Adam Cebula „Grzech niepierworodny” (2)

Opowiadania Adam Cebula - 12 lutego 2016

Ongard brnął, podpierając się kijem. Fosa była płytka. Upadek groził tylko wybłoceniem się i zmoczeniem, ale wędrowiec nie miał najmniejszej ochoty wytaplać się w bajurze.

– Guru – wycedził, sondując kijem dno. – Jak mi jeszcze raz zadzwonisz w takiej sytuacji, to złamię ten kij na twoim grzbiecie.

– Dzy… – Zaczął Guru i najwyraźniej zrozumiał, że to nie żart.

Ongard dobrnął do drugiego brzegu. Dalsza droga… No, nie było dużo lepiej. Ścieżka biegła tym stromym zboczem z głazów. Każdy źle obliczony krok groził runięciem, które prócz błotnej kąpieli gwarantowało i poturbowanie. Wejścia nie widział, ale ufał, że dróżka musi prowadzić do jakiegoś celu.

– Dzy…

– Guru! – warknął. Nic nie dzwoniło. Zrobił jeszcze kilka ryzykownych kroków i dotarł do masywnej przypory. Rozejrzał się bezradnie. Co dalej?

– Dzy…

Potrząsnął kijem. Już widział. Trzeba było zejść prawie do samej wody. Potem? Gdy wspiął się po głazach, dostrzegł dziurę w murze. By wejść, trzeba było pochylić głowę, ale wyłom był dość szeroki, by mogła się nim przecisnąć osoba ze sporym workiem na plecach. Ongard zrobił kilka kroków i znalazł się na brukowanym podwórku pomiędzy dwoma chałupami przyklejonymi do muru, przez który właśnie sprytnym sposobem przeniknął. Za płotem z połamaną furtką po wąskiej ulicy jechał powóz, za nim pod ścianą domu stojącego naprzeciw przechodziła kobieta – nie baba – za nią jakiś dandys i dwóch obdartych chłopców.

– Dzy…? – Ledwie dosłyszał.

– No… Teraz już możesz. Śmiało!

– Dostałeś się do miasta!

– Ta… Jakbym nie zauważył.

*****

To był trzeci dzień jego pobytu w Urgam. Miasto widział spore, liczyło najmniej pięć tysięcy dusz. Niestety, miejsca dla Ongarda najwyraźniej w nim nie było. Pierwszą noc przebidował na ulicy. Druga noc zeszła mu na stryszku chlewika u szynkarza w gospodzie Pod Słodką Bułką. Cały dzień czyścił ten chlewik w zamian za jedzenie i picie. Nie zarobił ani miedziaka. Dzień kolejny spędził na szukaniu jakiegoś godziwego zajęcia. W dobrych domach nie potrzebowali służby, sklepikarze na chłopców na posyłki najmowali urwisów, którzy znali miasto jak własną kieszeń. Zapytał murarza, kowala, czy nie potrzebują pomocników. Nie potrzebowali. Zbliżał się wieczór i już się godził z tym, że albo uprosi szynkarza, albo będzie musiał spać na ulicy. W końcu, nie wierząc w rezultaty zabiegu, splunął przez lewe ramię.

– Dzyń, dzyń! No to mamy pierwszą poradę z pięciu darmowych – oznajmił Guru.

– A jak będzie z serii tych, żebym nie odwracał się, bo zlecę do wody, to – jak bóg miły – walnę cię w łeb kijem.

– Będziesz zadowolony! – obiecał uroczyście Guru. – Słuchaj. Znajdź ulicę Igielną.

– Już wiem, gdzie jest. Właśnie mnie stamtąd przegoniono.

– I nic dziwnego. Posłuchaj. Znajdziesz tam kamienicę pod Czerwoną Gęsią.

– Byłem tam.

– To idź jeszcze raz i zapytaj o rajcę Kuzynofa.

– Jego fagas mnie wyrzucił.

– Powiedz, że jesteś przybyszem, który potrzebuje pomocy.

– A co ja mówiłem?

– Pewnie że szukasz zajęcia.

– To co? Lepiej być żebrakiem?

– Powiedz szczerze, że jesteś włóczęgą i chcesz się osiedlić w tym mieście. Dostaniesz trzy talary. To baaaardzo dużo.

*****

– Ongard, ty umiesz czytać? – zdziwił się rajca.

– No… czytam.

– Może jeszcze umiesz pisać?

Ongard sięgnął po pióro.

– Mogę pisać. Ręka odwykła… ale…

– No to pisz. „Ja, Ongard, proszę o wspomożenie…”

Ongard smarował z namaszczeniem, pilnując, by nie zaplamić karty. Rajca patrzył mu przez ramię i kiwał głową.

– Taaa.

*****

Talara rozmienił na dziesięć srebrnych i mieszek miedziaków. Dwa talary zostawił u rajcy. Kombinował, że jeśli mu kto głowy nie rozbije, zawsze będzie mógł po majątek wrócić. A jak rozbije, na nic mu się nie zdadzą. Nie miał powodu, by nie wierzyć miejskiemu dostojnikowi, uznał, że powierzenie mu majątku jest najrozsądniejszym sposobem na zmienne koleje losu. Noc spędził u szynkarza, u którego wcześniej nocował, Pod Słodką Bułką, lecz tym razem w przyzwoitej izbie. Wymył się i oprał, najadł do syta. Ale odmówił wszelkich luksusów, nawet dzbana wina. Zamiast niego zamówił sobie parzonych ziół. Wytłumaczył szynkarzowi, że nie zarobił jeszcze ani miedziaka i, jeśli nie wybrał najtańszej gospody Pod Pluskwą, to jedynie dlatego, że szynkarzowi należała się wdzięczność za pomoc, jakiej udzielił wcześniej wędrowcowi.

Następnego dnia z rana udał się na poszukiwanie mistrza, który miałby ochotę przyjąć go terminu. Taki był bowiem spisany warunek udzielenia mu owych trzech złotych talarów: że zacznie naukę rzemiosła, a na koniec założy kram na rynku w Urgam. Ongard spodziewał się, że sprawy będą szły równie kiepsko jak wówczas, gdy szukał jakiegokolwiek zajęcia. Zdziwił się jednak bardzo. Już pierwszy mistrz, kowal, usłyszawszy, że ma do czynienia z kimś, kto dostał tak wielką pomoc, posłał chłopca do mistrza piekarskiego, kuśnierskiego, igielnika oraz kilku innych. Sam nie potrzebował nikogo do terminu, ale – jak powiedział – liczył, że w zamian za dobrego ucznia dostanie inną pomoc.

Tak Ongard przyjął się do mistrza Hebelki, który był stolarzem. Lecz nie byle jakim! Robił stoły i stołki oraz szafy z kręconymi kolumnami dla najbogatszych państwa. Miał kamienicę w rynku szeroką na dwanaście dużych kroków i wysoką na cztery piętra. Przyjęcie się nie było całkiem proste. Hebelko spojrzał na niego poprzez druciane okulary, skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę, przekrzywił głowę, jakby chciał odpowiedzieć przecząco na pytanie o to, czy ma miejsce na ucznia. Potem zrobił jeszcze kilka dziwnych min i wreszcie powiedział:

– Znaczy, chcesz się uczyć na stolarza? Powiadasz?

– Chcę. Obiecałem rajcy.

– Powiadasz? No tak, tak… A masz ty jakieś pojęcie o drewnie?

– Nie wiem. Chcę spróbować.

– Spróbować, powiadasz. No to… Powiedz mi. Nie, spójrz tam. – Wskazał na regał, na którym leżały dechy, deski, listwy i kołki. – Podejdź i wybierz materiał. Jakbyś miał zrobić choćby półkę, ale taką, żeby nikt ci jej nie zwrócił, albo co gorzej, nie rozbił na głowie. Wybierz dobry materiał z tego, co tam widzisz…

Ongard gapił się dłuższą chwilę. W końcu jego uwagę przyciągnęły przykurzone poczerniałe deski w kącie.

– No dobrze, kochanieńki. Powiedz teraz, czemu wybrałeś to drewno, a nie na przykład dąb. Czy dlatego, że wyglądało najbardziej niepozornie, a wszystko inne było błyszczące i ładne, czy był jakiś poważniejszy powód?

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Powiązane wpisy

Kobieta bardzo fatalna
Opowiadania - 5 kwietnia 2019

Co ta miłość robi z człowiekiem… wystarczy chmurka wysoko wydajnych feromonów, a…

Adam Cebula „Matrix, matrix wszędzie!”
Felietony - 27 października 2017

Pewnie to już kilka razy pisałem: za młodych lat brakowało mi filmów…

Adam Cebula „Pophistoria, czyli sos z uralskiego bombowca”
Para-Nauka - 11 lipca 2016

Niemcy potrzebowali konstrukcji, która dawałaby się tłuc ze sztancy w ogromnych ilościach, łatwej do transportu, możliwej…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!