Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…

Recenzja fantastyczna MAT - 2 maja 2018

Postać minstrela, poety i pieśniarza, nie jest szczególnie wyeksploatowana w literaturze. Jeśli już pojawia się w fabule, zwykle odgrywa drugo- lub trzecioplanową rolę, a układane przez niego ballady stanowią najczęściej nieistotne tło dla heroicznych wyczynów głównego bohatera. Od tej praktyki chlubnym wyjątkiem jest komiksowy „Hugo” Bernarda Dumont. Z kolei utrwalony najbardziej w powszechnej świadomości Jaskier Andrzeja Sapkowskiego potwierdza przykrą regułę. Może być to o tyle zaskakujące, o ile rzeczywiście trubadur kryje w sobie wielki potencjał – w końcu nie tylko odpowiadał za utrwalenie i popularyzację wiedzy (jakkolwiek rozumianej), lecz także przenikał różne środowiska, będąc tym samym idealnym źródłem wiedzy. Lukę w opowieściach o bardach stara się wypełnić Alicja Janusz.

Protagonistą piętnastu historii składających się na „Ballady ze spalonego traktu” jest Audrey, pochodząca z Zamościa młoda adeptka sztuki muzycznej. Jej wychowawcą i nauczycielem jest mieszkający w Wiedniu bezimienny Mistrz. Dziewczyna samodzielnie lub w towarzystwie przemierza tytułowe gościńce, przede wszystkim między jednym a drugim wymienionym miastem, wspominając przeszłe lub przeżywając bieżące przygody. Mierząc się z raubritterami, wiedźmami czy stworzeniami mroku, nieustannie poznaje mroczne aspekty ludzkiej duszy, a zdobyte doświadczenie przekuwa na swoje umiejętności.

W ujęciu autorki „bard” nie jest tylko zawodową profesją, lecz powołaniem. Nieliczni wybrańcy rodzą się z na poły magicznymi zdolnościami, które pozwalają im nie tylko dostrzegać nadprzyrodzone rzeczy w otaczającej rzeczywistości, lecz również wykorzystywać muzykę i pieśni do wpływania na kształt świata. Mogą też manipulować emocjami i zachowaniem niemal każdego człowieka. Co zrozumiałe, wzbudza to nieufność i lęk u innych osób. Jak zawsze taka władza wiąże się z nierozerwalnie z odpowiedzialnością, dlatego wędrowni muzycy zrzeszają się w cechu, a stopnień ich wtajemniczenia i zdolności przedstawia noszony miedziany, srebrny lub złoty triskelion.

Miejscem i czasem akcji „Ballad ze spalonego traktu” jest, zgodnie ze słowami samej Alicji Janusz, alternatywna szesnastowieczna Europa. Różnice nie ograniczają się tylko do występowania magii – w jej pozytywnych i negatywnych manifestacjach – ale przejawiają się także w porządku kulturowym i politycznym. Na przykład chrystianizacja najwyraźniej nie dotarła za linię Odry, jeśli zresztą gdziekolwiek miała miejsce. Trudno również mówić o istnieniu znanej nam historii Polski, która w tej wersji dziejów przyjęła kształt i nazwę Królestwa Słowian. Możliwe do wychwycenia niuanse, podobnie zresztą jak pojawiające się autentyczne postacie, stanowią pewną atrakcję podczas lektury książki.

A wszelkie bezpośrednie lub pośrednie pozytywy, mogące podkreślić walory „Ballad ze spalonego traktu”, są jak najbardziej pożądane. O ile bowiem zarówno cała powieść, jak i jej poszczególne części opierają się o intrygujące pomysły, o tyle brakuje w nich równie mocnych puent i zakończeń. Nierzadko podobnie sprawa ma się z punktami kulminacyjnymi, które okazują się dość sztampowe (Lora Ley; Dysonans) czy mało porywające (Lekcja o demonach; Kolorowych koszmarów; Krytyka literacka) albo po prostu, co jest już naprawdę zaskakujące, zostają przemilczane (Androe. Brama donikąd).

Ma to większe reperkusje fabularne. Nie jest jasna rola głównego antagonisty powieści, właściwie nie wiadomo dlaczego to Audrey konkretnie obrał sobie za cel swoich jakże nieumiejętnych ataków. Raubritter jest niekonsekwentny w swym działaniu, podobnie jak główna bohaterka. Teoretycznie najpierw wytrwale tropi trubadurkę (a ta przed nim się chowa i ucieka), by później, widząc dokładnie, gdzie dziewczyna się zatrzymała, nie podejmować dalszych prób jej wyeliminowania. Protagonistka natomiast nagle rezygnuje z dalszej wędrówki, i mimo odkrycia kryjówki przez wrogów przestaje podejmować jakiekolwiek działania zapobiegawcze. I przez długi czas zachowany zostaje status quo, by w finale ulec gwałtownemu rozwiązaniu.

Autorka ma jednocześnie tendencję do niemal kompulsywnego powtarzania pewnych słów czy całych zwrotów. Kiedy dotyczy to postaci, można założyć, że sposób wypowiadania się jest w jakimś stopniu odzwierciedleniem charakteru, choć nie do końca wiadomo, jakiego konkretnie. Zatem Mistrz Audrey nieustannie zwraca się do mnie per „babo”, z kolei ona, wykonując jego polecenia, mruczy pod nosem „pan każe, sługa musi”, a magiczny samouk swoje raczej godne pożałowania wyczyny podsumowuje „(ł)o żesz…”. Gorzej jednak, że podobnie sprawa ma się z różnymi opisami. Niemal modelowo pokazuje to charakterystyka Badylary, przyjaciółki po fachu Audrey, która posługuje się sprawnie rapierem, w co nikt nie powinien nawet przez chwilę wątpić, gdyż jest to przypominane niemal przy każdej okazji.

W związku z tym książkę Alicji Janusz czyta się przyjemnie i dobrze, ale wraz z kolejnymi stronami z coraz mniejszym zainteresowaniem. Trudno właściwie stwierdzić, co dokładnie poszło nie tak, dlaczego znane chwyty retoryczne czy akcenty humorystyczne  nie przynoszą pożądanego efektu. Zrzucenie tego wszystkiego na karb braków warsztatowych debiutanta – „Ballady ze spalonego traktu” są pierwszą zwartą publikacją autorki – w żaden sposób nie wyjaśnia zagadki. Tym bardziej że pisarka ma na swoim koncie nagradzane opowiadania.

W takim razie być może występuje tu błąd „mitu założycielskiego”. Być może osoba minstrela nie jest aż tak fascynująca, jak mogłoby się to wydawać. Nakładanie na niego obowiązków innych niż tworzenie i przekazywanie pieśni burzy nasz wyobrażony porządek w świecie – czy to prawdziwym, czy wyimaginowanym. Szczególnie gdy w tym układzie trubadur staje się kimś pośrednim między magiem a duchownym pocieszycielem, nie zajmując jednak żadnego określonego miejsca. Z drugiej strony „Ballady ze spalonego traktu” Alicji Janusz, będące zapewne wyłącznie wprowadzeniem do większej całości, nadal mają szansę na zmianę tego wizerunku. W końcu piosenka jest dobra na wszystko.

Maciej Tomczak

Autor: Alicja Janusz

Tytuł: „Ballady ze spalonego traktu”

Wydawca: Adam Marszałek 2018

Liczba stron: 310

Cena: 33,60 zł

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Najbardziej lubię te mleczne, z tym brązowym w środku, babciu
Recenzja fantastyczna Kruger - 10 września 2013

Antologia Polskiej Fantastyki Science fiction po polsku Pod redakcją Anny Kańtoch Paperback 2012 Stron:…

Niedoceniony człowiek
Bookiety Konrad „Khorne_S” Fit - 10 października 2017

Są państwa, w których polowanie na prezydentów jest rodzajem pasji. Ten dość brutalny sposób oddawania…

Tajemnice Barbarossy
Bookiety nimfa bagienna - 26 stycznia 2015

Tytuł: „Czerwiec 1941. Ostateczna diagnoza” Autor: Mark Sołonin Tłumacz: Anna Pawłowska Wydawca:…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!