A. Kosel „Zabójca kwiatów”

Opowiadania Ebola - 12 maja 2014

­Wioska tonęła w kwiatach. Na jej skraju, gdzie ledwie widoczna, spękana od słonecznego żaru ścieżka dotykała pierwszych chałup, pojawiały się dzwonki, znacząc fioletowymi plamkami rudoburą ziemię. Tuż za nimi górowały maki, patrząc ciekawie nad ich głowami w stronę, skąd wiatr przywiewał pył i kurz. Dalej wąskim pasem kłębiły się splątane w gęsty dywan zawilce, łubiny i podbiały. Dołem stokrotki rozpychały się na przemian z przetacznikiem, a nad nimi dumne prężyła się nawłoć. Ostatni bastion stanowiły malwy, prawie wparte w ściany pierwszych domostw, i już zaczynała się wieś.

Człowiek stojący na niewielkim wzniesieniu spoglądał na oplecione powojnikami domy, na wilce pyszniące się purpurą, na lgnące do nich hortensje i winobluszcze, tworzące ciężkie kotary zieleni poprzeplatanej różnobarwnymi kwiatami. Powoli obrócił głowę w prawo, a potem w lewo – ucięty kobierzec kwiatów wyraźnie znaczył granice wsi. Dalej wzrok napotykał jałową płaszczyznę, opadającą lekko ku północy. Stojący na wzgórzu przymknął oczy, dłonie splótł na piersi. Stał bez ruchu, tylko suchy, gorący wiatr szarpał poły jego długiej szaty. Po chwili mężczyzna otworzył oczy i zaczął niespiesznie schodzić do wsi.

Pierwsze dostrzegły go dzieci bawiące się przy drodze. Porzuciły swoje gry i bez lęku podbiegły do nieznajomego. Czepiając się jego ciemnej szaty, zarzuciły go pytaniami. A kto on jest? A dlaczego przyszedł z tej strony? A czy wie, że mama ma podobną sukienkę? A dlaczego mężczyzna chodzi w sukni? A czy wie, że do targu zostały jeszcze cztery dni?

Nieznajomy, łagodnie się uśmiechając, próbował odpowiadać na wszystkie pytania naraz – że przyszedł z tamtej strony, bo tam akurat był, że to nie sukienka, tylko habit, że czasami mężczyźni takie noszą, i że nie ma pojęcia o targu. Cała grupka – przybysz z uczepionymi jego habitu dziećmi –przemieszczała się powoli ulicą, mijając ogródki otaczające każdy dom. Zaspokoiwszy w końcu ciekawość dzieciarni, mężczyzna zdołał wydobyć informację o gospodzie, gdzie można coś zjeść. Gromadka towarzyszyła mu jeszcze kilkadziesiąt kroków, po czym, wskazawszy spory budynek ocieniony magnoliami, wróciła do swoich spraw.

Budynek, pominąwszy rozmiar, nie wyróżniał się specjalnie niczym z wioskowej zabudowy. Solidny, drewniany dom, nieco wyższy od pozostałych z powodu pięterka, gdzie – jak domyślił się przybysz – mogły, chociaż nie musiały znajdować się pokoje dla gości. Spomiędzy wszędobylskich malw wyglądały na świat nisko umieszczone okna parteru. Wyżej, w cieniu magnolii, pięły się róże, których ciężkie kwiaty czepiały się okiennic. Przed samymi drzwiami straż pełniły wyprostowane do słońca bratki, ujęte w owalach klombów. Nieznajomy podszedł do drzwi, schylił się. Podniósł garść ziemi, przyjrzał się jej, roztarł w palcach i rozsypał. Stał przez chwilę zamyślony, potem otrzepał dłonie i nacisnął ciężką, żelazną klamkę.

Wnętrze gospody było przestronne i zadziwiająco jasne, biorąc pod uwagę fakt, że jedynym źródłem światła były nieduże, zastawione kwiatami okienka. Po lewej stronie królował potężny, dębowy szynkwas, częściowo zastawiony słojami, w których pływały marynowane mięsiwa. Obok stało parę pustych kufli i doniczek z kwiatami. Zza lady wystawał fragment dębowej beczki z wielką, leżącą na wierzchu chochlą. Gospodarza nie było widać. Resztę wyposażenia stanowiło kilka poplamionych stołów z heblowanego drewna i parę ław, wytartych prawie do połysku przez siedzenia gości. W donicach rozstawionych pod ścianami rosły fikusy, draceny i filodendrony. Po belkach sklepienia pięły się bluszcze.

Przybysz podszedł do najbliższej ławy i przysiadł. Rozglądał się jeszcze, gdy za jego plecami skrzypnęła podłoga. Odwrócił się i zobaczył korpulentną postać wyłaniającą się zza niewidocznych do tej pory drzwiczek za kontuarem, teraz uchylonych. Karczmarz, czego można się było domyśleć po poplamionym fartuchu opinającym spory brzuch, mozolił się, wywlekając zza drzwi pokaźny antałek.

– Witam – stęknął, próbując jednocześnie postawić beczułkę na ladzie – zaraz obsłużę, tylko muszę z tym…

– Pomogę – gość podniósł się z ławy i podszedł do gospodarza. Opasał antałek ramionami i jednym szarpnięciem umieścił go na kontuarze.

– Dziękuję – sapnął karczmarz. – Wszyscy przy kwiatach o tej porze, nikogo do pomocy. Dopiero pod wieczór… Ale krzepę macie – dodał, patrząc na szczupłą sylwetkę gościa. – Kto by się spodziewał! Tylko… – podrapał się po głowie – ta sukienka…

– Habit – wyjaśnił tamten – jestem mnichem.

– Aaa…– zmarszczył czoło karczmarz – to niby od mniszka? Ale mniszka u nas mało, rośnie go trochę za…

– Nie od mniszka – gość obszedł kontuar – od klasztoru. Wszyscy tam takie noszą. Wiecie chyba, co to klasztor?

Mina gospodarza nie pozostawiała wątpliwości, że nie wie.

– Skoro tak mówicie… – powiedział ugodowo – bo u nas tylko baby tak chodzą. Mnie tam za jedno – dodał – tak tylko pytałem. Podać coś?

Mnich skinął głową i wrócił do ławy. Po chwili karczmarz postawił przed nim kufel piwa i sporą miskę z zimnym mięsem, a sam usiadł naprzeciwko.

– Nie będę przeszkadzał? – zapytał.

Gość pokręcił przecząco głową, zabierając się za jedzenie.

– Bo to czas taki, że wszyscy do targu się szykują. – Gospodarza nie trzeba było zachęcać do mówienia. – Tylko patrzeć, jak się kupcy zjadą. W zeszłym miesiącu piękne piwonie sprzedałem. A chryzantemy jakie! A astry! A goździki! Teraz donic mi potrzeba. Jak przyjadą kupcy…

Podczas gdy mnich jadł, gospodarz opisywał ze szczegółami, kto jakie kwiaty sprzedał, jakie wyhodował, a na jakie popyt był mniejszy. Przybysz skończył jeść, pociągnął spory łyk piwa i otarł usta.

– Astry, chryzantemy i piwonie powiadacie?

– Ba! Żebyście krokusy moje widzieli! Teraz takich ładnych nie mam, na ten targ nie zdążę. Ale za miesiąc, to… – Karczmarz cmoknął i z rozmarzeniem pokręcił głową.

– A one nie kwitną w różnych porach roku? – zdziwił się mnich.

– Jakich porach? – Wzruszył ramionami gospodarz. – Razem rosną. Tylko przypilnować je trzeba.

– No tak – pokiwał głową nieznajomy – wzruszać ziemię, plewić, podlewać…

Karczmarz wytrzeszczył oczy.

– Co robić? – zapytał.

Gość powtórzył.

– Nieee…– skrzywił się gospodarz. – Przyznajcie się, coś mi się zdaje, że nie znacie się na kwiatach? Przy kwiatach – kontynuował – trzeba być. Pilnować je, znaczy, żeby rosły. Bo widzicie – rozkręcał się znowu – jak przy nich nie ma nikogo, to takie marniutkie wychodzą! A się posiedzi, popatrzy, przemówi czasami…

– Do kwiatów? – przerwał mu mnich.

– Pewnie! Do kwiatów mówić trzeba. A i dotyk lubią.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Milena Wójtowicz „Post scriptum”
Patronaty F-ta - 21 marca 2018

Nowa powieść jednej z najbardziej lubianych polskich pisarek fantasy! Piotr Strzelecki, psycholog,…

Krótki Przegląd Filmów Krótkometrażowych: Fantasy
Film i muzyka - 16 lutego 2017

W piątek (17.02.2017) w ramach Krótkiego Przeglądu Filmów Krótkometrażowych będzie można zobaczyć…

Jacek Piekara „Necrosis: Przebudzenie”
Ksiażki fantastyczne - 17 czerwca 2016

Autor: Jacek Piekara Tytuł: Necrosis: Przebudzenie Wydawnictwo: Fabryka Słów Liczba stron:  400…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!