Adrianna Filimonowicz „Przeciętni” (8)

Dasza podeszła do niego i ścisnęła mocno za rękę.

– Hej… Nie musicie się do siebie zbliżać, ale bądźmy chociaż między sobą szczerzy. Nie jest to żadna melina. Tutaj jest twój dom. Jak go tu nie chcesz, to nie. Nie wcisnę was na siłę wzajem w swoje światy. Chcę tylko, żebyście mieli okazję spojrzeć, czy gdzieś nie da się między nimi zbudować mostu. – Stanęła na palcach i szepnęła Wiktorowi do ucha: – Pamiętaj. Tu nie ma nic na siłę. Chcę, żebyś miał wybór.

– Wejdźmy – mruknął Wiktor, wskakując sprawnie na parapet wybitego okna. – Idziesz? – rzucił jeszcze do ojca, który odpowiedział skinięciem głowy.

Szedł ostatni, na sztywnych nogach. Patrzył na dziewczynę, która go tu sprowadziła – na to, jak jej zachowanie, ruchy, a nawet strój harmonizowały z tym, co sobą prezentował Wiktor. Czy można było wcześniej tak do niego trafić? Ściągnął płaszcz i przerzucił go przez ramę okienną, podwinął rękawy koszuli. Zobaczył, że Dasza pokiwała głową. „Wreszcie zaczynasz wyglądać jak człowiek” – zdawało się mówić jej spojrzenie. Spróbował odpowiedzieć uśmiechem. Obrzucił wzrokiem wnętrze witające go dziwacznym graffiti, w którym poznawał kreskę córki. Gdzieś w tym natłoku myśli umknął mu przybliżający się warkot silników. Dopiero gdy dwa terenowe wozy wjechały z wyciem na podwórze przed starym psychiatrykiem, zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje.

Dasza krzyknęła, widząc wyskakujących z samochodu uzbrojonych mężczyzn. Strach na chwilę ją sparaliżował. Poczuła, że Wiktor szarpie ją za ramię i ciągnie w głąb „Zofiówki”. Fryderyk na moment znieruchomiał w oknie, potem posłał dziewczynie wystraszone spojrzenie. Była wściekła, rozgoryczona. Tak się dać podejść! Tak się dać oszukać! Uwierzyła, że choć był skurwysynem, to jego podszyty chorą nutą sentyment wobec syna był szczery.

– Co ty zrobiłeś?! – zdołała jeszcze krzyknąć, zanim on odwrócił się twarzą ku bojówkarzom.

– Stać! Zostawcie ich! Mam prawo działać w tej sprawie!

Nie słuchali go, więc próbował zablokować pierwszego, który podbiegał do okna. Uderzenie kolbą pistoletu posłało Jerłowicza na ziemię. Dasza widziała, jak drugi bojówkarz poprawia kopnięciem i na koniec posyła nieprzytomnemu mężczyźnie kulkę. Ciało targnęło się raz – krótko, gwałtownie – i znieruchomiało.

– Szybciej! – krzyknął Wiktor.

Pognała za nim. Dopadli do okien po przeciwnej stronie budynku, ale tam przywitał ich widok uzbrojonych mężczyzn wdzierających się do środka.

– Nie wyjdziemy stąd!

– Górą!

– Jak?!

Nie odpowiedział, tylko pociągnął ją na schody. Pierwsze piętro? Wyobrażała sobie, że stąd jeszcze można skoczyć albo próbować dostać się na jedno z drzew wyciągających konary ku oknom, ale mężczyzna zamiast odbijać ku dawnej jadalni albo tarasowi skręcił w lewo – w stronę wejścia na strych – i zanurkował za niski murek dzielący korytarz od szybu klatki schodowej.

– To nie ma sensu! – krzyknęła Dasza.

Ciężkie kroki były już na schodach. Kilka strzałów poleciało w stronę pary. Skulili się za niepewną osłoną. Dasza chciała ruszyć dalej w korytarz, póki panika nie zdołała jej sparaliżować, ale pochylony obok Wiktor nie wykonywał ruchu. Kolejny wystrzał. Musieli być już na półpiętrze. Dziewczyna poczuła, że choć ciało pozostaje spięte i gotowe do działania, to do jej głowy zakradają się beznadziejne myśli o poddaniu się. Poczuła łzy na policzkach. I nagle, gdy Wiktor gwałtownie się rozprostował, usłyszała przeraźliwe wrzaski. Niemalże nieludzkie wycie przepełnione strachem i bezradnością. Kule zaczęły latać w powietrzu, chwyciła więc mężczyznę i powaliła na ziemię. Na twarzy Jerłowicza była mieszanina grozy i zachwytu.

– Patrz! – wyrzucił z siebie, znów wychylając głowę.

Przełknęła ślinę i spojrzała ponad murkiem. A potem niemalże mechanicznie wyprostowała się, nie zważając już na nic.

Dziesiątki powykręcanych ludzkich dłoni, którymi Wiktor obramował wysokie okno „Zofiówki” trzymały teraz w żelaznych uchwytach bojówkarzy. Część z nich darła się jeszcze wniebogłosy, część próbowała szamotać. Kakofonię co jakiś czas przecinał suchy trzask łamanych kości. Dasza z pewnym zdumieniem zdała sobie sprawę, że ten widok nie przeraża jej – co najwyżej obrzydza.

– Co one zrobią? Jak to się skończy? – spytała półgłosem Wiktora, nie odrywając wzroku od malowidła.

– Nie wiem. Myślę, że to nienawidzi ich bardziej niż ja kiedykolwiek nienawidziłem… – odparł niepewnie. – Ale nie zbliżałbym się. Chodź na górę.

– Musimy stąd uciec – wyszeptała.

– Nie chcę.

Krzyki towarzyszyły im jeszcze w kryjówce na strychu. Najpierw narastające, gwałtowne, potem coraz słabsze. Wreszcie w „Zofiówce” zrobiło się przeraźliwie cicho. Ostatnim akordem był ryk silnika jednego z wozów, które przywiozły bojówkarzy. Paru niedobitków uciekało tak szybko, jak byli w stanie. Dasza siedziała skulona przy ścianie, opatulona kilkoma śmierdzącymi stęchlizną kocami. Wiktor patrzył na nią z drugiego końca pokoju. Spojrzenie miał obojętne, trochę nieobecne.

– Widziałeś, co on zrobił? W ostatniej chwili? Co próbował zrobić? On naprawdę próbował walczyć. Zabili go, bo się stawiał, pewnie blokował sprawę, bali się go. Nie wiem, nie rozumiem! – wybuchnęła w końcu Dasza. – Boże, co ja zrobiłam?! Przyjechali za nim. – Rozpłakała się.

Wiktor tylko pokręcił głową. Wstał i podał jej otwartą butelkę wódki. Chciała zaprotestować, ale zamiast tego wlała do ust ostry płyn. Zrobiło jej się jeszcze zimnej.

– Boże, po cholerę?! Jaka ja głupia byłam…

– To nie tak – odpowiedział mężczyzna, ale nie kontynuował wątku.

Był spokojny i bardzo zdystansowany. Dopiero gdy zapłakana, trzęsąca się i kompletnie zalana, zasnęła, oderwał się od ściany, zszedł na dół, przestępując obojętnie nad zwłokami kilku bojówkarzy. Wydobył z jednego z pomieszczeń na parterze kanister z resztką benzyny i wyszedł na ganek. Ukucnął nad nieruchomym ciałem Fryderyka. Przez dłuższą chwilę przypatrywał się zbryzganej krwią twarzy mężczyzny. Była dla niego zupełnie obca. Zacisnął zęby i zmrużył oczy, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Ostrożnie badał detale jego rysów i ubioru, by móc je potem jak najdokładniej odtworzyć. Nieświadomie powtarzał rytuał, jakim pożegnał się z siostrą. Ale temu obrazowi towarzyszył dziwny chłód. Coś się ostatecznie urwało. Zamiast mostu, którego szukała dla nich Dasza, została kładka wiodąca do skoku w przepaść. Wiktor rozprostował się z trudem. Otworzył drzwi porzuconego jeepa i wciągnął ciało ojca do środka. Potem zalał wszystko benzyną i podpalił. Chwilę patrzył, jak płomienie pochłaniają tapicerkę i buchają przez pękające okna. Zawrócił, gdy pod wpływem temperatury wybuchła pierwsza z opon. Na parapecie okna leżał płaszcz Fryderyka. Wiktor zaklął, chwycił go i podszedł do płonącego auta. W ostatniej chwili jego ręka znieruchomiała. Potrząsnął głową i powoli ruszył między otaczającymi „Zofiówkę” drzewami, naciągając płaszcz na ramiona.

Dasza otworzyła oczy. Wiktor stał nad nią ponury, z butelką wody w poplamionej białą farbą dłoni.

– Pij i rusz się. Potrzebuję pomocy.

„Ja się chyba do tej pomocy nie nadaję” – chciała odwarknąć, ale zacisnęła zęby.

– No, wstawaj, to naprawdę ważne.

Oszołomiona usiadła na posłaniu. Dźwięki obijały jej się echem w głowie, mieszając z krzykami, które słyszała w snach. Dławiący smród wilgoci i spalenizny wszedł w jej ciało i teraz dziwnie przykuwał do miejsca. Zalała przesuszone gardło wodą i powoli stanęła na nogi.

– Przepraszam – wymamrotała, patrząc w oczy mężczyźnie. – Chciałam…

– Wiem, co chciałaś, dlatego się zgodziłem! – przerwał jej ostro. – Chodź, musimy iść do kaplicy.

„Nie!” – jęknęła w myślach, ale posłusznie ruszyła z nim. Przed wyjściem na klatkę schodową zasłonił jej oczy i zaczął ostrożnie prowadzić.

– Pomyśl, że tego nie było – powiedział tylko.

Schodząc na parter czuła, jakby z każdym krokiem cofali się. A więc znów kaplica – katowanie się psychiczne, babranie się w tym, co nie pozwalało pójść naprzód. Nie mogła mu odmówić. Nie po tym, co się stało z Fryderykiem.

Na dworze było jasno, ale główna sala kaplicy zawsze tonęła w ciemnościach. Wiktor wprowadził Daszę do środka, wcisnął jej w rękę latarkę.

– Nie wiem, co z tym zrobić, nie panuję nad tym – powiedział przez ściśnięte gardło, zapalając swoją.

Cyntia wciąż zwisała z grubego łańcucha, patrząc na nich szeroko otwartymi oczami. Dasza miała wrażenie, że widzi na jej twarzy bolesny grymas. Pod ścianą stały drabina i cztery wiadra z najtańszą białą farbą. Kilka jej kałuż rozlewało się na podłodze pod ścianami. Dasza zapaliła swoją latarkę i zaczęła nerwowo szukać napisów, które widziała tu poprzednim razem, ale po żadnym nie było ani śladu.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!