Adam Cebula „Grzech niepierworodny” (5)

Opowiadania Adam Cebula - 12 lutego 2016

– Ale – powiedział sobie Ongard w samotności – jakby miejscy strażnicy częściej tam zaglądali, to by nie było tylu hultajów i naciągaczy i Maniuś straciłby najwyżej garść miedziaków, a nie cenną piłę.

Kolejna wizyta w ratuszu kosztowała miedziaka, bo jako że do urzędu się udawał, nie mógł włazić przez dziurę w murze, tylko przez tę bramę, nad którą pierwszego dnia oglądał w całej okazałości wypiętą dupę strażnika. Raz kolejny pisarz wypytywał go ze szczegółami i zapewniał, że jak najgoręcej jest za tym, by piłę majster odzyskał. Owszem, sprawy się nieco ruszyły do przodu, bo Ongard spotkał Icka Kohenema i się dogadali, coby w sądzie razem wystąpić, albowiem Icek dowiedział się, że strażnicy znaleźli tych od pięciu asów, spitych na umór, zaprowadzili do kozy, gdzie z nich wytrzęsiono i znaczone karty, i miedziaki, które Maniuś dostał w zastaw za piłę. Niech ratusz odda Ickowi miedziaki, Ongardowi piłę, wytrzepie rózgą hultajów karciarzy i Maniusia.

– I to będzie bardzo sprawiedliwy wyrok – potwierdził z entuzjazmem pisarz. Po czy rozłożył wielką księgę, w której były daty posiedzeń sądu, i mina mu się wydłużyła. – No tak, posiedzenia mamy rozpisane trzy miesiące naprzód. Niestety… Ale wpisuję was na kolejkę w pierwszej kolejności. W pierwszej kolejności! – podkreślił, po czym pokazał im, że naprawdę na urzędowej karcie wpisuje ich przed awanturą o to, czy jajka zniesione przez proboszczową kokosz w stodole mistrza Chwalipiętki są przez tę kokosz znoszone.

– Wasza sprawa jest prosta, a tu gospodyni proboszczowa swoje, pokojowe Chwalipiętki swoje, i jak straż nie upilnuje, za kudły się biorą, ślepie se chcą wydrapać, kochani, tumult taki, że strach podejść. – Pokręcił ze zgrozą głową.

– No i wydudkał nas jak złoto – stwierdził smętnie Kohenem. – Sędziemu się rano wstawać nie chce, w tygodniu ze dwa, trzy razy sądzi, a ten pisarczyk wszystko spycha na później. Rajcowie rozpuścili ich jak dziadowski bicz – biadolił. – Wiem, na co czeka: jak ci hultaje od kart w kozie do wszystkiego się sami przyznają i zgodzą, że kary odpracują przy czyszczeniu fosy, a miedziaki i karty miastu oddają w zamian za puszczenie nieprawości w niepamięć, to zaproponuje: mnie pół sumy za zastawioną piłę, wam piłę, ale że zapłacicie za przechowanie jej w ratuszu, i odejdziemy wszyscy obdarci.

*****

Wracał smętny z miasta, omal nie zleciał z kładki do fosy. Nie chciało mu się nadkładać drogi do bramy, to fakt, ale przecie rajcowie nieźle żyją sobie z podgrodzia, pasuje im, że przez dziurę w murze baby przynoszą jaja i kwaśne mleko, to mogliby postawić jakiś przyzwoitszy mosteczek. Sam by to zrobił za kilka srebrnych. Ze złością kopnął psa, który mu wyskoczył na drogę, kundlisko nie pozostało dłużne i w stosownej chwili, milczkiem, zaszedłszy go od tyłu, użarło w łydkę. Obiecywał sobie oprać Maniusia, ale nadarzył się stary wójt po drodze, otoczony wianuszkiem słuchaczy. Prawił coś, powtarzając „łone kradną, łone obdzierają nas do skóry”.

– A wiecie, że na ratusz oddajemy każdej niedzieli czterdzieści jaj z tych uzbieranych z targu?

– Nie czterdzieści, tylko czternaście – odezwał się jakiś młodszy męski głos.

– Czterdzieści czy czternaście, co za różnica, jedno jajo – zaperzył się wójt.

– Wójcie, najpierw się odrobinę rachować nauczcie, czterdzieści to trzy i pół tuzina, głupoty prawicie.

– A czternaście to co? – Stary prawie rzucił się bić oponenta.

– A kto są te łone, wójcie? – Zły Ongard czuł chęć wyładowania się w jakiejś awanturze.

– A, co może to ja? A czemu to z nosem na kwintę wracacie? Prawie rowek w ziemi za wami zostaje. Ze spowiedzi czy z ratusza? Co, łoddali wam te piłe?

– A durniście, wójcie, zapytajcie Maniusia, to może was nauczy, że czternaście to tuzin i dwa, bo wstyd słuchać bzdur, jakie powiadacie!

*****

– Dzyń, dzyń. – Pojawił się od dawna niewidziany Guru. – Dobrze ci szło do tej pory, masz jeszcze cztery rady za darmo, a dawno mnie nie wzywałeś, to ci powiem: nie trzymaj z Maniusiem, nie trzymaj ze starym wójtem, trzymaj z rajcami i mistrzem Hebelką.

– Napijesz się? – zaproponował zafrasowany Ongard duszkowi. – Przecie do lustra samemu toastów spełniać nie wypada.

– A… chętnie – stwierdził po chwili namysłu osobisty przewodnik.

*****

Ongard zbudził się z odczuciem, że coś złego nadciąga, i właśnie szósty zmysł wezwał go do stanu czuwania, by ono nieszczęście powstrzymać. Aliści oprzytomniawszy zrozumiał, że tym, co w śnie nieznośnie mu przeszkadzało, było przeraźliwe chrapanie Guru, który najwyraźniej słabszej trochę głowy będąc, rymnął się na warsztacie miedzy wiórami na wznak ,i co dech trąbił tak głośno, że się z powały coś sypało.

Chrapanie było przeraźliwe, nawet jeśli wziąć pod uwagę normalne skutki kaca. Cierpiał nie tylko on, ze stolarni wyniósł się kocur Kacper, kury na podwórzu pogdakiwały w takt niespokojnie. Ongard pomimo tego wszystkiego, a może właśnie z pomocą owych nieznośnych dźwięków, nie tylko wrócił do rzeczywistości, ale i zaczął powoli sobie przypominać dzień poprzedni, co to skończył się osuszeniem pękatej butli okowity, która do politury zwyczajnie służyła.

Spity Guru powiadał mu dziwne rzeczy. Że mianowicie jego rolą jest, a właściwie bez roli czy szlag, jak zwał, tak zwał, ma misję do spełnienia. Że się tumult na podgrodziu robi. A on co? Ma stanąć po właściwej stronie. Jakoś tak. Że zazwyczaj owa właściwa strona to Kuzynof i reszta rajców.

Sięgnął po garniec z kwaśnym mlekiem, brzęknął kubkiem, i Guru zajęczał:

– Ło jezusicku, nie urywajta mi łba.

– Ta, nie urywają, tylko kaca mata jak studoła. Łyknijże se. – Ongard podał mu kwaśnego mleka.

Najwyraźniej zwyczajny takich okoliczności duszek zagarnął łapczywie kubek i przez chwilę słychać było tylko grzdykanie gardeł.

– To powiadacie, Guru, misję mam – zagaił Ongard, gdy opróżnili garnce, a on złapał oddech po łapczywym pochłanianiu eliksiru znoszącego skutki nocnego szaleństwa.

– Że co? – zdumiał się przewodnik.

– Misję… że ja mam misję.

– A… Misję… Wy? – Guru spróbował użyć rozumu i prawie wrzasnął: – Auć! – Chwycił się za głowę. Ongard sięgnął po jego kubek i dolał białego panaceum. Duszek znów pociągnął, aż mu się gardło wydęło jak bania.

– Misję… A tak! Macie misję! Oczywiście… Trza ten świat naprawić. To jest wasza misja.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Matrix, matrix wszędzie!”
Felietony Adam Cebula - 27 października 2017

Pewnie to już kilka razy pisałem: za młodych lat brakowało mi filmów…

Red-Akcje nr 15

Giętkość dziennikarskiego języka niezmiennie zadziwia RedAkcję F-ta. Na portalu TVN24 czytamy w…

Kobieta bardzo fatalna
Opowiadania Adam Cebula - 5 kwietnia 2019

Co ta miłość robi z człowiekiem… wystarczy chmurka wysoko wydajnych feromonów, a…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!