Adam Cebula „Grzech niepierworodny” (3)

Opowiadania Adam Cebula - 12 lutego 2016

– To jedno drewno wydaje mi się dość długo odleżane. Co mi po dębie, jak jeszcze nie wysechł i się z czasem pokręci?

Hebelko słuchał, kiwając nieznacznie głową, i na końcu powiedział:

– Dobrze! Coś tam wiesz… przyjmę cię na ucznia.

Tak Ongard dostał pryczę, miskę do mycia i miskę z jadłem u mistrza Hebelki. Tego dnia uznał, że życie w Urgam jest całkiem proste. Zostały mu jeszcze cztery darmowe radu Guru, pomijając to, co mogły być warte, ze sto miedziaków na kolejne porady, srebrne i jeszcze dwa całe talary. Zarabiając jako uczeń u Hebelki miedziaka, w miesiąc uzbiera na nowe buty, w drugi na nowy chałat. W rok zostanie czeladnikiem, a może wcześniej, i będzie mógł na straganie mistrza sprzedawać swoje prace kupcom, których ponoć nigdy nie brakowało. Życie miał zapewnione.

– Dzyń, masz słuszność – potwierdził Guru – o ile oczywiście czegoś nie popsujesz.

Co miał popsuć? Czyż można było cokolwiek popsuć? Nawet gdyby rajca Kuzynof wymyślił jakiś kruczek – a Ongard nie miał pojęcia, czemu miałby to robić – by złamać umowę, i gdyby zechciał odebrać swojego talara, to mógłby mu je oddać. Kłopot powstałby, gdyby coś się stało z mistrzem Hebelką, ale skoro pracował w mieście od wielu lat, to cóż by to mogło być? No, chyba żeby zupełnie nie podołał robocie.

Podołał. Pierwsza robota to był połamany stołek. Ongard sam ją sobie wybrał i znowu zasłużył na pochwałę Hebelki. Trzeba było podbić klinami rozeschnięte nogi; jedyna sprawa, w której potrzebował pomocy, to przygotowanie kleju. Po stołku już dalej poszło. Uczył się heblować, piłować, wygładzać, toczyć, rozprowadzać politurę, szlifować pumeksem i potłuczonym szkłem. W drugim tygodniu spróbował poostrzyć piłę.

W trzecim sprzedał własnoręcznie zrobione krzesło za srebrnego i czterdzieści miedziaków. Pochwalił je Hebelko, pochwaliło jeszcze kilku mistrzów. Srebrny i miedziaki były naprawdę uczciwie zarobione. Ongard wymyślił, że za te pieniądze kupi sobie świder i trzy dłuta. Akurat na tyle starczało. Ku jego zdziwieniu Hebelko skrzywił się na ten pomysł.

– A nie. Nie… Tobie, chłopcze, jeszcze czas na naukę, nie na posiadanie.

A nauka szła mu bardzo dobrze, bo nie musiał pamiętać wszystkich sposobów. Czytał notatki mistrza Hebelki, spisywał je do kajetu, wymyślił sposób na robienie zakładek, by szybko znaleźć, co potrzeba, więc nie musiał pamiętać, ile razy mieszać politurę, w jakich proporcjach, jak długo kłaść i ile do niej oleju potrzeba. Miał spisane, które ostrza do hebli jaki kolor mają i kiedy cięto jakie drzewa. Nic dziwnego, że jego wyroby stały się szybko prawie równie dobre, jak mistrza Hebelki.

– Nie miej do mnie pretensji, młody – gadał mu mistrz, oglądając już to zydel, już to tralkę do balustrady, którą uczeń pięknie obrobił – że cię jeszcze nie wyzwalam. Może i sam bym cię nawet wyzwolił, ale cech nie pozwala. I sumienie. Albowiem czas na samodzielność przychodzi nie wtedy, gdy masz już dość zręczne ręce, ale gdy ci się tu – klepał się w czoło – poukłada.

Wszelako pojawił się Maniuś. Nowy chłopak do pomocy. Miał olbrzymie, odstające uszy i długie, za długie do swej chudej postaci ręce. Dłonie też do tych rąk nie pasowały, były za wielkie, miały za długie palce. Maniuś twarz miał ruchliwą, ciągle robił jakieś miny i – jak jego matka ostrzegała – oszukiwał i łgał przy każdej okazji, a często i bez. Rychło się okazało, że fajki popala, okowity pociąga i za dziewuchami lata. A za wielkie, za długie łapska do roboty nadają się ledwo-ledwo. Tyle, żeby Hebelko nie zdecydował się go na zbity pysk wyrzucić.

Pewnego dnia Hebelko zawołał Ongarda. Brakowało okowity, którą rozrabiali politurę. Brakowało Maniusia. Rada w radę, ruszyli do gospody Pod Pluskwą. Czas jakiś później pół miasta miało ubaw, a oni wstyd, wlokąc wrzeszczącego huncwota, który pluł, kopał, usiłował gryźć po rękach i wyzywał ich od najgorszych.

Po tym incydencie Hebelko zafrasowany siadł z Ongardem za stołem.

– Powiem szczerze, roboty jest coraz więcej, starczy dla nas obu i nawet dla takiej psiej krwi. – Skinął głową w kierunku izby, w której za zawartymi grubym dębowym dylem drzwiami Maniuś dochodził do trzeźwości. – Masz świder i dłuta?

– Kupiłem sobie jeszcze piłę, hebel i ostrza do niego i… jeszcze parę drobiazgów.

– Bo z tym Maniusiem w mieście to będzie bieda. Trzeba nowego warsztatu dla tej roboty. Tak sobie myślę… Starczy ci na taką dużą piłę moja-twoja?

Ongard podrapał się po głowie.

– Takiej nie mam… Robimy precyzyjne roboty… No, ale starczy.

– Tak sobie myślę… Mi trzeba desek. Maniusia trza odsunąć od kokot i zajazdów. Tobie trza srebrnych, byś na nogi stanął. Pobudowałbyś se warsztat na podgrodziu. Rżnąłbyś deski dla mnie. Robota prosta. Zbyt pewny, nawet jakby mnie choróbsko powaliło, desek wszyscy potrzebują, zawsze je sprzedasz z zyskiem, a fach już masz w rękach. Na papiery mistrza poczekać musisz, ale utrzymywać możesz się już sam. Dostaniesz ode mnie patent majstra tartacznego i czeladnika Urgam. To trochę za wcześnie, powinieneś jeszcze poterminować, bo prócz drewna są inne rzeczy do poznania, ale muszę cię usamodzielniać. Musimy tak zrobić, zwłaszcza przez Maniusia. Bo nam się chłopak zmarnuje.

– Oj, dyń, dyń – powiedział Guru, najwyraźniej zaniepokojony.

*****

Pomimo zastanawiającego podzwaniania szło dobrze. Ongard znalazł na podgrodziu opuszczoną chałupę. Była w dość kiepskim stanie, lecz co to dla takich drzewników jak on, a choćby i Maniuś, poradzić sobie z naprawami. W kilka dni poutykali dziury, wstawili nowe okna i drzwi, wyrwali ze ścian kilka spróchniałych i pogryzionych przez kołatki belek. Za miskę pieczonych ziemniaków chłopaki z sąsiednich chałup oczyściły rowki odprowadzające wodę i poprawiły poszycie, za miedziaka uczeń murarski mistrza Maurycego nawiózł kamieni i poukładał na podwórku.

Praca w nowym warsztacie ruszyła szybko i okazała się łatwa dla nich obu: łobuzy z podgrodzia były chętne do pomocy nie za miedziaki, ale za kaszę i kwaśne mleko. Ongard mógł się zająć swoimi robotami, bo Maniuś z wielką ochotą, to trzeba było mu oddać, i umiejętnością, nadzorował wyrostków w pocie czoła piłujących deski dużą piłą. Wynalazł system pracy we czterech, dwóch piłowało, dwóch leżało bez ducha, ledwo zipiąc, bo nadawał takie tempo, że po pacierzu każdy padał jak zabity.

Było dobrze, aliści którejś nocy obudziły Ongarda dzikie krzyki. Ledwo oprzytomniawszy, z gaciami trzymanymi w garści, popędził nad fosę, gdzie inni mieszkańcy podgrodzia z pochodniami, taplając się w błocie, usiłowali wydobyć coś z topieli.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Powiązane wpisy

Red-Akcje nr 11
451 Fahrenheita - 9 lutego 2018

Oj sypią się gromy na superprodukcję TVP o tytule „Korona królów”. Najnowszej…

Ding dong, idą święta
451 Fahrenheita - 23 grudnia 2018

Wyjątkowe, bo bożonarodzeniowe życzenia, spisane w formie krótkiego felietonu, od Adama Cebuli…

Adam Cebula „Idea fantastyczna, nie polityczna”
Felietony - 3 maja 2016

Jeśli nie ma dla mnie sensownej roboty, to nie oznacza wcale, że nie mam prawa pobrać z Internetu…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!