Adrianna Filimonowicz „Przeciętni” (6)

– Wiktor! Wiktor! – Potrząsała go za ramię zła i bezradna.

Mężczyzna leżał na podłodze swojej kryjówki, kompletnie pijany. Ściany zamazane były nowymi rysunkami, które przypominały raczej bazgroły ucznia na marginesie zeszytu niż dotychczasowe prace Wiktora. Wszystko schematyczne, brzydkie, nudne, ale na swój sposób przerażające. Szubienice, policyjne obrysy ciał, przekleństwa, bliżej nieokreślone zygzaki, odciśnięte farbą dłonie i rysunkowe, powykrzywiane twarze. Odkopując z drogi puste butelki po piwie, Dasza zastanawiała się, jakim cudem chłopak był w stanie w ogóle poprzedniej nocy jej odpisać. Nie mówiąc już o zorganizowaniu dostępu do prądu, by ładować telefon, co wymagało co najmniej wizyty w sąsiadującym domu.

– Wiktor, do cholery, budź się!

Zaciągnęła go na posłanie i przykryła zmechaconym kocem. Usiadła obok z ciężkim westchnieniem. W głowie wciąż pulsowała jej krew, a potłuczone żebra bolały przy głębszych wdechach.

– Wiktor, musimy pogadać – rzuciła jeszcze w pustkę, wyciągając z jakiejś sterty zszargany płaszcz i przykrywając się nim.

Znów siedzieli w ciemnościach. Wiktor nieźle znosił kaca – być może jeszcze nie wytrzeźwiał – Dasza za to miała wrażenie, że z każdą chwilą czuje się gorzej, a sen, który przyszedł nagle, zamiast odgonić zmęczenie, wydobył na wierzch całe zaniedbanie ostatnich dni.

– Nie myślałem, że mój stary jeszcze czegoś ode mnie chce.

– Zdawał się być zdesperowany. Chce. I to bardzo. Czego?

– Nie wiem. To tobie coś mówił.

– Mówił, że chce ci pomóc.

– Taaa.

– Nie, nie uwierzyłam mu. – Zaśmiała się gorzko, przełamując trochę bezosobowość tej rozmowy. – Ale zastanawia mnie to, co zrobił. Wiesz… Straciłam w projekcie rodziców i przyjaciółkę. Po prostu „The Best” jest główną treścią ich życia. Kiedy stało się pewne, że ja do nich nie dołączę, przestałam dla nich istnieć. Nie posunęliby się do szukania mnie. Nawet tak chorego. Dlatego pytam.

Dobiegł ją brzdęk szkła – Wiktor szukał wśród butelek jakiejś pełnej.

– Nie pij teraz. Porozmawiaj jak facet.

– Zjeżdżaj, nie jesteś tu, żeby mnie pouczać!

– A po co jestem? Wydzwaniałeś do mnie, szukałeś kontaktu. Liczyłeś, że sobie kumpelę do flaszki znajdziesz?

Zapadła cisza. Wiktor chyba poczuł się głupio. Usłyszała, że odkłada butelkę i wstaje.

– Chodź – rzucił zduszonym głosem.

Włączył latarkę i ruszył w stronę zejścia na niższe piętra.

Wśród szeleszczących opadającymi liśćmi drzew ceglana kaplica z zaspawanymi drzwiami i wyraźnym krzyżem nad nimi robiła niepokojące wrażenie. W przeciwieństwie do innych opuszczonych budynków w okolicy, w których Dasza miała okazję spotykać życiowych rozbitków, to miejsce pozostawało dla niej tajemnicą. Wszystkie okna i drzwi były zamurowane, ściany jakimś cudem ostały się bez graffiti, ale ledwo opierały się czasowi. Szczyt kopuły wieńczącej kaplicę ginął w ciemnościach. Wiktor podszedł do jednego z okien, prowadzącego do zakrystii, przez dłuższą chwilę przyglądał się pustakom je zasłaniającym, po czym zgasił latarkę. Po omacku, wyuczonymi ruchami, zaczął wyciągać cegły. Siedziały dość luźno i nie łączyła ich żadna zaprawa. Niektóre były częściowo strzaskane. Ze środka zawiało zimnym, ale duszącym powietrzem. Wiktor sprawnie przeskoczył parapet. Gruz i śmieci zachrzęściły pod jego butami. Dasza postawiła stopę na ramie okiennej, ale mężczyzna zastawił jej drogę.

– Obiecaj, że nie uciekniesz.

– Że nie ucieknę…?

W pierwszej chwili chciała spytać, co takiego może tam znaleźć, ale potrząsnęła tylko głową. Widok powieszonego Damiana ciągle grał jej pod powiekami, górując nad wszelkimi lękami. Nic już bardziej uderzyć jej nie mogło.

– Nie ucieknę, obiecuję – dokończyła zdecydowanie.

Przeprowadził ją przez mały pokoik, nie pozwalając włączyć latarki. Minęli wyłamane drzwi, wąski hol, i wreszcie wkroczyli w tchnące chłodem główne pomieszczenie kaplicy. Wiktor zdecydowanie chwycił Daszę za ramię i pociągnął na bok, pod sam ołtarz.

– Pamiętaj, że obiecałaś.

– Pamiętam.

– Chciałem, żebyś uwierzyła, że nie mogłem tego zrobić Damianowi. Ale wczoraj poszedłem sam, zamiast czekać na ciebie. Dlatego tak wyglądałem, gdy przyszłaś. – Coraz mocniej ściskał jej ramię.

– Wiktor, ja już wierzę.

– Nie. Żebyś naprawdę uwierzyła. To jest najważniejsze na świecie.

Włączył latarkę. Smuga światła uderzyła najpierw w szary beton sklepienia, prześliznęła się po grubym łańcuchu, na którym powinien wisieć żyrandol, gdyby kaplica nie była opuszczona. Ale była. I na końcu łańcucha nie było żyrandola.

Streetworkerka rozwarła usta do krzyku, ale zabrakło jej powietrza. Wpatrywała się z przerażeniem w rozwarte oczy ślicznej dziewczyny, której stopy zwisały gdzieś na wysokości głów Wiktora i Daszy. Wątłą, odzianą w białą koszulę nocną sylwetkę łączył z łańcuchem amatorsko spleciony sznur owinięty wokół szyi zmarłej. Dłonie spokojnie opuszczone wzdłuż ciała, czarne włosy opadające na ramiona, gładka skóra pozbawiona śladów rozkładu czy choćby najdrobniejszych skaz, natarczywy zapach farby… Dasza wyszarpnęła się Wiktorowi, przycisnęła ręce do twarzy, potem do piersi, w której szalało spanikowane serce. Kiedy znów podniosła wzrok obraz się rozwarstwił. Koniec liny nie sięgał już łańcucha, dłoń stała się płaska, oczy nazbyt błyszczące, nazbyt wyraziste. Włączyła latarkę i ostrożnie zaczęła obchodzić pomieszczenie. Nogi miała jak z waty, ręce jej dygotały. Gdyby Kaplicę Sykstyńską malował szaleniec o złamanej psychice, tak właśnie by wyglądała. Złudzenie momentami było idealne. Z każdego miejsca, patrząc wprost na przeciwległą ścianę, można było obejrzeć wiszącą pod sufitem samobójczynię. Nie było jednej cegły, która nie zostałaby zatynkowana, zagruntowana i wreszcie zamalowana, by dopełniać ten przerażający grobowiec. Albo wspomnienie.

– Wiktor… Kto to był?

– Jest! – poprawił ją gwałtownie.

– Powiedz, kto to.

– Moja siostra.

Światło latarki oślepiało Daszę, ale słyszała w głosie mężczyzny płacz.

– Wyjdź stąd lepiej.

– Nie.

– Nie ucieknę. Czekaj na zewnątrz. Nie możesz tu dłużej być, proszę.

– Ale teraz rozumiesz?

– Chyba tak – wyszeptała, choć nadmiar emocji raczej ją otumaniał niż cokolwiek wyjaśniał.

Zgasiła latarkę i czekała, aż kroki mężczyzny ucichną. Wtedy dopiero odważyła się znów spojrzeć w oczy jego siostrze. Drugie doświadczenie nie było ani odrobinę mniej szokujące. Złudzenie wywoływało atawistyczny lęk. Świadomość, że utalentowany artysta spędził długie godziny, by stworzyć sobie tę makabryczną salę tortur, nie pomagała spojrzeć na to racjonalnie. „To najważniejsze na świecie” – powtórzyła w myślach Dasza. – „Nie możesz myśleć, że go zabiłem. Próbowałem go ratować. Odciąłem go, gdy się powiesił” – mieszała jego słowa, obracała je w głowie, wodząc światłem latarki po ścianach. – „Chciałeś się wyrwać z tego koszmaru, tak?”.

„Zostaw mnie! Zostaw mnie w spokoju! Odejdź na zawsze!” – krzyczały w odpowiedzi napisy nabazgrane czarną farbą na starannym malowidle. W losowych miejscach, bezładnie wdzierały się w idealne odwzorowanie atmosfery śmierci. Jeden, nagryzmolony na wysokości ludzkiej twarzy, mówił: „Nienawidzę ciebie martwej! Nienawidzę! Odejdź już!”. Dasza zatrzymała się przy nim.

– Nienawidzisz jej, nienawidzisz normalnego życia. Co ty sobie zrobiłeś? Tak się nie da żyć – wyszeptała, ostrożnie dotykając napisu.

Farba zaplamiła jej palce, zaczęła ściekać, jakby ktoś nakreślił litery wodą na szybie. Dasza odskoczyła, obróciła się gwałtownie. Martwa dziewczyna patrzyła wprost na nią.

– On nie może mnie nienawidzić. Namalował mnie, by znienawidzić wszystkich. A teraz próbuje znienawidzić mnie, żeby móc wrócić do innych. Ale już jest za późno. Zawsze będę – mówiły jej rozchylone wargi.

Latarka upadła z brzdękiem na ziemię, mrok skrył wiszącą postać – światło wyławiało tylko wzory, które Wiktor wymalował tuż nad podłogą. Dasza walczyła z paniką, gryząc do krwi wargi i spinając mięśnie, by uniemożliwić sobie ucieczkę. „Obiecałam! Obiecałam! Obiecałam!” – wrzeszczała na siebie w myślach. – „To tylko złudzenie!”. Na sztywnych nogach wycofała się pod ołtarz, nie mając odwagi sięgnąć po latarkę. Usiadła przy zimnym kamieniu i przycisnęła do niego czoło.

– Namalował ją, żeby znienawidzić innych. A teraz próbuje znienawidzieć ją, żeby wrócić do innych – powtórzyła wyjaśnienie, pozwalając, by kaplicę wypełnił jej głos. By odarł to miejsce choć trochę z atmosfery ponurego szaleństwa, którą stworzył tu Wiktor. – Dałaś mi odpowiedź – wyszeptała do mary.

Wstała i ostrożnie ruszyła do wyjścia. Już w zakrystii zawróciła. Latarkę zostawiało się za sobą w głupich horrorach. Ona była w życiu. Przynajmniej głęboko chciała w to wierzyć, gdy wreszcie, na miękkich nogach, z pomocą Wiktora wydostała się na świeże powietrze.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!