Adrianna Filimonowicz „Przeciętni” (2)

– Nie zamierzam. Ja dopiero w „Stabilizacji” zrozumiałam, jak bardzo tęskniłam za matmą. Choćby durną analizą funkcjonalną, jaką mi najpierw zlecili.

– Czymkolwiek jest. – Roześmiał się mężczyzna. – A teraz wielka matematyczka, zamiast siedzieć w modnym żakieciku na posiedzeniu „The Best of NASA”, siedzi w starym szpitalu…

– Sanatorium.

– Psychiatryku. Tak. Z pomyleńcem.

– To chyba dobry przykład tego, że „Stabilizacja” daje wybór.

– Ulica też. – Damian momentalnie przeszedł do defensywy.

– Ulica też – powtórzyła za kumplem Dasza. – Ja tylko pokazuję jedno z wyjść, naprawdę.

– Naciskasz.

– Bo mi to pomogło. Mnie nie zależy na ratowaniu świata, tylko ludzi. Ale nikogo nie da się uratować na siłę. Dlatego ciągle przypominam, że masz tę drogę. Nie zaciągnę cię na nią siłą, ale będę pilnowała, żebyś cały czas widział te drzwi. Tak się umawialiśmy, nie?

Pokiwał głową.

– Daj mi jeszcze czas się zastanowić.

– Spoko.

Nie było „spoko”. Znów się odsuwał i zapadał w sobie. Dasza wiedziała, że wcale nie ma czasu. To nie był młody buntownik z wyboru, świetnie czujący się na ulicy. Radził sobie, ale konieczność kierowania całej energii na przeżycie wykańczała go psychicznie. Uciekł od ludzi, którzy próbowali wcisnąć go w tryby projektu niszczącego ambicję i kreatywność. W zamian dostał nieustanne zagrożenie i samotność. „The Best” nie odpuszczało łatwo geniuszom, którzy chcieli żyć „jak byle kto”. Miałeś talent – byłeś coś winny programowi.

Dziewczyna dała Damianowi namiary na znajomego, który szukał kogoś do pomocy w barze na miesiąc czy dwa i pożyczyła parę złotych na najbliższą przyszłość. Tyle musiało wystarczyć do kolejnego spotkania. Postawiła stopę na korytarzu, już miała się żegnać, gdy na myśl o przejściu przez klatkę schodową, serce podskoczyło jej do gardła.

– Ej, kto to jest Wiktor? Ten od graffiti.

Stanęli na strychu mniejszego budynku sanatorium. „Kiepskie miejsce na zimę” – pomyślała Dasza. Podziurawiony, zniszczony przez czas i zaniedbanie strop ledwo izolował od zimna, a zasłana trocinami podłoga nie zachęcała do palenia ognia. „Ale dobre, by skryć się przed całym światem” – dodała. Bywała wcześniej w tym budynku, a jednak nie wiedziała, że on też ma dzikiego lokatora. A przecież coś powinno zwrócić jej uwagę. Ściany, które mijali po drodze na parterze i pierwszym piętrze, zamalowane były graffiti. Część przerażała jak obraz zdobiący klatkę schodową większego budynku, inne budziły podziw – choć zawsze podszyty nutą niepokoju. Były też obrazy, które ktoś zabazgrał i poniszczył tak, że nie dało się – nawet z pomocą wyobraźni – przywołać ich pierwotnego kształtu. Malarz miał talent. Być może większy niż jakikolwiek inny artysta, którego Dasza miała okazję poznać.

Pokój, który Wiktor wydzielił sobie przy betonowym kominie i otoczył starannie ścianami z płyt paździerzowych przybitych do belek stropowych, nie przypominał żadnej innej części „Zofiówki”. Po przykrytej zbutwiałymi dechami podłodze – obok puszek po piwie i pustych butelek – walały się opróżnione spraye, zużyte filtry do maski ochronnej, zamalowane najróżniejszymi wzorami arkusze papieru i kartony. Dziury w dachu zostały starannie zabite, ale mimo to w niewielkim pomieszczeniu było chłodno. Pod ścianami stały fantazyjnie pomalowane szafki zmontowane z płyt czy przytachane gdzieś spod śmietników. Wszystko zastawione było najróżniejszymi rzeczami – od ubrań i gazet po zardzewiały pogrzebacz, magnetofon kasetowy na baterie, spaloną farelkę i niesamowitą konstrukcję z blach i drutów, przypominającą instalację z Muzeum Sztuki Współczesnej. We wszystkim czuć było duszę lokatora.

Wiktor mógł mieć równie dobrze dwadzieścia pięć, co i czterdzieści pięć lat. Należał do tych typów, którzy w pewnym momencie zawisają gdzieś poza czasem i tylko stopniowo stają się coraz bardziej wyraziści, ich rysy się wyostrzają, a spojrzenie nabiera głębi. Nie miał twarzy artysty-wrażliwca, raczej chuligana z blokowiska. Jej wyrazu nie łagodziły nawet długie, kręcone, brązowe włosy opadające na ramiona mężczyzny. Przywitał ich niechętnie, nie wypuszczając piwa z ręki. Dasza momentalnie wyczuła, że często to ono będzie dyktowało narrację ich spotkań.

Przez następne wieczory streetworkerka nie mogła wyrzucić z głowy wspomnienia tej odrobinę surrealistycznej postaci. Wiktor zdawał się osobą, której oschłość i dystans nie są ani manierą wynikającą z poczucia wyższości, ani mechanizmem obronnym kogoś nieśmiałego, lecz precyzyjnym wyznaczeniem sobie miejsca pomiędzy ludźmi. I choć rozmowa się nie kleiła i skończyła, zanim na dobre się zaczęła, Dasza czuła, że nie może tej sprawy tak zostawić. Jej głównym zadaniem było rekrutowanie takich ludzi jak Damian – którzy, wydobyci z dna, mogli wiele zdziałać w zakresie ratowania dziedzin życia i nauki, które projekt „The Best” wydrenował z talentów. Jednak przełożeni godzili się na poszukiwania także wśród osób bez potencjału, a nawet zagorzałych zwolenników obecnego stanu rzeczy. Tym bardziej zaskakująca była postawa Konstantego. „Ta cała maniera to foch odrzuconego artysty” – to i wiele innych określeń, którymi szef podsumowywał, a nawet wyprzedzał jej opowieść o Wiktorze, sprawiło, że Dasza jeszcze bardziej zapaliła się do sprawy. W toku nerwowej dyskusji dało się poznać, że Konstanty musiał się już zetknąć z dzikim lokatorem „Zofiówki” – pytany wprost, zaprzeczał jednak gwałtownie.

Kiedy zjawiła się ponownie w starym sanatorium, Damiana nie było w jego kryjówce. Rzeczy mężczyzny na szczęście pozostały na miejscu, więc Dasza rozejrzała się jeszcze dla zasady po parterze i ruszyła do sąsiedniego budynku.

Szła ostrożnie po schodach, mrużąc oczy, by nie natknąć się na jakiś szalony obraz, zdolny ją zatrzymać. Nagle poczuła, jak podłoga ucieka jej spod nóg. Nierówne stopnie były czymś zalane i diabelnie śliskie. Dziewczyna w ostatniej chwili odzyskała równowagę. Spojrzała za siebie – dziesiątki dłoni namalowane wokół wysokiego, łukowato zwieńczonego okna, zdawały się ją wabić delikatnymi ruchami. Wzdrygnęła się i przebiegła kilka ostatnich stopni dzielących ją od piętra. Ruszyła szybko ciemnym korytarzem. Skręt w lewo, potem kolejny i wreszcie zasłana gruzem i popękanymi kafelkami łazienka. Z otworu w suficie dobiegała stłumiona muzyka. Dasza uchwyciła się sterczących z framugi odłamków cegieł, zaparła w kącie między ścianami i zaczęła piąć się do góry krótkimi, zdecydowanymi ruchami. Zziajana, klnąc w duchu na swój niski wzrost i równocześnie chwaląc umiejętności wspinaczkowe, wydźwignęła się na strych.

Wiktor siedział w kącie prowizorycznego pokoju z odchyloną głową, szeroko otwartymi oczami i butelką wódki w ręku. Kiedy się przywitała, zwrócił wzrok w jej stronę, ale miała wrażenie, że jej nie widzi. Usta miał poprzegryzane do krwi, a pod zbielałą skórą twarzy drgały kompulsywnie mięśnie.

– Coś się stało? – spytała ostrożnie.

Pociągnął łyk z butelki. Skrzywił się i ledwie przełknął.

– To chyba ja powinienem pytać. Skąd ta wizyta? – mówił zdecydowanie, choć słychać było, że zmusza się do takiego tonu.

– Przypadek. Przyszłam do Damiana, ale go nie ma. Chciałam i z tobą pogadać, więc…

– Wiem, że jesteś z tej całej „Stabilizacji”. Nie interesuje mnie to.

– Domyślam się. I nie musi. „Stabilizacji” też nie interesujesz – odparła odrobinę zaczepnie. – Nie o tym chcę gadać.

– No to gadaj, jak musisz. – Pospiesznie pociągnął łyk z butelki. – Chcesz się napić?

– Nie, dzięki.

Jego stan ją mylił. Nie była pewna, czy odpowiadać na wyzywającą postawę – wchodzić w tę nieudolną grę – czy próbować dotrzeć do tego rozedrganego człowieka pod maską. A może jeszcze inaczej? Ostrożnie ruszyła trzecią drogą.

– Chodzi o twoje prace. Są świetne.

– I drapałaś się na dach, żeby mi to powiedzieć?

– Nie na dach, tylko na strych. I trochę tak. To źle?

– A rób, co chcesz… – Zaśmiał się chłodno. – I co z tego, że są świetne?

– Właśnie niewiele. Przeszło mi po prostu przez myśl, że dobrze byłoby je szerzej pokazać. Zanim zaczniesz mnie opieprzać – powstrzymała go, gdy próbował jej przerwać – nie chcę cię namawiać na jakieś pchanie się pod skrzydła galerii czy kuratorów. Ale mam paru znajomych po klubach undergroundowych. Oni by coś takiego – zwłaszcza jak to, co jest tutaj czy w dużym budynku na klatkach schodowych – chętnie zobaczyli. Wyrwałbyś się trochę stąd.

– A może ja nie chcę, co? – rzucił pogardliwie.

– Gówno prawda – odburknęła mu w podobnym tonie.

– Gównem to są ci twoi znajomi. Kogo ty możesz znać? Nastolatkę na kwasie, wierzącą, że dostrzega przekaz w sztuce nowoczesnej? Ciecia pilnującego szatni? Weź nie bądź śmieszna. Z headhuntera zostaniesz teraz mecenasem sztuki? Kuźwa, ale komiczna jesteś.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!