Adam Cebula „Gawron czyli kruk” (3)

Opowiadania Adam Cebula - 2 kwietnia 2012

 

*****
 

Filip nie miał powodu łazić po małym rynku. To mnie wypadała droga tamtędy. On jednak ruszył tam ze mną. Patrzył zatroskany na tych bezdomnych. Jak zwykle w smętnych pozach siedzieli na fontannie i wyciągali w proszalnym geście ręce. Kruków czy gawronów nie obserwowaliśmy. Nawet nie pamiętam, czy one tam były. Chodziło nam o tych ludzi. Podejrzeliśmy kilka razy ten gest i potem spróbowaliśmy, czy aby jednak, zasłaniając scenę nie tylko rękawem, ale połą płaszcza albo kapeluszem, nie da się elegancko i stanowczo odsunąć. Jedyny rezultat tych prób był taki, że dwoje bezczelnych bachorów najpierw zaczęło nas wytykać palcami, a potem te rozwydrzone dzieciaki same zaczęły odrywać scenkę, budząc zainteresowanie gapiów.  Pokazałem Filipowi bramę prowadzącą na podwórka. Tamtędy dało się wrócić na główny rynek, sam zniknąłem w innej. Sprawa była naprawdę delikatna i trzeba było uważać!

Wieczorem zadzwonił do mnie Pafnucy i w ramach elastycznego podejścia do problemu oświadczył, że po pierwsze, ci bezdomni to mogą być Tamci, albo nasłani przez Tamtych, a po drugie, wobec wszystkiego powyższego, on chwilowo udaje się podreperować zdrowie do uzdrowiska. Cóż było robić? Biorąc pod uwagę niejednoznaczność, wyjechałem do wód.

 

*****
 

Mam wrażenie, że Filip albo pozostał w mieście, albo wyjechał na bardzo krótko. I to pomimo tego, że natychmiast po rozmowie z Pafnucym poinformowałem go o swoich zamiarach. Nie wiem, co się stało naprawdę, bo gdy wróciłem, to już się stało.

– Nie mogłem cię ostrzec, wyłączyłeś telefon – powiedział mi w przelocie Pafnucy. No… fakt.

Nic nie wiedziałem, dlatego gdy zobaczyłem Filipa siedzącego na ławce, po prostu zamachałem do niego. Zdziwiłem się, że nie reagował, gapił się na rachityczne drzewko.

– Filip! – krzyknąłem drugi raz.

Odwrócił głowę i spojrzał na mnie wyraźnie zdziwiony.

– Marcin? – zapytał, jakby musiał się upewnić, że to ja. A potem znów odwrócił się do tego drzewka. Nic mi jeszcze nie zaświtało.  Usiadłem obok. Zamiast się przywitać, wskazał ruchem głowy na coś przed sobą.

– Widzisz bydlaka? – zapytał. Jeszcze nie widziałem. Dopiero jak się ruszył i powiedział to swoje „ha” zrozumiałem, że chodzi mu o to czarne ptaszysko. Tak, wtedy zaniepokoiłem się.

– Tego… gawrona?

– To kruk.

– Nie, gawron – zaprotestowałem. Machnął ręką.

– Urządził mnie.

Zapikało mi czerwone światełko, ale jeszcze nic nie rozumiałem. Musiałem się dowiedzieć.

– Pomysł był prosty. On mi go podrzucił – wskazał wzrokiem znów na drzewo.

Tak, pomysł był prosty: samemu nakarmić ptaki. Wówczas najedzone nie będą przylatywać do bezdomnych. Filip twierdził, że ptak go na to namówił. Wszystko szło doskonale. Kupił w sklepie bochenek chleba. Nawet nie wziął żadnej faktury, żadne koszty, pokryje ze swoich. Przyszedł na mały rynek i zaczął sypać dziobatym mieszkańcom placu okruchy. Nie zrozumiałem, jak doszło do awantury z bezdomnymi. Filip opowiadał mi to trzy razy i za każdym razem inaczej. Chyba było tak, że ten ptak, co siedział przed nami na drzewie, zaczął wrzeszczeć, że ci bezdomni wcale nie z dobrej woli karmią ptaki, tylko starają się je zwabić jak najbliżej i bezczelnie polują na nie. No i że w jednej torbie bezdomnego jest pełno kruków.

– No fakt – powiedział, nie rozumiałem jeszcze czemu bardzo smętnie, Filip – wyrwałem mu tę torbę i otwarłem. Wyleciało z niej całe stado. Rozumiesz? Całe stado kruków. A kruki są rzadkie, pod ochroną, więc musiałem, skoro już się dowiedziałem. Musiałem, z urzędu – dodał z naciskiem.

– Filip – powiedziałem łagodnie – ptaki gadają tylko w bajkach dla dzieci.

– No – potwierdził. – Właśnie. Właśnie… Dlatego poszedłem do lekarza. A lekarz wypaplał wszystko…

Zmroziło mnie. Poderwałem się z ławki. Filip popatrzył na mnie wzrokiem pełnym winy i dopiero teraz powiedział to, od czego powinien zacząć:

– No… wywalili mnie.

Rozejrzałem się. Na szczęście nie siedziałem z nim długo. Nikt chyba jeszcze nie zwrócił na mnie uwagi, rzuciłem się do ucieczki, aż ptaszysko z drzewa poderwało się do lotu. Zdążyłem.

 

*****
 

– Tak, tak – mówił Przewodniczący, odrywając kawałki od bochenka chleba i rzucając je na chodnik tam, gdzie kiedyś wróble harcowały w końskiej kupie – dobry pomysł, ale wizerunkowo…

– No właśnie – powiedział Pafnucy.

– Tak, tak – potwierdziłem.

– Nie mieliśmy wyboru…

– Wyboru nie było – potwierdził Pafnucy. Byłem innego zdania: należało podejść do Filipa elastycznie. Ale ostrożność nakazała mi zachować to dla siebie. Prezes rzucił kolejne kawałki chleba.

– Biorąc po uwagę, że chodziło o chronione gatunki ptaków, oraz bezdomnych, należało skonsultować sprawę ze specjalistami od kreowania wizerunku. Jakkolwiek muszę przyznać, że miał obowiązek interweniować z urzędu. Zamyślił się, a na chodnik zleciały czarne ptaki. – Tu… Trzeba było być bardzo ostrożnym…

– Ostatni będą pierwszymi, a, najostrożniejsi stracą wszystko, jako pierwsi – usłyszałem za uchem chrapliwy głos. Obejrzałem się ostrożnie. Kruk albo gawron siedział za mną na oparciu krzesła. –  Do dupy ta twoja zasada – zakrakał mi do ucha. – Nie uważasz? Znam lepszą… należy być… Ha, ha ha! – roześmiał się, bo chyba twarz wykrzywiła mi się w przerażeniu.

– Otwórzcie drzwi, trzeba go wypuścić, to chroniony gatunek – wołał któryś z kelnerów.

– Ha, ha ha – odpowiedział ptak i zniknął. Gdzieś. Chyba wyleciał przez kuchnię.

Wiem, co chciał powiedzieć. No co z tego… Na tym świecie nawet bezdomni udają, że karmią ptaki. Trzeba być ostrożnym. Tak. Jeśli chodzi o spotkanie Filipem… Zdążyłem. Nikt, prócz tego czarnego skrzydlatego straszydła nie zwrócił na nas uwagi. Lecz… oczywiście Prezes nas w końcu wszystkich wyrzucił. To znaczy mnie i Pafnucego, i zostałem Przewodniczącym. Przyjęliśmy Prezesa. Niestety, na Filipie zawiedliśmy się całkowicie. Chodzi po małym rynku z wielką torbą, karmi bezdomnych i ptaki. Gawrony włażą mu do tej torby w takiej ilości, że gdy nią potrząśnie, żeby je wygonić, skrzydła klaskają niczym delegaci na największym zebraniu, a nad rynkiem robi się czarno. No i co z tego, że zdobył zaufanie, skoro ptaki na nikogo nie głosują? Bezdomni zresztą też nie…

 

*****
 

Siedzę na ławce. W sumie… biorąc pod uwagę nasze ideały, dążenia, oczywiście ograniczone przez niezależną od nas rzeczywistość, także polityczne realia, których nie wolno lekceważyć, udało się nam. Niedobrze, że jestem Przewodniczącym, lecz mieści się ta okoliczność w granicach dopuszczalnego kompromisu. Nie mam pewności, czy czas jest odpowiedni, czy przyjąć perspektywę XIX czy XXI wieku, skoro ten czas mógłby niezauważalnie zrobić nam kuku przez siu lub fru, tam czy nazad, lecz jak na razie, nasze spojrzenie historyczne wygląda na adekwatne do realistycznej oceny materialnej bazy i wynikających z niej uwarunkowań, o ile, co zauważyłem w Rajcowskiej, zachowana zostanie spoistość okoliczności. Można powiedzieć, że nawet potencjalna nieodpowiedzialność czasu jako takiego wytrąca naszym przeciwnikom z rąk argumenty anachroniczności. Oceniam, że udało się nam, mimo tego, że ptaki podchodzą. Jedno czarne bydlę, skąd mam wiedzieć, czy to samo, co wleciało na nasze obrady, siedzi na drzewku i gapi się na mnie. Bezdomni siedzą na fontannie i zamiast wyciągać proszalnie ręce, najwyraźniej zezują w moim kierunku, jakby na coś czekali. W powietrzu słychać coraz głośniej trzepotanie skrzydeł, które przypomina narastające oklaski na wielkiej sali posiedzeń pełnej rozentuzjazmowanych delegatów. To Filip na małym rynku otworzył swoją torbę i bije z niej w niebo czarny pierzasty słup. Rzeczywiście, całkiem niemożliwe, by normalna torba była tak pojemna. Raczej jest dziurą do innego świata, z którego właśnie całe wielkie stado przedziera się do naszego. Widzę spadające leniwie w dół zamiast białych płatków śniegu – czarne pióra. Ptaki kołują coraz ciemniejszym kręgiem. Jest ich więcej niż zwykle, wznoszą się coraz wyżej. Wkrótce, spoglądając w górę, przestaję odróżniać kupy latających pokrak od kłębów ołowianych chmur zaciągających niebo. Mam wrażenie, że robi się ciemniej, a na skroniach czuję podmuchy wywołane uderzeniami skrzydeł.  Kruk czy gawron sfruwa z drzewka i siada bezczelnie naprzeciw mnie na stojaku na rowery:

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Janusz Cyran „Ciemne lustra”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 29 sierpnia 2006

Niepewność, niepokój, mrok, dekadencja, zbrodnia. Ciemne strony ludzkiej natury w nieludzkich światach. Jakże…

Żelazny Anioł – konkurs
Konkursy Fahrenheit Crew - 7 marca 2009

Zapraszamy do udziału w organizowanym wespół z wydawnictwem Mag konkursie. Do rozlosowania 3 egzemplarze Żelaznego Anioła Alana…

Neil Gaiman „Amerykańscy bogowie. Wersja autorska. Wydanie specjalne”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 16 marca 2007

Przepiękna edycja kolekcjonerska. Rozszerzone wydanie, zawierające sceny i fragmenty, które nie trafiły do normalnego wydania…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!