Adam Cebula „Grzech niepierworodny” (7)

Opowiadania Adam Cebula - 12 lutego 2016

– No, oprały me – przyznał. – Ludziska się zebrały na placu przy straganach i obiecały oprać jeszcze, jak czego z brukowaniem nie wykombinujem.

– A było trzepać jęzorem po próżnicy? – Ongard wójta nie pożałował.

– A bym nie gadał, to by mnie nie łobrały.

– Ale gdyby nie łobrały, to po pysku byście nie dostali. Aleście handel zrobili. – Ongard pokręcił głową. Pozbierał z warsztatu papiery i przysunął do światła. – Zanim żeście choć słowo palnęli, trza było choćby krokami obmierzyć plac.

Wójt zrobił wielkie oczy. Żądanie było wielce przesadne, jeśli pamiętać o kłopotach, jakie miał z rozróżnieniem czterdziestu i czternastu.

– Powiadata… – stęknął dla pokazania, że cokolwiek miarkuje.

– A powiadam. A nasz plac jak jedna trzecia rynku w mieście. A wiecie, że na reperacje rynku składali się wszyscy sukiennicy, cały cech musiał coś dać. A my tu co mamy? Jajec trochę, kapusty, i chude kasze. Nie ma mowy o wybrukowaniu całości.

– A część?

– Część? Trza by pogadać z mistrzem Maurycym. Może by co spuścił, jakby się dogadać, że ludziska same kopać będą i pierwszą warstwę głazów położą.

– A może nie trza kopać ? – zapytał z nadzieją w głosie wójt. – No… jakby tak skrzyknął trochę ludzisków i zwyczajnie kamienia z pół by nawrzucały…

– Znacie się na brukach jak wilk na gwiazdach– pokiwał głową Ongard. – Psu na budę nie zda się taka robota. Na spodzie muszą być głazy, na górze równo ułożone kocie łby. Inaczej kamienie w błocie potoną, a ludziska jeszcze nogi połamią. Robota musi być porządna. Jak nie, w trzy niedziele cała fuszerka wyjdzie na wierzch i dopiero nam garby obiją.

*****

Ludziska były wkurzone. Chłopi machali pięściami, kobity brały się hardo pod boki i pyskowały aż się przekleństwa echem od miejskich murów odbijały. Ongard słuchał, kiwał głową i tłumaczył od początku.

– Aby położyć bruk choćby tylko pod samymi straganami, to trza by zebrać na ten przykład ze trzy kopy jajec, coby mistrz Maurycy chciał z nami gadać. Ongard natychmiast się przekonał, że słowo, co skowronkiem frunie, wołem wraca.

– A to nie bedyma do ratusza jajkowego łoddawać! – wrzasnął ktoś uradowanym głosem. Recepta była prosta jak kij.

*****

Jak nietrudno przewidywać, rozpętała się awantura. Gdy tylko do ratusza dotarło, że chłopy jajcowego oddawać nie chcą, strażnicy miejscy pojawili się przy wyłomie w murze prowadzącym na kładkę i oświadczyli, że w takim razie od tych pór będą pobierać myto czy dziurowe od każdego wchodzącego. Od wychodzącego na razie nie, ale kto wie, co będzie?

– Co za przechera doniesła? – pieklił się wójt. – Przecie my wcale niczego nie postanowiły, ino przemyśliwały, i to nie ja przemyśliwałem, ino ludziska. Co za łotrzysko poleciało do ratusza i rozpowiedziało psiomkrwiom rajcom?

Ongard rozłożył ręce.

– Wójcie, ze trzy tuziny ludzi słyszało, każdy rozpowiedział babie, bratu, łojcom, dzieciskom, rychło całe podgrodzie wiedziało. Nie ma się co ciskać, sprawę trza załadnąć.

– A co tu można załadnywać, jak się psiekrwie z ratusza na nas uwzięły. Szedłem rano do ratusza, miedziaków nie miałem, tom musiał guzika łoddać paskudom, coby mnie przez dziurę przepuściły.

Ongrad spojrzał i dostrzegł, że faktycznie, portki wójtowe były misternie obwiązane sznurkiem, żeby nie spadły.

– Łoj, nie macie dobrego oka u miastowych – przyznał z udawaną troską.

– A ni mam, tylko co z tego? Coś trza zrobić, bo jak się ludziska zbierą, to nam tak skórę przegarbują, że rękawiczki będzie można szyć. Widzicie jakowe wyjście?

– Wyjście jest jedno jedyne, trza iść do ratusza i się układać.

– Ale z kim, jak nas kieby kundli gonią, i jak się układać, kiej jakaś zła krew wszystko ratuszowi donosi. Co umyślim, oni już wiedzą, i nim my powiemy, to łoni już zrobią. Ludziska się burzą i już przemyśliwują, coby tych strażników spod dziury we fosie utopić.

Ongard pokręcił głową.

– Wójcie, najpierwej trza chłopów uspokoić, bo gdy się jakowy tumult uczyni, to dogadać się będzie strasznie ciężko.

– Przemówicie do nich?

– Ja? – zdziwił się Ongard. – Wy jesteście na urzędzie, ja nawet waszym pisarczykiem nie jestem. Idźcie gadać z ludźmi.

– Łopierą mnie jak wprzódzi!

– A za to wam dają z ratusza srebrnego na cztery niedziele.

Minęło kilka pacierzy i wójt pojawił się jeszcze bardziej markotny. Lewe ślepie, owszem, już traciło swe kolory, ale prawe było świeżo tak gracko trzaśnięte, jakby je koń kopytem pozdrowił.

– Trudno. – Ongard specjalnie nie przejął się przygodami starego wójta. – Jak obito urzędowe pyszczysko, to na to są prawa, jak bym ja dostał, to tyla z tego, co chłop od baby swojej po gębie zbierze. Wracajta pilnować swoich. Ja pójdę do ratusza gardłować. Już wiem z czym.

*****

Ongard specjalnie nie peszył się złotymi łańcuchami i falbanami rajców. Strojnie ubrani, bo ich stać. Nie zbijała go też z pantałyku płomienna przemowa złotnika Kędziołka, który straszył wręcz plagami egipskimi za to, że podgrodzianie wymówili jajkowe. Gadał, gadał, w końcu ochrypł. Aż Kuzynof dał głos Ongardowi.

– Widzicie, sprawy są takie, że racje leżą po obu stronach. – Młodszy stolarz spojrzał na mistrza Hebelkę i dostrzegł w jego oczach przychylność. – Jest tak… – kontynouwał – jakem porachował dobrze dusze na podgrodziu, to nam wyszło, że wójt Grzdaczka okazał się nieco za hojny dla ratusza. Mi wyszło te pięć jajec mniej. Wiela nie jest, ale Grzdaczka urzędował sporo wiosen, nieprawdaż? – Rajcowie pokiwali głowami.

– A pięć jajec, jeśli dobrze porachowałem, to się kopa od wiosny do wiosny zbierze, źle liczę?

– No, dobrze gada. – Rajcowie musieli przyznać rację.

– Tedy jest to nasza racja. Możem się za łby brać, od kiedy trza by liczyć najstarszego od takich Kapustów, bo poszedł w świat łońskiego roku. Może to było z pierwszym śniegiem, a może figa, na świętego Jana. Mówię wam, że nie doszedłem. Uczciwie. Może Grzdaczka naciągnął na cztery jaja, a może na sześć. Jest sens się prawować?

– Jak o zeszłoroczny śnieg. – Ktoś machnął ręką.

– No właśnie. Ludziska z podgrodzia burzą się. Słusznie czy nie, ale się burzą. Będzie lepiej, jak przestaną?

– Będzie, będzie – przyznali.

– Więc ja tak myślę: Maurycy murarz zostanie opłacony z jajkowego. Spór między podgrodziem a ratuszem załatwim polubownie. Murarze cokolwiek zarobią, przecież też się liczy, a pomyślcie, że jak na drodze do miasta ludziska znajdą porządniejszy plac do handlu, to może i więcej włościan tu ściągnie. Wy też tam zajrzycie.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Woda utleniona w medycynie ludowej”
Para-Nauka - 5 października 2018

Aha… Że co?! Znaczy się, szkodzi, ale nie szkodzi, używać, ale nie używać?  To, drogi czytelniku,…

Adam Cebula „Powtórka z energetycznej atmosfery”
Para-Nauka - 20 października 2017

Tak, to prawda, już o tym pisałem. Jednak, skoro o tym się…

Adam Cebula „Jak coś nie działa”
Felietony - 8 stycznia 2019

Czy warto pisać o tym, jak coś nie działa? Pomysł wydaje się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!