
Tłumaczenie: Iwona Czapla,
Typ publikacji: papier, ebook,
Premiera: 18 czerwca 2025
Wydanie: 1
Liczba stron: 1096
Format: 14x21 cm
Oprawa: twarda,
ISBN: 978-83-68352-36-8
Cena: 99 PLN
ISBN (ebook): 978-83-68352-37-5
Więcej informacji: Max Kidruk „Nowe wieki ciemne. Kolonia”
Co może pójść nie tak?
Podobno zawsze można zacząć od nowa i nie powtórzyć wcześniejszych błędów. Fantastyka często bierze na warsztat motyw „nowego początku” – jeśli o mnie chodzi, szczególnym sentymentem darzę te dzieła, które opisują powstawanie ludzkiej kolonii na Marsie. Dlaczego akurat na Marsie? No cóż, jest najbliżej, w nocy bez problemu można go zobaczyć gołym okiem, i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa to on będzie drugą planetą, gdzie ludzkość będzie mogła zacząć od zera.
Do tej pory do moich ulubionych marsjańskich opowieści należały „Piaski Marsa” Arthura C. Clarke’a (z całym jej uroczym naiwnym optymizmem amerykańskiej fantastyki lat 50. XX w.) i trylogia Kima Stanleya Robinsona, gęsto wypchana wątkami ekologicznymi oraz niezadanymi pytaniami o to, czy człowiek ma prawo przekształcać obce światy według swojej woli. Ostatnio jednak wielka dwójka (trylogię traktuję jak jedną pozycję) stała się wielką trójką, a to za sprawą powieści Maxa Kidruka „Nowe wieki ciemne. Kolonia”.
Jest to pierwszy tom cyklu – i muszę przyznać, że już nerwowo przytupuję w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Max Kidruk napisał bowiem książkę nie tylko o początkach osadnictwa na Marsie. Jest to wieloaspektowa opowieść o tym, do czego zdolni są ludzie i jakie nieprawości mogą popełnić, jeśli los stworzy im po temu możliwość.
Są otóż lata 40. XXII wieku, a ludzka populacja na Marsie przekroczyła sto tysięcy, z czego około 1/3 urodziła się już na Czerwonej Planecie i jest bardzo młoda (najstarszy rodowity Marsjanin ma 30 lat). Marsjańskie osadnictwo jest sprawą stosunkowo świeżą, ale bardzo dynamicznie się rozwija. Według założeń wszystko miało być wspaniale: Mars to strefa bez broni, kierowana (a właściwie koordynowana) przez kolektyw, przyjazna osadnikom z Ziemi i oferująca im wielkie możliwości. Po prostu Raj… co może pójść w nim nie tak? Jak się okazje, praktycznie wszystko.
Kidruk nie pisze tylko o Marsie – on pisze o Ziemi, Marsie i przede wszystkim o człowieku. Ten zaś ma rączki skierowane tak, by zgarniać do siebie, a gra o dominację to jego ulubiony sport. Boleśnie przekonują się o tym rodowici Marsjanie – przeważnie nastolatkowie z całą paletą zachowań właściwych nastolatkom.
Włodarzom Marsa umknął pewien istotny aspekt sprawy: oni sami przylecieli na Czerwoną Planetę, bo tak chcieli, ciężko pracowali, bo tak chcieli, dorobili się wpływów i pieniędzy, bo byli pierwsi i wykazali się operatywnością. Pokolenie młodych Marsjan musi żyć pod ich dyktando, ponieważ nie ma żadnego wyboru, z powodów medycznych wracać na Ziemię nie może, a wszelkie przejawy prezentowanej przez nich inicjatywy, która nie zawiera w sobie pierwiastka ciężkiej pracy, są w najlepszym przypadku ignorowane, a w najgorszym bezlitośnie zwalczane. Do czego może to doprowadzić? Każdy „materiał”, który podda się odpowiednio wysokiemu ciśnieniu, w końcu pęknie. I w tym przypadku nie jest inaczej – ale o tym za chwilę.
Max Kidruk jest Ukraińcem i Ukraina jest w jego książce obecna – nie tylko w postaci silnej ukraińskiej diaspory na Marsie. Przez całą powieść przewija się motyw wojny rosyjsko-ukraińskiej, która od 2022 roku ciągle trwa. W mniejszym lub większym natężeniu, miewa okresy eskalacji i wyciszenia, powoduje zmiany na mapie Europy… ciągnie się przez ponad sto lat i nie ma szans, aby się skończyła. I to jest przygnębiające, bo sposób, w jaki przedstawia ją autor, nosi cechy prawdopodobieństwa. Piszę tę recenzję 10 września 2025 roku w pobliżu lotniska wojskowego w Nowym Dworze Mazowieckim, i od północy 9/10 września słyszę nad moim domem charakterystyczny warkot wojskowych helikopterów i wizg myśliwców poderwanych w powietrze w odpowiedzi na atak rosyjskich dronów na terytorium mojego kraju. W takich okolicznościach lektura niektórych fragmentów „Kolonii” nabiera nieco innego wydźwięku. Nawet nieświadomie, ale zaczynamy się obawiać, co może pójść nie tak i w którą stronę skierują się procesy dziejowe, które mają miejsce już dziś.
Wracając do wrażeń z lektury. Co podobało mi się w powieści Kidruka? Odpowiedź jest prosta: wszystko. Bo też i jest w tej książce wszystko – cała masa pozornie oderwanych wątków, które w miarę czytania splatają się w harmonijną całość. Cóż my tu mamy? Na Ziemi tajemnicze pandemie, samoistne(?) modyfikacje genetyczne, dziwne eksperymenty ze stwarzaniem (słowo nieprzypadkowe) żywych organizmów, niekompetentnego prorosyjskiego populistę z gębą pełną frazesów w Białym Domu (brzmi znajomo?), niewyjaśnione zniknięcie samolotu, okazujące się kluczem do wielu spraw, mur oddzielający Rosję od reszty Europy, nielegalny (i przynoszący krociowe zyski) handel pewnym środkiem medycznym… można wymieniać długo. A na Marsie? Kopuły, wszechobecną ciężką pracę, kilka narodowych mafii, wspomniany już środek medyczny o niezwykłym działaniu ubocznym, nadużycia związane z pełnieniem władzy i świeżo budzący się patriotyzm rodowitych Marsjan.
I tu powracam do przerwanego tematu, czyli braku możliwości wyboru u młodego marsjańskiego pokolenia. Jeśli do butelki będziemy lać wodę, nikogo nie powinno dziwić, że kiedyś się przeleje. U młodych Marsjan przelał się gniew – przelał w sposób karykaturalny, nieumiejętny i bestialsko krwawy. Umiejętność wzniecenia rewolucji nie jest czymś, co człowiek ma dane, tak jak na przykład umiejętność oddychania. Metod dokonywania skutecznego przewrotu trzeba się nauczyć… tyle że do nauki trzeba mieć źródła. Jedynymi źródłami, jakimi dysponowali młodzi Marsjanie (a właściwie jeden z nich), były wypowiedzi terrorystów i książki o terroryzmie. Jak łatwo się domyśleć, skutek był tragiczny. Urodzone i wychowane na Marsie „dzieciaki”, pozbawione łączności z ziemską ciągłością kulturową i historyczną, stworzyły monstrum, które nie tylko nie dało im satysfakcji, ale też wymknęło się spod kontroli.
Książka liczy ponad 1000 stron i każdą z nich pochłonęłam z nieprzystojną żarłocznością. Powiedzieć, że na końcu jest cliffhanger, to nic nie powiedzieć, bo są one praktycznie na końcu każdego głównego wątku. Pytanie „Co może pójść nie tak?” nasuwa się samo. Jako że „Nowe wieki ciemne. Kolonia” jest pierwszą częścią cyklu, odpowiedzi zapewne pojawią się w jego kolejnych częściach. Jestem pod wielkim wrażeniem zarówno wizjonerstwa Maxa Kidruka, jak też i jego przygotowania naukowego – bo powieść ma doskonałe proporcje między nauką, fantastyką, futurologią i sensacją. Takie dzieła chciałabym czytać! Obawiam się jednak, że na dalszy ciąg przyjdzie mi długo czekać, a to napawa mnie smutkiem, bo chciałabym „na już”.
Hanna Fronczak

Zrób to sam, jak żeś taki Słodowy
Andrzej Pilipiuk Norweski Dziennik. Tom 1 Ucieczka Fabryka Słów 2011 Stron: 385…

Na bani i na kacu…
Kareta Wrocławski (Eugeniusz Dębski, Andrzej Drzewiński, Adam Cebula, Piotr Surmiak) Upalna zima…

Wieści z Charisu
David Weber Potężna forteca Tłum.: Robert J. Szmidt Wydawca: Rebis 2013 Stron:…















Wydarzenie wirtualne
22.01.2026
Warszawa