Autor: Katarzyna Okelo,
Grafika: Piotr Orleański,
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy „Lepsze Światy”,
Redakcja: Patrycja Nadziak,
Korekta: Anna Skóra,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 13 marca 2026
Wydanie: 1
Liczba stron: 308
Oprawa: broszurowa,
ISBN: 978-83-977539-0-7
Cena: 56.8 PLN
Więcej informacji: Katarzyna Okelo „Witamy w Funlandii”
Mętne wody postapokalipsy
„Witamy w Funlandii” to debiut powieściowy Katarzyny Okelo, a jednocześnie skok na głęboką wodę miksu gatunkowego i mieszanych konwencji. Czy skok ten się udał i możemy go zaliczyć do debiutów udanych? O tym opowiem w tej recenzji.
Zacznijmy więc od fabuły i elementów, które przyciągną wielbicieli fantastyki naukowej, horroru i postapokalipsy. Funlandia to planeta rozrywki pełna atrakcji znanych nam z rzeczywistego świata, jak i tych nowych, oryginalnych i wymyślonych na potrzeby powieści. Znajdziemy tu widoczny na okładce diabelski młyn, gabinety (a w zasadzie pałace) luster i całe miasta poświęcone jednemu wybranemu rodzajowi rozrywki, jak choćby grom komputerowym. Jak możemy się domyślać, idylliczne i beztroskie życie na planecie zostaje gwałtownie przerwane.
Tajemniczy błysk to wydarzenie, które odcięło planetę od pozostałej części galaktyki. Mieszkańcy zostają sami, a nad światem nieposiadającym dobrze rozwiniętego przemysłu zawisa widmo kurczących się zasobów. W takich realiach pojawia się jeszcze jeden element: tajemnicza bariera, która wprowadza klimat postapokaliptyczny, ale i znany nam z serii powieści innych autorów, czyli czysto stalkerski. Już od początku, co możemy przeczytać też w darmowym fragmencie, znajdujemy się w skórze poszukiwaczki, łowczyni artefaktów, która musi stawić czoła anomaliom i stworzeniom pojawiającym się w odmienionym świecie, gdzie władze nadają terenom status Zony.
Powieść podzielona jest na jedenaście rozdziałów, z czego dziesięć jest napisanych z punktu widzenia bohaterów, których imiona zawarte są w podtytułach. Ich mnogość może początkowo przytłoczyć, ale wszystkie historie mieszają się i łączą, ukazując głębię psychologiczną postaci, ich dobre i złe strony, maniery, chęci i motywacje, często dość makabryczne i mocno niepokojące. Ta część powieści, głębia bohaterów, jest przyjemna; oryginalnie wymyślone charaktery sprawiają, że ich nie pomylimy.
Fabularnie jest to powieść w dużej mierze awanturniczo-przygodowa z domieszką survivalu i horroru. Ludzie mutują, zamieniają się w zombie, wszędzie roi się od potworów, upiorów i stworzeń zdających się przekraczać zwykłą rzeczywistość (pojawiają się na przykład w snach – do których jeden z bohaterów dostaje się w interesujący sposób, a tam spotyka swoją ukochaną). Świat snu nie jest tu oczywiście przyjemnym sennym marzeniem, wręcz odwrotnie. Czyhają w nim upiory mogące jak najbardziej realnie skrzywdzić nieuważnego i nieprzygotowanego śniącego.
Wielbiciele strachu ogarniającego czytelnika podczas lektury nie będą więc zawiedzeni ilością przerażających wydarzeń, krwistych potyczek i spotkań oko w oko z potworami, które mogą, ale nie muszą mieć też swojej przeszłości sprawiającej, że niekoniecznie chcemy je wszystkie od razu pozabijać. Ma tu miejsce nieco głębsza intryga niż początkowo się wydaje.
Zaintrygowani? Wyżej wspomniane elementy to przecież przepis na sukces, a sam fakt poszukiwania artefaktów, obecności bariery i zon pełnych przedziwnych wydarzeń rozpala wyobraźnię. Motywy te skusiły mnie więc od razu.
I niestety nie otrzymałem tego, czego oczekiwałem. O ile stworzony przez autorkę świat i wydarzenia oraz bohaterowie i wrogowie są wymyśleni w sposób ciekawy, o tyle wykonanie pozostawia już sporo do życzenia.
Po pierwsze od początku nie czuć stawki. Okazjonalna potyczka z potworem okazuje się krótka, płytka i nie wywołuje emocji, głównie z uwagi na nieporadny jeszcze styl autorki. Nie do końca wychodzą jej sceny akcji, które skonstruowane są tak, że często zatrzymywałem się i zastanawiałem nad sekwencją wydarzeń, bo nijak nie mogły się wydarzyć tak, jak zostały opisane (a to z uwagi na pozycję i mechanikę ludzkiego ciała, a to na reakcję niepasującą do zajścia, lub też z uwagi na nielogiczne zachowania bohaterów, będące pretekstem do zwiększenia napięcia i wprowadzenia elementu zaskoczenia).
Dla przykładu: bohaterka obserwująca otoczenie przez lunetę karabinu, osoba przyzwyczajona już do obecności zagrożenia w postaci wszędobylskich potworów, ktoś, kto powinien mieć oczy dokoła głowy, jest raptem tak mocno zaaferowana kosmykiem włosów w kąciku oka, że nie słyszy i nie zauważa nadchodzącego stworzenia. Spotkanie z nim jest krótkie, nie wzbudza specjalnych uczuć, a pozostawia jedynie pytania: to już? i tak krótko? Czy ta kobieta przeżyłaby choć pięć minut w zonie? W moje opinii nie.
Takich rozwiązań jest więcej, a im dalej, tym niestety niezgrabniej. Jeden z bohaterów idzie lasem, w którym gdzieś tam w tle, czy w niedużej odległości, pojawia się potwór, zwierzę lub mutant – w każdym razie ewidentne zagrożenie. Człowiek ten idzie dalej, ale przygląda się stworzeniu i jest tym tak zaaferowany, że nie zauważa, że teren pod jego nogami zaczyna opadać. Nie urywa się gwałtownie, nie pojawia się tu nagle dziura, wykop czy skraj urwiska. Teren po prostu zaczyna opadać, a nasz zaaferowany bohater nie zauważa, co się wokół niego dzieje; do tego stopnia, że aż przewraca się, a nogi latają mu w powietrzu. Zamiast wywołać uczucie strachu, wyszło po prostu komicznie i najzwyczajniej parsknąłem śmiechem.
Kolej na artefakty – element, który bardzo mnie zaintrygował. Cóż, są i przeważnie nic nie robią. Ktoś nimi handluje, składuje je, zbiera, ludzie się ich boją, ale nie wiadomo dlaczego. To znaczy są pewnie niebezpieczne, ale tego przez jedną trzecią powieści nie widać i tak stworzony element, fabularnie pojemny, niestety nie działa. Jest to po prostu niewykorzystany potencjał.
I ostatnia rzecz, która dla mnie stała się nie tyle jednym, co dwoma gwoździami do literackiej trumny. Chodzi mi o styl i warsztat, które sprawiają, że powieść czyta się ciężko.
Często spotkamy się z pustosłowiem w scenach, które nie mają znaczenia. Zamiast zabrać coś koledze, bohaterka odbiera przedmiot z wyciągniętej w jej stronę ręki. Zamiast podrapać się po nosie, bohater drapie się brzegiem palca wskazującego po piegach na nosie. I niesmaczna wisienka na torcie kuriozalnych pomysłów: czy mocz może coś polizać? Bo ewidentnie w jednej ze scen mocz wspina się po łydce bohatera, by ją polizać. Robi to zresztą nie raz…
W mojej opinii „Witamy w Funlandii” to niestety niewypał. Potencjalnie jest tu wszystko, czego możemy chcieć od powieści mającej nas zaciekawić, przestraszyć i dostarczyć satysfakcji z lektury, ale niestety autorka nie podołała zadaniu z uwagi na zbyt słaby jeszcze warsztat literacki, styl i nieumiejętnie skonstruowane sceny oraz dyskusyjny wybór dziwnych zajść związanych z wydzielinami organizmu. Plusem są tu tylko charaktery postaci i zarys fabuły. Oceniam więc powieść na 4/10, czyli debiut niestety przedwczesny.
Karol Ligecki

Spalona ziemia pokornych ludzi
Kiedy dostałam do ręki książkę Moniki Bułaj „Nur. Zapiski afgańskie”, krzyknęłam ze…

[Recenzja] „Obyś żył w ciekawych czasach”, Krzysztof T. Dąbrowski,
Autor bowiem pochyla się nad człowiekiem, nad stanem ludzkości i poprzez całe…

Tam, gdzie zawodzi intuicja
Pamiętam, jakby to było dzisiaj, ostatni semestr fizyki (a było ich do kupy cztery). Po miesiącach…















Kraków
13.05.2026 - 17.05.2026
