Adam Cebula „Gawron czyli kruk” (2)

Opowiadania Adam Cebula - 2 kwietnia 2012

– Zwłaszcza, moi panowie, to odpychanie, jest – Pafnucy przerwał, szukając odpowiedniego słowa.

– Przeciwskuteczne – dopowiedział ktoś.

– Tak – zgodził się Pafnucy, i kontynuował – nie da się odsunąć tej ręki tak, żeby inni nie widzieli.

Przez kolejnych kilka akapitów, owszem, toczono konstruktywne dywagacje, że można by tak z góry, własną ręką, albo nawet całym ramieniem, wykorzystując szerokie poły płaszcza, zasłonić ową wyciągniętą proszalnie część bezdomnego, ale gdy Filip spróbował praktycznie, jak to może wyglądać…

– Nie, nie, to się źle kojarzy!

Słowami:

– Panowie, mamy naprawdę poważny problem – ktoś, już nie wiem kto, rozpoczął defetystyczną część rozmowy. Należało ją przerwać… Ba, gdybym wiedział jak? Siedziałem coraz bardziej zde… zde… prymowany? Nie wiem, czy to słówko pasuje. Z jednej strony trzeba uważać, z drugiej należało coś powiedzieć, żeby oni przestali tak gadać, jak gadali… Ponieważ nie wiedziałem co, milczałem. Milczeć jest dobrze… ale nie za długo. Jak człowiek w ogóle nic nie mówi, to po co jest, tak w ogóle, a zwłaszcza po co dosiada się do towarzystwa, gdzie omawia się tak ważne rzeczy?

Musiałbym dodać kilka nieprzyjemnych uwag. Że… niestety, ci bezdomni w powszechnej opinii zdecydowanie nie śmierdzą, a nawet ludziom się wydaje, że jak tylko mogą, to się myją. A przynajmniej tak sądzi niezdecydowana część wyborców. Że pomysł Pafnucego, by ich usunąć z rynku, nie ma żadnego prawnego umocowania. Niestety nie ma. No nawet jak prawnie umocujemy wyrzucanie za zbieranie jałmużny, to następnej niedzieli ksiądz dziekan odbierze nam wszelkie umocowania. A już z pewnością zrobi awanturę, podczas gdy kościelny będzie chodził z koszyczkiem na pieniążki. Mogłem tylko powiedzieć:

– Moi panowie, ten problem jest naprawdę bardzo trudny!

Czyli coś zupełnie odwrotnego niż należało. Dlatego już po kilku minutach siedziałem i gapiłem się w szybę. Zastanawiałem się. Najpierw jeszcze troszeczkę nad tym, czy da się wybrnąć z tego lamentowania, a potem, jak to jest zrobione.

Lata praktyki uczestniczenia w takich zebraniach nauczyły mnie, że czasami dla ostrożności lepiej przestać uważać. Bywa tak, że z jednej i drugiej strony słyszy się takie same argumenty, albo też nie bardzo wiemy, czy one są takie same, czy wręcz przeciwne. I jak nam wzrok ucieka do zaparowanej szyby, by śledzić ściekające wzdłuż przeźroczystych ścieżek kropelki wody, to najlepiej zacząć się gapić w tę szybę. Człowiek jeszcze się odezwie, a w takiej sytuacji siłą rzeczy odpowie na argumenty, za albo wręcz przeciwnie, i owa odpowiedź da się zinterpretować i tak, i na odwrót. A to może się źle skończyć.

Dlatego, gdy odkryłem, że moje oczy odwracają się w drugą stronę, a szczęka ma zamiar wykonać nieprzyzwoity gest ziewania, zrobiłem bardzo zafrasowaną minę i odwróciłem głowę, jakbym chciał dostrzec ukrytą konstrukcję świata. Myśli w naturalny sposób skupiły się na oknie.  Ze swej strony, czyli od środka, miałem secesyjny witraż. Z zewnątrz też to wyglądało na taki oryginalny produkt z przed stu lat. Ale to nie było możliwe: witraż powinien mieć pojedynczą szybę. Byłaby ciągle mokra od rosy w takie chłodne dni, jakie mieliśmy ostatnio. Nieuchronnie w połączeniach zobaczyłbym jakieś osady. Tymczasem wszystko tu lśniło czystością, nie dostrzegłem śladu brudów. A nie widać było odstępu miedzy szybami.

Chyba ciekawe. W każdym razie pomaga powstrzymać się od strzępienia języka. Można nieznacznie ziewnąć i jednocześnie kiwać powoli głową w górę i w dół, jakby z wielkim rozmysłem ważyło się wszystkie padające argumenty. Moi współdyskutanci brnęli coraz głębiej. Choć mnie korciło, zdecydowanie nie był to czas na zabranie przeze mnie głosu. Dla bezpieczeństwa jeszcze bardziej oddałem się medytacjom.

Po chwili na bruku przed kawiarnią wypatrzyłem końską kupę. Zwróciłem na nią uwagę, choć to było już dość nieokreślone coś, w czym uwijało się stadko wróbli. Ruch przyciągnął mój wzrok. Skąd końska kupa na rynku? Ktoś jeździ bryczką? Ciekawe… Obróciłem oczy na salę: na wieszaku z giętego drzewa wisiały nasze długie, czarne płaszcze, w stojaku stały parasole, na uchwytach pyszniły się prawie jednakowe czarne kapelusze. W ciemności wyglądały jak meloniki i przez moment poczułem się nieswojo. Czas się cofnął?

Nie… Kelner wyjął komórkę, przyłożył do ucha. Komórek dawniej nie było, choć… gdyby tak cała sieć cofnęła się do dziewiętnastego wieku? Nie słyszałem już słów dyskusji, lecz docierał do mnie jej przemożny pesymizm. Był tak głęboki, że przerzucił się na moje rozmyślania. Naraz przeraziłem się, że z tym czasem może być tak, że wcale nie musimy wiedzieć, że on sobie raz w tę, raz w tamtą, do przodu i do tyłu. Jak się przeflancuje ze wszystkimi kalendarzami i zegarami te sto lat wstecz, to wcale nie zauważymy. Swoją drogą, jak nie zauważymy, to nie zostanie to odebrane dobrze ani źle, wobec czego uspokoiłem się nieco i troszeczkę wróciłem do rzeczywistości. Moi towarzysze smucili w najlepsze, a kelner dzwonił jakby był jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku. Nic nie wymyśliwszy w sprawie okna, skupiłem się na nim. Patrzyłem, jak drugą ręką sięgnął do kieszeni. Podszedł do drzwi i sypnął coś tym wróblom. Ton dyskusji był coraz ciemniejszy.

– Panowie – powiedział Filip, a wróble zleciały się do tego, co wysypał kelner – problem jest naprawdę bardzo trudny i… to może nas naprawdę wiele kosztować.

Usłyszałem, jak wróble się drą, jak syczy ekspres do kawy, ktoś dzwoni łyżeczką. Po kilku sekundach zrozumiałem, dlaczego docierają do mnie te głosy: milczeliśmy. Tym razem już nikt nie wiedział, co powiedzieć, nawet takiego, co byłoby za lub wręcz przeciwnie.  Coś, coś mi zaczęło świtać, ale nim się powie, trzeba to dobrze przemyśleć, wiadomo, musimy uważać. Więc uważałem, przemyśliwałem, nawet przestałem obserwować kelnera i wróble, jakkolwiek nie zapomniałem, by nieznacznie kiwać głową. Słychać było ćwierkanie, stukanie łyżeczek, syk i skrzypienie podłogi. Płynęły pełne napięcia sekundy. W końcu zacząłem się decydować i już, już miałem się wypowiedzieć.

Prezes mnie ubiegł.

– Panowie… Słyszę tu, nie przymierzając, mówiąc kolokwialnie, krakanie. Po pierwsze, nie uprawiajmy czarnowidztwa – powiedział i spojrzał na Filipa. – Każda sprawa da się jakoś załatwić, o ile jest do niej pozytywne podejście. Nie widzę takiego. – Karcący ton podkreślił kręceniem głową. – Powinniśmy podejść do sprawy – zrobił krótką przerwę, jak zwykle wówczas, gdy miał nam do powiedzenia coś ważnego, na co sami nie potrafiliśmy wpaść – elastycznie – zakończył patrząc nam w oczy dobitnie.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Ona, on i miasto
Bookiety nimfa bagienna - 18 maja 2016

Nad Wisłą wstaje warszawski dzień… dla pary kochanków. Jagna Rolska recenzuje debiut Katarzyny…

Taran Matharu „Summoner 3: Bitwa”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 27 października 2017

Autor: Taran Matharu Tytuł: Summoner 3: Bitwa (The Battlemage) Tłumacz: Grzegorz Komerski…

Książki na poprawę humoru
Recenzja fantastyczna nimfa bagienna - 17 października 2016

Odrobina wyższej matematyki przyda się każdemu… na przykład magowi, na którego szarżuje wściekły troll. Kazimierz…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!